Przegląd Finansowy: 2017

wtorek, 25 kwietnia 2017

Czy frank szwajcarski się osłabi?

Po niedzielnych wyborach we Francji mogliśmy zaobserwować zjawisko polegające na tym, że nagle cena franka szwajcarskiego znalazła się w okolicach 3 złotych 90 groszy. Zaczęły się pojawiać pytania na czym to polega i czy jest to trwała tendencja.

Po pierwsze, zjawisko, z którym mamy do czynienia od wczoraj polega na umocnieniu złotówki, co widzimy po spadającym kursie innych walut oraz cenie złota.

Jak widać na powyższym wykresie generalnie to od poniedziałku wszystkie walory zachowują się podobnie. Spoglądając na wykres kursu franka w dłuższym terminie wydawać by się mogło, że CHF słabnie, jeżeli jednak spojrzymy na kurs CHF do EUR to zobaczymy, że tak na prawdę od początku roku mamy do czynienia z umocnieniem się złotówki, a frank do euro wręcz się wzmacnia.

Czy  jest zatem szansa aby cena franka szwajcarskiego znacząco spadła? Nie jestem o tym przekonany. Obecne poziomy kursu można by uznać wręcz za odstępstwo od "normy"

Otóż pomimo wieszczów, którzy twierdzili, że umocnienie się franka do innych walut zabije gospodarkę Szwajcarii (niestety mnie też się tak kiedyś wydawało), okazało się inaczej. Gospodarka szwajcarska ma się dobrze, osiąga nadwyżkę eksportową i budżetową w przeciwieństwie do "lecącej na długach" gospodarki polskiej. Zestawienie tych dwóch faktów powinno wystarczyć aby pozbawić się złudzeń na franki po 2 złote.

Na to nakłada się ucieczka do waluty CHF ze wszystkich tych walut, które są podatne na turbulencje polityczne i gospodarcze. Zamanifestowało się to tym, że w poniedziałek frank rzeczywiście osłabł do Euro, ale tylko trochę do poziomu z października.

Można się zżymać, że frank jest przewartościowany, ale taki stan rzeczy może trwać długo. Nie robiłbym z tego założeń, że skoro jest przewartościowany to się musi osłabić. To za daleko idące.


piątek, 21 kwietnia 2017

Rozkładamy ubezpieczenie mieszkania na czynniki pierwsze. (wpis gościnny)

Ubezpieczenie mieszkania to naturalna czynność. Każdy kto chce zadbać o własne bezpieczeństwo, każdy kto chroni mieszkanie oraz mieszkańców, oprócz skorzystania z różnego rodzaju urządzeń, zabezpieczeń musi wybrać optymalne ubezpieczenie. Wszak nigdy nie wiadomo co może się przytrafić.

Pożary, włamania, zalanie wodą i wiele innych zdarzeń losowych powoduje ogromne straty. Jak zatem ubezpieczyć mieszkanie na wypadek różnego rodzaju negatywnych wydarzeń?


Ubezpieczenie szyte na miarę

Ubezpieczenie i jego opcję powinniśmy wybrać pod katem naszych potrzeb. Trzeba jednoznacznie odpowiedzieć na liczne pytania. Na to co może zagrażać konkretnej nieruchomości, na jakie zdarzenia będzie narażona w szczególności. Należy sprawdzić wartość wyposażenia mieszkania, tak aby w sytuacji zniszczenia nie było problemów z jego odtworzeniem. Brać należy także pod uwagę ryzyko włamania, kradzieży i pod tym kątem szukać również najbardziej atrakcyjnych opcji ubezpieczeniowych.


Ubezpieczenia rozszerzone


Firmy ubezpieczeniowe konkurują ze sobą na coraz bardziej wymyślne oferty, dzięki czemu potencjalni klienci nie muszą obracać się tylko i wyłącznie w temacie ochrony mieszkania, domu. Istnieją opcje rozszerzonych pakietów związane choćby z pomocą ubezpieczonemu w postaci wynajmu mieszkania zastępczego, pomocy prawnej i wielu innych dodatkowych działań.

Warto pomyśleć o OC

Decydując się na wykup ubezpieczenia rozsądnie jest również zainwestować w OC – odpowiedzialność cywilna. To prosty sposób na uniknięcie kosztów związanych ze spowodowaniem nieumyślnych wypadków, zniszczeń dokonanych w domach sąsiadów. Najczęściej mowa tutaj o przypadkowych zalaniach i pokryciu kosztów remontu. Całość zostanie sfinansowana właśnie z polisy OC.


Co wpływa na wartość stawek ubezpieczeniowych?

Zasadniczo brane są pod uwagę elementy wyposażenia mieszkania oraz jego zabezpieczenia. Firmy oferujące polisy brać pod uwagę mogą czy na wyposażeniu lokalu są np. drzwi, szyby czy też rolety antywłamaniowe, posiadające naturalnie niezbędne atesty. Czy właściciel nieruchomości zainwestował w takie zabezpieczenia jak choćby alarm tradycyjny oraz alarm przeciwpożarowy. Czy zamontowana jest choćby kamera zmniejszająca ryzyko włamania. To część elementów o które winni zadbać właściciele dzięki czemu składka może być niższa. Dodatkowo brane jest pod uwagę otoczenie. Brane jest pod uwagę czy mieszkanie znajduje się na osiedlu zamkniętym i chronionym. Sprawdza się również lojalność względem firmy ubezpieczeniowej. Kontynuowanie współpracy czy też posiadanie innych ubezpieczeń to możliwość uzyskania zniżki.


Ile trzeba zapłacić za ubezpieczenie mieszkania?

Powyżej wspomniane zostało co wpływa na wysokość ubezpieczenia oraz jak należy podejść do oceny ryzyka. Teraz czas na sprawdzenie tego ile co może rzeczywiście kosztować jeżeli mowa o składce na jeden rok.

Symulacja zakłada że ubezpieczone zostanie mieszkanie w Gdańsku, o wielkości 43 m2, rok budowy 2007 wyposażone w drzwi antywłamaniowe. Wybierając standardowe ubezpieczenie, do tego decydując się na opcję OC na kwotę 50.000 zł, składka roczna wynosić będzie około 300 złotych. Podobnie sytuacja będzie wyglądać w innych częściach Polski. Ubezpieczenie podobnego mieszkania będzie wiązało się z wydaniem kwoty oscylującej wokół 300 złotych.


Nie zawsze możemy liczyć na wypłatę ubezpieczenia

Oczywiście nie życzymy nikomu problemów związanych z własnym mieszkaniem, domem. Nie życzymy żadnych wypadków losowych ale należy pamiętać, że nie zawsze ubezpieczyciel będzie chciał nam wypłacić ubezpieczenie.

Jakiekolwiek celowe zniszczenia mienia, brak dbałości, rażące zaniedbania odnośnie stanu domu, mieszkania czy też kradzież niezwykle wartościowych przedmiotów takich jak choćby dzieła sztuki. W takich sytuacjach trudno liczyć na odszkodowanie. Przykładowo dzieła sztuki, antyki należy ubezpieczyć osobno. Koszt takiej polisy jest zdecydowanie droższy od tradycyjnej.


Staranne czytanie OWU


Przed podpisaniem umowy o ubezpieczeniu należy dokładnie zapoznać się z wszystkimi informacjami zawartymi w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia, w skrócie OWU. Na co zwrócić uwagę? Jakie detale mają znaczenie?

Domeną wielu osób jest brak dokładnej analizy zapisów w umowach. Bo za długa, za trudnym językiem napisana, presja czasu. To pierwszy błąd w trakcie zawierania umów ubezpieczeniowych. Należy zatem spokojnie wszystko sprawdzić, należy zwrócić baczną uwagę w szczególności na wszystkie informacje odnoszące się do wyłączeń odpowiedzialności ubezpieczyciela za powstałe szkody.


Autor artykułu
Zainteresował Cię temat? Wpadnij również na: Nowe-nieruchomosci.pl

piątek, 7 kwietnia 2017

Crowdfunding udziałowy - ale o co chodzi?

Od jakiegoś czasu obserwuję wysyp na różnych serwisach artykułów na temat takiego pomysłu jak "crowdfunding udziałowy". Odnoszę wrażenie, że jest to temat dosyć intensywnie promowany, fakt - dosyć nowy, jako koncepcja, no i w związku z tym intensywnie promowany. 

W tej promocji jednak widzę wiele niedopowiedzeń i obawiam się, czy za chwilę nie wyniknie z tego jakaś kolejna afera.


