Przegląd Finansowy: 2017

wtorek, 27 czerwca 2017

W jaki sposób zerowe stopy procentowe wypaczają gospodarkę?

W wielu krajach na świecie mamy do czynienia ze zjawiskiem zerowych albo realnie ujemnych stóp procentowych. Jest to aberracja w historii ekonomii. Z logicznego punktu widzenia jest wszak idiotyzmem aby za pożyczenie komuś kapitału, jeszcze mu dopłacać. Niskie, czy też zerowe stopu dewastują oszczędności i tym samym wypaczają działanie gospodarki. Błędem jest przy tym przekonanie, że są one stymulatorem wzrostu. Dlaczego? Zaraz postaram się to wyjaśnić.

Przede wszystkim, zamiast skłaniać do wydawania, to niskie lub ujemne stopy sprawiają, że ci którzy oszczędzali skłaniają się aby oszczędzać jeszcze więcej. Mając świadomość, że stopa zwrotu z portfela oszczędności spada, skłaniają się do tego aby go zwiększyć i zabezpieczyć się przed utratą jego wartości.

Pozostali, skłaniają się do podejmowania bardziej ryzykownych zagrań rynkowych. Są skłonni akceptować wyższe ryzyko i świadomi tego ryzyka uczestniczą w pompowaniu tej czy innej bańki cenowej aby (na zasadzie hazardu) dać sobie choć szansę na zwiększenie wartości swojego portfela.

Zwróćcie uwagę - przy ujemnych stopach, wartość portfela z czasem zdąża do zera!

Mamy więc kombinację takich, którzy ograniczają wydatki i takich, którzy skłonni są podejmować coraz bardziej szaleńcze ryzyko. Ani jedni, ani drudzy nie zachowują się w sposób sprzyjający zrównoważonemu wzrostowi.

Jest jeszcze trzecia kategoria, takich którzy postanawiają wydać wszystko co mają, licząc że na starość i tak przeżyją na utrzymaniu państwa. Ci trochę pomagają pompować bańki adymane przez tych drugich.

Żadne z tych podejść nie daje się nazwać zdrowym inwestowaniem, no może z wyjątkiem oszczędzania, o którym pisze w pierwszym przypadku.

Jeżeli chodzi o zachowania przedsiębiorców, to są one analogiczne. Zamiast inwestować, zajmują się wykupem własnych akcji za zaciągane darmowe kredyty, czym podtrzymują iluzję wzrostu na rynku akcyjnym. Inne angażują się w wysoce ryzykowne i nisko dochodowe przedsięwzięcia, lewarując się tanim kapitałem, ale gdyby tylko wzrosły stopy - natychmiast się wywrócą.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Dlaczego jestem przeciwnikiem wycofania gotówki?

Korzystanie z gotówki est niewygodne - to fakt. Przede wszystkim trzeba ją mieć aby ją wydać, nie zawsze mamy jej wystarczająco, przechowywanie/liczenie/transport gotówki kosztuje, etc. te i wiele innych argumentów przeciwko gotówce jest słusznych, a pomimo tego jestem zdecydowanym przeciwnikiem całkowitego jej wycofania. Dlaczego?

Jest wiele powodów, które chciałbym poniżej wyłożyć.

Powody filozoficzno - wolnościowe


Po pierwsze, możliwość płacenia gotówką jest pewną formą wolności osobistej jednostki. Może to dla niektórych strasznie górnolotnie brzmi, ale zastanówcie się jak byście się czuli musząc pytać się o zgodę kogoś obcego w KAŻDYM przypadku, KAŻDEJ transakcji? Chyba nie byłoby to takie super... To teraz pomyślcie, że w zasadzie płacąc kartą robicie dokładnie to. Każda transakcja kartowa oznacza zapytanie do banku o autoryzację. 

Implikacje dla ochrony prywatności są oczywiste, odsunę je na bok bo dla jednych mają one znaczenie większe, a dla innych mniejsze. Znacznie istotniejsza jest dla mnie pokusa aby móc kontrolować gospodarkę lub jednostki dla jakiś własnych politycznych czy biznesowych celów.

Wyobraźmy sobie, że politycy postanawiają pewnego dnia, że handel zakup określonych towarów w określonych godzinach jest nieprawomyślny (bo np. mamy Ramadan, czy Wielkanoc). Cóż stoi na przeszkodzie aby zablokować określone transakcje kartami w tych godzinach? Absolutnie nic i nie ma przed tym żadnej obrony. 

Czarny rynek? Zapomnijcie, rząd będzie kontrolował wszystkie transakcje (inna sprawa, że to realnie niewykonalne bo ludzie znajdą inny rodzaj pieniądza czy waluty, ale chodzi o przykład).

Albo taki pomysł. Załóżmy, że duży bank chce przejąć sieć sklepów detalicznych, cóż stałoby na przeszkodzie aby trochę popsuć przy autoryzacji transakcji. Niech na przykład pieniądze spływają z tygodniowym opóźnieniem (przez błędy techniczne), płynność firmy siada i można ją łatwo przejąć. Sposobów są tysiące.

Pewnym filozoficzno-wolnosciowym argumentem jest to, że nie każdy z nas chciałby się chwalić przed innymi listą transakcji. Niekoniecznie chodzi o nielegalne zakupy, ale kupno "świerszczyka" lepiej pozostawić anonimowe. Nie każdy ma wolę, chęć i odporność psychiczną aby stawić czoła upublicznianiu takich informacji. Fakt, że każda absolutnie transakcja byłaby rejestrowana dawałby służbom rożnej maści wygodne narzędzie szantażu niektórych.

To jest pewnego rodzaju kwestia natury filozoficznej. Moim zdaniem pozostawienie pewnej choćby szansy wyboru, czy daną transakcję zostawić anonimową powinno być po stronie obywatela w imię pewnych zasad.

Powody techniczno - katastroficzne


Eliminacja gotówki prowadzi do uzależnienia od systemu bankowego. Generalnie każda elektronizacja transakcji finansowych prowadzi do uzależnienia od prądu elektrycznego i technologii. Wielu z nas traktuje prąd elektryczny jak powietrze, jest i był zawsze w gniazdku. Fakty są takie, że infrastruktura energetyczna jest bardzo delikatna i podatna na zaburzenia. Zdarza się tu i ówdzie od czasu do czasu blackout czy awaria. Bywało tak i w naszym kraju, że unieruchomione brakiem prądu (np. po wichurach) kasy fiskalne skutecznie blokowały zaopatrzenie w sklepach. Dysponując gotówką można ten problem jakoś półlegalnie obejść, ale jeżeli gotówka jest cyfrowa... to jesteśmy w kropce.

Uzależnienie się na własne życzenie od pewnej technologii bez pozostawiania sobie alternatywy jest moim zdaniem niebezpieczne. Każda sytuacja ekstremalna (huragan, powódź, wojna czy zamieszki) może prowadzić do paraliżu. 

Do tego dochodzi podatność systemów informatycznych, które jak często można to stwierdzić (nawet w bankach) bezbłędne nie są. Gwarancji, że wszystko będzie działać zawsze i bez problemów nie da nikt (a jak da to uciekajcie, bo pewnie wariat). 

Nie twierdzę, że gotówka jest bezpieczna. Ją też można stracić (w powodzi, pożarze, rabunku). Jest jednak alternatywą i daje szansę dywersyfikacji pewnych ryzyk.

Powody ekonomiczne


Na koniec powody natury ekonomicznej. Sytuacja na świecie sprawia, że banki centralne imają się "niekonwencjonalnych rozwiązań". Ustanawiają na przykład ujemne stopy procentowe, które polegają de facto na tym, że za depozyt w banku trzeba płacić. Naturalna alternatywa w takiej sytuacji polega na wyjęciu pieniędzy z banku i schowaniu "w materacu". Pozbawieni gotówki obywatele, pozbawieni są też tej drogi ucieczki. W ostatecznym rozrachunku stanowić to może dla bankierów nie lada pokusę. Dlaczego by nie przystrzyc jeszcze bardziej posiadaczy oszczędności?

A opłaty transakcyjne? Przecież na każdej transakcji kartą zarabiają banki. Pobierają one swoisty podatek od obrotu bezgotówkowego, są więc wielkimi beneficjentami potencjalnego wyeliminowania gotówki. Tylko co się stanie, kiedy obywatele zostaną pozbawieni możliwości ucieczki w obrót gotówkowy? Opłaty niechybnie wzrosną...

Tak więc słuchając o terrorystach, bezpieczeństwie publicznym, wyłudzeniach podatków, nie dajcie sobie wmówić, że za wszystko odpowiada gotówka.  Bywa i tak, ale bywa też tak, że takie antygotówkowe argumenty mają na celu napędzenie zysku lobby bankowego.

A jakie wy macie argumenty za i przeciw gotówce w obrocie?

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Ekonomia nie jest grą o sumie zerowej

Przyszło mi do głowy, że powinienem o tym napisać. Niestety wydaje mi się, że wielu ludzi, także polityków mających wpływ na gospodarkę, zapomina o tym fakcie, że ekonomia nie jest grą o sumie zero. 

