Przegląd Finansowy: 2017

czwartek, 10 sierpnia 2017

Alan Greenspan - Mapa i terytorium, ryzyko natura ludzka, przewidywanie - recenzja

Zapraszam do lektury recenzji kolejnej książki, jest to "Mapa i terytorium" Alana Greenspana, ekonomisty i wieloletniego prezesa rady gubernatorów Rezerwy Federalnej USA.  Czym jest ta książka o kryzysie (i nie tylko), napisana przez człowieka, którego oskarża się, że do niego doprowadził? Przyznanie się do winy? Spowiedź Greenspana?

O racjonalności i złożoności

Interesujące jest to, że we wstępie Greenspan przyznaje, że nauki ekonomiczne nie są w stanie sprostać wyzwaniom prognozowania. Podważa tym samym niejako cały fundament bankowości centralnej i swej dotychczasowej kariery. Wczytując się głębiej w jego wywód, docieramy do sedna - to emocje ludzi uczestniczących w rynku/gospodarce są czynnikiem, który utrudnia budowanie wszelkich modeli. Z resztą każdy model z natury rzeczy, stanowi uproszczenie rzeczywistości, a więc jest niedoskonały (czego dowiódł dobitnie kryzys 2008 roku). Szkoda tylko, że w dalszej części książki, autor nie rozwija wystarczająco głęboko tego problemu. Dosyć szybko Greenspan zauważa, że neoklasyczne przekonanie o racjonalnym człowieku podejmującym racjonalne decyzje ekonomiczne, jest iluzją, którą sobie stworzyliśmy kierując się jednakże intuicją. Dziwi jednak, że kilka stron dalej (s. 44) autor sam sobie zaprzecza, pisząc że "większość ludzkich reakcji na zdarzenia gospodarcze, jest w końcu racjonalna, lub taka w znacznej mierze, jako że instynkty zwierzęce, są w dużym stopniu kontrolowane przez rozum." Nie zgadzam się z tym. Obserwacja rozwoju niektórych baniek rynkowych pokazuje, że gracze czasem są w stanie wręcz oczekiwać, że cena wzrośnie dwukrotnie w krótkim terminie, nie mając ku temu żadnych fundamentalnych (a co za tym idzie racjonalnych) podstaw. Faktem jest jednak stwierdzenie, że uzmysłowienie sobie, co ludzkość mogłaby zdziałać, gdyby była w pełni racjonalna, pozwala sobie wyobrazić górne granice możliwości osiągnięć gospodarczych.

Greenspan w jednym z rozdziałów zwraca jednak uwagę, że w ciągu XX wieku, złożoność systemu finansowego wzrosła tak dalece, że żaden audytor nie jest w stanie ocenić ryzyka, na jakie wystawia się dana instytucja finansowa. Jak zatem można mówić o racjonalności rynku czy oceny ryzyka?

Interesujące jest to, że Greenspan po części przyznaje to o wskazał Nassim Taleb, mianowicie, że wnioskowanie o prawdopodobieństwie przyszłych zdarzeń, na podstawie szeregów czasowych z przeszłości, jest obarczone błędem. Jednocześnie naiwne wydaje mi się stwierdzenie, że "uzbrojeni w doświadczenie z Lehmanem, zarządzający ryzykiem będą znacznie ostrożniejsi w szacowaniu przyszłego ryzyka." Taka wiara w wyciąganie wniosków i skuteczność działań "naprawczych" względem gospodarki USA, wyziera z dalszych części książki. Czy jest racjonalna? Obawiam się że nie. Czy znalazła potwierdzenie w faktach bieżących (książka jest sprzed paru lat)? Też chyba nie.

Wyznanie winy

W dalszej części książka zaczyna przypominać wyznanie winy - nie przewidzenia potencjalnych skutków ryzyka systemowego przed kryzysem 2008 roku. Chodzi o nie przewidzenie wystąpienia zjawisk stosunkowo mało prawdopodobnych, ale o skrajnie dużym wpływie. Greenspan rozkłada przy tym na czynniki pierwsze poszczególne aspekty, które doprowadziły do kryzysu. czymś co mnie jednak zadziwiło, było to, że komentując wielodziesięcioletnie wzrosty indeksu S&P500 Greenspan nie zająknął się ani słowem o inflacji i podaży pieniądza. Napisał o tym w zupełnie innej części książki, w osobnym rozdziale, ale w sposób jakby nie powiązany z kwestią wzrostu indeksu, który wyjaśnia wzrostem produktywności nie mówiąc nic o wartościach realnych odniesionych do wartości pieniądza.

 


Greenspan zwraca uwagę na istotny problem jakim jest istnienie instytucji finansowych zbyt dużych aby upaść. Ich obecność na rynku wypacza cały obraz konkurencji i percepcję ryzyka. Wpływa pośrednio także na inne podmioty (np. poprzez różnice w kosztach finansowania). Co jeszcze istotne, zwraca uwagę, że interwencjonizm rządów po 2008 roku sprawił, że zmieniła się percepcja ryzyk na rynkach. Teraz nikt nie uwierzy w to, że kolejnym razem ten czy inny rząd wstrzyma się od interwencji. To zaś wbrew pozorom wprowadza jeszcze większą niepewność i ryzyko na rynki.


Polityka

Greenspan słusznie zauważa, że politycy mają skłonność, do "aktywizmu". Tam gdzie roztropnie byłoby pozwolić rynkom spadać a firmom bankrutować - usiłują interweniować. Zamiast reagować umiarkowanie - stają się "nadreaktywni" i podejmują zbyt radykalne działania. Politycy nastawiają się na krótkotrwałe korzyści lekceważąc długoterminowe koszty. Polityk, który interweniuje bez powodzenia, jest chwalony za to, że próbował, zaś ten, który pozwala rynkom spadać (w ich naturalnym samoregulacyjnym mechanizmie), jest ganiony za brak reakcji. Greenspan jednak nie zauważa przy tym w jaki sposób financjalizacja gospodarki (i np. uzależnienie systemu ubezpieczeń emerytalnych od giełdy) doprowadza to tego, że politycy czują się przymuszani do zapobiegania spadkom (gdyż cała narracja polityczna jest oparta o paradygmat wiecznego wzrostu, który jest z założenia błędny).


O innowacyjności i kulturze

Bardzo interesujące i skłaniające do refleksji były fragmenty dotyczące innowacyjności. Greenspan zauważa, że kluczowy dla innowacyjności jest odpowiedni klimat społeczny, kulturowy, religijny, polityczny, poszanowanie praw własności, itd. Faktycznie jeżeli przyjrzeć się uważnie, to poszanowanie prawa ma zasadnicze znaczenie dla woli podjęcia ryzykownej inwestycji w nowe technologie. Nikt nie zaryzykuje pieniędzy wiedząc, że przyszłe zyski mogą mu być odebrane przez skorumpowanych polityków czy pazerne państwo. Ta refleksja każe zwracać uwagę na to, czy rzeczywiście Chiny mają potencjał przegonić państwa rozwinięte i także na to, dokąd zmierza nasz własny system prawny i państwowy.

Innowacji nie da się zadekretować, jak to próbują tacy czy inni politycy. Łatwo jest jednak zburzyć delikatne warunki dla powstania innowacyjności. Warto także zwrócić uwagę, że społeczno-religijne zacofanie, wyraźnie różnicuje różne regiony świata pod względem innowacyjności. Dośc powiedzieć, że na Półwyspie Arabskim, pomimo miliardów petrodolarów nie powstało jak dotąd absolutnie żadne innowacyjne przedsiębiorstwo na skalę globalną.

Greenspan zwraca także uwagę na rolę kultury w odniesieniu do np. sytuacji gospodarczej w strefie euro czy w Japonii. Sądzę, że jego spostrzeżenia w tej materii są dosyć celne.


O rozwarstwieniu dochodów


Następny temat, który porusza Greenspan to rosnący w skali globalnej poziom rozwarstwienia dochodów (wyrażony współczynnikiem Giniego). Zwraca uwagę na to jak globalizacja przyczynia się (od lat 70) do tego procesu. Niestety nie zająknął się przy tym o tym jaką rolę w tym procesie odgrywa "financjalizacja" gospodarki. Wprawdzie słusznie zauważa rolę rynków kapitałowych w kreowaniu np. superprezesów z gigantycznymi bonusami, ale zapomina dlaczego te rynki są tak rozbuchane i w jaki sposób przepływy finansowe i globalne deficyty kształtują w skali makro dystrybucję pracy na świecie.

Słusznie jednak zauważa, że żaden system proponowany przez krytyków kapitalizmu, nie wytworzył materialnych standardów życia takich jak skonstruowany w taki czy inny sposób system kapitalistyczny.

Moje wrażenia

Należy mieć na uwadze, że siłą rzeczy jest to książka Ameryko-centryczna. Książkę tę czytało mi się nieźle. Ciekawa dla zainteresowanych będzie niewątpliwie analiza wykresów i tabel dołączonych na końcu książki. Nie jest to jednak lektura konieczna. Odwołania do nich są tak skonstruowane, że jak ktoś nie jest zainteresowany, to nie musi do nich sięgać. Nawet pomimo czasem technicznego języka, generalnie pozycja napisana jest dość strawnie. Czasem tylko wydawało mi się, że autor zupełnie niepotrzebnie powtarza swą myśl po kilka razy. Czasem też odnosiłem wrażenie, że Greenspan odpływa w analizy tak wysublimowanych danych, że traci wątek a wywód ciężko jest zrozumieć.