W czym rzecz. Koncepcja polega na tym, że firma, która ma pomysł na biznes poszukuje kapitału, dostarczyć go mogą zainteresowani wejściem w inwestycję drobni inwestorzy. So far so good. Pośredniczy w tym procesie ten czy inny serwis, który organizuje proces pozyskiwania wspólników do spółki. Rzecz opiera się o udziały w spółce z o.o. aby nie podpadać pod regulacje KNFu o ofercie publicznej (akcji). Taki serwis bierze na siebie pełnomocnictwo objęcia udziałów w imieniu inwestora, a ten może za niewielką sumę te udziały nabyć. Ponoć można nawet płacić kartą.

Gdzie ja widzę problem i dlaczego znowu marudzę? (Tak - marudziłem też o Amber Goldzie a potem widzieli wszyscy co z tego wyszło).

Otóż mam wrażenie, że w całym tym procesie promowania tego typu inwestowania, (zainteresowane wypromowaniem tematu) firmy pośredniczące przedstawiają same superlatywy, nie mówiąc nic o ryzykach. A przecież inwestycja w spółkę wiąże się też z ryzykiem. Ryzyk jest mnóstwo, a w materiałach informacyjnych jest o tym niewiele.

Jakie ryzyka? A no proszę, biznes nie wyjdzie, spółka upadnie, inwestorzy się nie dogadają, albo do spółki zostanie wprowadzony większościowy udziałowiec, który spółkę przejmie, pośrednik zachachmęci forsę, zarząd spółki ukradnie pieniądze, etc etc. Z wszystkim się trzeba i należy liczyć, dokumenty trzeba czytać ze zrozumieniem i analizować, przystąpienie do spółki w roli udziałowca to zawarcie pewnej umowy a nie kupno batonika w sklepie.

Jak sobie przeczytałem taki regulamin jednego pośrednika (organizującego taki crowdfunding), to on generalnie jest zwolniony z wszelkiej odpowiedzialności za cokolwiek. W szczególności kiedy do inwestycji nie dojdzie, z tych czy innych względów. Tymczasem w niektórych przypadkach to pośrednik jest faktycznym udziałowcem w spółce, a ostatecznemu inwestorowi sprzedaje tylko rodzaj "usługi finansowej", co mi osobiście zapala bardzo czerwoną lampkę.

Tymczasem promotorzy tego procesu milczą i uważam, że to bardzo źle. Bo za chwilę jedna czy druga spółka upadnie (bo biznes jest np. ryzykowny i nie wyjdzie), a rozczarowani inwestorzy będą chodzić do telewizji się wypłakać. A to wszystko dlatego, że nie zrozumieli (a nikt im nie przypomniał o tym), że inwestowanie wiąże się z ryzykiem. Na koniec przyjdzie ten czy inny organ państwowy i całego procederu zakaże, wylewając dziecko z kąpielą. 

Bo ja nie twierdze, że crowdfunding udziałowy jest zły, absolutnie. Twierdzę tylko, że powinien być przekazywany potencjalnym inwestorom kompletny i rzetelny zestaw informacji, a nie tylko słodkie reklamowe kity jak to łatwo, pięknie, szybko i zyskownie.

Dlaczego się tak wywnętrzam? Bo widzę te artykuły promocyjne i krew mnie zalewa. Zgłosiła się do mnie swego czasu taka osoba, z propozycją artykułu promocyjnego. Odpisałem, że chętnie zamieszczę na blogu, pod warunkiem wszakże, że będzie to temat rzetelnie opisany. Zadałem parę trudnych zagadnień do wyjaśnienia. 

Przykładowo poprosiłem aby  opisać dla jakiego rodzaju inwestorów jest przeznaczone uczestnictwo w tego rodzaju przedsięwzięciach - moim zdaniem stawia ono pewne wymagania inwestorowi, tzn. musi on mieć pewne doświadczenie biznesowe, aby być w stanie we właściwy sposób ocenić ryzyka i stronę formalną uczestnictwa w jakimś przedsięwzięciu/inwestycji. Według mnie nie każdy się do tego nadaje i nie każdy ma wiedzę i umiejętność oceny, na ile inwestycja w danej formie jest płynna, na ile niesie ze sobą ryzyka i na ile obietnica zysku jest realna do spełnienia. Nie umniejszam przy tym roli doradców, ale wg. mnie nie można się zdawać całkowicie i wyłącznie na nich.

Żaden artykuł promujący temat crowdfundingu jaki czytałem, o tym wyczerpująco nie wspomina. Uważam, że to źle.

Kolejne pytanie jakie zadałem dotyczyło roli pośrednika w relacji między inwestorem a spółką zarówno na etapie pozyskiwania środków, jak i później. Bardzo wiele od tego zależy jaka jest rola pośrednika i czy on uczestniczy w tej inwestycji jako "zbieracz środków" czy jako "pełnomicnik udziałowców". W każdym wypadku jest inny zestaw potencjalnych ryzyk i inny zestaw klauzul w umowie, które trzeba przeczytać ze zrozumieniem. Ale także o tym żaden promocyjny artykuł nie wspomina. A potem się ten czy inny inwestor zawiedzie i będzie płakał.

Kolejna rzecz to ryzyko takich inwestycji. Jest ono podwyższone, inwestycje dotyczą startupów czyli projektów o potencjale, które jednak mogą nie wypalić. Na naszym polskim rynku nie ma jeszcze takich statystyk i doświadczenia jeżeli chodzi o przeżywalność startupów, w takim materiale informacyjnym należy o tym wspomnieć. Moim zdaniem to nie są inwestycje dla osób, które zakładają że na pewno wyjdą z inwestycji po 3-5 latach  zyskiem! Mogą nie wyjść bo spółka będzie wymagała dokapitalizowania, może się okazać, że nie uda się zrealizować założeń rynkowych albo że plan się przedłuży i taka inwestycja to nie lokata. NIKT O TYM NIE WSPOMINA! Pisze się tylko ile miliardów zebrała jakaś tam spółka w procesie crowdfundingu za granicą - gdzie Rzym a gdzie Krym!

Nie odpowiedziano mi nawet na pytania o formalną stronę przedsięwzięcia. Pomija się to trochę milczeniem,a to jest ważne jaka jest strona formalna takiej inwestycji, tzn. czy inwestor obejmuje udziały w spółce, obligacje czy w jakiejś innej formie uczestniczy w przedsięwzięciu a co za tym idzie jakie są jego prawa w związku z wyłożonym kapitałem. Co się dzieje z kasą przekazaną pośrednikowi, etc.

Tak więc po zadaniu tych kilku kwestii do opisania w artykule (który wtedy rzetelnie wykładałby temat) nigdy już więcej odpowiedzi i zainteresowania nie otrzymałem.

Mniemam zatem, że trzeba być bardzo, ale to bardzo ostrożnym wchodząc w takie przedsięwzięcia. należy czytać uważnie umowy i regulaminy i krytycznie je analizować, bo one są pisane na złe czasy jak coś nie wyjdzie. nie dajcie się omamić wizją złotych gór bo wielu inwestorów w tej czy innej inwestycji już popłynęło na swojej chciwości.


wtorek, 4 kwietnia 2017

Rozważań o przyszłości - ciąg dalszy

Nie chciałbym, żeby wyszło, że marudzę z tą nadchodzącą recesją o której pisałem w poprzednim wpisie. Tak się jednak składa, że kolejny raport analityczny, który otrzymałem, też dotyka trochę tego tematu. 

Współcześnie w świecie widać narastające rozróżnienie pomiędzy krajami, które są w stanie utrzymać wzrost gospodarczy, bazując na wewnętrznym popycie, a tymi, które uzależnione są od eksportu. Bardzo wiele krajów jest silnie wystawionych na zjawiska zachodzące w światowym systemie gospodarczym, co przekłada się na to, że turbulencje na świecie wywołują napięcia wewnętrzne. 

Weźmy przykładowo takie kraje jak Rosja czy Arabia Saudyjska, uzależnione od wpływów z eksportu surowców energetycznych, czy Niemcy oraz Chiny uzależnione od eksportu towarów. Spowolnienie gospodarcze na świecie wywołuje w tych krajach wewnętrzne napięcia, w każdym inne, ale związane z tą samą przyczyną.

Niemcy, o których pisałem w poprzednim wpisie nie doświadczyły jeszcze spadku eksportu, ale z dużym prawdopodobieństwem doświadczą. Doświadczają już jednak wewnętrznych napięć, a procesy te będą narastać.

Oddalając trochę perspektywę, spójrzmy szerzej. Rynek giełdowy w USA jest nieracjonalnie napompowany. Gdyby liczyć czas od ostatniej recesji i przyjąć, że kalendarzowo spowolnienie gospodarcze powinno pojawiać się cyklicznie co jakieś sześć siedem lat, to powinniśmy już mieć kryzys. Skoro go nie ma, to z każdym kolejnym rokiem jego brak jest raczej anomalią niż normą.
 