Warto się nad tym pochylić bo ma to daleko idące implikacje. Gra o sumie zerowej, to jest taka, w której w przypadku gdy jeden z graczy zyskuje, pozostali muszą tracić tyle samo ile on zyskał. W sumie bilans w grze o sumie zero wynosi właśnie zero, czyjaś strata jest zyskiem kogoś innego.
Ekonomia nie jest takim przypadkiem, z prostego powodu. Jeżeli zawieramy transakcję, to aby do niej doszło, (przy założeniu wolnego rynku - bo tylko takie założenie ma sens) obie strony muszą odnieść korzyść. Jeżeli kupuję od pana Kowalskiego samochód, to według mojej oceny tej transakcji jego wartość jest większa niż wartość pieniędzy, które za niego daję w formie ceny. Z kolei dla Kowalskiego, wartość auta jest mniejsza niż wartość pieniędzy, które otrzymuje jako zapłatę. Na końcu transakcji mam pojazd, który ma dla mnie jakąś wartość i jestem zadowolony z transakcji, a Kowalski ma pieniądze i też jest zadowolony. Gdyby było inaczej (zakładamy warunki idealne i wolny rynek) nie zawarlibyśmy umowy.

Oczywiście zaraz zgłosi się ktoś i powie, że w realnym świecie są oszuści, cwaniacy, złodzieje i niedoskonała informacja dla obu stron. Owszem, ale to są zaburzenia, które nie zmieniają fundamentalnej zasady, która mówi, że strony nie zawrą transakcji jeżeli nie będą przekonane, że będzie ona z korzyścią dla nich. 

Tak więc na końcu takiej operacji ekonomicznej mamy dwie strony, które mają przekonanie, że wartość ich majątku jest większa. Pamiętajmy przy tym o jednym - wartość jest trudno mierzalna i nie jest to wyłącznie wartość liczbowa. Na pomijaniu tego aspektu zasadza się błąd całej masy ekonomistów, wydaje im się, że wszystko sprowadza się do ceny i wyrażonych w pieniądzu współczynników, a to nie prawda.

Takie wypaczone spojrzenie na ekonomię prowadzi do absurdów w stylu takim, że do PKB liczy się wartość pracy pokojówki, za którą płacimy wynagrodzenie, ale już nie któregoś z domowników, który posprzątał mieszkanie "w zamian za wikt i opierunek". Generalnie z dużą rezerwą należy podchodzić do niektórych miar ekonomicznych, bo zasadzają się na mocno upraszczających założeniach co do rzeczywistości. 

Wracając do tematu wpisu, to dzięki temu, że w każdej transakcji ekonomicznej dla obu stron tworzona jest pewna dodana wartość (niekoniecznie mierzalna), cała ta ekonomia się kręci. Ludzie, którzy tego nie rozumieją, żyją w przeświadczeniu, że światem rządzą oszuści i wyzyskiwacze, podczas gdy często jest tak, że ludzie bogaci dorobili się majątków właśnie dlatego, że oferowali produkty lub usługi, za które inni chcieli zapłacić. 

Ja nie twierdzę, że w gospodarce nie ma patologii czy nieuczciwości, chcę tylko powiedzieć, że nie należy na całą ekonomię patrzeć przez pryzmat wyzysku, bo to prosta droga do ułomnego spojrzenia na świat, które prezentowali komuniści. Jak próbowali na nowo układać gospodarkę po swojemu, to nijak nie chciała im działać.

czwartek, 8 czerwca 2017

Księgi wieczyste online za darmo?

Osoby przeszukujące internet wydaję się bardzo często szukać odpowiedzi na pytanie o możliwość przeglądania online ksiąg wieczystych. Nie jest to pytanie oderwane od rzeczywistości. Faktycznie kiedyś po to aby przejrzeć księgę wieczystą trzeba było się udać do sądu i w czytelni wypełnić odpowiedni wniosek. Teraz jest na szczęście lepiej.



Dlaczego w ogóle przeglądanie KW zajmuje miejsce na blogu finansowym? Dlatego, że uważam iż przed ewentualną decyzją inwestycyjną, związaną z nieruchomościami, należy księgę wieczystą zweryfikować bezwzględnie.

Dzisiaj, po tym jak, w ramach projektu Nowej Księgi Wieczystej, stare papierowe księgi, przechowywane w archiwach sądów, zostały zmigrowane z formy papierowej do postaci elektronicznej, nie stanowi już problemu aby za darmo bez żadnych opłat dotrzeć do treści aktualnej czy treści zupełnej i przejrzeć ją w przeglądarce internetowej.

W tym celu należy udać się na stronę Ministerstwa Sprawiedliwości, na której udostępniona jest elektroniczna przeglądarka ksiąg wieczystych: http://ekw.ms.gov.pl

Następnie, jak na zaznaczonym powyżej zrzucie ekranu, wybieramy opcję: "Przeglądanie Księgi Wieczystej".

Otrzymamy ekran, na którym konieczne będzie wprowadzenie numerku księgi wieczystej, aby uzyskać dostęp do KW. 

Tutaj może pojawić się pewien problem, związany z tym, że czasem możemy nie znać numeru księgi, który chcielibyśmy sprawdzić. Otóż przychodzą tu z pomocą serwisy internetowe, które pozwalają znaleźć dopasowane numery KW czy to posługując się numerem działki czy też adresem nieruchomości. Taki serwis opisywałem w jednym z wpisów na blogu

Generalnie wygląda to tak, że można znaleźć numer księgi (odpłatnie), korzystając z takiego serwisu komercyjnego, a następnie (już bezpłatnie) znaleźć online treść księgi wieczystej na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości.



Discolsure: Za zamówienia w serwisach komercyjnych, zrealizowane po założeniu konta za pośrednictwem linka prowadzącego z mojego bloga, otrzymam prowizję. 

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Rok po brexicie

Za dwa tygodnie minie mniej więcej rok od referendum w Wielkiej Brytanii w sprawie wyjścia z UE. Rozważałem trochę ten temat przed rokiem i postanowiłem wrócić do moich ówczesnych przewidywań. Na ile okazały się one trafne?

Przewidywałem zamieszanie i mamy zamieszanie. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że w czwartek mamy wybory w Wielkiej Brytanii. Podczas gdy Poszczególne kraje UE zwarły szyki i ustaliły wspólne kluczowe punkty swego stanowiska, to Wielka Brytania "hamletyzuje". Sytuacja wygląda więc tak, że po półrocznym debatowaniu w brytyjskim parlamencie, uruchomiono w końcu procedurę wyjścia z UE w ramach art. 50 traktatu lizbońskiego, a następnie (podczas gdy dalej nie wiadomo na jakie  miałyby być zasady "rozwodu") ogłoszono kolejne wybory. Co najśmieszniejsze, wcale nie jest wykluczone, że zmęczeni zamieszaniem "po brexitowym" brytyjczycy w czwartek nie udzielą większości aktualnie rządzącej, pro exitowej partii konserwatywnej. Zdecydowanie zyskuje partia pracy, co się stanie w przypadku jej wygranej? Prognozuję jeszcze większe zamieszanie.

Najlepiej to widać jak się przeanalizuje stanowiska dwóch największych partii brytyjskich w związku z wyborami. premier May była przeciwko brexitowi, a teraz stoi na stanowisku, że nie ma "miękkich rozwiązań". W samej partii konserwatywnej są tacy co nawołują do twardego rozstania się (oczywiście bez konkretów, jak miałoby wyglądać życie po rozwodzie). Partia pracy nawołuje do "miękkiego rozstania się" i stoi na stanowisku, że trzeba z UE negocjować a nie wywijać fochy jak to robią konserwatyści.

Tak czy siak, nawet przy wygranej konserwatystów ich poparcie nie będzie tak silne aby legitymizować silny twardy brexit. Obawiam się jednak, że w związku z tym każdy praktycznie scenariusz polityczny dla Wielkiej Brytanii oznacza dalsze trwanie w niepewności i brak jednoznacznego stanowiska w negocjacjach z UE. 

Oczywiście nie umocni to funta.

Z resztą moje przewidywania co do pozycji funta się potwierdziły, na wykresie możemy wyraźnie zobaczyć jaka była cena funta w złotówkach rok temu a jaka jest teraz. 



Nie twierdzę, że funt się nigdy nie umocni. Ma na to szansę, ale dopiero kiedy kurz rozwodowej bitwy opadnie, czyli... za jakieś parę lat. Na razie nadchodzi sztorm.

Swoje "profetyczne" słowa sprzed roku powtórzę tu bo wydają mi się nadal aktualne:
"Czekają nas teraz co najmniej dwa, jak nie cztery lata zamieszania, niepewności i nerwowych ruchów. Jeszcze tylko brakuje aby jakiś bank się potknął o własne sznurowadła i zobaczymy falę domina jak po Lehman Brothers."

wtorek, 30 maja 2017

Upadek Wenezueli - wpis gościnny

Po 18 latach socjalistycznych, uzależnionych od wydatków publicznych rządów w Wenezueli wiadomości dochodzące z tego zakątka świata wciąż wywołują szok, zaciekawienie i skrajne emocje. Wszystko zaczęło się od przysłowiowego już braku papieru toaletowego, podstawowych leków i pustych półek w sklepach, kończy zaś na tłumach Wenezuelczyków próbujących przekroczyć granicę z Kolumbią, aby zaspokoić swoje podstawowe potrzeby.