Pewien problem czytelnikom tej książki może sprawić dosyć techniczny język, którym posługuje się autor. Trzeba się niestety orientować w przebiegu kryzysu 2008 roku, realiach ekonomiczno-gosodarczych i terminologii finansowo ekonomicznej. Ten język nie jest jednak konsystentny poprzez poszczególne rozdziały. Niektóre napisane są w sposób bardziej, a inne mniej hermetyczny. Wydaje mi się, że książka stanowi swego rodzaju zbiór esejów.

Czasem także odnosi się wrażenie, że eseje w książce zostały zmiksowane przypadkowo. Rozdział o inflacji i pieniądzu wydał mi się interesujący ale dosyć pobieżny. Niestety zupełnie niezrozumiałym wtrętem był dla mnie kolejny rozdział pt. "Bufory". Moim zdaniem nie miał on wiele wspólnego z resztą książki. Bo jaki cel i związek z resztą wywodów miały mieć rozważania na temat wieku infrastruktury militarnej USA? Wyglądało na to, że autor chciał coś powiedzieć na temat konieczności finansowania modernizacji infrastruktury z oszczędności, ale nie powiedział nic nowego poza paroma komunałami o posiadaniu oszczędności jako bufora na nieprzewidziane wydatki. Nie dość wyraźnie moim zdaniem odniósł się przy tym do problemu narosłego niespłacalnego zadłużenia USA.

Próbą spuentowania rozważań całej książki jest ostatni rozdział pt. "Bilans". Greenspan dostrzega, że interwencje państwa mające zapobiegać upadkom przerywają proces naturalnej alokacji aktywów. nie jest tu jednak ani zbyt odkrywczy, ani tez nie pisze nic nowego ponad to co napisał kilka rozdziałów wcześniej. Zabrakło mi w tym bilansie zdecydowanej puenty, czegoś więcej o zadłużeniu (poza jednym akapitem), realnej wizji na przyszłość.  Brakło próby sformułowania jakiś recept (a tego można byłoby od człowieka pokroju Greenspana jednak oczekiwać).

Mapa i terytorium.
Wyznania Alana Greenspana.
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 2014
ISBN: 9788379610198
Mapa i terytorium.
Alan Greenspan - Mapa i terytorium, ryzyko natura ludzka, przewidywanie - recenzja
Interesujące wyznania i eseje autorstwa byłego przewodniczącego Rezerwy Federalnej.
Date published: 10/08/2017
4

środa, 2 sierpnia 2017

Regulacje na rynku mieszkaniowym

Mamy (tak głosi oficjalna narracja) głód na rynku mieszkaniowym. Nie wiem do końca czym miałby się on przejawiać bo w sumie dosyć niewielu bezdomnych jest realnie jeśli policzyć względem populacji całego kraju. Może rzeczywiście należałoby powiedzieć, że mamy na rynku mieszkaniowym głód dostępności tanich mieszkań o przystępnym komforcie. To pewnie bliższe prawdy określenie stanu faktycznego. 


W takiej sytuacji rynkowej, państwo (sterowane rękami polityków) decyduje się wspierać lub regulować te czy inne działalności związane z rynkiem mieszkań. W ramach tych regulacji ustanawia prawo, które ogranicza właścicieli w możliwości wyrzucenia niepłacących czynszu (ustawa o ochronie lokatorów), wprowadza dopłaty do zakupu mieszkań, czy też jak słyszałem planuje narzucić na deweloperów ograniczenie minimalnej powierzchni nowo budowanych mieszkań.

Zastanawiam się, czy politycy zdają sobie sprawę, czemu te wszystkie uchwalane przepisy mają służyć, bo na pewno nie zwiększają dostępności mieszkań (tak jak by chciano) ani nie obniżają ich cen (czy też cen najmu). Prowadzą jedynie do tego, że wynajmujący wyżej kalkulują ryzyko (wyższa cena najmu), deweloperzy podnoszą cenę (aby zdyskontować napływ środków z programów rządowych), a w przyszłości będą musieli budować mieszkania o wyższej powierzchni (na które nie każdego będzie stać).

Nikt, na prawdę nikt nie podnosi przy tym, że przecież gdyby wolny rynek regulował rynek mieszkań to ceny najmu by spadły bo byłoby więcej chętnych inwestorów aby budować małe mieszkania na wynajem. Więcej osób mogłoby pozwolić sobie na zakup, a ci którzy nie byliby w stanie kupić wynajmowaliby tak jak to się dzieje na świecie. Mniej regulacji prowadziłoby bowiem do tego, że w każdym segmencie cenowym byłaby większa dostępność różnego rodzaju lokali na różnych poziomach cenowych.

Rzecz na dodatek w tym, że nie są to pomysły wyssane z palca, ale dowiedzione na podstawie badań empirycznych (por. Thomas Sowell)  prawidłowości. badania dowiodły, że w tych jurysdykcjach gdzie przepisy ograniczające rynek mieszkaniowy (względem nowego budownictwa i względem rynku najmu) są mniejsze, dostępność mieszkań jest większa, a ich średnia cena (nabycia czy najmu) mniejsza. Niestety w mentalności polityków jest przeświadczenie, że są oni mądrzejsi od społeczeństwa i rynku, przez co lepiej uregulują to co doskonale jest w stanie wyregulować się samo, za pomocą mechanizmu rynkowego ustalania cen.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Lektury na wakacje

Pomyślałem sobie, że skoro mamy okres wakacyjny, pogoda zaczęła dopisywać, to może zaproponuje czytelnikom jakiś wybór książek, które można byłoby poczytać smażąc się na słońcu. Spośród całej listy pozycji, które recenzowałem wybieram zatem takie, które są w miarę łatwo przyswajalne. Warunek jest istotny bo przecież czytając na plaży nie jesteśmy w stanie czasem podążyć za zawikłanym rozumowaniem autora, ale chodzi o puentę.

Zdecydowanie zatem poleciłbym "Wspomnienia gracza giełdowego", a to dlatego, że czyta się je trochę jak powieść. Można w sumie odpuścić sobie w tym upale skupianie się na aspektach finansowych, a i tak ta książka nie straci ze swojej atrakcyjności jako historia pewnego (znanego) inwestora.

Wbrew pozorom kolejną prostą do zrozumienia książką nadającą się do czytania w upał jest "Ekonomia dla każdego" Thomasa Sowella. Dlaczego? Otóż prostszym językiem ekonomi wykładać się już nie da. 

Trzecia to "Zwiedzeni przez losowość" Nassima Taleba. Dlaczego nie "Czarny Łabędź"? Chyba dlatego, że jest to wcześniejsza książka Taleba i w niej jeszcze tak nie odpłynął. Czytało mi się ją lżej niż "Czarnego Łabędzia", który wydał mi się trochę wtórny. No i z autopsji wiem, że da się ją czytać w upale ;)

Finalnie poleciłbym jeszcze "Kiedy pieniądz umiera" Adama Fergussona - książkę też czyta się trochę jak powieść historyczną. Nie trzeba skupiać się na liczbach czy wykresach, a raczej śledzić wydarzenia.


piątek, 28 lipca 2017

Usługa dla krezusów - wpis gościnny

Usługi asset management są adresowane do wąskiej grupy klientów. Z reguły mogą z niej skorzystać wyłącznie osoby dysponujące przynajmniej 1 milionem zł wolnych środków. Bywa jednak, że firmy wykazują pewną elastyczność i są gotowe nieco ten próg obniżyć.
 


Przez wiele lat po 1989 roku, gdy w Polsce pojawił się wreszcie rynek usług finansowych, usługi asset management były przypisane do wielkich, krajowych bądź zagranicznych, korporacji bankowych. Ale w latach dwutysięcznych powstało kilka niezależnych firm tej branży. W ostatnich latach coraz więcej klientów wybiera właśnie współpracę z niezależnymi asset managerami. Niezależne firmy zarządzani aktywami są z reguły bardziej elastyczne, a ich usługi lepiej sprofilowane. Zaletą niezależnych asset managerów jest także z reguły lepsza komunikacja z klientami, co oznacza częstsze spotkania klientów z zarządzającymi, którzy tłumaczą swoją strategię i przedstawiają swoje poglądy na konkretne firmy. Ale komunikacja oznacza w tym wypadku przede wszystkim prowadzenie przez firmy zarządzające edukacji klientów, co – zwłaszcza w wypadku osób dysponujących dużymi pieniędzmi – pozwala im podejmować bardziej świadome, a więc lepsze decyzje.

Polacy wolą lokować za granicą
Bardzo istotną przewagą niezależnych asset managerów jest ich oferta produktowa. Bankowe firmy zarządzania aktywami najczęściej oferują swoim klientom jedynie produkty inwestycyjne grupy kapitałowej, której są częścią. Dodatkowo, oferują takie produkty, które w określonym momencie są najbardziej zgodne z polityką sprzedażową międzynarodowej korporacji. Czyli, po prostu, przynoszą największy zysk. Grupie finansowej, nie klientom. Dlatego w ostatnich latach obserwujemy powolne, ale nieuniknione „zamieranie” korporacyjnych firm asset management. Dzieje się tak również dlatego, że jak się okazuje, korzystniejsze dla nich jest oferowanie klientom nie usług asset management, ale funduszy inwestycyjnych.
W efekcie rynek usług zarządzania aktywami dla najbardziej zamożnych klientów jest w Polsce dość wąski. Od 1995 roku, gdy w Polsce powstała pierwsza firma oferująca usługi asset management, do chwili obecnej Komisja Nadzoru Finansowego wydała niewiele ponad trzydzieści zezwoleń na prowadzenie usług zarządzania aktywami dla najbogatszych klientów. Korzysta z nich, jak się szacuje, niespełna 5 tysięcy klientów. Niewielu, skoro tylko w 2016 roku ponad 20 tysięcy Polaków legitymowało się dochodem przekraczającym ponad 1 milion zł. Rzecz w tym, że niemała część polskich milionerów woli lokować pieniądze za granicą, w zachodnich firmach asset management, uważając to za bezpieczniejsze rozwiązanie. Istotnym elementem przemawiającym za takim rozwiązaniem są również kwestie podatkowe.