Można się spodziewać, że umiarkowany wzrost w USA przełoży się na eksport niemiecki. O tym już pisałem. Nie pisałem (a może kiedyś dawno w Newsletterze, kiedy jeszcze wychodził), że te problemy gospodarki niemieckiej stanowią ryzyko dla systemu bankowego w całej Europie. Elementem tego potencjalnego zagrożenia jest (o czym już na 100% pisałem kiedyś w Newsletterze), narastający problem sektora bankowego we Włoszech. Nadal nie rozwiązany, mający swoje odpryski polityczne i zagrażający bezpieczeństwu banków niemieckich i francuskich.

Sądzę, że niepewność wokół Brexitu, też przełoży się na ogólną ostrożność inwestorów w pakowaniu się w długoterminowe przedsięwzięcia gdziekolwiek czy to na wyspach, czy na kontynencie. tymczasem sektor bankowy w Europie pochłonięty własnymi problemami nie będzie się chętnie ładował w nakręcanie inwestycji.

Nie chcę się powtarzać, ale dla Europy Wschodniej problemy gospodarcze Niemiec mogą skutkować spowolnieniem. Będzie ono tym bardziej odczuwalne i bardziej dany kraj jest częścią łańcucha dostaw niemieckich koncernów.

poniedziałek, 27 marca 2017

Czy w 2018 nadejdzie globalna recesja?

Wpadł mi w ręce raport przygotowany przez CPM Group - firmę analityczno doradczą, która koncentruje się przede wszystkim na rynku metali szlachetnych.

Czytam sobie w tym raporcie tezy, zbieżne generalnie z tym, co dociera do mnie z innych źródeł. Mianowicie twierdzą oni, że przyszły rok może być tym, w którym pojawi się recesja, która może dorównać tej z lat 2007-2009. Generalnie przyczynkiem do problemów gospodarczych wydają się być zakusy polityków, aby podejmować działania ograniczające wolny handel.Brexit, pomysły Trumpa czy problemy w Europie mogą wyhamować światową wymianę handlową, a rosnące stopy procentowa podciąć skrzydła wielu biznesom, które funkcjonują na nikłym marginesie zysku.

Z resztą przykładowo w takiej gospodarce USA identyfikuje się np. kredyty studenckie jako kolejną bańkę, której pęknięcie będzie miało równie opłakane skutki jak w przypadku bańki nieruchomościowej w 2007-2008 roku. Czy to nie jest przesadzone? Trudno mi powiedzieć.

Jest inny czynnik, który może i powinien napawać niepokojem. otóż w przypadku poprzedniego kryzysu banki centralne gasiły go zasypując rynek tonami świeżo drukowanych pieniędzy. Te pieniądze nie zostały ściągnięte z rynku i bilansów banków centralnych, one nadal tam są. W efekcie powtórzenie tej operacji może nie odnieść już pożądanych skutków w przypadku kolejnego kryzysu.

Jeżeli dojdzie do sytuacji, że izolacjonistyczne polityki rządów zostaną wprowadzone w życie, do może dojść do wzrostu cen na rynkach światowych, ze względu na dodatkowe cła i wyższe koszty prowadzenia handlu. Wprowadzenie zapowiadanego przez Trumpa stimulansu fiskalnego, może wywołać presję na wzrost płac w USA. To pociągnie za sobą impuls inflacyjny i podwyżkę stóp przez FED, a w konsekwencji upadek tych biznesów, które żyły z taniego finansowania. Realny staje się zatem scenariusz stagflacji.

Także ECB przebąkuje o podwyżce stóp. To z kolei przełożyć się może na umocnienie euro do dolara i też przyczyni się do pogorszenia bilansu handlowego EU-USA.  Pod warunkiem, że w sferze politycznej w Europie wreszcie wszystko się wyjaśni... czyli jeszcze nie w tym roku.

Jak to się może przełożyć na nasze krajowe podwórko? Cóż, nasz największy parter handlowy, czyli Niemcy ma w handlu z USA nadwyżkę eksportową wartości blisko pięciu miliardów dolarów miesięcznie. Niemcy eksportują do USA blisko 10% wartości całego swojego eksportu. Ograniczenia tego strumienia wymiany handlowej odbiją się na firmach z Polski, które niejednokrotnie są dostawcami czy podwykonawcami dla niemieckich koncernów.

Jedno jest pewne, wydaje się, że zachowanie wzmożonej ostrożności na przełomie tego i przyszłego roku jest uzasadnione. Warto śledzić doniesienia o stanie gospodarki USA i Niemiec bo może to mieć znaczenie dla naszego krajowego podwórka i stanu naszej gospodarki.

środa, 15 marca 2017

Chiny, złoto i ropa - układanka

Jest pewna układanka, jeżeli chodzi o globalny system monetarny, na którą chciałbym Wam zwrócić uwagę. Weźcie pod uwagę pewne fakty.

Obecny system, w którym dolar stanowi dominującą walutę rezerwową nie byłby możliwy gdyby nie miał oparcia w czymś więcej. Po zamknięciu przez Nixona możliwości wymiany dolarów na złoto, Amerykanie potrzebowali czegoś co pozwoliłoby wesprzeć dolara. 

W latach siedemdziesiątych zawarte zostało porozumienie z panującą w Arabii Saudyjskiej rodziną królewską, które przewidywało, że Arabowie będą sprzedawali na światowych rynkach ropę wyłącznie za dolary. Otrzymane petrodolary miały być inwestowane w USA (przede wszystkim w amerykańskie obligacje skarbowe), a w zamian Arabia Saudyjska dostała gwarancje bezpieczeństwa i dostawy broni od Amerykanów.

Generalnie układ ten działał jeszcze do niedawna i posiadane przez Arabię Saudyjską rezerwy obligacji USA rosły wraz z cenami ropy. Ostatnio jednak ilość posiadanych przez nich amerykańskich obligacji zaczęła się zmniejszać, a na linii USA - Arabia Saudyjska pojawiły się napięcia.

Cofając się jednak do lat siedemdziesiątych - ustanowiono wtedy system, w którym ktokolwiek chciał kupować ropę na rynkach światowych musiał wcześniej wymienić swoją walutę na dolary. Zapewniało to stałe zapotrzebowanie na dolara i w konsekwencji na amerykańskie papiery skarbowe.

W 2010 roku zaczęto podnosić głośno kwestię, że nowy system monetarny, nie byłby wcale taką złą ideą. Ówczesny prezydent Banku Światowego sugerował aby uwzględnić złoto jak punkt odniesienia i włączyć do międzynarodowego systemu chińskiego juana.

W 2012 roku Iran zaczął przyjmować w juanach płatności za eksport ropy do Chin. Była to odpowiedź na sankcje odcinające go od systemu SWIFT. Większość tych rozliczeń w juanach przechodziła przez banki rosyjskie.

W 2013 roku Ludowy Bank Chin ogłosił, że czas zacząć ograniczać posiadane przez Chiny rezerwy w amerykańskich obligacjach. W 2014 roku globalne rezerwy walutowe zaczęły spadać. Chińskie rezerwy utrzymywane w obligacjach USA także zaczęły się zmniejszać. Tymczasem w Szanghaju uruchomiono Szhanghai Gold Exchange, celem miało być uruchomienie handlu złotem wycenianym w juanach.

W 2015 roku Gazprom zaczął sprzedawać Chinom ropę za juany oraz zaczął rozmowy nad użyciem juanów i rubli do rozliczeń dostaw gazu w planowanym rurociągu na zachodniej Syberii. 

W 2016 roku Saudyjczycy zagrozili sprzedażą wszystkich obligacji USA w odpowiedzi na uchwałę senatu wiążącą ich z zamachami z 11 września. Wkrótce potem Chiny uruchomiły na SGE fixing złota w juanach.

Jednocześnie oficjalnie raportowane rezerwy złota zarówno Rosji jak i Chin stale rosną. Jednak po 2013 roku rosyjskie rezerwy zaczęły rosnąć jeszcze szybciej. Chiny z kolei stały się największym na świecie importerem ropy naftowej. W konsekwencji Chiny planują już od kilku lat wprowadzenie własnego kontraktu futures na ropę naftową wycenianego w juanach. 

Czy widzicie już jaki system wyłania się z tego połączenia? Powoli dolar zaczyna tracić oparcie jakie dawał mu rynek ropy naftowej. Z kolei wokół waluty chińskiej zaczyna powstawać system pozwalający eksporterom ropy sprzedawać ją za juany i wymieniać pozyskane w ten sposób rezerwy na złoto bez pośrednictwa amerykańskiej waluty.

