Przegląd Finansowy: 16-11-01 - 16-12-01

wtorek, 29 listopada 2016

Czy europejską gospodarkę czekają kolejne wstrząsy z epicentrum we Włoszech?

Od jakiegoś czasu mówi się, że europejski system bankowy stanowi w światowej gospodarce słabe ogniwo. Wygląda na to, że podczas gdy po kryzysie 2008 roku banki amerykańskie (przy wydatnym wsparciu amerykańskiego podatnika) pozbierały się mniej więcej, to w Europie nadal system bankowy jest w kłopotach. Jest to po trosze wynikiem funkcjonującego w Europie systemu walutowego, postawy ECB i Komisji Europejskiej. Szczególnie ta ostatnia nie chce pozwalać na bezpośrednie wspieranie przez państwa członkowskie banków. Kończy się na tym, że nie bardzo wiadomo kto ma te banki wspierać w razie problemów. 

Aktualnie jesteśmy świadkami takiej właśnie sytuacji we Włoszech, gdzie od jakiegoś czasu ECB, rząd włoski i Komisja Europejska bawią się w grę na przeciąganie status quo. Problem jednak opiera się także o system polityczny,który w Europie zaczyna trzeszczeć, a we Włoszech szczególnie. Dało się to zaobserwować już w lipcu, teraz zbliżamy się do kolejnego momentu, w którym ryzyko polityczne może przełożyć się na gospodarkę.

W niedzielę we Włoszech odbędzie się referendum na temat serii reform konstytucyjnych, które miałyby pomóc w skutecznym rządzeniu państwem. System polityczny Włoch jest anegdotyczny. Dla nakreślenia tła - od końca wojny naliczyłem we Włoszech 41 premierów i 63 rządy.
 
Premier Włoch Mateo Renzi

Tak więc ma być referendum o rządzeniu państwem, co samo w sobie nie byłoby złe gdyby nie tendencje, które zarysowują się ostatnio w Europie i na świecie (Brexit, Trump) aby "dać establishmentowi w twarz". Jeżeli Włosi zagłosują na "nie" to rząd Mateo Renzi'ego zapewne poda się do dymisji (co zapowiedział) i tu dochodzimy do spraw ekonomicznych.

Po upadku rządu do władzy zapewne dorwą się populiści (jak populiści rozmontowują gospodarkę widać na naszym podwórku), którzy nie wykluczone, że zaczną produkować hasła anty UE (na co rynki zareagują panicznie) czy sterować w kierunku wyjścia ze strefy euro (na co też rynki zareagują panicznie). Sytuacji nie poprawia fakt, że włoski sektor bankowy siedzi na górze złych długów. Banki włoskie zaś finansowały się w bankach francuskich i niemieckich, więc te nerwowo zerkają teraz w stronę Włoch. 

Renzi chciał sprawy posprzątać i do tego potrzebna mu jest reforma konstytucyjna, ale jeśli referendum upadnie to szanse na poukładanie spraw problematycznych dla włoskiego sektora bankowego będą znikome. Nie wykluczone, że Włochy zaczną dryfować w kierunku katastrofy stylu greckiego, co zważywszy na całkiem sporą jednak wielkość włoskiej gospodarki w Europie (zawsze mnie fascynowało jak tak zwariowany i nieogarnięty naród ma tak dużą procentowo gospodarkę na tle reszty EU) może być nieprzyjemne w skutkach (na pewno nerwowe). 

Pozostaje wierzyć, że rynki już uwzględniły głos na "nie" w swoich wycenach.

wtorek, 22 listopada 2016

Prawo Kopernika-Greshama a druk pieniędzy

Taka refleksja mnie naszła, pewnie Ameryki nie odkryję, ale chciałem się moją refleksją podzielić. Jest takie prawo ekonomiczne nazywane prawem Kopernika-Greshama, mówi ono, że jeśli w gospodarce mamy dwa rodzaje pieniądza, które są ekwiwalentne pod względem wartości nominalnej, ale różne pod względem wartości realnej to ten, który ma większą realną wartość (albo jest postrzegany jako lepszy) będzie gromadzony w celu przechowania bogactwa, a ten "gorszy" będzie krążył w obiegu.

To proste prawo wynika z tego, że nikt nie chciałby przechowywać swojego majątku w monetach gorszej jakości czy pieniądzach uznawanych za "mniej warte" albo "tracące  na wartości". 