Świadome decyzje
Inwestowanie w strategię, czyli podstawowy produkt oferowany przez firmy asset management jest korzystniejszy dla klientów. Przede wszystkim z powodów podatkowych. Wprawdzie usługi tego rodzaju są obciążone 23-procentowym VAT-em, ale ogromnym plusem jest możliwość kompensowania zysków i strat na poszczególnych inwestycjach. W wypadku funduszy jest to niemożliwe. Poza tym, jak wyjaśnia Błażej Bogdziewicz z Caspar Asset Management, jednej z największych firm zarządzania aktywami dla najzamożniejszych klientów, klient jest właścicielem konkretnych akcji konkretnych spółek. „Klienci strategii mogą podejmować bardziej świadome decyzje. Jeśli klient posiada jednostki uczestnictwa funduszy, to z reguły kieruje się stopą zwrotu wypracowaną przez fundusz. Często podejmuje decyzje pod wpływem emocji. Spadki skłaniają go do umorzeń, wzrosty do kupna. Tymczasem racjonalne zachowanie dyktuje odwrotne decyzje. Kupować warto przy spadkach, a umarzać przy wzrostach” – przekonuje Błażej Bogdziewicz.

Artykuł został przygotowany przez Caspar TFI

piątek, 21 lipca 2017

Bredzenie o nadwyżkach

Ostatnio da się słyszeć w mediach jakoby dzięki jakimś cudom w ściągalności podatków czy też skuteczności rządzenia w budżecie pojawiała się "nadwyżka". Co poniektórzy podniecają się tym faktem biorąc go na uzasadnienie tego jaki nasz rząd jest cudowny, a inne są be.

Nie chcę używać mocniejszych słów, ale denerwuje mnie to bredzenie. O nadwyżce w budżecie można byłoby mówić po podsumowaniu całego roku kiedy by się okazało, że nie mamy deficytu budżetowego tylko przychody (roczne) przewyższyły wydatki (roczne). Podniecanie się w danym miesiącu tym, że budżet państwa wydał mniej niż planował jest niezrozumieniem tematu.

Jeśli w jednym miesiącu przychody mamy wyższe niż wydatki, ale w całym roku nadal jedziemy na długach to o jakiej nadwyżce w ogóle mowa? 

Przypominam, że w budżecie państwa zapisano deficyt (60mld). Jest to największy zapisany w budżecie deficyt w historii... Deficyt to nowy dług. Nowy dług dodaje się do starego długu. Od wielu wielu lat w budżecie nie było nadwyżki.
 


wtorek, 18 lipca 2017

Podcasty, których słucham

W dzisiejszym wpisie chciałbym polecić Wam dwa źródła podcastów, z których sam korzystam. Podcasty dotyczą bieżących spraw światowej gospodarki i stały się dla mnie interesujące przede wszystkim ze względu na przeprowadzane w nich wywiady z interesującymi postaciami (analitycy, inwestorzy, zarządzający funduszami).

Oba źródła podcastów są po angielsku.

Pierwsze, to strona MacroVoices.com znajdziecie na niej co tydzień podcast z niezwykle interesującym wywiadem i komentarzem na temat bieżącej sytuacji gospodarczej. Dotychczas można było wysłuchać wywiadów z takimi postaciami jak James Rickards, Jum Rogers, Steve Keen, Willem Middelkoop i cała masa innych, mniej może znanych nam w Polsce postaci, ale prezentujących zwykle bardzo ciekawe informacje z całego świata. Każdy odcinek podcastu można bez rejestracji pobrać jako mp3 albo transkrypt. Dodatkowo rejestrując się na stronie otrzymamy newsletter (darmowy i bez reklam) z uzupełniającymi materiałami do wywiadów (np. wykresy, czy tabele statystyczne, a także dodatkowe artykuły nadesłane przez społeczność).

Druga strona to The Investors Podcast . Podobnie jak w przypadku pierwszej w publikowanych tam podcastach znajdziemy wywiady z mnóstwem interesujących osób z branży finansowej. Usłyszymy także informacje o ciekawych książkach napisanych przez ludzi, którzy doszli do dużych pieniędzy. W końcu usłyszymy także czasem wycinki z interesujących wydarzeń takich jak np. coroczne zgromadzenie akcjonariuszy Berkshire Hathaway. Podcasty można odsłuchać na stronie albo pobrać jako mp3 bez rejestracji.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Dlaczego nie warto trzymać pieniędzy na nieoprocentowanym koncie? - wpis gościnny

Finansiści wystawiają nam, Polakom, druzgocącą opinię. Większość z nas nie potrafi w sposób efektywny zarządzać swoimi finansami. Swoje nadwyżki finansowe, jeśli oczywiście takowe mamy, trzymamy najczęściej na nieoprocentowanych kontach osobistych. Jeśli już myślimy w jakikolwiek sposób o pomnożeniu kapitału, najczęściej wybieramy lokaty. Tylko garstka Polaków inwestuje oszczędności w inny sposób.
 

Konta osobiste, które posiadamy, bardzo rzadko są oprocentowane. Nawet jeśli są, to na bardzo niewielki, szczątkowy wręcz procent. Alternatywnie - są oprocentowane na akceptowalny procent, jednak tylko do określonej, zazwyczaj bardzo niskiej kwoty sięgającej jedynie kilku tysięcy złotych. Oczywiście lepiej jest posiadać rachunek oprocentowany w taki sposób niż taki, który oferuje zerowe lub niemalże zerowe oprocentowanie, jednak musimy pamiętać, że nie jest to optymalny sposób ochrony naszych oszczędności.

Trzymając bowiem pieniądze na nieoprocentowanym koncie po prostu tracimy. Po pierwsze nie otrzymujemy żadnych odsetek, co jest oczywiste. Co ważniejsze, lokaty bankowe stanowią barierę chroniącą nas przed inflacją. Inflacja, wiążąca się ze wzrostem cen towarów i usług, jest wrogiem naszych oszczędności. Powoduje, że za te same pieniądze po okresie np. roku możemy kupić mniej. I tak, lokata oprocentowana na 4% przy inflacji rzędu 3% daje nam realny zysk na poziomie 1%. W wypadku trzymania środków na koncie nieoprocentowanym – realnie stracilibyśmy 4% przez rok! To wbrew pozorom bardzo spora suma. Przy kwocie 100.000zł to aż 4.000zł straty tylko przez okres jednego roku! Należy pokreślić, że jeszcze kilka miesięcy temu w Polsce mieliśmy deflację, czyli zjawisko odwrotne do inflacji. Dzięki temu zyski z najkorzystniej oprocentowanych lokat na rynku przekraczały 4%.

Alternatywą dla trzymania pieniędzy na lokatach jest kupowanie jednostek funduszy inwestycyjnych, inwestowanie na rynku nieruchomości, kupowanie akcji i obligacji albo chociażby inwestowanie w wino czy whisky. Są to jednak zupełnie odrębne grupy inwestycji, będące z pewnością materiałem na oddzielny artykuł. Pamiętajmy, że większość z nich wiąże się ze sporym ryzykiem. Oczywiście wprawny inwestor jest w stanie zarobić na wiele sposobów, jednak w żaden sposób nie można tego z góry zagwarantować. Dla osób, które nie mają po prostu do tego głowy, lokaty bankowe wydają się bezpieczną przystanią. Pamiętajmy, że środki w polskich bankach są w pełni zabezpieczone przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny do 100.000 EUR, co stanowi równowartość ponad 400.000 PLN.

Wniosek jest prosty – kompletnie nie opłaca się trzymać naszych oszczędności na nieoprocentowanych kontach osobistych. Jeśli nie chcemy inwestować w bardziej ryzykowne instrumenty finansowe, to zamiast na rachunkach bankowych, trzymajmy nasze środki na oprocentowanych lokatach. To pozwoli nam zazwyczaj ochronić się przed inflacją, a często także trochę zarobić. Warto skorzystać z promocji dla nowych klientów, w których banki często oferują podwyższone oprocentowanie lub premię za samo założenie lokaty!

Łukasz Miśkiewicz
Zobacz więcej porad o finansach i oszczędzaniu: polakoszczedza.pl.

czwartek, 13 lipca 2017

A miało być tak pięknie

Kiedy po wyborach obudziliśmy się w nowej rzeczywistości politycznej, napisałem na blogu:
"Co to oznacza dla gospodarki? Cóż, będą musieli nieźle się nagimnastykować aby spełnić swoje wyborcze obietnice, których było co niemiara. Skąd pieniądze na to? Druk kasy przez bank centralny i zadłużanie państwa byłoby katastrofą... cała nadzieja w tym, że w Polsce politycy nigdy jeszcze nie realizowali swoich wyborczych obietnic."
Jak wyszło po tym 1,5 roku rządzenia? Wygląda na to, że ta gimnastyka rządowi cokolwiek nie wychodzi. Podatek bankowy owszem uchwalili, ale już np. podatku od hiperkarketów niebardzo. Udało się uruchomić rozdawnictwo socjalne w postaci 500+, ale jak to "mówią mądry Polak po szkodzie" - teraz rząd zastanawia się, skąd na to kasa, bo nie przewidział, że obywatele z 500+ jednak masowo skorzystają. 