Czy gdybyście byli krajem produkującym ropę, to ograniczalibyście jej produkcję aby uzyskać jak najwięcej "masowo produkowanego towaru" jakim są dolary? Czy też zwiększylibyście jej produkcję tak aby zakupić za nią jak najwięcej złota (którego nikt więcej nie wyprodukuje, a którego cena w nowym systemie monetarnym ma szanse znacząco wzrosnąć)?

piątek, 10 marca 2017

Moja przygoda z bitcoin, BTC zrównał się z ceną uncji złota - co dalej? Moje przemyślenia.

Niniejszy wpis powstawał w ciągu ubiegłego tygodnia, kiedy realizowałem swoje postanowienie całkowitego zamknięcia długiej pozycji w BTC. Jak postanowiłem tak zrobiłem, ale trochę to jednak trwało z powodów, o których między innymi napiszę poniżej. Cena bitcoina wywindowała się ostatnio tak dalece, że przekroczyła cenę uncji złota. Fakt ten spowodował, że do mainstreamu przebiła się informacja o tym, że bitcoin w ogóle istnieje. Był to dla mnie sygnał aby całkowicie zlikwidować pozycję w bitcoinie. Ustawiłem sobie taki znacznik sygnalny wychodząc założenia, że użyteczność uncji złota jest jednak większa niż jednego BTC. Życie i fakty zdają się potwierdzać moją tezę.

Moja przygoda z bitcoinem rozpoczęła się około dwa lata temu. Napisałem na ten temat kilka wpisów:


Pisząc te teksty zadałem sobie kilka zasadniczych pytań na temat potencjału tej technologii. Świadomie nie nazywam bitcoina walutą dlatego, że ostatnie wydarzenia na rynku uświadamiają mi jak dalece jest to rozwiązanie niestety niedoskonałe.

Pomimo tego, że uważam bitcoina za niezwykłą technologie z ogromnym potencjałem, mam także mocno ostrożne podejście co do jego przyszłości i rozpowszechnienia się. Nie znaczy to, że nie próbowałem na nim zarobić. Owszem próbowałem, ale nie popadając w fanatyzm, jaki czasem daje się wyczytać na niektórych forach. Podszedłem do tematu raczej pragmatycznie zadając sobie pytanie ile mogę stracić. To niestety nie jest tak pięknie i różowo, jak niektórzy chcieliby aby było. Ostatnie kilka lat cena BTC rosła i o zarobek niełatwo, ale i zmienność może być stresująca. Moje podejście polegało raczej na pasywnym kup-trzymaj-czuwaj.

Wracając jednak do fundamentów, to w tym czasie dwóch ostatnich lata nabrałem przekonania i wiedzy, że technologia bitcoina zmaga się z poważnymi problemami i jeżeli nie zostaną one rozwiązane to niestety ale pozostanie niszowa.

Technologia bitcoin od pewnego czasu zmaga się z bardzo poważnym ograniczeniem wydajnościowym. Nie wdając się w szczegóły techniczne, chodzi o to, że przy zwiększającej się (wraz z popularnością) liczbie transakcji, coraz dłużej trzeba czekać na przekazane środki, albo konieczne jest opłacanie coraz wyższych prowizji. 

W przypadku dużej kumulacji zleceń sieć momentami praktycznie się zatyka. Moim zdaniem powoduje to, że technologia ta się nie sprawdzi jako rozwiązanie do masowych płatności (a jako taka była swego czasu "reklamowana"). Z resztą z samego założenia protokołu bitcoina wynika, że skoro  blok (paczka transakcji do zatwierdzenia) jest generowany średnio co 10 minut to przynajmniej tyle (a w praktyce więcej, o czym dalej) będzie się czekało na potwierdzenie transakcji. To de facto eliminuje system jako "instant payment" - czy wyobrażacie sobie płacenie w ten sposób za zakupy w kasie? Niewykonalne, tymczasem wyciągając kartę bankową tak właśnie jest. Do czego zatem ma służyć bitcoin?

Co istotne - to, że do problemów wydajnościowych dojdzie z pewnością, było wiadome mniej więcej od dwóch lat. W tym czasie powstał szereg propozycji technicznych rozwiązania sytuacji, jednak konsensusu wśród społeczności deweloperów rozwijających oprogramowanie bitcoina nie osiągnięto. Co gorsza pojawiły się podziały i wzajemne oskarżenia o uprawianie polityki na korzyść tej czy innej grupy interesów. Warto przy tym wiedzieć, że bitcoin jako kryptowaluta nie istnieje bez oprogramowania implementującego jego podstawową funkcjonalność czyli potwierdzanie transakcji. Oprogramowanie to tworzą deweloperzy, ale użytkują wszyscy pozostali, szczególną grupą interesu są przy tym tzw. "górnicy" dostarczający mocy obliczeniowej niezbędnej by sieć bitcoina mogła w ogóle jakakolwiek transakcję przetworzyć. Podziały w społeczności mogą w szczególnym przypadku doprowadzić do podziału sieci na dwie i de facto na rozpadzie waluty na dwie równoległe - jaki może to mieć skutek dla inwestorów i użytkowników? Raczej kiepski.

Sieć bitcoin jest poza tym podatna na ataki spamerskie, na które w obecnej sytuacji nie ma lekarstwa. Te jeszcze bardziej przyczyniają się do zadławienia już przeciążonej sieci. Aktualnie sytuacja wygląda tak (i wiem to z doświadczenia), że nawet przy całkiem wysoko ustawionych opłatach za transakcję, oczekiwanie na potwierdzenie przekazania środków może wynieść (w moim przypadku kilka razy się tak zdarzyło) nawet kilka godzin! Jest to sytuacja nieakceptowalna w każdym praktycznie zastosowaniu płatniczym poza przekazami międzynarodowymi. Jest to z resztą nie do przyjęcia w sytuacji, kiedy potrzebujemy szybko ewakuować się z danego rynku. Co gorsza liczba transakcji oczekujących w kolejce na potwierdzenie cały czas rośnie. W tej chwili kiedy piszę te słowa jest ich już około kilkadziesiąt tysięcy i liczba ta rośnie. W sieci pojawia się około 3-4 transakcji na sekundę więc korek się nie rozładowuje, ale powoduje, że konieczne jest ustawianie coraz wyższych prowizji. Istnieje (według mojej opinii) obawa, że jeśli problem przepustowości systemu nie zostanie rozwiązany, to cały system finansowy wokół bitcoina tj. giełdy, kantory, sklepy - zwolni i w pewnym momencie stanie na dobre.

Jaki jest pożytek z posiadania tokenów kryptowaluty, z którą niespecjalnie można cokolwiek zrobić? Jaki jest sens korzystania z narzędzia, które używane zgodnie z przeznaczeniem staje się niezdatne do użytku?

Z resztą uzależnienie systemu od funkcjonowania cały czas, konsumującej energię, mocy obliczeniowej sieci komputerów nasuwa mi także szereg kolejnych wątpliwości. Na pewno uzależnienie od sprawnego funkcjonowania rzeszy komputerów nie sprawi abym przyjął, że bitcoin zasługuje na miano cyfrowego złota.

Otóż właśnie to jest zasadnicza różnica względem tradycyjnych form pieniądza i wada bitcoina. Chodzi o uzależnienie od technologii. Bitcoin nie istnieje bez prądu elektrycznego, więc w przypadku katastrofy naturalnej na nic się nam nie zda. Jak widać jest także uzależniony od sposobu technologicznej implementacji, która nie jest pozbawiona wad.

Jeśli zaś chodzi o tę technologiczną implementację sama społeczność skupiona wokół bitcoina i rozwijająca oprogramowanie służące do jego obsługi okazuje się być dosyć podzielona i wręcz skłócona co do sposobu implementacji rozwiązań mających usprawnić jego wykorzystanie w przyszłości. Stoi więc na tym, że brak konsensusu prowadzi do zadławienia się systemu w obecnym stanie i staje się blokadą rozwojową na przyszłość. Nie wróży to dobrze technologii z olbrzymim potencjałem. Co do wpływu na wartość jednostki BTC, to moim zdaniem kiedy przyjdzie otrzeźwienie rynek czeka zimny prysznic.