W tym samym czasie na lotnisku w Caracas lądują dziesiątki Boeingów 747 z całego świata, które przybywają z cennym ładunkiem na pokładzie. Nie, rząd „Republiki Boliwariańskiej” nie importuje żywności ani leków. Samoloty transportowe przewożą nowo wydrukowane banknoty wenezuelskiej waluty – boliwara. Ten zaskakujący scenariusz nie jest po prostu kolejnym złośliwym dowcipem wenezuelskiego rządu; wynika z faktu, że nie można uniknąć drukowania nowych banknotów, biorąc pod uwagę roczną stopę inflacji w wysokości 800% w 2016 r. w połączeniu z niechęcią wobec skorygowania inflacji poprzez zmianę nominalnej wartości waluty – mimo że w końcu została ona zwiększona pod wpływem aktualnej sytuacji w 2017 r.


W rzeczywistości sytuacja jest tak poważna, że władze z trudem gromadzą wystarczające sumy w dolarach, aby opłacić dodruk nowych boliwarów. Cytując słynny blog Zero Hedge: „Innymi słowy Wenezuela jest teraz bankrutem, który może nie mieć wystarczająco dużo środków, aby zapłacić za swoje pieniądze”. Z kolei gdy socjaliści na szczycie próbują stosować kosztowne metody neutralizowania hiperinflacji, burmistrz regionu Chacao w Caracas twierdzi, że od maja zeszłego roku Wenezuelczycy polują na gołębie i psy, gdyż w sklepach nie można znaleźć 70% artykułów pierwszej potrzeby.

Jak do tego doszło? Wenezuela to kraj z największymi rezerwami ropy naftowej, które według danych z Caracas wynoszą prawie 300 miliardów baryłek wysokiej jakości węglowodorów – to więcej niż w przypadku Arabii Saudyjskiej; to kraj, na cześć którego prasa amerykańska wygłaszała peany w 2013 r., wychwalając sukces chavizmu i nowego socjalizmu południowoamerykańskiego; kraj, który stał się „zagrożeniem dla globalnego kapitalizmu”, kiedy to w ciągu 10 lat (od 2003 do 2013 r.) podwoił wartość PKB, ograniczył umieralność dzieci o połowę, przyjął miliony młodych ludzi na uniwersytety i zapewnił obywatelom dostęp do służby zdrowia.


Dramatyczna sytuacja Wenezueli to klasyczny przykład planowej gospodarki interwencjonistycznej, która została zgrabnie podsumowana przez Margaret Thatcher: „Problem z socjalizmem polega na tym, że ostatecznie kończą ci się cudze pieniądze”. Nowe państwowe mieszkalnictwo, „bezpłatna” edukacja i opieka zdrowotna, świąteczne premie i dotacje na różne produkty w tym żywność, specjalne świadczenia dla „śmietanki” – za to wszystko trzeba teraz zapłacić. Można finansować te wydatki, póki istnieją zagraniczne spółki, które można znacjonalizować, nieruchomości, które państwo socjalistyczne może wywłaszczyć i – co najważniejsze – dopóki „czarne złoto” pozostaje źródłem ogromnych przychodów.

Problemy te były jednak oczywiste nawet przed największym spadkiem cen ropy. Już w 2014 r. w budżecie Wenezueli występował niepokojący 17% deficyt. Wstrząs okazał się jeszcze silniejszy, gdy w 2015 r. ceny ropy na zagranicznych giełdach spadły do 40 USD za baryłkę – podczas gdy wcześniej przez kilka lat utrzymywały się w okolicach 100 USD za baryłkę – i do dziś pozostały na poziomie 50 USD. Reakcja wenezuelskich socjalistów była taka sama jak zwykle, zgodna ze scenariuszem dobrze znanym studentom historii gospodarczej. Olbrzymich wydatków niezbędnych do pozostania u władzy nie można finansować z zasobów naturalnych lub przez zaciekłe pozbawianie mienia. Socjalistom pozostały więc dwie możliwości – drukowanie większej ilości pieniędzy i kontrolowanie cen.

Monetyzacja deficytów budżetowych (tj. pokrywanie deficytu nowo wydrukowanymi pieniędzmi) w latach 2007–2013 doprowadziła do inflacji w wysokości 27,4% – ponad pięć razy wyższej niż średnia dla Ameryki Południowej w tym okresie. Wprowadzono ograniczenia dostępu do walut obcych, aby nie dopuścić do odwrotu od szybko tracącego na wartości boliwara. Rząd narzucił kilka różnych kursów wymiany, a kursy preferencyjne były dostępne jedynie dla pewnych grup z kręgów bliskim władzom. Oczywiście zamiast się zatrzymać, przepływ kapitału wzrósł, gdyż wielu Wenezuelczyków płaciło ogromne sumy boliwarów za dolary, aby potem nielegalnie wywieźć je z kraju. Wymiana walut na czarnym rynku stała się zjawiskiem powszechnym, popularność zyskały też strony internetowe śledzące bardzo niestabilny kurs dolara; system Bitcoin okazał się zbawieniem dla wielu osób, gdyż pozostawał trudny do wyśledzenia dla służb rządowych.

Powyższy opis w żaden jednak sposób nie przedstawia pełnego obrazu udręki, którą Chavez i jego następca Maduro zgotowali swoim współobywatelom. Tysiące prywatnych firm zostało wywłaszczonych, właścicieli sklepów aresztowano za „zbyt wysokie ceny”, wprowadzono również bardzo restrykcyjne ograniczenia cen (które później zostały wyegzekwowane przez żołnierzy w ponad 1400 supermarketach). Kontrolowano nie tylko ceny towarów i usług, lecz również rynek pracy – pensje nie mogły zostać obniżone, a ceny nie mogły wzrosnąć. Jak można się było spodziewać, doprowadziło to do kompletnego załamania gospodarczego: upadłości niewielkiej liczby przedsiębiorstw, którym udało się przetrwać do tego czasu, zniknięcia wszelkich towarów, łącznie z produktami pierwszej potrzeby, oraz wielkiej klęski głodu.

Aby przeciwdziałać spowodowanym przez siebie zniszczeniom, Maduro prześcignął nawet swojego mentora Cháveza, sięgając po ultrapopulistyczne hasła w celu zamydlenia oczu Wenezuelczykom. Utworzył nawet Ministerstwo Szczęścia i nadal organizował ceremonie rozdawania domów, podczas których, aby otrzymać upragniony klucz, nieszczęśni nowi właściciele musieli przysiąc dozgonną lojalność wobec reżimu i partii. Z powodu nadchodzących wyborów burmistrza Boże Narodzenie „przesunięto” na wcześniejszy termin, by „zwiększyć szczęście narodu”, co z kolei miało zapewnić lepszy wyniki socjalistów w wyborach.

Działaniom tym towarzyszyły represje wobec opozycji, wybuch protestów, utworzono także specjalne zmotoryzowane „szwadrony śmierci”, aby zneutralizować najniebezpieczniejszych przeciwników reżimu. Oczywiście Maduro i pozostali wenezuelscy socjaliści mieli odpowiednie wyjaśnienie oraz wyrok w sprawie „prawdziwych winowajców”, którzy wywołali kryzys w tym południowoamerykańskim państwie. Byli nimi zagraniczni i miejscowi kapitaliści, amerykańscy imperialiści prowadzący działalność przeciw środowisku, „pasożytnicza burżuazja”. Wszyscy oni spiskowali, aby zniszczyć socjalistyczny raj Republiki Boliwariańskiej.

Scenariusz ten jest podobny do historii wielu innych rządów uzależnionych od wydatków i hiperinflacji, która następuje po nich jak kac. Przez pewien czas władzom udaje się utrzymywać wydatki publiczne, dzięki czemu cieszą się popularnością wśród przyszłych ofiar – czasem nakłady są pokrywane z zasobów naturalnych, a czasem nie. W pewnym momencie, kiedy nie da się już utrzymać budżetu za pomocą zwykłych form wywłaszczenia (podatków i długu), na pomoc przychodzi drukowanie pieniędzy. Wynikającą z tego hiperinflację „leczy się” za pomocą kontrolowania cen. Przedsiębiorcy, którym nie uda się przenieść na czarny rynek, przestają pracować, co w efekcie zwiększa deficyty i rozmiar cierpienia... Dopóki reżim nie upadnie.



Autor artykułu
Artykuł został przygotowany przez firmę Tavex oferującej szeroki wybór złota inwestycyjnego, ponad 50 walut z całego świata oraz szybkie i tanie przekazy pieniężne TavexWise

poniedziałek, 29 maja 2017

Stabilność prawa a przedsiębiorczość - jak ZUS zabije wzrost gospodarczy

Co jest największym hamulcowym rozwoju gospodarczego? 

Wydaje mi się, że przede wszystkim jest to niestabilność prawa, a raczej niepewność przedsiębiorcy co do tego, czy prawo interpretowane dziś przez organy państwowe w jeden sposób, jutro nie będzie interpretowane w inny. Doskonałym przykładem jest tu ZUS, który po wielu latach potrafi zmienić interpretacje i ścigać przedsiębiorców za rzekomo „zaległe składki”. Kto o zdrowych zmysłach jest skłonny w takim otoczeniu prawnym (a może bezprawnym) zatrudnić kogokolwiek w swojej firmie? Zatrudnienie pracownika to ryzyko egzystencjalne dla przedsiębiorcy. Dzięki takiemu podejściu mamy fikcję przedsiębiorczości bo wielu woli zlecać komuś na działalności coś na podstawie faktury niż zatrudnić go na umowę o pracę. Mamy wypaczony rynek pracy i w końcu mamy znacznie mniejszą skłonność do podejmowania działalności gospodarczej z prawdziwego zdarzenia czyli rozwijania firm. 