Obserwację tę wywiedziono już w czasach starożytnych kiedy w obiegu były monety kruszcowe, w których co rusz to jakiś władca postanawiał obniżyć procent czystego kruszcu.

Teraz odnieśmy to prawo na obecną sytuację ekonomiczną na świecie. Mamy programy "ilościowego luzowania" czy "skupu aktywów" polegające na tym, że banki centralne produkują pieniądze i kupują za nie obligacje czy inne aktywa. Pieniędzy tych jest w bród. Tylko czy globalni inwestorzy chcą utrzymywać w nich swoje kapitały? Raczej sterują w kierunku aktywów "lepszych", stąd rosnące ceny akcji i aktywów materialnych. Ten obraz trochę zaburza fakt, że współcześnie bank centralny nie jest już jedynie odpowiedzialnych za kreację pieniądza. Większość pieniądza w systemie generowana jest przez banki w formie kredytu mamy jeszcze przepływy kapitału pomiędzy różnymi walutami i krajami. Kiedy jedna waluta jest osłabiana w wyniku dodruku to inne się umacniają względem niej.

czwartek, 17 listopada 2016

Obniżenie wieku emerytalnego

Chciałbym coś napisać na temat niedawnego przepchnięcia przez sejm obniżenia wieku emerytalnego. Wszyscy o tym piszą. Niektórzy się zapewne cieszą. Cóż, każdy patrząc swojego interesu może się cieszyć lub nie. Moja refleksja jest smutna - wiele już wypowiedziano słów na ten temat i nie chce mi się powtarzać. Demografia w naszym kraju wygląda tak że liczba osób pracujących na jednego emeryta jest coraz mniejsza i będzie spadać. Pomysły prokreacyjne rządu raczej tu nie pomogą - całe to dęcie w 500+ nie zwiększy liczby ludności w wieku produkcyjnym - to urojenia.

Problemem jest system, który z natury rzeczy (finansowanie emerytur z bieżących składek) jest piramidą finansową. Ale o tym też pisałem wiele razy i nie chce mi się powtarzać. 

Smutek mojej refleksji wynika z tego, że czuję podskórnie, że będę musiał w przyszłości płacić większe podatki, a moje dziecko zapewne jeszcze wyższe. Czuję podskórnie, że ten kierunek doprowadzi do rozwalenia polskiej gospodarki zamiast do jej wzmocnienia i mówię tu o długoterminowej perspektywie. Czuję też podskórnie, że ten system emerytalny się rozleci i na koniec to co dostanę w zamian za swoje składki będzie nędznym ochłapem.

Zostaje mi troszczyć się samemu o swój partykularny interes i nie oglądać się na państwo, co potwierdza tylko moją smutną refleksję, że jeśli więcej osób tak zrobi - system rozleci się szybciej.

środa, 9 listopada 2016

Dlaczego rynki boją się Donalda Trumpa?

Dzisiejszy poranek rozpoczął się newsem, że oto w wyborach prezydenckich w USA najprawdopodobniej zwyciężył Donald Trump. Na tę nowinę rynki zareagowały mocno nerwowo. Dlaczego?
 
By Michael Vadon [CC BY-SA 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0)], via Wikimedia Commons 

Pomijając kwestie osobowościowe czy też opinie dotyczące inteligencji przyszłego prezydenta USA jedno jest pewne. Jest on kolejną po Orbanie, Erdoganie, Kaczyńskim czy Brexicie emanacją pewnego niezadowolenia ze status quo. Status quo, które stanowiło o zyskach istotnej grupy ludzi inwestujących na międzynarodowych rynkach.

W pierwszej kolejności ryzyko rynkowe zwiększa fakt, że Donald Trump jest nieprzewidywalny. Wystarczająco wiele razy sam sobie zaprzeczał składając skrajne obietnice, że trudno ocenić na ile i w jakim kierunku popchnie politykę i gospodarkę USA.

Gospodarka amerykańska działa aktualnie praktycznie wyłącznie dzięki wspomaganiu niskimi stopami procentowymi i FED posiada bardzo wąskie pole manewru gdyby tylko coś złego zaczęło się z nią dziać. Tymczasem, jakkolwiek buńczucznie nie brzmiałyby zapowiedzi Trumpa, istnieją obawy, że jego przyszła polityka gospodarcza może poprowadzić w złym kierunku.