Co do wartości jednostek BTC to należy zauważyć, że o ile w samym algorytmie kreacji bitcoinów zapisano ich deflacyjny charakter, to mamy do czynienia z istną inflacją różnorakich wirtualnych kryptowalut. Jaka będzie rola BTC w tym systemie za np. pięć lat? Tego nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Co jeszcze można dołożyć do tego ogródka? No cóż, szczęśliwie uniknąłem hakerskich ataków zmierzających aby ukraść mi bitcoiny z komputera. Wielu użytkowników jednak nie jest w stanie się uchronić przed tego rodzaju przestępczością. Co gorsza, im dłużej korzystam z bitcoina tym bardziej przekonuję się, że technologiczne skomplikowanie i wysublimowanie zastosowanych w nim rozwiązań kryptograficznych, nie przyczyni się do umasowienia tej kryptowaluty. Generalnie przeciętny człowiek nie jest w stanie zrozumieć jak to działa, a niestety w niektórych przypadkach takie zrozumienie jest konieczne aby z tej technologii w sposób bezpieczny korzystać. Dochodzimy zatem do tego, że to co dla entuzjastów jest proste i oczywiste, wcale nie jest takie dla przeciętnego "Kowalskiego" i po pierwszym zainteresowaniu może go skutecznie zniechęcić. Monety, banknoty czy płatności kartą debetową są proste do zrozumienia, bitcoin nie jest.

Problem stopnia skomplikowania technologii przekłada się na konieczność stosowania skomplikowanych zabezpieczeń przed kradzieżą. Niestety przerasta to nawet operatorów płatności czy giełd. Co rusz słyszymy o upadłości, czy kradzieży z jakiejś giełdy bitcoinowej. Raz sprawcami są hakerzy, innym razem sami właściciele, jeszcze innym - nie wiadomo kto. Nawet mnie udało się doświadczyć upadłości jednej z polskich bitcoinowych giełd, szczęściem nie przechowywałem na niej wtedy akurat żadnych środków, ale miałem okazję śledzić problemy tych, którzy pieniądze potracili - nic przyjemnego.

Skomplikowanie technologii to także problemy związane z błędami w implementacji protokołu i klienta. Jeżeli takie wystąpią (co nie jest niemożliwe  bo zdarzało się w przypadku bitcoina jak i innych kryptowalut) istnieje realne ryzyko, że ktoś straci pieniądze nie przez włamanie, ale przez błędy w działaniu systemu.

Z resztą skomplikowanie wydaje mi się problemem w ogóle dla szerszego rozpowszechnienia tej technologii. Karty płatnicze są jednak prostsze w użyciu i nie miałbym problemów z objaśnieniem sposobu ich działania komuś niezorientowanemu w technologii i mającemu swoje lata. Tymczasem bitcoin? Z jego adresami, transakcjami, potwierdzeniami w łańcuchu bloków, adresami reszty, portfelami, kluczami publicznymi i prywatnymi jest jednak trochę bardziej skomplikowany. Nie pomaga tu nawet próba trzymania się analogii do monet i upraszczanie nazewnictwa. Ko nie wierzy niech spróbuje wytłumaczyć babci jak z tego korzystać...

Następnym elementem jest zmienność cen. Kurs BTC potrafi się zmienić o kilkadziesiąt procent w ciągu dnia, taka zmienność nie jest pożądana dla niektórych z potencjalnych inwestorów czy użytkowników. Dla niektórych jest to świetna okazja do zarobku, dla innych przyczyna strat. Fakt faktem rynek jest dosyć płytki i większe zainteresowanie powoduje okresy wzmożonej zmienności. 

Jak więc można sobie wyobrażać ludzi, chodzących po ulicach z portfelami bitcoinów i płacących nimi za zakupy skoro aktualnie wahania cen potrafią sięgnąć kilkudziesięciu procent dziennie? Oczywiście w odpowiedzi usłyszymy, że jest to technologia w fazie zalążkowej i jak się rozwinie to się ustabilizuje, etc... tylko jak ma się rozpowszechnić przy takiej zmienności cen? Trochę mam wrażenie jesteśmy w błędnym kole, a adwokaci bitcoina próbują trochę jakby zaklinać rzeczywistość...

W końcu nieokreśloność prawna, która o dziwo szybciej się rozwiązuje niż problemy technologiczne. Czy za chwilę nie okaże się tak, że systemy prawne dostosują się do faktu istnienia kryptowalut szybciej niż technologia bitcoina poprawi swoją wydajność?

Pojawia się więc pytanie o to w jakim kierunku ta technologia zmierza, czemu i komu miałaby służyć i do czego. Niestety trudno w tym momencie powiedzieć. na razie głównie zainteresowani są nią spekulanci liczący na wzrost kursu, który już hiperbolicznie zmierza do nieskończoności. Jako technologia blockchain ma to rozwiązanie zapewne ogromny potencjał i szereg zastosowań, jako technologia masowych płatności niestety szereg ograniczeń, jako mechanizm transferu środków także... 

Być może trendu się nie da odwrócić i użycie bitcoina będzie coraz powszechniejsze, być może przyjmie inną formę, taką dla bardziej wtajemniczonych, podczas gdy dla masowych użytkowników powstaną inne rozwiązania. Fakt faktem, tych problemów w kontekście potencjału bitcoina jako pieniądza jest wiele. Z resztą w mniejszym lub większym stopniu dotyczą one także innych kryptowalut.

Na koniec jeszcze aby dopełnić obraz, należy zwrócić uwagę (potencjalnych inwestorów) na ryzyka legislacyjne i podatkowe. Na tę chwilę byt prawny kryptowalut nie jest uregulowany w większości krajów świata, a podejście do nich bywa skrajnie różne od delegalizacji i penalizacji do prac nad uznaniem za pełnoprawny środek płatniczy. To się zmienia, w niektórych krajach nawet calkiem szybko na korzyść.

Należy mieć jednak na uwadze, że technologiczne uzależnienie bitcoina od funkcjonowania określonych komputerów prowadzących obliczenia jest jednocześnie dużą podatnością gdyby rządy postanowiły "wyłączyć" sieć. Cóż bowiem stoi na przeszkodzie aby wydać przepisy ściśle regulujące wymianę bitcoinów na walutę i każące zarejestrować każdy działający w sieci bitcoin komputer w centralnej rządowej bazie pod groźbą kary? BTC nie stanie się wtedy ucieczką pd chaosu kryzysu finansowego, ale pułapką, w której nasze środki zarekwiruje rząd. Niemożliwe? Mało prawdopodobne? Ale jednak nie wykluczone...

Uważam, że pozostając entuzjastą nowej technologii jako inwestor należy podejmować decyzje kierując się pragmatyką i analizą ryzyka. Powyższe to są niektóre z ryzyk związanych w inwestowaniem pieniędzy w kryptowalutę. Stopy zwrotu mogą być zachęcające, ale i potencjalne straty duże. Warto mieć to na uwadze.

poniedziałek, 6 marca 2017

Dlaczego stajemy się dłużnikami?

Polacy są zadłużeni na łączną kwotę ponad 40 miliardów złotych.


Wylicza się, że w każdym kolejnym kwartale wartość zadłużeń wzrasta o 1,07%. Najwięcej dłużników mieszka w województwie śląskim i mazowieckim. Okazuje się, że dłużnikami jest aż 6,1% Polaków – to ci, którzy nie spłacili w terminie do 60 dni zobowiązań o wartości minimum 200 złotych. W tzw. grupie podwyższonego ryzyka, czyli tej, która obarczona jest zagrożeniem niespłacania należności w terminie przeważają mężczyźni. Aż 60% mężczyzn jest zresztą dłużnikami, od których trudno wyegzekwować spłatę długu. Wartość długów wynosi najczęściej od 2100 złotych do 5000 złotych.

Zgodnie ze statystykami, aż 33% dłużników ma niespłacone w terminie zaległości w wyniku czynników zewnętrznych. 28% popada zaś w długi, bo źle gospodaruje budżetem i zaciąga zbyt dużą liczbę pożyczek, których nie jest potem w stanie spłacić.

Nie tylko złe zarządzanie domowym budżetem sprawia, że popadamy w coraz większe długi. Przyczyną nieradzenia sobie ze spłatą należnych zobowiązań w terminie mogą być też przypadki losowe, w tym utrata pracy czy choroba bliskiej osoby. Nie zawsze mamy wpływ na niekorzystną sytuację finansową, ale to od nas zależy, jak z niej wybrniemy. Ciekawostką jest tutaj fakt, iż 9% badanych przyznaje, że w długi popadają tylko osoby o słabym charakterze, nieporadne. Nie łączą oni absolutnie zadłużenia z rozrzutnością i życiem ponad stan.

Badania wykazują, że w długi popadamy zwykle w wyniku nadmiernej konsumpcji. Wydajemy o wiele więcej niż zarabiamy, wybieramy produkty drogie i lepszej jakości aniżeli tańsze zamienniki. Większość Polaków nie ustala też priorytetów w kwestii miesięcznych wydatków. W pierwszej kolejności powinniśmy spłacać należne zobowiązania, takie jak rachunki za czynsz, gaz, prąd, telewizję, telefon czy internet – to właśnie dostawcy tych mediów stają się najczęściej wierzycielami. Osoby, które nie posiadają wystarczającej wiedzy finansowej, powinny sporządzać comiesięczną listę wydatków, zgodnie z własnymi możliwościami.