Problemem jest tu przede wszystkim dualizm w działaniach organów państwa, które najpierw wdają jedne interpretacje i tolerują pewne działania przedsiębiorców, a później te interpretacje (post factum) zmieniają, dochodząc np. składek za lata wstecz. Tworzenie takiej fikcji co do pewności systemu prawa powoduje, że każdy mały przedsiębiorca trwa w niepewności. 

Szczególnie dotyczy to właśnie małych biznesów w fazie jedno osobowej i zalążkowej oraz firm średnich. Większe firmy stać na kancelarie prawne i podatkowe, są one w stanie optymalizować ryzyko czy zabezpieczać się. Małe firmy nie mają takich narzędzi i są często ofiarą niestabilności i niejasności przepisów. 

Moim zdaniem to właśnie jest główny hamulcowy innowacyjności i rozwoju w Polsce. Niestety mam wrażenie, że pomimo powszechnej świadomości tego faktu wśród przedsiębiorców, klasa polityczna, która nie ma z biznesem nic wspólnego (i jeszcze się tą ignorancją szczyci) tkwi mentalnie w głębokim socjalizmie „rozkułaczania badylarzy”. Tą drogą żaden plan Morawieckiego nam nie pomorze i będziemy tkwili w naszym (bantu)stanie gospodarczym na wieki wieków.

czwartek, 25 maja 2017

BTCUSD - bańka czy kasyno?

Rzućcie okiem na wykres BTCUSD - czy widzicie tu coś co wydaje się wam dziwne? No właśnie, jak długo może lecieć pionowo w górę? Jaka będzie najbliższa korekta? Co skłania ludzi do kupowania teraz bitcoina, po tej cenie? Ja tu widzę bańkę, która nie jest w stanie pęcznieć w nieskończoność.

Moje przemyślenia na temat bitcoina zawarłem w tym wpisie z marca tego roku. Ktoś może powiedzieć, że byłem frajerem b o gdybym wytrzymał do teraz to byłbym dwa razy bogatszy. Cóż, nie oglądam się za siebie pod tym względem, a swoje przemyślenia nadal traktuję jako obowiązujące.

wtorek, 23 maja 2017

Przypomnienie wpisów z ubiegego roku

Nie wiem co mnie naszło, ale przeglądając wpisy z ostatniego roku stwierdziłem, że jest parę takich, które zachowały swoją aktualność, warte są przypomnienia albo też są na tyle popularne, że coś w nich jest, co przyciąga ludzi. Chciałbym przypomnieć kilka z nich.

Od razu wykluczam z tego recenzje, te są spisane na stronie z recenzjami książek - polecam lekturę, większości z nich. Na prawdę jest to wiele wartościowych pozycji.

No więc co takiego wydaje mi się warte przypomnienia?

Pieniądz jako zaufanie - w tym wpisie zastanawiałem się nad tym, czym tak na prawdę są pieniądze. Analizowaliście to kiedyś? Warto się pochylić nad tym co przedstawia sobą kolorowy papierek, który wydajemy w sklepie, czy to jest wartość naszego czasu, naszej pracy, nasz majątek, dochód, nasze marzenia? Co sprawia, że ktoś chce go od nas przyjąć i dać nam coś w zamian? CO sprawia, że chcemy go mieć w portfelu?

Żyjemy w czasie największego eksperymentu w historii - to są rozważania nad sytuacją w jakiej znajduje się światowa gospodarka. Stan zerowych stóp procentowych jest aberracją, jaka nigdy nie występowała w historii ekonomii. Do czego to może doprowadzić?

Równość jest niesprawiedliwa - to było nagranie wideo z wykładu dr. Yarona Brooka, na prawdę warte rozpropagowania i analizowania po kilka razy.

Przeregulowanie - czy zastanawialiście się kiedyś nad założeniem własnej działalności gospodarczej? A ilu z Was wystraszyło się wszystkich tych urzędowych formalności, podatków, ZUSów, deklaracji, rozliczeń, przepisów, etc? Właśnie o tym jest ten wpis, o tym, że moim zdaniem nadmiar regulacji, na który cierpi nasza gospodarka tłamsi naszą kreatywność i przedsiębiorczość.

Produkty strukturyzowane - refleksja nad tym, że tak na prawdę niewiele zmienia się od lat na rynku finansowych, jeśli chodzi o oferowanie klientom lokat strukturyzowanych. Zazwyczaj  są one najbardziej korzystne dla banku i niestety dane empiryczne to potwierdzają.

Skrytki depozytowe za granicą - skrytka bankowa w innym kraju - Przeprowadziłem research i poszukałem informacji jakie są możliwości i koszty wynajęcia skrytki bankowej za granicą w sąsiadujących z nami krajach. We wpisie zestawienie tabelaryczne ofert, które znalazłem.

Przechowywanie złota na antypodach - złoto alokowane w Perth Mint w Australii - jak w tytule, informacja o tym że taka możliwość jest i jak działa.

Chiny, złoto i ropa - układanka - trochę rozważań nad systemem monetarnym i kierunkami przepływ bogactwa.

Mam złe przeczucia - rzecz o bankach centralnych - jeżeli chcielibyście wiedzieć czego dotyczy pojęcie "liquidity supernova" to zapraszam do lektury

piątek, 19 maja 2017

"Wspomnienia Gracza Giełdowego" Edwin Lefèvre - recenzja

Skończyłem właśnie czytać fabularyzowaną biografię jednego z najbardziej znanych spekulantów  - Jesse'go Livermoore'a. Działał na rynkach akcji i towarów na początku dwudziestego wieku, a książka Lefèvre'a okazała się bestsellerem - sprzedaje się świetnie do dnia dzisiejszego i trzeba przyznać, że rzeczywiście warta jest lektury.

Czytałem oryginalny tekst angielski, ale na rynku można kupić polskie wydanie zawierające obszerny, zajmujący niemal drugie tyle co sama książka komentarz uzupełniający wiedzę o realiach rynkowych, w których działał Livermore.

"Historia cały czas powtarza się na Wall Street' - to zadnie z książki Lefèvre'a jest idealnym kluczem do tej książki. Bo "Wspomnienia gracza giełdowego", czyta się tak, jakby były napisane dzisiaj - pomimo faktu, że traktują o świecie giełdowym z przełomu XIX i XX wieku. Okazuje się, że mechanizmy rządzące rynkiem, zachowania graczy, sposoby zarabiania, manipulacji, dobre i złe praktyki - to wszystko jest niezmienne. Zmieniają się kostiumy i techniczne środki, za pomocą których zawiera się transakcje, ale istota wspomnień Larrego Livingsotna  (faktycznie Jessiego Livermore'a) zasadza się na tym, że są one cały czas aktualne co do sposobu poruszania się po rynku. Oczywiście, od czasów Livermore'a powstały całe masy różnych instrumentów pochodnych, derywatów, opcji, etc, ale ... pewne praktyki spekulacji zostały te same.

Pytany jak zarobił tyle pieniędzy odpowiadał, że zawsze kupował "za późno" i zawsze sprzedawał "za wcześnie". Coś w tym jest bo próby łapania dołków i górek zwykle źle się kończą. pojęcia "za późno" i "za wcześnie" są przez niektórych nadużywane, a rzecz jest w czymś innym. W istocie nigdy nie jest "za późno" na wykonanie jakiegoś ruchu, we właściwych warunkach zawsze można dokonać transakcji osiągając na niej zysk, należy tylko wiedzieć co się robi i kiedy się tego dokonuje.

Przywoływane w książce historie pokazują jak wielką moc mają stadne zachowania giełdowego tłumu i jak często inwestorzy podążają za plotką, nie bacząc na zachowanie ceny waloru. Często podążają za zupełnie nieracjonalnymi przesłankami i jasność rozumowania przyćmiewa im własna chciwość. Podążanie za plotką jest z resztą bardzo zwodnicze i prowadzi do strat. 

Livermore zwraca też uwagę na zjawisko polegające na tym, że prasa bardzo często wymyśla objaśnienia do ruchów cen, nie mające wiele wspólnego z rzeczywistością i doszukuje się post factum przyczyn zmiany ceny w czymś co nie było z tym ruchem związane. Wskazuje także jak istotne jest kierowanie się własnym, niezaburzonym osądem spraw. Wskazuje, jak ważne jest bycie krytycznym co do informacji napływających na rynek, ze strony firm, brokerów, analityków czy innych inwestorów. Wskazuje też jak krytycznym nalezy być do informacji napływających z samych spółek. 

Ludzie, którzy szukają łatwych pieniędzy niezmiennie płacą za przywilej nauczenia się tego, że zdecydowanie nie da się ich znaleźć. Zachowania ludzkie i ludzka naiwność czy chciwość nie zmieniły się przez lata.

Książka odkrywa mechanizmy giełdowej manipulacji informacją. Wiele z nich, znamy, co nie zmienia faktu, że miały i mają one miejsce cały czas. To że są one często znane, nie zmienia też faktu, że generalna publika bardzo często nadal im ulega tracąc ogromne pieniądze. 