Mamy więc nadal 23% VAT (a przypominam, że to miało być tymczasowe). Mamy plany podwyżek opłat za wodę (choć tu rząd sam nie wie jakim głosem mówi bo raz jest za a raz przeciw, koniec końców jednak nowe prawo wodne do sejmu trafiło).

Mamy w końcu kuriozalny pomysł Funduszu Dróg Samorządowych z opłatą paliwową 25 groszy na litrze. kuriozalny z dwóch powodów. Po pierwsze ja pamiętam (suweren może ma sklerozę, ale mu przypomnę), że w sierpniu 2011 roku Kaczyński pozował przy kanistrze udowadniając, że w cenie paliwa jest za dużo podatków. 

Owszem, dziś ceny paliw są niższe, ale naiwnym byłby ten, który uwierzyłby, że zawsze mogą takie pozostać. Dziś cena ropy jest niska, ale wystarczy jakieś zamieszanie na świecie i będzie dwa razy wyższa. Podatek tymczasem zostanie.

Drugi powód dla którego uważam, ten pomysł za kuriozalny, to jest jego inflacyjny charakter. Opłatę paliwową poniosą w cenach produktów wszyscy obywatele. Ceny paliw mają szczególny wpływ na ceny żywności (poprzez cały łańcuch produkcji i dostaw). Będzie to więc podatek jak najbardziej powszechny co nie specjalnie pasuje do przedwyborczej narrracji o janosikowaniu bogatych.

Skok ceny paliwa o 25 groszy na litrze to podwyżka rzędu 5%-6%. Inflacyjny charakter przyczyni się moim zdaniem do spowolnienia wzrostu gospodarczego i osłabienia złotówki. W jakimś tam stopniu. Nie uważam, że drastycznie, ale jednak. 

Teraz info dla komentatorów - fakt, że podatek przedstawia się jako drogowy mnie nie przekonuje. Gdyby nie rozdawać kasy na 500+ to by było na drogi. Fakt, że 500+ jest potrzebne - zostawcie dla siebie, mnie to nie przekonuje, uważam, że to jest niesprawiedliwe społecznie i nie ma realnego wpływu na dzietność. Znacznie większy wpływ miałby porządny program żłobkowo przedszkolny,  obniżka vatu na artykułu dziecięce i osłona dla rodziców tracących pracę.

piątek, 7 lipca 2017

Ryzykowne "high-tech stocks"

Natknąłem się ostatnio na i interesujący artykuł w Money Week, w którym autor wskazuje na ryzyka inwestowania w tzw. spółki technologiczne ("high-tech stocks" - przykładowo Google, Facebook, Apple, Tesla, Uber), wypływające z domeny politycznej. Rzecz w tym, że bardzo mocno model biznesowy niejednej z tych spółek jest podatny na zakłócenia związane z potencjalnie niekorzystnymi dla nich regulacjami. Weźmy przykład Ubera, którego ścigają po sądach już w całej Europie, czy Google albo Facebooka non stop nękanych zarzutami o naruszanie prywatności użytkowników.

Rzecz w tym (i tu dokładam cegiełkę od siebie), że generalnie mamy te akcje mocno przewartościowane. Goldman przykładowo wskazuje, że akcje Tesli powinny kosztować o połowę taniej. Reszta tych spółek technologicznych moim zdaniem tez jest napompowana. Mamy czasy taniego pieniądza, który wpłynąwszy na giełdę podbił kursy. Jeśli teraz weźmiemy ryzyka polityczne w tej czy w innej dziedzinie (Uber przykładem) to okazuje się, że wiele z tych biznesów jest znacznie mniej atrakcyjnych. Nie chcę pisać, że runą one za tą czy inną decyzją polityczną. Chodzi mi o to, że np. sprzedaż samochodów elektrycznych na tym etapie rozwoju rynku opiera się na subsydiach i tak jeszcze jakiś czas będzie. Jest to mocno polityczna sprawa mająca wpływ na kursy akcji spółek.
Zobaczcie co stało się z rynkiem certyfikatów energetycznych i biznesem farm wiatrowych po zmianach regulacji prawnych przez nową ekipę rządzącą.

Obawiam się, że ryzyko polityczne jest dosyć mocno niedoszacowywane w wycenach akcji spółek nowych technologii. Wydaje mi się, że jest tak generalnie nie tylko na giełdzie amerykańskiej, ale jest to ogólne podejście do tego sektora, gdzie wycena raczej antycypuje przyszły sukces w optymistycznym wariancie realizacji scenariusza niż uwzględnia potencjalne problemy.

Rzecz w tym, że rozwój biznesu często wyprzedza prawo. Spójrzcie na bitcoina. Rozwój kryptowalut i całego segmentu przedsięwzięć biznesowych wokół tej technologii wyprzedza regulacje prawne. Oznacza to ni mniej ni więcej, że jets podatny na znacznie większe ryzyko polityczno/prawne niż inne "bardziej ustabilizowane" segmenty gospodarki. Co gorsza - politycy nie rozumieją nowych technologii, a możliwości skomplikowania rodzącego się biznesu, czy też wręcz utrącenia go są bardzo duże.

wtorek, 27 czerwca 2017

W jaki sposób zerowe stopy procentowe wypaczają gospodarkę?

W wielu krajach na świecie mamy do czynienia ze zjawiskiem zerowych albo realnie ujemnych stóp procentowych. Jest to aberracja w historii ekonomii. Z logicznego punktu widzenia jest wszak idiotyzmem aby za pożyczenie komuś kapitału, jeszcze mu dopłacać. Niskie, czy też zerowe stopu dewastują oszczędności i tym samym wypaczają działanie gospodarki. Błędem jest przy tym przekonanie, że są one stymulatorem wzrostu. Dlaczego? Zaraz postaram się to wyjaśnić.

Przede wszystkim, zamiast skłaniać do wydawania, to niskie lub ujemne stopy sprawiają, że ci którzy oszczędzali skłaniają się aby oszczędzać jeszcze więcej. Mając świadomość, że stopa zwrotu z portfela oszczędności spada, skłaniają się do tego aby go zwiększyć i zabezpieczyć się przed utratą jego wartości.

Pozostali, skłaniają się do podejmowania bardziej ryzykownych zagrań rynkowych. Są skłonni akceptować wyższe ryzyko i świadomi tego ryzyka uczestniczą w pompowaniu tej czy innej bańki cenowej aby (na zasadzie hazardu) dać sobie choć szansę na zwiększenie wartości swojego portfela.

Zwróćcie uwagę - przy ujemnych stopach, wartość portfela z czasem zdąża do zera!

Mamy więc kombinację takich, którzy ograniczają wydatki i takich, którzy skłonni są podejmować coraz bardziej szaleńcze ryzyko. Ani jedni, ani drudzy nie zachowują się w sposób sprzyjający zrównoważonemu wzrostowi.

Jest jeszcze trzecia kategoria, takich którzy postanawiają wydać wszystko co mają, licząc że na starość i tak przeżyją na utrzymaniu państwa. Ci trochę pomagają pompować bańki adymane przez tych drugich.

Żadne z tych podejść nie daje się nazwać zdrowym inwestowaniem, no może z wyjątkiem oszczędzania, o którym pisze w pierwszym przypadku.

Jeżeli chodzi o zachowania przedsiębiorców, to są one analogiczne. Zamiast inwestować, zajmują się wykupem własnych akcji za zaciągane darmowe kredyty, czym podtrzymują iluzję wzrostu na rynku akcyjnym. Inne angażują się w wysoce ryzykowne i nisko dochodowe przedsięwzięcia, lewarując się tanim kapitałem, ale gdyby tylko wzrosły stopy - natychmiast się wywrócą.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Dlaczego jestem przeciwnikiem wycofania gotówki?

Korzystanie z gotówki est niewygodne - to fakt. Przede wszystkim trzeba ją mieć aby ją wydać, nie zawsze mamy jej wystarczająco, przechowywanie/liczenie/transport gotówki kosztuje, etc. te i wiele innych argumentów przeciwko gotówce jest słusznych, a pomimo tego jestem zdecydowanym przeciwnikiem całkowitego jej wycofania. Dlaczego?

Jest wiele powodów, które chciałbym poniżej wyłożyć.

Powody filozoficzno - wolnościowe


Po pierwsze, możliwość płacenia gotówką jest pewną formą wolności osobistej jednostki. Może to dla niektórych strasznie górnolotnie brzmi, ale zastanówcie się jak byście się czuli musząc pytać się o zgodę kogoś obcego w KAŻDYM przypadku, KAŻDEJ transakcji? Chyba nie byłoby to takie super... To teraz pomyślcie, że w zasadzie płacąc kartą robicie dokładnie to. Każda transakcja kartowa oznacza zapytanie do banku o autoryzację. 

Implikacje dla ochrony prywatności są oczywiste, odsunę je na bok bo dla jednych mają one znaczenie większe, a dla innych mniejsze. Znacznie istotniejsza jest dla mnie pokusa aby móc kontrolować gospodarkę lub jednostki dla jakiś własnych politycznych czy biznesowych celów.