Czy wiecie, że aż 22% dłużników zaciąga kolejne zobowiązania, by móc spłacić te pierwsze? Niestety jest to typowy mechanizm zjawiska, jakim jest spirala zadłużenia. Osoby, których miesięczny dochód nie jest wystarczający na terminową opłatę bieżących rachunków, zaciągają pożyczki. Później, by je spłacić, wnioskują o kolejne. Dochodzi do sytuacji, kiedy tracą zdolność finansową i nie mają możliwości wywiązania się z pojętych zobowiązań. To moment, kiedy wierzyciel zwraca się do firmy windykacyjnej, celem odzyskania długu.

Każdy dłużnik powinien dążyć do oddłużenia. Rozwiązaniem nie jest konsolidacja zadłużeń ani pozbycie się mienia na rzecz przeterminowanych zobowiązań. Nie należy dopuszczać do sytuacji, w której zadłużenie będzie przyczyną złożenia wniosku do sądu. Wyrok natychmiastowej wykonalności wiąże się z zaangażowaniem w sprawę komornika, który bezwzględnie reprezentuje wierzyciela, zajmując mienie dłużnika. Najlepszą opcją jest więc współpraca z windykatorem, który umożliwia negocjacje. Ich efektem jest korzystny system spłaty należności zarówno dla wierzyciela, jak i dłużnika.

Artykuł powstał w oparciu o treści ze strony Intrum Justitia.

Wpis jest wpisem gościnnym autorstwa redaktorów współpracującego serwisu

środa, 22 lutego 2017

Willem Middelkoop "Wielki reset. Walki ze złotem i koniec systemu finansowego" - recenzja

Ostatnio trafiła w moje ręce kolejna książka, którą postanowiłem zrecenzować na blogu. Jest to kolejna po opisywanych już przeze mnie książkach Songa Hongbinga, Petera Shiffa i Jamesa Rickardsa pozycja, która traktuje o dysfunkcjach współczesnego systemu finansowego na świecie.

Chodzi o pozycję autorstwa Willema Middelkoopa pt. "Wielki reset. Walki ze złotem i koniec systemu finansowego". Jej treść stanowią prze-kompilowane teksty autora pochodzące z przed 2015 roku. ma to swoje plusy (książka odwołuje się w miarę do sytuacji współczesnej), jednak pewne predykcje pojawiające się w jej treści już się odsunęły w czasie (nie ziściły się).


Autor zebrał w niej najważniejsze elementy swoich wcześniejszych książek, których nie przetłumaczono na angielski czy polski. W konsekwencji jest to książka mocno przekrojowa, w której nie brakuje pewnych skrótów wymagających rozwinięcia. Zainteresowani będą jednak w stanie samodzielnie dokonać tego uzupełnienia, korzystając z obszernej bibliografii na końcu książki i kilkuset przypisów odsyłających do źródeł. Dla osób "nowych w temacie", będzie ona zawierała wiele ciekawych informacji, jednakże prawda jest taka, że dla tych, którzy czytali książki Shiffa czy Rickardsa, książka ta nie będzie specjalnym odkryciem czy nowością. Niestety dla czytelnika bardziej zaznajomionego z historią pieniądza i finansów, skróty poczynione przez autora będą aż zanadto widoczne i trochę drażniące.

Należy jednak autorowi zwrócić honor w kwestii bibliografii i źródeł (częściowo). Pod względem bibliografii i odesłań do źródeł książka ta mocno bije na głowy np. Hongbinga, który z kolei do źródeł nie odsyła wcale. Można dyskutować na ile źródła używane przez Midelkoopa są wiarygodne czy autorytatywne, ale są i można je weryfikować czy podążać ich śladem. 

Czasem jednak kwestia źródeł pozostawiała u mnie pewne wątpliwości. Przykładowo trochę niepoważnie wyglądało także powoływanie się na dane i wykresy z serwisu Zerohedge. Nie umniejszając temu portalowi, te dane wszakże mają swoje źródła pierwotne i pisząc książkę należałoby do nich sięgnąć.

Fakt, że książka jest kompilacją wcześniejszych tekstów miał, moim zdaniem, wpływ także na styl. Drażniło mnie czasem dokonywanie niekontrolowanych przeskoków w narracji. Utrudniało to lekturę. W jednym znaniu byliśmy w czasach II wojny światowej,aby w następnym znaleźć się w latach trzydziestych, a następnie wrócić do połowy lat czterdziestych. Niestety na takich zabiegach cierpi spójność wywodu. 

Natrafiłem także na pewne denerwujące powtórzenia. Nie wiem na ile to styl autora, wada redakcji czy niedoskonałość tłumaczenia, ale mam przekonanie, że powtórzenie takich samych stwierdzeń w odległości dwóch zdań nie powinno mieć miejsca. Raz zdarzyło mi się też nadziać na pomyloną datę 1907 z 2007 rokiem, co dla obeznanego z historią czytelnika nie nastręcza problemów, ale dla kogoś dopiero temat studiującego może wprowadzić zamieszanie.

Poza tym mam kilka zastrzeżeń natury merytorycznej.

Rozdział na temat możliwego podwójnego zarachowania złota na rachunkach MFW i banków centralnych wydał mi się niejasny i nie poparty wystarczającymi źródłami. Dodatkowo Middelkoop mocno upraszcza i plącze kwestię złota i jego certyfikatów w bilansie FED z papierowymi derywatami handlowanymi na rynkach w bilansach funduszy typu ETF. To są niestety dwie różne rzeczy i autor wprowadza tu niezorientowanego czytelnika trochę w błąd, stosując takie uproszczenia. Autor po prostu, stosując skróty, miksuje razem wiele problemów dotyczących rynku złota.

Także pisząc o niejasnościach wokół złota zgromadzonego w Fort Knox, autor miksuje wiele spekulacji prasowych na potrzeby swojej narracji. Pewnym nadużyciem jest też sugerowanie między wierszami informacji o sprzedaży One Chase Manhattan Plaza, jakoby przedmiotem zakupu były skarbce wraz z zawartością, co oczywiście nie miało miejsca. Fakt, że sprzedano samą nieruchomość (niezależnie od jej znaczenia) jest w moim odczuciu nadużywany do zasugerowania istnienia (na zupełnie innym szczeblu) jakiegoś porozumienia USA i Chin co do przechowywania Chińskiego złota (na co nie ma żadnych odesłań do źródeł).

Warto wspomnieć o jeszcze jednej kwestii. Otóż Middelkoop w jednym z fragmentów twierdzi, że w latach siedemdziesiątych Paul Volker "został zmuszony do drastycznej podwyżki stóp procentowych aby uratować status dolara". Rzecz (przynajmniej z tego co wiem jest nieco bardziej zniuansowana). Varoufakis w "Globalny Minotaur" twierdzi, że Volcker nie był zmuszony, ale że ta podwyżka była niejako częścią pewnej szerszej agendy, aby odwrócić przepływ nadwyżek handlowych. Była zatem nie tyle reakcją, co intencjonalnym zabiegiem. Warto zestawić ze sobą te dwa punkty widzenia.

Kompletnie bez sensu jest też dodany na końcu jeden akapit na temat srebra. Bez rozwinięcia tezy (dlaczego zdaniem autora srebro jest taką super inwestycją) i w kontekście tego, że cała książka traktuje o złocie, to dodanie takiego akapitu może czytelnika wprowadzać w konfuzję. Tym bardziej, że srebro to temat na odrębną książkę.

Teraz czas na pozytywy, a jest ich kilka i moim zdaniem kompensują trochę powyższe uchybienia.

Przede wszystkim książka napisana jest bardzo prostym językiem i na prawdę ułatwia zrozumienie wielu procesów, nie odwołując się do hermetycznych pojęć czy skomplikowanych wywodów. Czytało się ją szybko i bez zacięć. Co więcej, autor wykłada na początku całkowite podstawy, pozwalając zrozumieć jak działa system pieniądza fiducjarnego, rezerwy cząstkowej i kredytu. Jest to moim zdaniem dobra książka, na początek dla osób chcących zrozumieć powiązania złota, gospodarki i pieniądza.

Dla osób, które nie miały dotychczas okazji poczytać o tym jak wyglądała i wygląda "kuchnia" systemu monetarnego, skąd się bierze pieniądz i jakie są rzeczywiste powody problemów systemu finansowego, to ta książka jest dobrym punktem wyjścia. Bibliografia i przypisy jakie by one nie były pozwalają wyjść poza jej ramy już samodzielnie szukając wiedzy i poszerzając horyzonty. Uważam to za dużą wartość tej książki, czego bardzo, ale to bardzo brakowało mi u Hongbinga.