Livermore wskazuje jeszcze jedną ponadczasową prawdę - nikt nie wygra z rynkiem. Nawet próba manipulacji ceną waloru, przy wszystkich do tego dostępnych uwarunkowaniach, skończy się porażką, jeżeli z rynku nie napłynie oczekiwana reakcja. Przeświadczenie, że manipulator jest w stanie zrobić z rynkiem wszystko jest jego zdaniem iluzją, wszak każde zlecenie ma swoją drugą stronę, a jeżeli celem manipulatora jest zarobić na sprzedaży jakiegoś papieru, to musi i tak odsprzedać go komuś innemu. Jeżeli nie będzie chętnych to cała zabawa się nie uda.

Jest to lektura bez wątpienia bezcenna. Przyznam się, że ta książka, jest najlepszym od wielu lat podręcznikiem, który uczy poruszania się na giełdzie. Na prawdę najlepszym bo uczy na przykładach, zarówno tych udanych transakcji jak i tych złych, które doprowadziły Livermore'a kilkakrotnie do bankructwa.

Książkę czyta się ciekawie, aczkolwiek czasem wymaga ona skupienia i odłożenia na chwilę na półkę, aby do niej później wrócić. Niewątpliwie wartością dodaną dla polskiego wydania są objaśnienia do każdego rozdziału, przybliżające współczesnym czytelnikom realia czasu kiedy książka powstawała.

Czytając tę książkę można na przykładach nauczyć się tego w jaki sposób należy postępować na rynku, kiedy powinno się sprzedawać, a kiedy kupować. Ta wiedza jest niezależna od czasu - powstała wiele lat temu, ale dziś jest tak samo aktualna jak kiedyś.

Narrator pokazuje nam też jak działają mechanizmy manipulacji rynkiem i ceną waloru, szczególnie zwracając uwagę na momenty kupna i sprzedaży a także na istotne znaczenie złożonych już na rynku zleceń. Zwraca też uwagę na znaczenie emocji i konsekwencji w grze giełdowej. Wskazuje jak wielu ludzi (nawet wśród wielkich inwestorów) traci pieniądze kiedy tracą dystans do rynku i gdy w grę włączają się emocje.

To co się zmieniło na giełdzie to na pewno wielkość rynku i wielośc indtrumentów finansowych. Sam Livingston aka Livermore stwierdza, że za jego kariery ilość instrumentów na rynku wzrosła tak znacząco, że stała się nie do ogarnięcia dla pojedynczego tradera. Co można przy tym powiedzieć o rynku dzisiejszym?

Warte zapamiętanie są wciąż prawdziwe ostatnie zdania tej książki, że nikt nie jest w stanie stale pokonywać rynku, choć może okazyjnie zarabiać na nim pieniądze, niezależnie jednak od doświadczenia zawsze jest ryzyko strat bo spekulacja rynkowa nie może być 100 procentowo bezpieczna. Doświadczeni gracze wiedzą, że poleganie na "podpowiedziach" doprowadzi do ruiny szybciej niż jakiekolwiek inne wypadki. Droga do sukcesu na giełdzie nie jest łatwa. Jeżeli w grze giełdowej będziemy polegali na własnym przekonaniu, to po pierwsze będziemy bardziej świadomi tego co robimy, a po drugie w razie wpadki nie będziemy mieli do nikogo żalu, a może nawet nauczymy się czegoś na własnej porażce.

Niestety "nie da się zapobiec by ludzie mylili się, nie ważne jak są doświadczeni". Najgorszymi wrogami spekulanta giełdowego są: ignorancja, chciwość, strach i nadzieja. Jest to tak bardzo prawdziwe cały czas, niezależnie dziś, czy w przeszłości.

Podsumowując - książka na prawdę warta przeczytania.

Wspomnienia gracza giełdowego.
Fabularyzowana biografia Jesse Livermoore'a. Interesująca lektura o praktyce spekulanta giełdowego.
Wydawca: Linia 2011
Data wydania: 20116
ISBN: 9788363000202
Wspomnienia gracza giełdowego.
Edwin Lefevre "Wspomnienia gracza giełdowego." - recenzja
Jedna z najlepszych książek poświęconych grze giełdowej jakie czytałem. Przykłady z życia pozwalają zrozumieć mechanizmy gry giełdowej i przybliżają to w jaki sposób powinno się na tym rynku poruszać.
Date published: 18/05/2017
5

środa, 17 maja 2017

Stanowisko UOKiK w sprawie polisolokat - jak wygląda? - wpis gościnny

Ubezpieczenia z elementem inwestycyjnym zrobiły istną furorę w naszym kraju, bardzo wielu rodaków z uśmiechem na twarzy podpisywało umowy, w myśl których ich kapitał miał spokojnie pomnażać się na polisie lokacyjnej. Bardzo wielu z nich wciąż żałuje, że dało się nabrać na kolorowe reklamy i skuszeni wysokim oprocentowaniem udali się do towarzystw ubezpieczeniowych by zawrzeć umowę.
Na szczęście dzisiaj nie są osamotnieni w walce o odzyskanie swoich pieniędzy, skutecznie pomaga im w tym Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta, który dokłada wszelkich starań, by rozwiązać problem związany z nieuczciwym zapisem w umowach o polisolokaty. Jakie jest stanowisko UOKiK w tej sprawie?

Czym są polisolokaty?

By dobrze zrozumieć problem, musimy wiedzieć czym są i jak działają polisolokaty, a co ważniejsze zrozumieć, czemu zapisy w umowie o nie były nieuczciwe.
W najprostszym tłumaczeniu, polisolokata to połączenie dwóch usług – polisy lokacyjnej i ubezpieczenia na życie. To rozwiązanie ( w porównaniu do innych usług finansowych) miało zapewnić ogromy i pewny zysk klientom. A wszystko za sprawą podatku belki, a w zasadzie jego braku. Nie jest on bowiem doliczany do usług, które obejmują ubezpieczenia. Dlatego też towarzystwa ubezpieczeniowe mogły zaoferować klientom większy procent zysku.
Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda idealnie, jednak bardzo szybko okazało się, że polsiolokaty są maszynką do robienia pieniędzy… dla towarzystw ubezpieczeniowych. A wszystko przez tzw. opłatę likwidacyjną – czym ona jest?
Opłata likwidacyjna, to zapis w umowie o polisolokacie, który informuje o kosztach, jakie będzie musiał ponieść klient, gdy zechce zrezygnować z umowy przed jej zakończeniem. Miała to być forma zabezpieczenia dla usługodawcy. W praktyce jednak ten zapis umowy był często pomijany przy jej podpisywaniu, a o samej opłacie dowiadywaliśmy się dopiero w momencie, w którym rezygnowaliśmy z umowy. Nadmienić trzeba, że polisolokata sama w sobie nie generowała zysku, raczej straty, przez które musieliśmy wpłacać na lokatę dodatkowe środki (brak wpłat był równoznaczny z rozwiązaniem umowy i naliczeniem opłaty likwidacyjnej). Co jednak najważniejsze, sama opłata wynosiła nawet 100 procent wkładu własnego.

A co na to UOKiK?

Na szczęście organ państwowy nie pozostawił poszkodowanych samych sobie, rozpoczynając negocjacje z towarzystwami ubezpieczeniowymi. Zapisy umów związane z opłatą likwidacyjną zostały uznane za nieuczciwe, co otworzyło drogę (sądową), do walki o pieniądze, które stracili klienci.
Głównym zarzutem ze strony UOKiK, jest fakt, że poprzez opłatę likwidacyjną ubezpieczyciele starają się przerzucić na konsumentów koszty początkowe zawarcia ubezpieczenia – a te w ocenie specjalistów powinny być zaliczane do ryzyka prowadzenia działalności gospodarczej, to z kolei powinno być zmartwieniem jedynie przedsiębiorcy.
MS
Więcej informacji o odzyskaniu środków z polisolokat uzyskasz na: http://oplatylikwidacyjne24.pl.

poniedziałek, 15 maja 2017

Mam złe przeczucia - rzecz o bankach centralnych

W raporcie Bank of America Merrill Lynch znalazłem sformułowanie "Liquidity Supernova" odnoszące się do ilości "drukowanego" pieniądza wprowadzanego przez banki centralne do światowej gospodarki. Nie wiem jak to przetłumaczyć, może "eksplozja płynności"? Nie do końca da się słowami oddać fakt, że zaledwie w pierwszych trzech miesiącach 2017 roku Europejski bank centralny i Bank of Japan kupiły na rynku aktywa warte 1 trylion (po naszemu chyba bilion) dolarów. 

Generalnie kupiono papiery wartościowe za świeżo wydrukowaną gotówkę. Przykładowo Szwajcarski bank Centralny zaczął kupować bezpośrednio akcje i ma je już w swoim bilansie warte 80 miliardów dolarów (ciekawe co zrobi kiedy zaczną tracić na wartości). W ciągu ostatnich lat po kryzysie 2008 roku bilanse największych (ECB, BOJ, FED, SNB i BoE) spuchły ekspotencjalnie. 

Tymczasem tempo światowego wzrostu, czy też pokryzysowego "recovery" jest... takie sobie. Na pewno nie jest takie, jakiego można by się spodziewać po zastrzykach gotówki tak regularnych i tak wielkich. Pamiętajcie, że przecież mamy praktycznie zerowe/ujemne stopy procentowe. Jeżeli teraz nastąpi tąpnięcie, to banki centralne literalnie zostaną już zupełnie bez jakiejkolwiek amunicji.