Wyobraźmy sobie, że politycy postanawiają pewnego dnia, że handel zakup określonych towarów w określonych godzinach jest nieprawomyślny (bo np. mamy Ramadan, czy Wielkanoc). Cóż stoi na przeszkodzie aby zablokować określone transakcje kartami w tych godzinach? Absolutnie nic i nie ma przed tym żadnej obrony. 

Czarny rynek? Zapomnijcie, rząd będzie kontrolował wszystkie transakcje (inna sprawa, że to realnie niewykonalne bo ludzie znajdą inny rodzaj pieniądza czy waluty, ale chodzi o przykład).

Albo taki pomysł. Załóżmy, że duży bank chce przejąć sieć sklepów detalicznych, cóż stałoby na przeszkodzie aby trochę popsuć przy autoryzacji transakcji. Niech na przykład pieniądze spływają z tygodniowym opóźnieniem (przez błędy techniczne), płynność firmy siada i można ją łatwo przejąć. Sposobów są tysiące.

Pewnym filozoficzno-wolnosciowym argumentem jest to, że nie każdy z nas chciałby się chwalić przed innymi listą transakcji. Niekoniecznie chodzi o nielegalne zakupy, ale kupno "świerszczyka" lepiej pozostawić anonimowe. Nie każdy ma wolę, chęć i odporność psychiczną aby stawić czoła upublicznianiu takich informacji. Fakt, że każda absolutnie transakcja byłaby rejestrowana dawałby służbom rożnej maści wygodne narzędzie szantażu niektórych.

To jest pewnego rodzaju kwestia natury filozoficznej. Moim zdaniem pozostawienie pewnej choćby szansy wyboru, czy daną transakcję zostawić anonimową powinno być po stronie obywatela w imię pewnych zasad.

Powody techniczno - katastroficzne


Eliminacja gotówki prowadzi do uzależnienia od systemu bankowego. Generalnie każda elektronizacja transakcji finansowych prowadzi do uzależnienia od prądu elektrycznego i technologii. Wielu z nas traktuje prąd elektryczny jak powietrze, jest i był zawsze w gniazdku. Fakty są takie, że infrastruktura energetyczna jest bardzo delikatna i podatna na zaburzenia. Zdarza się tu i ówdzie od czasu do czasu blackout czy awaria. Bywało tak i w naszym kraju, że unieruchomione brakiem prądu (np. po wichurach) kasy fiskalne skutecznie blokowały zaopatrzenie w sklepach. Dysponując gotówką można ten problem jakoś półlegalnie obejść, ale jeżeli gotówka jest cyfrowa... to jesteśmy w kropce.

Uzależnienie się na własne życzenie od pewnej technologii bez pozostawiania sobie alternatywy jest moim zdaniem niebezpieczne. Każda sytuacja ekstremalna (huragan, powódź, wojna czy zamieszki) może prowadzić do paraliżu. 

Do tego dochodzi podatność systemów informatycznych, które jak często można to stwierdzić (nawet w bankach) bezbłędne nie są. Gwarancji, że wszystko będzie działać zawsze i bez problemów nie da nikt (a jak da to uciekajcie, bo pewnie wariat). 

Nie twierdzę, że gotówka jest bezpieczna. Ją też można stracić (w powodzi, pożarze, rabunku). Jest jednak alternatywą i daje szansę dywersyfikacji pewnych ryzyk.

Powody ekonomiczne


Na koniec powody natury ekonomicznej. Sytuacja na świecie sprawia, że banki centralne imają się "niekonwencjonalnych rozwiązań". Ustanawiają na przykład ujemne stopy procentowe, które polegają de facto na tym, że za depozyt w banku trzeba płacić. Naturalna alternatywa w takiej sytuacji polega na wyjęciu pieniędzy z banku i schowaniu "w materacu". Pozbawieni gotówki obywatele, pozbawieni są też tej drogi ucieczki. W ostatecznym rozrachunku stanowić to może dla bankierów nie lada pokusę. Dlaczego by nie przystrzyc jeszcze bardziej posiadaczy oszczędności?

A opłaty transakcyjne? Przecież na każdej transakcji kartą zarabiają banki. Pobierają one swoisty podatek od obrotu bezgotówkowego, są więc wielkimi beneficjentami potencjalnego wyeliminowania gotówki. Tylko co się stanie, kiedy obywatele zostaną pozbawieni możliwości ucieczki w obrót gotówkowy? Opłaty niechybnie wzrosną...

Tak więc słuchając o terrorystach, bezpieczeństwie publicznym, wyłudzeniach podatków, nie dajcie sobie wmówić, że za wszystko odpowiada gotówka.  Bywa i tak, ale bywa też tak, że takie antygotówkowe argumenty mają na celu napędzenie zysku lobby bankowego.

A jakie wy macie argumenty za i przeciw gotówce w obrocie?

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Ekonomia nie jest grą o sumie zerowej

Przyszło mi do głowy, że powinienem o tym napisać. Niestety wydaje mi się, że wielu ludzi, także polityków mających wpływ na gospodarkę, zapomina o tym fakcie, że ekonomia nie jest grą o sumie zero. 

Warto się nad tym pochylić bo ma to daleko idące implikacje. Gra o sumie zerowej, to jest taka, w której w przypadku gdy jeden z graczy zyskuje, pozostali muszą tracić tyle samo ile on zyskał. W sumie bilans w grze o sumie zero wynosi właśnie zero, czyjaś strata jest zyskiem kogoś innego.
Ekonomia nie jest takim przypadkiem, z prostego powodu. Jeżeli zawieramy transakcję, to aby do niej doszło, (przy założeniu wolnego rynku - bo tylko takie założenie ma sens) obie strony muszą odnieść korzyść. Jeżeli kupuję od pana Kowalskiego samochód, to według mojej oceny tej transakcji jego wartość jest większa niż wartość pieniędzy, które za niego daję w formie ceny. Z kolei dla Kowalskiego, wartość auta jest mniejsza niż wartość pieniędzy, które otrzymuje jako zapłatę. Na końcu transakcji mam pojazd, który ma dla mnie jakąś wartość i jestem zadowolony z transakcji, a Kowalski ma pieniądze i też jest zadowolony. Gdyby było inaczej (zakładamy warunki idealne i wolny rynek) nie zawarlibyśmy umowy.

Oczywiście zaraz zgłosi się ktoś i powie, że w realnym świecie są oszuści, cwaniacy, złodzieje i niedoskonała informacja dla obu stron. Owszem, ale to są zaburzenia, które nie zmieniają fundamentalnej zasady, która mówi, że strony nie zawrą transakcji jeżeli nie będą przekonane, że będzie ona z korzyścią dla nich. 

Tak więc na końcu takiej operacji ekonomicznej mamy dwie strony, które mają przekonanie, że wartość ich majątku jest większa. Pamiętajmy przy tym o jednym - wartość jest trudno mierzalna i nie jest to wyłącznie wartość liczbowa. Na pomijaniu tego aspektu zasadza się błąd całej masy ekonomistów, wydaje im się, że wszystko sprowadza się do ceny i wyrażonych w pieniądzu współczynników, a to nie prawda.

Takie wypaczone spojrzenie na ekonomię prowadzi do absurdów w stylu takim, że do PKB liczy się wartość pracy pokojówki, za którą płacimy wynagrodzenie, ale już nie któregoś z domowników, który posprzątał mieszkanie "w zamian za wikt i opierunek". Generalnie z dużą rezerwą należy podchodzić do niektórych miar ekonomicznych, bo zasadzają się na mocno upraszczających założeniach co do rzeczywistości. 

Wracając do tematu wpisu, to dzięki temu, że w każdej transakcji ekonomicznej dla obu stron tworzona jest pewna dodana wartość (niekoniecznie mierzalna), cała ta ekonomia się kręci. Ludzie, którzy tego nie rozumieją, żyją w przeświadczeniu, że światem rządzą oszuści i wyzyskiwacze, podczas gdy często jest tak, że ludzie bogaci dorobili się majątków właśnie dlatego, że oferowali produkty lub usługi, za które inni chcieli zapłacić. 

Ja nie twierdzę, że w gospodarce nie ma patologii czy nieuczciwości, chcę tylko powiedzieć, że nie należy na całą ekonomię patrzeć przez pryzmat wyzysku, bo to prosta droga do ułomnego spojrzenia na świat, które prezentowali komuniści. Jak próbowali na nowo układać gospodarkę po swojemu, to nijak nie chciała im działać.

czwartek, 8 czerwca 2017

Księgi wieczyste online za darmo?

Osoby przeszukujące internet wydaję się bardzo często szukać odpowiedzi na pytanie o możliwość przeglądania online ksiąg wieczystych. Nie jest to pytanie oderwane od rzeczywistości. Faktycznie kiedyś po to aby przejrzeć księgę wieczystą trzeba było się udać do sądu i w czytelni wypełnić odpowiedni wniosek. Teraz jest na szczęście lepiej.



Dlaczego w ogóle przeglądanie KW zajmuje miejsce na blogu finansowym? Dlatego, że uważam iż przed ewentualną decyzją inwestycyjną, związaną z nieruchomościami, należy księgę wieczystą zweryfikować bezwzględnie.