Nie wiadomo do czego zaprowadzą zapowiadane obniżki podatków skoro amerykański deficyt jest już teraz gigantyczny. Oczywiście zapowiedzi obniżki wydatków nie było.

Zapowiedź wprowadzenia ceł na towary importowane do USA z Meksyku i Chin grodzi popadnięciem w wojnę celną, na której nie wiadomo jak wyjdzie samo USA. Zapowiedzi Trumpa brzmią mocno izolacjonistycznie i myślę, że światowe rynki tego się obawiają - próbom renegocjacji umów handlowych, co w konsekwencji może doprowadzić do wojny celnej i ekonomicznej.

Z kolei zapowiadane przez przyszłego prezydenta ograniczenie imigracji do USA choć nośne pozornie nie pozostanie bez wpływu na amerykańską gospodarkę. Zarówno po stronie popytu jak i po stronie źródła taniej siły roboczej imigracja do USA (także ta nielegalna) jest ważnym składnikiem gospodarki wielu stanów. Być może zapowiadane obniżki podatków zamortyzują ten problem, ale kto wiek jak będzie. Ekonomia jest wszak eksperymentowaniem na żywym organizmie. 

Trump naraził się też Wall Street. Po pierwsze do końca nie wiadomo czy chce deregulacji czy pacyfikacji. Tak na prawdę nie wiadomo czego chce bo wiele razy zaprzeczał sam sobie wygłaszając populistyczne hasła. Finansiści nie lubią takich polityków, którzy raz ich głaszczą aby zaraz wymachiwać pięściami i grozić im więzieniem i nakładaniem dodatkowych podatków (na menedżerów funduszy). A Trumpa Wall Street nie lubiło już wcześniej tak czy siak na gruncie biznesowym.

Jak ostatecznie będzie funkcjonowała gospodarka USA pod rządami Donalda Trumpa wyjdzie w praniu. Warto mieć jednak na uwadze, że odnośnie zarządzania krajem to prezydent USA ma ręce związane mocno przez kongres i pomimo że republikanie mają aktualnie większość w obu izbach kongresu, to przecież nawet wewnątrz partii republikańskiej istniała opozycja wobec Trumpa.

Rynki obawiają się też nieprzewidywalnych działań na arenie geopolitycznej - zmiana paradygmatu polityki zagranicznej USA będzie zwiększać niepewność. Nie ma się co dziwić, że przepowiada się wzrosty cen złota. Ciekawe nota bene czym skończy się zapowiadany przez Trumpa audyt FED (pewnie niczym o czym opinia publiczna się dowie).

poniedziałek, 7 listopada 2016

Czy funt szterling będzie się teraz umacniał?

Naszła mnie ostatnio refleksja, że trafnie przewidziałem sytuację rynkową związaną z Brexitem. Kiedy rozważałem możliwe scenariusze - jeszcze przed czerwcowym referendum, doszedłem do wniosku, że pewne jest tylko zamieszanie. W istocie tak się stało i dzieje nadal, turbulencje na funcie szterlingu są zatem wzmożone. Wydaje się jednak, że chwilowo przynajmniej, lokalny dołek właśnie odchodzi w przeszłość.

W czerwcu przewidywałem, że siły polityczne w Wielkiej Brytanii nie odpuszczą zupełnie wyniku referendum i będą starały się metodami prawnymi doprowadzić do debaty nad jego wynikiem w brytyjskim parlamencie. Temat zdawał się być ignorowany przez samych Brytyjczyków, czy to z opcji "leave" czy "remain". Scenariusz się jednak zmaterializował i brytyjski High Court ogłosił, że rząd może zainicjować wyjście Wielkiej Brytanii z UE ale po decyzji parlamentu. Nie wiem czy w UK jest opcja aby Teheresa May po prostu nie wydrukowała wyroku (jak to w pewnym wschodnio europejskim bantustanie bywa), jest jednak opcja apelacji, którą rząd brytyjski wykorzysta. Skutek jednak jest taki, że definitywnych decyzji co do uruchomienia art. 50 traktatu Lizbońskiego, na razie nie będzie. 

Rynki wolą takie status quo zdecydowanie bardziej niż niepewność co do tego jak miałby wyglądać
"hard brexit". Może nawet uda się utopić projekt brexitu w jakiś debatach i dyskusjach parlamentarnych, albo związać rządowi ręce jakąś uchwałą kierunkową co do charakteru negocjacji. City zapewne na to liczy bo funt przestał się osłabiać.