Nie należy przy tym wszystkim jednak zapominać, że Middelkoop przywołuje wiele bardzo istotnych faktów dotyczących międzynarodowej pozycji złota. Fakty te, są warte zaznajomienia się przez wszystkich, którzy chcieliby zrozumieć rolę złota w systemie finansowym i nie czuć się zaskoczeni nadchodzącymi wydarzeniami.

Wielki reset.
Przekrojowa pozycja opisująca dzieje pieniądza i złota w systemie finansowym, a także wskazująca na narastające i nierozwiązane problemy.
Wydawca: Zysk i S-ka
Data wydania: 2016
ISBN: 9788377859575
Wielki reset
Willem Middelkoop "Wielki reset. Walki ze złotem i koniec systemu finansowego" - recenzja
Książka w sposób przekrojowy wprowadza w historię złota w systemie monetarnym i wskazuje na wciąż nierozwiązane problemy i niezbilansowania, które mogą legnąć u podstaw kolejnego nadchodzącego kryzysu. Dobra pozycja dla osób, które chciałyby zacząć zgłębiać wiedzę "w temacie".
Date published: 22/02/2017
3

wtorek, 21 lutego 2017

Zapraszam na mojaforsa.pl - wpis o funduszach

Zapraszam na bloga mojaforsa.pl do lektury wpisu na temat rodzajów funduszy inwestycyjnych. Mam nadzieję, że z pożytkiem szczególnie dla osób nowych "w temacie".

piątek, 17 lutego 2017

Interesująca lokata nawet na 1,5% w CHF w BOŚ Banku - EKOlokata z Frankiem

Osoby posiadające kredyt frankowy ostatnio muszą czuć się zawiedzione podejściem partii i rządu do tematu. Zostało jasno zakomunikowane, że działań pomocowych na szczeblu państwowym nie będzie, a jak kto chce to sobie może iść do sądu.

Bywa jednak tak, że osoby zadłużone we franku mają pewne środki w walucie i zastanawiają się nad nadpłaceniem takiego kredytu. W tym kontekście interesująca wydaje się propozycja Banku Ochrony Środowiska.

Otóż w ramach promocji można tam założyć (także przez internet) lokatę we frankach szwajcarskich (na minimum 1000 CHF), nazwaną "EKOlokata z Frankiem" (więcej informacji tu na stronie banku) oprocentowaną w następujący sposób:
  • 3M – 0,30%
  • 6M – 0,60%
  • 12M – 1,00%
  • 24M – 1,30%
  • 36M – 1,50%
W tym momencie jest to chyba najlepiej oprocentowany depozyt w CHF na rynku (pytanie jak długo ta promocja potrwa).
 
Przypomnę, że aktualnie stopy procentowe CHF (LIBOR 3 miesięczny) wynoszą -0,75% (tak minus!). Oznacza to, że po dodaniu marży banku oprocentowanie kredytu może być bardzo niskie. Jak niskie? Jeżeli marża banku wynosi nie więcej niż 2,25% to po odjęciu LIBOR możemy mieć kredyt oprocentowany poniżej 1,5% rocznie.  

Zauważacie, że w takim przypadku, gdyby efektywne oprocentowanie kredytu było niższe niż odsetki z takiej lokaty, to bardziej mogłoby się opłacać założyć ją zamiast np. nadpłacać kredyt?

Zastanawiam się co stoi za tak skonstruowaną propozycją depozytową BOŚ. Czy chodzi o poprawę współczynników relacji depozytów do kredytów walutowych, czy o zamknięcie jakiś swapów walutowych, czy też o zakład co do wysokości stóp procentowych? 

Należy mieć na uwadze, że taka lokata jest depozytem stałoprocentowym, podczas gdy kredyt jest o oprocentowaniu zmiennym, w przypadku podwyżki stóp w Szwajcarii mogłoby się okazać, że na takim układzie jednak zaczniemy tracić. Czy stopy LIBOR wzrosną w najbliższych dwóch latach? Trudno powiedzieć, należy mieć taki scenariusz na uwadze.

środa, 15 lutego 2017

Jak sprawdzić autentyczność złotych sztabek i monet bez profesjonalnego sprzętu? - artykuł sponsorowany

Inwestycja w metale szlachetne to coraz powszechnej wybierana metoda oszczędzania, a w zasadzie ochrony kapitału. Złoto, srebro i platynowce to naturalne minerały kopalne, których nie da się wytworzyć w warunkach laboratoryjnych. Dzisiejsza technologia, bardzo zaawansowana i niesamowicie kosztowna umożliwia np. produkcję diamentów i innych kamieni szlachetnych, które będą miały właściwości fizyczne identyczne jak te naturalne – oczywiście istnieje też metodologia (również droga) rozpoznawania, które kamienie są naturalne a które „wyhodował człowiek”. Choć wytworzenie kilku atomów złota udało się w 1980 roku poprzez przemianę jądrową bizmutu uczonemu Glennowi T. Seaborgowi ale eksperyment z uwagi na koszty zapisał się w historii jako ciekawostka.

W polskich zasobach internetowych znaleźć można sporo ciekawych stron na których można poczytać o złocie i srebrze, sensie inwestowania w metale szlachetne, mniej lub bardziej trafne prognozy i analizy cenowe, w naszym odczuciu brakuje jednak sensownych informacji dla osób inwestujących w fizyczne metale szlachetne odnośnie rozpoznawania autentyczności monet i sztabek. Wśród internetowych , samozwańczych znawców panuje przekonanie że opłacalność podrabiania takich walorów jest np. od 50 czy 100 gramowej sztabki. Otóż nie – na rynku niestety można spotkać falsyfikaty przeróżnych sztabek, nawet o najmniejszych gabarytach czy 1 uncjowych (i pewnie mniejszych) monet srebrnych, których wartość to połowa sztabki złota o masie 1 grama.

Od dawna w obiegu są podrabiane stare, złote dolarówki, carskie ruble i niemieckie marki, jednak znaczna część tych monet jest ze złota a fałszerze zarabiali na różnicy pomiędzy ceną kruszcu a monety bulionowej ( oczywiście istnieją również falsyfikaty o zaniżonej próbnie złota, a nawet srebrne pozłacane ale te można wychwycić z bardzo łatwy sposób). Złoto i srebro oraz ich stopy mają określoną gęstość (masę właściwą) oraz określone właściwości magnetyczne – już te czynniki sprawiają, że wyrobów nie da się podrobić idealnie. Istnieją również takie właściwości fizyczne jak prędkość rozchodzenia się fali dźwiękowej, konduktywność czy przewodność cieplna i dzięki tym właściwościom oczywiście z pomocą odpowiedniego sprzętu również można sprawdzić dany metal.

Sprawdzenie gęstości sztabki lub monety oraz sprawdzenie właściwości magnetycznych daje 100% pewność czy mamy do czynienia z autentycznym wyrobem.

Gęstość domowymi sposobami można sprawdzić na 3 sposoby.

1. Sprawdzenie gęstości za pomocą piknometru. 


Piknometr składa się z pojemnika i pokrywki z otworem, jest to bardzo proste akcesorium, oprócz samego piknometru będziemy potrzebować wagę oraz wodę, najlepiej destylowaną.
Fot. Piknometr, źródło: http://anticorr.pl

Aby ustalić masę właściwą (gęstość) sztabki czy monety potrzebujemy 3 wartości:
  • m1 - masa sztabki (bez opakowania)/monety, 
  • m2 - masa pojemnika z pokrywką oraz z wodą 
  • m3 - masa pojemnika z pokrywką z wodą oraz monetą/sztabką w środku 

Podstawiamy do wzoru gęstość = m1 * gęstość wody/(m1+m2-m3) 

Gęstość wody zależy od jej temperatury https://www.fizyka.umk.pl/~lab2/tables/H2O.html 

W warunkach pokojowych możemy przyjąć, że gęstość wody jest równa 1.