Dzisiaj, po tym jak, w ramach projektu Nowej Księgi Wieczystej, stare papierowe księgi, przechowywane w archiwach sądów, zostały zmigrowane z formy papierowej do postaci elektronicznej, nie stanowi już problemu aby za darmo bez żadnych opłat dotrzeć do treści aktualnej czy treści zupełnej i przejrzeć ją w przeglądarce internetowej.

W tym celu należy udać się na stronę Ministerstwa Sprawiedliwości, na której udostępniona jest elektroniczna przeglądarka ksiąg wieczystych: http://ekw.ms.gov.pl

Następnie, jak na zaznaczonym powyżej zrzucie ekranu, wybieramy opcję: "Przeglądanie Księgi Wieczystej".

Otrzymamy ekran, na którym konieczne będzie wprowadzenie numerku księgi wieczystej, aby uzyskać dostęp do KW. 

Tutaj może pojawić się pewien problem, związany z tym, że czasem możemy nie znać numeru księgi, który chcielibyśmy sprawdzić. Otóż przychodzą tu z pomocą serwisy internetowe, które pozwalają znaleźć dopasowane numery KW czy to posługując się numerem działki czy też adresem nieruchomości. Taki serwis opisywałem w jednym z wpisów na blogu

Generalnie wygląda to tak, że można znaleźć numer księgi (odpłatnie), korzystając z takiego serwisu komercyjnego, a następnie (już bezpłatnie) znaleźć online treść księgi wieczystej na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości.



Discolsure: Za zamówienia w serwisach komercyjnych, zrealizowane po założeniu konta za pośrednictwem linka prowadzącego z mojego bloga, otrzymam prowizję. 

poniedziałek, 5 czerwca 2017

Rok po brexicie

Za dwa tygodnie minie mniej więcej rok od referendum w Wielkiej Brytanii w sprawie wyjścia z UE. Rozważałem trochę ten temat przed rokiem i postanowiłem wrócić do moich ówczesnych przewidywań. Na ile okazały się one trafne?

Przewidywałem zamieszanie i mamy zamieszanie. Najlepszym tego dowodem jest fakt, że w czwartek mamy wybory w Wielkiej Brytanii. Podczas gdy Poszczególne kraje UE zwarły szyki i ustaliły wspólne kluczowe punkty swego stanowiska, to Wielka Brytania "hamletyzuje". Sytuacja wygląda więc tak, że po półrocznym debatowaniu w brytyjskim parlamencie, uruchomiono w końcu procedurę wyjścia z UE w ramach art. 50 traktatu lizbońskiego, a następnie (podczas gdy dalej nie wiadomo na jakie  miałyby być zasady "rozwodu") ogłoszono kolejne wybory. Co najśmieszniejsze, wcale nie jest wykluczone, że zmęczeni zamieszaniem "po brexitowym" brytyjczycy w czwartek nie udzielą większości aktualnie rządzącej, pro exitowej partii konserwatywnej. Zdecydowanie zyskuje partia pracy, co się stanie w przypadku jej wygranej? Prognozuję jeszcze większe zamieszanie.

Najlepiej to widać jak się przeanalizuje stanowiska dwóch największych partii brytyjskich w związku z wyborami. premier May była przeciwko brexitowi, a teraz stoi na stanowisku, że nie ma "miękkich rozwiązań". W samej partii konserwatywnej są tacy co nawołują do twardego rozstania się (oczywiście bez konkretów, jak miałoby wyglądać życie po rozwodzie). Partia pracy nawołuje do "miękkiego rozstania się" i stoi na stanowisku, że trzeba z UE negocjować a nie wywijać fochy jak to robią konserwatyści.

Tak czy siak, nawet przy wygranej konserwatystów ich poparcie nie będzie tak silne aby legitymizować silny twardy brexit. Obawiam się jednak, że w związku z tym każdy praktycznie scenariusz polityczny dla Wielkiej Brytanii oznacza dalsze trwanie w niepewności i brak jednoznacznego stanowiska w negocjacjach z UE. 

Oczywiście nie umocni to funta.

Z resztą moje przewidywania co do pozycji funta się potwierdziły, na wykresie możemy wyraźnie zobaczyć jaka była cena funta w złotówkach rok temu a jaka jest teraz. 



Nie twierdzę, że funt się nigdy nie umocni. Ma na to szansę, ale dopiero kiedy kurz rozwodowej bitwy opadnie, czyli... za jakieś parę lat. Na razie nadchodzi sztorm.

Swoje "profetyczne" słowa sprzed roku powtórzę tu bo wydają mi się nadal aktualne:
"Czekają nas teraz co najmniej dwa, jak nie cztery lata zamieszania, niepewności i nerwowych ruchów. Jeszcze tylko brakuje aby jakiś bank się potknął o własne sznurowadła i zobaczymy falę domina jak po Lehman Brothers."

wtorek, 30 maja 2017

Upadek Wenezueli - wpis gościnny

Po 18 latach socjalistycznych, uzależnionych od wydatków publicznych rządów w Wenezueli wiadomości dochodzące z tego zakątka świata wciąż wywołują szok, zaciekawienie i skrajne emocje. Wszystko zaczęło się od przysłowiowego już braku papieru toaletowego, podstawowych leków i pustych półek w sklepach, kończy zaś na tłumach Wenezuelczyków próbujących przekroczyć granicę z Kolumbią, aby zaspokoić swoje podstawowe potrzeby.

W tym samym czasie na lotnisku w Caracas lądują dziesiątki Boeingów 747 z całego świata, które przybywają z cennym ładunkiem na pokładzie. Nie, rząd „Republiki Boliwariańskiej” nie importuje żywności ani leków. Samoloty transportowe przewożą nowo wydrukowane banknoty wenezuelskiej waluty – boliwara. Ten zaskakujący scenariusz nie jest po prostu kolejnym złośliwym dowcipem wenezuelskiego rządu; wynika z faktu, że nie można uniknąć drukowania nowych banknotów, biorąc pod uwagę roczną stopę inflacji w wysokości 800% w 2016 r. w połączeniu z niechęcią wobec skorygowania inflacji poprzez zmianę nominalnej wartości waluty – mimo że w końcu została ona zwiększona pod wpływem aktualnej sytuacji w 2017 r.


W rzeczywistości sytuacja jest tak poważna, że władze z trudem gromadzą wystarczające sumy w dolarach, aby opłacić dodruk nowych boliwarów. Cytując słynny blog Zero Hedge: „Innymi słowy Wenezuela jest teraz bankrutem, który może nie mieć wystarczająco dużo środków, aby zapłacić za swoje pieniądze”. Z kolei gdy socjaliści na szczycie próbują stosować kosztowne metody neutralizowania hiperinflacji, burmistrz regionu Chacao w Caracas twierdzi, że od maja zeszłego roku Wenezuelczycy polują na gołębie i psy, gdyż w sklepach nie można znaleźć 70% artykułów pierwszej potrzeby.

Jak do tego doszło? Wenezuela to kraj z największymi rezerwami ropy naftowej, które według danych z Caracas wynoszą prawie 300 miliardów baryłek wysokiej jakości węglowodorów – to więcej niż w przypadku Arabii Saudyjskiej; to kraj, na cześć którego prasa amerykańska wygłaszała peany w 2013 r., wychwalając sukces chavizmu i nowego socjalizmu południowoamerykańskiego; kraj, który stał się „zagrożeniem dla globalnego kapitalizmu”, kiedy to w ciągu 10 lat (od 2003 do 2013 r.) podwoił wartość PKB, ograniczył umieralność dzieci o połowę, przyjął miliony młodych ludzi na uniwersytety i zapewnił obywatelom dostęp do służby zdrowia.


Dramatyczna sytuacja Wenezueli to klasyczny przykład planowej gospodarki interwencjonistycznej, która została zgrabnie podsumowana przez Margaret Thatcher: „Problem z socjalizmem polega na tym, że ostatecznie kończą ci się cudze pieniądze”. Nowe państwowe mieszkalnictwo, „bezpłatna” edukacja i opieka zdrowotna, świąteczne premie i dotacje na różne produkty w tym żywność, specjalne świadczenia dla „śmietanki” – za to wszystko trzeba teraz zapłacić. Można finansować te wydatki, póki istnieją zagraniczne spółki, które można znacjonalizować, nieruchomości, które państwo socjalistyczne może wywłaszczyć i – co najważniejsze – dopóki „czarne złoto” pozostaje źródłem ogromnych przychodów.

Problemy te były jednak oczywiste nawet przed największym spadkiem cen ropy. Już w 2014 r. w budżecie Wenezueli występował niepokojący 17% deficyt. Wstrząs okazał się jeszcze silniejszy, gdy w 2015 r. ceny ropy na zagranicznych giełdach spadły do 40 USD za baryłkę – podczas gdy wcześniej przez kilka lat utrzymywały się w okolicach 100 USD za baryłkę – i do dziś pozostały na poziomie 50 USD. Reakcja wenezuelskich socjalistów była taka sama jak zwykle, zgodna ze scenariuszem dobrze znanym studentom historii gospodarczej. Olbrzymich wydatków niezbędnych do pozostania u władzy nie można finansować z zasobów naturalnych lub przez zaciekłe pozbawianie mienia. Socjalistom pozostały więc dwie możliwości – drukowanie większej ilości pieniędzy i kontrolowanie cen.