Trochę przypomina to bieg po ruchomych schodach, tyle że w przeciwnym kierunku. Biegniemy, coraz bardziej jesteśmy zmęczeni, a nie przemieszczamy się wcale. Banki centralne pompują w rynki około 200 miliardów dolarów miesięcznie. Co będzie się działo kiedy FED czy inne banki centralne postanowią wyjąć wtyczkę z gniazdka lub faktycznie zaczną podnosić stopy procentowe? Ja mam złe przeczucia...

Zobaczie także: https://snbchf.com/2017/05/durden-emerges-central-banks-trillion-2017/

środa, 10 maja 2017

Rynek kantorów internetowych się wysycił?

Robiłem właśnie aktualizację listy kantorów internetowych na blogu i stwierdziłem, że w ciągu ostatniego pół roku zamknęło się i zniknęło z sieci, co najmniej kilkanaście serwisów. Doszedł wprawdzie jeden nowy, ale wygląda na to, że stało się to, co wieszczyłem jeszcze półtora roku temu - rynek uległ nasyceniu i miejsca na nowych małych graczy jest coraz mniej. Na rynku są w stanie funkcjonować takie serwisy, które zbudowały sobie w ubiegłych latach już pewną bazę użytkowników. Nowym podmiotom jest trudno pozyskać klientów. 

Kto miał ochotę zacząć korzystać z kantoru online, zapewne już to robi. Jeżeli zaś, ktoś przez ostatnie kilka lat nie korzystał z kantoru online, to szansa na to, że nagle zostanie klientem internetowej wymiany walut, jest coraz mniejsza. Na ten rynek weszły też w międzyczasie niektóre banki ze swoją ofertą wymiany walut, a te serwisy, które wystartowały na początku mają już bazę klientów, którzy się do nich przyzwyczaili. Każdy nowy podmiot próbujący swoich sił ma teraz trudniej.

Spodziewam się, że w nadchodzących latach będzie jeszcze więcej kantorów online, które zamkną swoje podwoje i na rynku zostaną tylko ci najwięksi gracze.


wtorek, 25 kwietnia 2017

Czy frank szwajcarski się osłabi?

Po niedzielnych wyborach we Francji mogliśmy zaobserwować zjawisko polegające na tym, że nagle cena franka szwajcarskiego znalazła się w okolicach 3 złotych 90 groszy. Zaczęły się pojawiać pytania na czym to polega i czy jest to trwała tendencja.

Po pierwsze, zjawisko, z którym mamy do czynienia od wczoraj polega na umocnieniu złotówki, co widzimy po spadającym kursie innych walut oraz cenie złota.

Jak widać na powyższym wykresie generalnie to od poniedziałku wszystkie walory zachowują się podobnie. Spoglądając na wykres kursu franka w dłuższym terminie wydawać by się mogło, że CHF słabnie, jeżeli jednak spojrzymy na kurs CHF do EUR to zobaczymy, że tak na prawdę od początku roku mamy do czynienia z umocnieniem się złotówki, a frank do euro wręcz się wzmacnia.

Czy  jest zatem szansa aby cena franka szwajcarskiego znacząco spadła? Nie jestem o tym przekonany. Obecne poziomy kursu można by uznać wręcz za odstępstwo od "normy"

Otóż pomimo wieszczów, którzy twierdzili, że umocnienie się franka do innych walut zabije gospodarkę Szwajcarii (niestety mnie też się tak kiedyś wydawało), okazało się inaczej. Gospodarka szwajcarska ma się dobrze, osiąga nadwyżkę eksportową i budżetową w przeciwieństwie do "lecącej na długach" gospodarki polskiej. Zestawienie tych dwóch faktów powinno wystarczyć aby pozbawić się złudzeń na franki po 2 złote.

Na to nakłada się ucieczka do waluty CHF ze wszystkich tych walut, które są podatne na turbulencje polityczne i gospodarcze. Zamanifestowało się to tym, że w poniedziałek frank rzeczywiście osłabł do Euro, ale tylko trochę do poziomu z października.

Można się zżymać, że frank jest przewartościowany, ale taki stan rzeczy może trwać długo. Nie robiłbym z tego założeń, że skoro jest przewartościowany to się musi osłabić. To za daleko idące.


piątek, 21 kwietnia 2017

Rozkładamy ubezpieczenie mieszkania na czynniki pierwsze. (wpis gościnny)

Ubezpieczenie mieszkania to naturalna czynność. Każdy kto chce zadbać o własne bezpieczeństwo, każdy kto chroni mieszkanie oraz mieszkańców, oprócz skorzystania z różnego rodzaju urządzeń, zabezpieczeń musi wybrać optymalne ubezpieczenie. Wszak nigdy nie wiadomo co może się przytrafić.

Pożary, włamania, zalanie wodą i wiele innych zdarzeń losowych powoduje ogromne straty. Jak zatem ubezpieczyć mieszkanie na wypadek różnego rodzaju negatywnych wydarzeń?


Ubezpieczenie szyte na miarę

Ubezpieczenie i jego opcję powinniśmy wybrać pod katem naszych potrzeb. Trzeba jednoznacznie odpowiedzieć na liczne pytania. Na to co może zagrażać konkretnej nieruchomości, na jakie zdarzenia będzie narażona w szczególności. Należy sprawdzić wartość wyposażenia mieszkania, tak aby w sytuacji zniszczenia nie było problemów z jego odtworzeniem. Brać należy także pod uwagę ryzyko włamania, kradzieży i pod tym kątem szukać również najbardziej atrakcyjnych opcji ubezpieczeniowych.


Ubezpieczenia rozszerzone


Firmy ubezpieczeniowe konkurują ze sobą na coraz bardziej wymyślne oferty, dzięki czemu potencjalni klienci nie muszą obracać się tylko i wyłącznie w temacie ochrony mieszkania, domu. Istnieją opcje rozszerzonych pakietów związane choćby z pomocą ubezpieczonemu w postaci wynajmu mieszkania zastępczego, pomocy prawnej i wielu innych dodatkowych działań.

Warto pomyśleć o OC

Decydując się na wykup ubezpieczenia rozsądnie jest również zainwestować w OC – odpowiedzialność cywilna. To prosty sposób na uniknięcie kosztów związanych ze spowodowaniem nieumyślnych wypadków, zniszczeń dokonanych w domach sąsiadów. Najczęściej mowa tutaj o przypadkowych zalaniach i pokryciu kosztów remontu. Całość zostanie sfinansowana właśnie z polisy OC.


Co wpływa na wartość stawek ubezpieczeniowych?

Zasadniczo brane są pod uwagę elementy wyposażenia mieszkania oraz jego zabezpieczenia. Firmy oferujące polisy brać pod uwagę mogą czy na wyposażeniu lokalu są np. drzwi, szyby czy też rolety antywłamaniowe, posiadające naturalnie niezbędne atesty. Czy właściciel nieruchomości zainwestował w takie zabezpieczenia jak choćby alarm tradycyjny oraz alarm przeciwpożarowy. Czy zamontowana jest choćby kamera zmniejszająca ryzyko włamania. To część elementów o które winni zadbać właściciele dzięki czemu składka może być niższa. Dodatkowo brane jest pod uwagę otoczenie. Brane jest pod uwagę czy mieszkanie znajduje się na osiedlu zamkniętym i chronionym. Sprawdza się również lojalność względem firmy ubezpieczeniowej. Kontynuowanie współpracy czy też posiadanie innych ubezpieczeń to możliwość uzyskania zniżki.


Ile trzeba zapłacić za ubezpieczenie mieszkania?

Powyżej wspomniane zostało co wpływa na wysokość ubezpieczenia oraz jak należy podejść do oceny ryzyka. Teraz czas na sprawdzenie tego ile co może rzeczywiście kosztować jeżeli mowa o składce na jeden rok.

Symulacja zakłada że ubezpieczone zostanie mieszkanie w Gdańsku, o wielkości 43 m2, rok budowy 2007 wyposażone w drzwi antywłamaniowe. Wybierając standardowe ubezpieczenie, do tego decydując się na opcję OC na kwotę 50.000 zł, składka roczna wynosić będzie około 300 złotych. Podobnie sytuacja będzie wyglądać w innych częściach Polski. Ubezpieczenie podobnego mieszkania będzie wiązało się z wydaniem kwoty oscylującej wokół 300 złotych.


Nie zawsze możemy liczyć na wypłatę ubezpieczenia

Oczywiście nie życzymy nikomu problemów związanych z własnym mieszkaniem, domem. Nie życzymy żadnych wypadków losowych ale należy pamiętać, że nie zawsze ubezpieczyciel będzie chciał nam wypłacić ubezpieczenie.

Jakiekolwiek celowe zniszczenia mienia, brak dbałości, rażące zaniedbania odnośnie stanu domu, mieszkania czy też kradzież niezwykle wartościowych przedmiotów takich jak choćby dzieła sztuki. W takich sytuacjach trudno liczyć na odszkodowanie. Przykładowo dzieła sztuki, antyki należy ubezpieczyć osobno. Koszt takiej polisy jest zdecydowanie droższy od tradycyjnej.


Staranne czytanie OWU


Przed podpisaniem umowy o ubezpieczeniu należy dokładnie zapoznać się z wszystkimi informacjami zawartymi w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia, w skrócie OWU. Na co zwrócić uwagę? Jakie detale mają znaczenie?

Domeną wielu osób jest brak dokładnej analizy zapisów w umowach. Bo za długa, za trudnym językiem napisana, presja czasu. To pierwszy błąd w trakcie zawierania umów ubezpieczeniowych. Należy zatem spokojnie wszystko sprawdzić, należy zwrócić baczną uwagę w szczególności na wszystkie informacje odnoszące się do wyłączeń odpowiedzialności ubezpieczyciela za powstałe szkody.