Zaczyna się trochę materializować scenariusz, o którym pisał w październiku Wojciech Białek, który sugerował, że w okresie pomiędzy listopadem a styczniem funt powinien raczej zaliczyć lokalne minimum, po którym powinien się umacniać. 

Na to nakładają się deklarowane pozytywne projekcje Banku Anglii co do tempa wzrostu i inflacji. Bank Anglii spodziewa się wzrostu inflacji ponad docelowy poziom 2% na początku przyszłego roku i utrzymywania się jej w dłuższym okresie powyżej tego poziomu, a gospodarka będzie rosnąć w tempie 2,2% w tym roku oraz 1,4% w przyszłym. 

Wygląda więc na to, że oczekiwania rynkowe są takie, że funt się będzie wzmacniał przynajmniej do czasu kiedy pojawiłyby się jakieś znaczące informacje sugerujące "twardy brexit".

środa, 2 listopada 2016

Panika bankowa

Niedawno przez media przeleciała informacja o kłopotach jednego z banków spółdzielczych. Nastąpiło to nie tak dawno po ogłoszeniu upadłości dwóch innych banków spółdzielczych i skutkiem tego nastąpiła wśród klientów panika. Z kont banku wycofał pieniądze nawet urząd gminy (słusznie z resztą bo środki którymi dysponuje nie są gwarantowane przez BFG - ot kuriozum). Ludzie zaczęli rozsyłać do siebie paniczne SMSy a przed bankiem ustawiła się kolejka.

Sytuację zaczęli ratować wespół zespół prezesi BFG, NBP i KNF zapewniając, że zapewnią bankowi płynność itd itp.

Naszły mnie pewne refleksje przy okazji tej historii i celowo nie podaję tu nazw banków bo rzecz jest bardziej systemowa.

Po pierwsze panika dotknęła mały bank. Może i w swojej lidze (tj. banków spółdzielczych) duży, ale generalnie systemowo mały. Tymczasem emocje spowodowały, że do akcji musiała wystartować trójka NBP+KNF+BFG aby gasić nerwy klientów. Rzecz w tym, że 90% ludzi stojących w kolejce do okienka po zerwane lokaty miałaby i tak środki gwarantowane przez BFG gdyby bank upadł. Mimo to panikowali. Co działoby się gdyby analogiczne problemy miał duży bank?

By Bundesarchiv, Bild 102-12023 / Georg Pahl / CC-BY-SA 3.0, CC BY-SA 3.0 de, 

Druga refleksja jest taka, że nie rozumiem dlaczego samorządy czy instytucje państwowe trzymają kasę w bankach komercyjnych jeżeli istnieje BGK, który jest bankiem państwowym i mógłby obsłużyć te rachunki. Przecież w razie upadku banku środki takich instytucji przepadają więc albo państwo powinno je same sobie gwarantować lub trzymać je w swojej instytucji (najlepiej oba warianty). nie rozumiem też dlaczego instytucje państwowe (i niech mi ktoś nie chrzani, że samorządy to nie instytucje państwowe bo są tak samo elementem tego państwa jak wszystko inne) dają zarobić bankom komercyjnym skoro mogą w instytucji państwowej. Co poza fałszywie rozumianą wolnością i konkurencyjnością stoi temu na przeszkodzie? 

Trzecia refleksja jest taka, że mało kto uświadamia sobie jednak, że cały system bankowy jest piramidą finansową. Gdyby wszyscy naraz poprosili o wypłatę "swoich" pieniędzy z banku, klapłoby to wszystko w dziesięć minut. Bank zasadniczo działa bowiem jak pompka, która przepuszcza przez siebie pieniądze depozytariuszy udzielając z nich kredytów. Na rezerwę zostaje drobny procent środków. Wszelkie twierdzenia jakoby w bankach były jakieś pieniądze to brednie, co dobitnie udowadnia nam sytuacja małego banku spółdzielczego. 

Czy tylko ja wpadłem na to, że każdy inny biznes prowadzony w tym modelu spotkałby się ze zdecydowaną reakcją organów ścigania? Banki od paruset lat wylobbowały sobie jednak stosowne ustawy i nic im nie grozi.