Monetyzacja deficytów budżetowych (tj. pokrywanie deficytu nowo wydrukowanymi pieniędzmi) w latach 2007–2013 doprowadziła do inflacji w wysokości 27,4% – ponad pięć razy wyższej niż średnia dla Ameryki Południowej w tym okresie. Wprowadzono ograniczenia dostępu do walut obcych, aby nie dopuścić do odwrotu od szybko tracącego na wartości boliwara. Rząd narzucił kilka różnych kursów wymiany, a kursy preferencyjne były dostępne jedynie dla pewnych grup z kręgów bliskim władzom. Oczywiście zamiast się zatrzymać, przepływ kapitału wzrósł, gdyż wielu Wenezuelczyków płaciło ogromne sumy boliwarów za dolary, aby potem nielegalnie wywieźć je z kraju. Wymiana walut na czarnym rynku stała się zjawiskiem powszechnym, popularność zyskały też strony internetowe śledzące bardzo niestabilny kurs dolara; system Bitcoin okazał się zbawieniem dla wielu osób, gdyż pozostawał trudny do wyśledzenia dla służb rządowych.

Powyższy opis w żaden jednak sposób nie przedstawia pełnego obrazu udręki, którą Chavez i jego następca Maduro zgotowali swoim współobywatelom. Tysiące prywatnych firm zostało wywłaszczonych, właścicieli sklepów aresztowano za „zbyt wysokie ceny”, wprowadzono również bardzo restrykcyjne ograniczenia cen (które później zostały wyegzekwowane przez żołnierzy w ponad 1400 supermarketach). Kontrolowano nie tylko ceny towarów i usług, lecz również rynek pracy – pensje nie mogły zostać obniżone, a ceny nie mogły wzrosnąć. Jak można się było spodziewać, doprowadziło to do kompletnego załamania gospodarczego: upadłości niewielkiej liczby przedsiębiorstw, którym udało się przetrwać do tego czasu, zniknięcia wszelkich towarów, łącznie z produktami pierwszej potrzeby, oraz wielkiej klęski głodu.

Aby przeciwdziałać spowodowanym przez siebie zniszczeniom, Maduro prześcignął nawet swojego mentora Cháveza, sięgając po ultrapopulistyczne hasła w celu zamydlenia oczu Wenezuelczykom. Utworzył nawet Ministerstwo Szczęścia i nadal organizował ceremonie rozdawania domów, podczas których, aby otrzymać upragniony klucz, nieszczęśni nowi właściciele musieli przysiąc dozgonną lojalność wobec reżimu i partii. Z powodu nadchodzących wyborów burmistrza Boże Narodzenie „przesunięto” na wcześniejszy termin, by „zwiększyć szczęście narodu”, co z kolei miało zapewnić lepszy wyniki socjalistów w wyborach.

Działaniom tym towarzyszyły represje wobec opozycji, wybuch protestów, utworzono także specjalne zmotoryzowane „szwadrony śmierci”, aby zneutralizować najniebezpieczniejszych przeciwników reżimu. Oczywiście Maduro i pozostali wenezuelscy socjaliści mieli odpowiednie wyjaśnienie oraz wyrok w sprawie „prawdziwych winowajców”, którzy wywołali kryzys w tym południowoamerykańskim państwie. Byli nimi zagraniczni i miejscowi kapitaliści, amerykańscy imperialiści prowadzący działalność przeciw środowisku, „pasożytnicza burżuazja”. Wszyscy oni spiskowali, aby zniszczyć socjalistyczny raj Republiki Boliwariańskiej.

Scenariusz ten jest podobny do historii wielu innych rządów uzależnionych od wydatków i hiperinflacji, która następuje po nich jak kac. Przez pewien czas władzom udaje się utrzymywać wydatki publiczne, dzięki czemu cieszą się popularnością wśród przyszłych ofiar – czasem nakłady są pokrywane z zasobów naturalnych, a czasem nie. W pewnym momencie, kiedy nie da się już utrzymać budżetu za pomocą zwykłych form wywłaszczenia (podatków i długu), na pomoc przychodzi drukowanie pieniędzy. Wynikającą z tego hiperinflację „leczy się” za pomocą kontrolowania cen. Przedsiębiorcy, którym nie uda się przenieść na czarny rynek, przestają pracować, co w efekcie zwiększa deficyty i rozmiar cierpienia... Dopóki reżim nie upadnie.



Autor artykułu
Artykuł został przygotowany przez firmę Tavex oferującej szeroki wybór złota inwestycyjnego, ponad 50 walut z całego świata oraz szybkie i tanie przekazy pieniężne TavexWise

poniedziałek, 29 maja 2017

Stabilność prawa a przedsiębiorczość - jak ZUS zabije wzrost gospodarczy

Co jest największym hamulcowym rozwoju gospodarczego? 

Wydaje mi się, że przede wszystkim jest to niestabilność prawa, a raczej niepewność przedsiębiorcy co do tego, czy prawo interpretowane dziś przez organy państwowe w jeden sposób, jutro nie będzie interpretowane w inny. Doskonałym przykładem jest tu ZUS, który po wielu latach potrafi zmienić interpretacje i ścigać przedsiębiorców za rzekomo „zaległe składki”. Kto o zdrowych zmysłach jest skłonny w takim otoczeniu prawnym (a może bezprawnym) zatrudnić kogokolwiek w swojej firmie? Zatrudnienie pracownika to ryzyko egzystencjalne dla przedsiębiorcy. Dzięki takiemu podejściu mamy fikcję przedsiębiorczości bo wielu woli zlecać komuś na działalności coś na podstawie faktury niż zatrudnić go na umowę o pracę. Mamy wypaczony rynek pracy i w końcu mamy znacznie mniejszą skłonność do podejmowania działalności gospodarczej z prawdziwego zdarzenia czyli rozwijania firm. 

Problemem jest tu przede wszystkim dualizm w działaniach organów państwa, które najpierw wdają jedne interpretacje i tolerują pewne działania przedsiębiorców, a później te interpretacje (post factum) zmieniają, dochodząc np. składek za lata wstecz. Tworzenie takiej fikcji co do pewności systemu prawa powoduje, że każdy mały przedsiębiorca trwa w niepewności. 

Szczególnie dotyczy to właśnie małych biznesów w fazie jedno osobowej i zalążkowej oraz firm średnich. Większe firmy stać na kancelarie prawne i podatkowe, są one w stanie optymalizować ryzyko czy zabezpieczać się. Małe firmy nie mają takich narzędzi i są często ofiarą niestabilności i niejasności przepisów. 

Moim zdaniem to właśnie jest główny hamulcowy innowacyjności i rozwoju w Polsce. Niestety mam wrażenie, że pomimo powszechnej świadomości tego faktu wśród przedsiębiorców, klasa polityczna, która nie ma z biznesem nic wspólnego (i jeszcze się tą ignorancją szczyci) tkwi mentalnie w głębokim socjalizmie „rozkułaczania badylarzy”. Tą drogą żaden plan Morawieckiego nam nie pomorze i będziemy tkwili w naszym (bantu)stanie gospodarczym na wieki wieków.

czwartek, 25 maja 2017

BTCUSD - bańka czy kasyno?

Rzućcie okiem na wykres BTCUSD - czy widzicie tu coś co wydaje się wam dziwne? No właśnie, jak długo może lecieć pionowo w górę? Jaka będzie najbliższa korekta? Co skłania ludzi do kupowania teraz bitcoina, po tej cenie? Ja tu widzę bańkę, która nie jest w stanie pęcznieć w nieskończoność.

Moje przemyślenia na temat bitcoina zawarłem w tym wpisie z marca tego roku. Ktoś może powiedzieć, że byłem frajerem b o gdybym wytrzymał do teraz to byłbym dwa razy bogatszy. Cóż, nie oglądam się za siebie pod tym względem, a swoje przemyślenia nadal traktuję jako obowiązujące.

wtorek, 23 maja 2017

Przypomnienie wpisów z ubiegego roku

Nie wiem co mnie naszło, ale przeglądając wpisy z ostatniego roku stwierdziłem, że jest parę takich, które zachowały swoją aktualność, warte są przypomnienia albo też są na tyle popularne, że coś w nich jest, co przyciąga ludzi. Chciałbym przypomnieć kilka z nich.

Od razu wykluczam z tego recenzje, te są spisane na stronie z recenzjami książek - polecam lekturę, większości z nich. Na prawdę jest to wiele wartościowych pozycji.

No więc co takiego wydaje mi się warte przypomnienia?

Pieniądz jako zaufanie - w tym wpisie zastanawiałem się nad tym, czym tak na prawdę są pieniądze. Analizowaliście to kiedyś? Warto się pochylić nad tym co przedstawia sobą kolorowy papierek, który wydajemy w sklepie, czy to jest wartość naszego czasu, naszej pracy, nasz majątek, dochód, nasze marzenia? Co sprawia, że ktoś chce go od nas przyjąć i dać nam coś w zamian? CO sprawia, że chcemy go mieć w portfelu?

Żyjemy w czasie największego eksperymentu w historii - to są rozważania nad sytuacją w jakiej znajduje się światowa gospodarka. Stan zerowych stóp procentowych jest aberracją, jaka nigdy nie występowała w historii ekonomii. Do czego to może doprowadzić?

Równość jest niesprawiedliwa - to było nagranie wideo z wykładu dr. Yarona Brooka, na prawdę warte rozpropagowania i analizowania po kilka razy.

Przeregulowanie - czy zastanawialiście się kiedyś nad założeniem własnej działalności gospodarczej? A ilu z Was wystraszyło się wszystkich tych urzędowych formalności, podatków, ZUSów, deklaracji, rozliczeń, przepisów, etc? Właśnie o tym jest ten wpis, o tym, że moim zdaniem nadmiar regulacji, na który cierpi nasza gospodarka tłamsi naszą kreatywność i przedsiębiorczość.