Autor artykułu
Zainteresował Cię temat? Wpadnij również na: Nowe-nieruchomosci.pl

piątek, 7 kwietnia 2017

Crowdfunding udziałowy - ale o co chodzi?

Od jakiegoś czasu obserwuję wysyp na różnych serwisach artykułów na temat takiego pomysłu jak "crowdfunding udziałowy". Odnoszę wrażenie, że jest to temat dosyć intensywnie promowany, fakt - dosyć nowy, jako koncepcja, no i w związku z tym intensywnie promowany. 

W tej promocji jednak widzę wiele niedopowiedzeń i obawiam się, czy za chwilę nie wyniknie z tego jakaś kolejna afera.


W czym rzecz. Koncepcja polega na tym, że firma, która ma pomysł na biznes poszukuje kapitału, dostarczyć go mogą zainteresowani wejściem w inwestycję drobni inwestorzy. So far so good. Pośredniczy w tym procesie ten czy inny serwis, który organizuje proces pozyskiwania wspólników do spółki. Rzecz opiera się o udziały w spółce z o.o. aby nie podpadać pod regulacje KNFu o ofercie publicznej (akcji). Taki serwis bierze na siebie pełnomocnictwo objęcia udziałów w imieniu inwestora, a ten może za niewielką sumę te udziały nabyć. Ponoć można nawet płacić kartą.

Gdzie ja widzę problem i dlaczego znowu marudzę? (Tak - marudziłem też o Amber Goldzie a potem widzieli wszyscy co z tego wyszło).

Otóż mam wrażenie, że w całym tym procesie promowania tego typu inwestowania, (zainteresowane wypromowaniem tematu) firmy pośredniczące przedstawiają same superlatywy, nie mówiąc nic o ryzykach. A przecież inwestycja w spółkę wiąże się też z ryzykiem. Ryzyk jest mnóstwo, a w materiałach informacyjnych jest o tym niewiele.

Jakie ryzyka? A no proszę, biznes nie wyjdzie, spółka upadnie, inwestorzy się nie dogadają, albo do spółki zostanie wprowadzony większościowy udziałowiec, który spółkę przejmie, pośrednik zachachmęci forsę, zarząd spółki ukradnie pieniądze, etc etc. Z wszystkim się trzeba i należy liczyć, dokumenty trzeba czytać ze zrozumieniem i analizować, przystąpienie do spółki w roli udziałowca to zawarcie pewnej umowy a nie kupno batonika w sklepie.

Jak sobie przeczytałem taki regulamin jednego pośrednika (organizującego taki crowdfunding), to on generalnie jest zwolniony z wszelkiej odpowiedzialności za cokolwiek. W szczególności kiedy do inwestycji nie dojdzie, z tych czy innych względów. Tymczasem w niektórych przypadkach to pośrednik jest faktycznym udziałowcem w spółce, a ostatecznemu inwestorowi sprzedaje tylko rodzaj "usługi finansowej", co mi osobiście zapala bardzo czerwoną lampkę.

Tymczasem promotorzy tego procesu milczą i uważam, że to bardzo źle. Bo za chwilę jedna czy druga spółka upadnie (bo biznes jest np. ryzykowny i nie wyjdzie), a rozczarowani inwestorzy będą chodzić do telewizji się wypłakać. A to wszystko dlatego, że nie zrozumieli (a nikt im nie przypomniał o tym), że inwestowanie wiąże się z ryzykiem. Na koniec przyjdzie ten czy inny organ państwowy i całego procederu zakaże, wylewając dziecko z kąpielą. 

Bo ja nie twierdze, że crowdfunding udziałowy jest zły, absolutnie. Twierdzę tylko, że powinien być przekazywany potencjalnym inwestorom kompletny i rzetelny zestaw informacji, a nie tylko słodkie reklamowe kity jak to łatwo, pięknie, szybko i zyskownie.

Dlaczego się tak wywnętrzam? Bo widzę te artykuły promocyjne i krew mnie zalewa. Zgłosiła się do mnie swego czasu taka osoba, z propozycją artykułu promocyjnego. Odpisałem, że chętnie zamieszczę na blogu, pod warunkiem wszakże, że będzie to temat rzetelnie opisany. Zadałem parę trudnych zagadnień do wyjaśnienia. 

Przykładowo poprosiłem aby  opisać dla jakiego rodzaju inwestorów jest przeznaczone uczestnictwo w tego rodzaju przedsięwzięciach - moim zdaniem stawia ono pewne wymagania inwestorowi, tzn. musi on mieć pewne doświadczenie biznesowe, aby być w stanie we właściwy sposób ocenić ryzyka i stronę formalną uczestnictwa w jakimś przedsięwzięciu/inwestycji. Według mnie nie każdy się do tego nadaje i nie każdy ma wiedzę i umiejętność oceny, na ile inwestycja w danej formie jest płynna, na ile niesie ze sobą ryzyka i na ile obietnica zysku jest realna do spełnienia. Nie umniejszam przy tym roli doradców, ale wg. mnie nie można się zdawać całkowicie i wyłącznie na nich.

Żaden artykuł promujący temat crowdfundingu jaki czytałem, o tym wyczerpująco nie wspomina. Uważam, że to źle.

Kolejne pytanie jakie zadałem dotyczyło roli pośrednika w relacji między inwestorem a spółką zarówno na etapie pozyskiwania środków, jak i później. Bardzo wiele od tego zależy jaka jest rola pośrednika i czy on uczestniczy w tej inwestycji jako "zbieracz środków" czy jako "pełnomicnik udziałowców". W każdym wypadku jest inny zestaw potencjalnych ryzyk i inny zestaw klauzul w umowie, które trzeba przeczytać ze zrozumieniem. Ale także o tym żaden promocyjny artykuł nie wspomina. A potem się ten czy inny inwestor zawiedzie i będzie płakał.

Kolejna rzecz to ryzyko takich inwestycji. Jest ono podwyższone, inwestycje dotyczą startupów czyli projektów o potencjale, które jednak mogą nie wypalić. Na naszym polskim rynku nie ma jeszcze takich statystyk i doświadczenia jeżeli chodzi o przeżywalność startupów, w takim materiale informacyjnym należy o tym wspomnieć. Moim zdaniem to nie są inwestycje dla osób, które zakładają że na pewno wyjdą z inwestycji po 3-5 latach  zyskiem! Mogą nie wyjść bo spółka będzie wymagała dokapitalizowania, może się okazać, że nie uda się zrealizować założeń rynkowych albo że plan się przedłuży i taka inwestycja to nie lokata. NIKT O TYM NIE WSPOMINA! Pisze się tylko ile miliardów zebrała jakaś tam spółka w procesie crowdfundingu za granicą - gdzie Rzym a gdzie Krym!

Nie odpowiedziano mi nawet na pytania o formalną stronę przedsięwzięcia. Pomija się to trochę milczeniem,a to jest ważne jaka jest strona formalna takiej inwestycji, tzn. czy inwestor obejmuje udziały w spółce, obligacje czy w jakiejś innej formie uczestniczy w przedsięwzięciu a co za tym idzie jakie są jego prawa w związku z wyłożonym kapitałem. Co się dzieje z kasą przekazaną pośrednikowi, etc.

Tak więc po zadaniu tych kilku kwestii do opisania w artykule (który wtedy rzetelnie wykładałby temat) nigdy już więcej odpowiedzi i zainteresowania nie otrzymałem.

Mniemam zatem, że trzeba być bardzo, ale to bardzo ostrożnym wchodząc w takie przedsięwzięcia. należy czytać uważnie umowy i regulaminy i krytycznie je analizować, bo one są pisane na złe czasy jak coś nie wyjdzie. nie dajcie się omamić wizją złotych gór bo wielu inwestorów w tej czy innej inwestycji już popłynęło na swojej chciwości.


wtorek, 4 kwietnia 2017

Rozważań o przyszłości - ciąg dalszy

Nie chciałbym, żeby wyszło, że marudzę z tą nadchodzącą recesją o której pisałem w poprzednim wpisie. Tak się jednak składa, że kolejny raport analityczny, który otrzymałem, też dotyka trochę tego tematu. 

Współcześnie w świecie widać narastające rozróżnienie pomiędzy krajami, które są w stanie utrzymać wzrost gospodarczy, bazując na wewnętrznym popycie, a tymi, które uzależnione są od eksportu. Bardzo wiele krajów jest silnie wystawionych na zjawiska zachodzące w światowym systemie gospodarczym, co przekłada się na to, że turbulencje na świecie wywołują napięcia wewnętrzne. 

Weźmy przykładowo takie kraje jak Rosja czy Arabia Saudyjska, uzależnione od wpływów z eksportu surowców energetycznych, czy Niemcy oraz Chiny uzależnione od eksportu towarów. Spowolnienie gospodarcze na świecie wywołuje w tych krajach wewnętrzne napięcia, w każdym inne, ale związane z tą samą przyczyną.

Niemcy, o których pisałem w poprzednim wpisie nie doświadczyły jeszcze spadku eksportu, ale z dużym prawdopodobieństwem doświadczą. Doświadczają już jednak wewnętrznych napięć, a procesy te będą narastać.

Oddalając trochę perspektywę, spójrzmy szerzej. Rynek giełdowy w USA jest nieracjonalnie napompowany. Gdyby liczyć czas od ostatniej recesji i przyjąć, że kalendarzowo spowolnienie gospodarcze powinno pojawiać się cyklicznie co jakieś sześć siedem lat, to powinniśmy już mieć kryzys. Skoro go nie ma, to z każdym kolejnym rokiem jego brak jest raczej anomalią niż normą.
 
Można się spodziewać, że umiarkowany wzrost w USA przełoży się na eksport niemiecki. O tym już pisałem. Nie pisałem (a może kiedyś dawno w Newsletterze, kiedy jeszcze wychodził), że te problemy gospodarki niemieckiej stanowią ryzyko dla systemu bankowego w całej Europie. Elementem tego potencjalnego zagrożenia jest (o czym już na 100% pisałem kiedyś w Newsletterze), narastający problem sektora bankowego we Włoszech. Nadal nie rozwiązany, mający swoje odpryski polityczne i zagrażający bezpieczeństwu banków niemieckich i francuskich.

Sądzę, że niepewność wokół Brexitu, też przełoży się na ogólną ostrożność inwestorów w pakowaniu się w długoterminowe przedsięwzięcia gdziekolwiek czy to na wyspach, czy na kontynencie. tymczasem sektor bankowy w Europie pochłonięty własnymi problemami nie będzie się chętnie ładował w nakręcanie inwestycji.

Nie chcę się powtarzać, ale dla Europy Wschodniej problemy gospodarcze Niemiec mogą skutkować spowolnieniem. Będzie ono tym bardziej odczuwalne i bardziej dany kraj jest częścią łańcucha dostaw niemieckich koncernów.

poniedziałek, 27 marca 2017

Czy w 2018 nadejdzie globalna recesja?

Wpadł mi w ręce raport przygotowany przez CPM Group - firmę analityczno doradczą, która koncentruje się przede wszystkim na rynku metali szlachetnych.

Czytam sobie w tym raporcie tezy, zbieżne generalnie z tym, co dociera do mnie z innych źródeł. Mianowicie twierdzą oni, że przyszły rok może być tym, w którym pojawi się recesja, która może dorównać tej z lat 2007-2009. Generalnie przyczynkiem do problemów gospodarczych wydają się być zakusy polityków, aby podejmować działania ograniczające wolny handel.Brexit, pomysły Trumpa czy problemy w Europie mogą wyhamować światową wymianę handlową, a rosnące stopy procentowa podciąć skrzydła wielu biznesom, które funkcjonują na nikłym marginesie zysku.

Z resztą przykładowo w takiej gospodarce USA identyfikuje się np. kredyty studenckie jako kolejną bańkę, której pęknięcie będzie miało równie opłakane skutki jak w przypadku bańki nieruchomościowej w 2007-2008 roku. Czy to nie jest przesadzone? Trudno mi powiedzieć.

Jest inny czynnik, który może i powinien napawać niepokojem. otóż w przypadku poprzedniego kryzysu banki centralne gasiły go zasypując rynek tonami świeżo drukowanych pieniędzy. Te pieniądze nie zostały ściągnięte z rynku i bilansów banków centralnych, one nadal tam są. W efekcie powtórzenie tej operacji może nie odnieść już pożądanych skutków w przypadku kolejnego kryzysu.

Jeżeli dojdzie do sytuacji, że izolacjonistyczne polityki rządów zostaną wprowadzone w życie, do może dojść do wzrostu cen na rynkach światowych, ze względu na dodatkowe cła i wyższe koszty prowadzenia handlu. Wprowadzenie zapowiadanego przez Trumpa stimulansu fiskalnego, może wywołać presję na wzrost płac w USA. To pociągnie za sobą impuls inflacyjny i podwyżkę stóp przez FED, a w konsekwencji upadek tych biznesów, które żyły z taniego finansowania. Realny staje się zatem scenariusz stagflacji.

Także ECB przebąkuje o podwyżce stóp. To z kolei przełożyć się może na umocnienie euro do dolara i też przyczyni się do pogorszenia bilansu handlowego EU-USA.  Pod warunkiem, że w sferze politycznej w Europie wreszcie wszystko się wyjaśni... czyli jeszcze nie w tym roku.

Jak to się może przełożyć na nasze krajowe podwórko? Cóż, nasz największy parter handlowy, czyli Niemcy ma w handlu z USA nadwyżkę eksportową wartości blisko pięciu miliardów dolarów miesięcznie. Niemcy eksportują do USA blisko 10% wartości całego swojego eksportu. Ograniczenia tego strumienia wymiany handlowej odbiją się na firmach z Polski, które niejednokrotnie są dostawcami czy podwykonawcami dla niemieckich koncernów.

Jedno jest pewne, wydaje się, że zachowanie wzmożonej ostrożności na przełomie tego i przyszłego roku jest uzasadnione. Warto śledzić doniesienia o stanie gospodarki USA i Niemiec bo może to mieć znaczenie dla naszego krajowego podwórka i stanu naszej gospodarki.

środa, 15 marca 2017

Chiny, złoto i ropa - układanka

Jest pewna układanka, jeżeli chodzi o globalny system monetarny, na którą chciałbym Wam zwrócić uwagę. Weźcie pod uwagę pewne fakty.

Obecny system, w którym dolar stanowi dominującą walutę rezerwową nie byłby możliwy gdyby nie miał oparcia w czymś więcej. Po zamknięciu przez Nixona możliwości wymiany dolarów na złoto, Amerykanie potrzebowali czegoś co pozwoliłoby wesprzeć dolara. 

W latach siedemdziesiątych zawarte zostało porozumienie z panującą w Arabii Saudyjskiej rodziną królewską, które przewidywało, że Arabowie będą sprzedawali na światowych rynkach ropę wyłącznie za dolary. Otrzymane petrodolary miały być inwestowane w USA (przede wszystkim w amerykańskie obligacje skarbowe), a w zamian Arabia Saudyjska dostała gwarancje bezpieczeństwa i dostawy broni od Amerykanów.

Generalnie układ ten działał jeszcze do niedawna i posiadane przez Arabię Saudyjską rezerwy obligacji USA rosły wraz z cenami ropy. Ostatnio jednak ilość posiadanych przez nich amerykańskich obligacji zaczęła się zmniejszać, a na linii USA - Arabia Saudyjska pojawiły się napięcia.

Cofając się jednak do lat siedemdziesiątych - ustanowiono wtedy system, w którym ktokolwiek chciał kupować ropę na rynkach światowych musiał wcześniej wymienić swoją walutę na dolary. Zapewniało to stałe zapotrzebowanie na dolara i w konsekwencji na amerykańskie papiery skarbowe.

W 2010 roku zaczęto podnosić głośno kwestię, że nowy system monetarny, nie byłby wcale taką złą ideą. Ówczesny prezydent Banku Światowego sugerował aby uwzględnić złoto jak punkt odniesienia i włączyć do międzynarodowego systemu chińskiego juana.

W 2012 roku Iran zaczął przyjmować w juanach płatności za eksport ropy do Chin. Była to odpowiedź na sankcje odcinające go od systemu SWIFT. Większość tych rozliczeń w juanach przechodziła przez banki rosyjskie.

W 2013 roku Ludowy Bank Chin ogłosił, że czas zacząć ograniczać posiadane przez Chiny rezerwy w amerykańskich obligacjach. W 2014 roku globalne rezerwy walutowe zaczęły spadać. Chińskie rezerwy utrzymywane w obligacjach USA także zaczęły się zmniejszać. Tymczasem w Szanghaju uruchomiono Szhanghai Gold Exchange, celem miało być uruchomienie handlu złotem wycenianym w juanach.

W 2015 roku Gazprom zaczął sprzedawać Chinom ropę za juany oraz zaczął rozmowy nad użyciem juanów i rubli do rozliczeń dostaw gazu w planowanym rurociągu na zachodniej Syberii. 

W 2016 roku Saudyjczycy zagrozili sprzedażą wszystkich obligacji USA w odpowiedzi na uchwałę senatu wiążącą ich z zamachami z 11 września. Wkrótce potem Chiny uruchomiły na SGE fixing złota w juanach.

Jednocześnie oficjalnie raportowane rezerwy złota zarówno Rosji jak i Chin stale rosną. Jednak po 2013 roku rosyjskie rezerwy zaczęły rosnąć jeszcze szybciej. Chiny z kolei stały się największym na świecie importerem ropy naftowej. W konsekwencji Chiny planują już od kilku lat wprowadzenie własnego kontraktu futures na ropę naftową wycenianego w juanach. 

Czy widzicie już jaki system wyłania się z tego połączenia? Powoli dolar zaczyna tracić oparcie jakie dawał mu rynek ropy naftowej. Z kolei wokół waluty chińskiej zaczyna powstawać system pozwalający eksporterom ropy sprzedawać ją za juany i wymieniać pozyskane w ten sposób rezerwy na złoto bez pośrednictwa amerykańskiej waluty.

Czy gdybyście byli krajem produkującym ropę, to ograniczalibyście jej produkcję aby uzyskać jak najwięcej "masowo produkowanego towaru" jakim są dolary? Czy też zwiększylibyście jej produkcję tak aby zakupić za nią jak najwięcej złota (którego nikt więcej nie wyprodukuje, a którego cena w nowym systemie monetarnym ma szanse znacząco wzrosnąć)?