Produkty strukturyzowane - refleksja nad tym, że tak na prawdę niewiele zmienia się od lat na rynku finansowych, jeśli chodzi o oferowanie klientom lokat strukturyzowanych. Zazwyczaj  są one najbardziej korzystne dla banku i niestety dane empiryczne to potwierdzają.

Skrytki depozytowe za granicą - skrytka bankowa w innym kraju - Przeprowadziłem research i poszukałem informacji jakie są możliwości i koszty wynajęcia skrytki bankowej za granicą w sąsiadujących z nami krajach. We wpisie zestawienie tabelaryczne ofert, które znalazłem.

Przechowywanie złota na antypodach - złoto alokowane w Perth Mint w Australii - jak w tytule, informacja o tym że taka możliwość jest i jak działa.

Chiny, złoto i ropa - układanka - trochę rozważań nad systemem monetarnym i kierunkami przepływ bogactwa.

Mam złe przeczucia - rzecz o bankach centralnych - jeżeli chcielibyście wiedzieć czego dotyczy pojęcie "liquidity supernova" to zapraszam do lektury

piątek, 19 maja 2017

"Wspomnienia Gracza Giełdowego" Edwin Lefèvre - recenzja

Skończyłem właśnie czytać fabularyzowaną biografię jednego z najbardziej znanych spekulantów  - Jesse'go Livermoore'a. Działał na rynkach akcji i towarów na początku dwudziestego wieku, a książka Lefèvre'a okazała się bestsellerem - sprzedaje się świetnie do dnia dzisiejszego i trzeba przyznać, że rzeczywiście warta jest lektury.

Czytałem oryginalny tekst angielski, ale na rynku można kupić polskie wydanie zawierające obszerny, zajmujący niemal drugie tyle co sama książka komentarz uzupełniający wiedzę o realiach rynkowych, w których działał Livermore.

"Historia cały czas powtarza się na Wall Street' - to zadnie z książki Lefèvre'a jest idealnym kluczem do tej książki. Bo "Wspomnienia gracza giełdowego", czyta się tak, jakby były napisane dzisiaj - pomimo faktu, że traktują o świecie giełdowym z przełomu XIX i XX wieku. Okazuje się, że mechanizmy rządzące rynkiem, zachowania graczy, sposoby zarabiania, manipulacji, dobre i złe praktyki - to wszystko jest niezmienne. Zmieniają się kostiumy i techniczne środki, za pomocą których zawiera się transakcje, ale istota wspomnień Larrego Livingsotna  (faktycznie Jessiego Livermore'a) zasadza się na tym, że są one cały czas aktualne co do sposobu poruszania się po rynku. Oczywiście, od czasów Livermore'a powstały całe masy różnych instrumentów pochodnych, derywatów, opcji, etc, ale ... pewne praktyki spekulacji zostały te same.

Pytany jak zarobił tyle pieniędzy odpowiadał, że zawsze kupował "za późno" i zawsze sprzedawał "za wcześnie". Coś w tym jest bo próby łapania dołków i górek zwykle źle się kończą. pojęcia "za późno" i "za wcześnie" są przez niektórych nadużywane, a rzecz jest w czymś innym. W istocie nigdy nie jest "za późno" na wykonanie jakiegoś ruchu, we właściwych warunkach zawsze można dokonać transakcji osiągając na niej zysk, należy tylko wiedzieć co się robi i kiedy się tego dokonuje.

Przywoływane w książce historie pokazują jak wielką moc mają stadne zachowania giełdowego tłumu i jak często inwestorzy podążają za plotką, nie bacząc na zachowanie ceny waloru. Często podążają za zupełnie nieracjonalnymi przesłankami i jasność rozumowania przyćmiewa im własna chciwość. Podążanie za plotką jest z resztą bardzo zwodnicze i prowadzi do strat. 

Livermore zwraca też uwagę na zjawisko polegające na tym, że prasa bardzo często wymyśla objaśnienia do ruchów cen, nie mające wiele wspólnego z rzeczywistością i doszukuje się post factum przyczyn zmiany ceny w czymś co nie było z tym ruchem związane. Wskazuje także jak istotne jest kierowanie się własnym, niezaburzonym osądem spraw. Wskazuje, jak ważne jest bycie krytycznym co do informacji napływających na rynek, ze strony firm, brokerów, analityków czy innych inwestorów. Wskazuje też jak krytycznym nalezy być do informacji napływających z samych spółek. 

Ludzie, którzy szukają łatwych pieniędzy niezmiennie płacą za przywilej nauczenia się tego, że zdecydowanie nie da się ich znaleźć. Zachowania ludzkie i ludzka naiwność czy chciwość nie zmieniły się przez lata.

Książka odkrywa mechanizmy giełdowej manipulacji informacją. Wiele z nich, znamy, co nie zmienia faktu, że miały i mają one miejsce cały czas. To że są one często znane, nie zmienia też faktu, że generalna publika bardzo często nadal im ulega tracąc ogromne pieniądze. 

Livermore wskazuje jeszcze jedną ponadczasową prawdę - nikt nie wygra z rynkiem. Nawet próba manipulacji ceną waloru, przy wszystkich do tego dostępnych uwarunkowaniach, skończy się porażką, jeżeli z rynku nie napłynie oczekiwana reakcja. Przeświadczenie, że manipulator jest w stanie zrobić z rynkiem wszystko jest jego zdaniem iluzją, wszak każde zlecenie ma swoją drugą stronę, a jeżeli celem manipulatora jest zarobić na sprzedaży jakiegoś papieru, to musi i tak odsprzedać go komuś innemu. Jeżeli nie będzie chętnych to cała zabawa się nie uda.

Jest to lektura bez wątpienia bezcenna. Przyznam się, że ta książka, jest najlepszym od wielu lat podręcznikiem, który uczy poruszania się na giełdzie. Na prawdę najlepszym bo uczy na przykładach, zarówno tych udanych transakcji jak i tych złych, które doprowadziły Livermore'a kilkakrotnie do bankructwa.

Książkę czyta się ciekawie, aczkolwiek czasem wymaga ona skupienia i odłożenia na chwilę na półkę, aby do niej później wrócić. Niewątpliwie wartością dodaną dla polskiego wydania są objaśnienia do każdego rozdziału, przybliżające współczesnym czytelnikom realia czasu kiedy książka powstawała.

Czytając tę książkę można na przykładach nauczyć się tego w jaki sposób należy postępować na rynku, kiedy powinno się sprzedawać, a kiedy kupować. Ta wiedza jest niezależna od czasu - powstała wiele lat temu, ale dziś jest tak samo aktualna jak kiedyś.

Narrator pokazuje nam też jak działają mechanizmy manipulacji rynkiem i ceną waloru, szczególnie zwracając uwagę na momenty kupna i sprzedaży a także na istotne znaczenie złożonych już na rynku zleceń. Zwraca też uwagę na znaczenie emocji i konsekwencji w grze giełdowej. Wskazuje jak wielu ludzi (nawet wśród wielkich inwestorów) traci pieniądze kiedy tracą dystans do rynku i gdy w grę włączają się emocje.

To co się zmieniło na giełdzie to na pewno wielkość rynku i wielośc indtrumentów finansowych. Sam Livingston aka Livermore stwierdza, że za jego kariery ilość instrumentów na rynku wzrosła tak znacząco, że stała się nie do ogarnięcia dla pojedynczego tradera. Co można przy tym powiedzieć o rynku dzisiejszym?

Warte zapamiętanie są wciąż prawdziwe ostatnie zdania tej książki, że nikt nie jest w stanie stale pokonywać rynku, choć może okazyjnie zarabiać na nim pieniądze, niezależnie jednak od doświadczenia zawsze jest ryzyko strat bo spekulacja rynkowa nie może być 100 procentowo bezpieczna. Doświadczeni gracze wiedzą, że poleganie na "podpowiedziach" doprowadzi do ruiny szybciej niż jakiekolwiek inne wypadki. Droga do sukcesu na giełdzie nie jest łatwa. Jeżeli w grze giełdowej będziemy polegali na własnym przekonaniu, to po pierwsze będziemy bardziej świadomi tego co robimy, a po drugie w razie wpadki nie będziemy mieli do nikogo żalu, a może nawet nauczymy się czegoś na własnej porażce.

Niestety "nie da się zapobiec by ludzie mylili się, nie ważne jak są doświadczeni". Najgorszymi wrogami spekulanta giełdowego są: ignorancja, chciwość, strach i nadzieja. Jest to tak bardzo prawdziwe cały czas, niezależnie dziś, czy w przeszłości.

Podsumowując - książka na prawdę warta przeczytania.

Wspomnienia gracza giełdowego.
Fabularyzowana biografia Jesse Livermoore'a. Interesująca lektura o praktyce spekulanta giełdowego.
Wydawca: Linia 2011
Data wydania: 2016
ISBN: 9788363000202
Wspomnienia gracza giełdowego.
Edwin Lefevre "Wspomnienia gracza giełdowego." - recenzja
Jedna z najlepszych książek poświęconych grze giełdowej jakie czytałem. Przykłady z życia pozwalają zrozumieć mechanizmy gry giełdowej i przybliżają to w jaki sposób powinno się na tym rynku poruszać.
Date published: 18/05/2017
5