Więcej o metodzie pomiaru za pomocą piknometru: http://www.mennicakapitalowa.pl/Sprawdzanie-autentycznosci-monet-za-pomoca-gestosciomierza-blog-pol-1484830423.html

2. Ważenie metali w wodzie ( waga hydrostatyczna)

 
Fot. TESTER CZYSTOŚCI METALU WTB/AU Źródło: RadWag


Gęstość wyznaczymy również za pomocą wagi, która umożliwia ważenie w powietrzu oraz w wodzie. Taka waga obliczy gęstość w naszym wypadku sztabki (bez opakowania ) lub monety w następujący sposób: 

Gęstość = masa w powietrzu * gęstość wody/ (masa w powietrzu – masa w wodzie) 

Masa w powietrzu to nic innego jak sprawdzenie ile waży moneta lub sztabka (bez opakowania). Aby zważyć obiekt w wodzie musimy zauważyć że waga hydrostatyczna jest zbudowana w taki sposób, że pojemnik z woda nie naciska na szalę, a zawieszona tacka jest na cienkich linkach, wyzerowana waga zważy przedmiot zanurzony całkowicie w wodzie. W praktyce wygląda to tak: https://www.youtube.com/watch?v=3Vqb3Av71AE&t=8s 

Pomocne będzie również zapoznanie się z ćwiczeniem z fizyki – wyznaczanie gęstości za pomocy wagi szalkowej:
Fot . Ważenie w wodzie za pomocą wagi szlakowej, Źródło: http://www.lhup.edu/~dsimanek/scenario/labman1/archim.htm

3. Trzeci sposób to uproszczona wersja drugiego sposobu (mniej dokładny) 


Gęstość = masa w powietrzu / masa w wodzie Masę w wodzie ustalamy w następująco– na szalę wagi kładziemy pojemnik z wodą, tarujemy wagę, do wody wprowadzamy monetę/sztabkę zawieszoną na nitce/żyłce/cienkim drucie ( o bardzo małej, pomijalnej masie ) , która jest przymocowana do statywu (ewentualnie trzymamy ręku)

Inne właściwości, które możemy badać


Niełatwo znaleźć inny metal lub stop aby znaleźć zamiennik dla złota /srebra o takiej samej gęstości. 



Powyższa tabela zawiera metale o podobnych gęstościach, jednak różnią je właściwości magnetyczne oraz prędkość rozchodzenia się dźwięku. Diamagnetyki są metalami które są odpychane przez magnes, paramagnetyki są lekko przyciągane – te dodatkowo właściwość pozwala łatwo wyłapać falsyfikat dzięki wadze magnetycznej, która można zrobić samemu http://www.mennicakapitalowa.pl/Waga-magnetyczna-domowej-roboty-do-sprawdzania-sztabek-blog-pol-1484308120.html

Co ważne nie ma znaczenia czy badamy sztabkę/monetę w opakowaniu czy bez. Dodatkowo można zweryfikować monetę lub sztabkę bez opakowania za pomocą USG - badania ultradźwiękowe, które wykorzystują zjawiska rozchodzenia się fali o częstotliwości ultradźwiękowej. https://www.youtube.com/watch?v=_T8fdshyEek 

Za pomocą np. odpowiedniego testera można sprawdzić czy badany metal to złoto/srebro i czy w wyrobie nie ma np. rdzenia z innego metalu. 

Tekst przygotowany przez redakcję bloga dostępnego w ramach serwisu http://www.mennicakapitalowa.pl

Disclosure: Artykuł powstał w ramach odpłatnej współpracy. Otrzymałem wynagrodzenie za jego  publikację

niedziela, 12 lutego 2017

"Praca 2.0" Sergiusz Prokurat - recenzja

Jakiś czas temu otrzymałem książkę zatytułowaną "Praca 2.0". Jest to pozycja, która wcześniej została wydana w Stanach Zjednoczonych. Jej autorem jest doktor nauk ekonomicznych, pracownik Instytutu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk, Sergiusz Prokurat. postanowił on poruszyć temat ciekawy i bardzo na czasie, mianowicie problematykę pracy i jej roli w zmieniającej się nowoczesnej gospodarce.

Książka "Praca 2.0" to zebrane w formie interesującego eseju rozważania o przemianach, które zaszły i zachodzą nadal we współczesnym świecie. To książka o zmianach, które w erze cyfrowej rewolucji komunikacyjnej zaszły, zachodzą i będą zachodzić w relacji pracownik-pracodawca. Jest to opowiadanie o problemach, wyzwaniach i szansach dla pracobiorców i pracodawców. Książka zwraca uwagę na pewne interesujące i poważne problemy, nad którymi koniecznie trzeba się zastanawiać, jeżeli chcemy odnaleźć się w zmieniającym się gwałtownie świecie.

Głównym motywem przewodnim książki jest praca człowieka w nowej gospodarce, przekształconej w wyniku cyfrowej rewolucji. Autor zwraca uwagę nie tylko na korzyści, ale i na problemy związane z wirtualizacją pracy. Dużą uwagę poświęca roli automatyzacji i temu jak przez automatyzację zmienia się relacja pracownik-pracodawca. Kolejny element świata 2.0 to outsourcing. Autor słusznie zwraca uwagę, że poza korzyściami ma on także swoje wady. Autor opisuje zjawiska takie jak powstanie zapotrzebowania na wysoko wyspecjalizowanych pracowników i wirtualizacja pracy pozwalająca na jej wykonywanie z dowolnego miejsca na ziemi, automatyzacja, telekomunikacja, szybkość wymiany informacji czy powstawanie nowych zawodów, a zanikanie innych.

Ważną kwestią, na którą zwraca uwagę są przyczyny zmian takie jak odwracanie hierarchii i usieciowienie społeczeństwa. Przyczyną i jednocześnie namacalnym rezultatem zachodzących zmian, jest wzrastające tempo procesów komunikacyjnych na linii pracownik - firma - klient - potencjalny pracownik. Świat stał się "natychmiastowy" i każdy z aktorów tej relacji oczekuje natychmiastowej reakcji na swoje działanie. Stawia to poważne wyzwania bo zmienia sposób w jaki musi działać tak korporacja, jak jednoosobowa firma czy pojedyncza jednostka. To rewolucja komunikacyjna, która moim zdaniem jest kolejną rewolucją przemysłową zmieniającą nasz świat.

Los pracownika w świecie "Pracy 2.0" nie jest łatwy. Ta książka nie jest apoteozą zachodzących zmian, raczej próbuje odkrywać fakty i ekstrapolować trendy. Pomimo, że rośnie zapotrzebowanie na pracowników o określonych umiejętnościach, to całe spektrum pracowników ma problem ze znalezieniem pracy. Rzeczywistość wymaga umiejętności dostosowywania się do zmian, co dla niektórych może być trudne. Poza tym problemem jest niedostosowanie potrzeb pracodawców do umiejętności i wykształcenia dostępnych na rynku pracowników.

Autor słusznie zwraca uwagę, że świat Pracy 2.0 jest wyzwaniem też dla pracodawcy, któremu jest trudniej utrzymać pracownika, właśnie ze względu na jego oczekiwania co do balansu życie-praca. Sposoby organizacji pracy współcześnie muszą być różne niż kiedyś i dostosowane do współczesnego pokolenia sieciowego, które ma inne oczekiwania i potrzeby niż poprzednie. Współczesne pokolenie jest przyzwyczajone do szybko zmieniającego się otoczenia i potrzebuje odpowiednich bodźców aby utrzymać zainteresowanie wykonywaną pracą. Inne i bardziej zindywidualizowane muszą być takie narzędzia jak wynagrodzenie (także w formie nie finansowych benefitów). Jednych bardziej zmotywuje służbowy samochód, a innych praca zdalna lub w mniejszym wymiarze etatu.

Inny aspekt, na który autor zwraca uwagę, to zaburzenie sztywnych służbowych hierarchii, usieciowienie się organizacji oraz spłaszczenie struktur, możliwe dzięki narzędziom komunikacji. To jest jednocześnie trudne zadanie dla organizacji, bo wymaga zdefiniowania innych reguł korporacyjnej gry.

"Każdy musi troszczyć się o własny los - to jest główna zasada świata cyfrowego" - to stwierdzenie obrazuje w jakim kierunku ewoluuje zglobalizowane hiperspecjalistyczna gospodarka. Wobec niego naturalne są protesty bo człowiek nie jest "wyłącznie ekonomiczny", ma także inne potrzeby. Autor zwraca uwagę na niedoskonałość mierzenia wzrostu gospodarczego za pomocą PKB, który to wskaźnik, w erze cyfrowej daje zaburzony obraz rzeczywistości. Zwraca uwagę na ułomność narzędzi ekonomicznych do mierzenia wartości usług bezpłatnych, mających jednak jakąś wartość dla użytkowników. Rysuje się tymczasem wizja świata-maszyny, w której jesteśmy wyspecjalizowanymi komponentami, wysoko elastycznymi i realizującymi ściśle określone projekty specjalistami otoczonymi biznesami korzystającymi z automatów (także informatycznych) i rzeszą nisko opłacanych pracowników wykonujących pracę, której nie opłaca się automatyzować. Pojawia się jednak pytanie czy świat 2.0 zaludniony przez hiperspecjalistów jest dla nich światem komfortowym do życia? Czy funkcjonowanie od projektu do projektu jest satysfakcjonujące dla pracowników? jak będą funkcjonować w tym świecie nisko kwalifikowani robotnicy? To zapewne zależy od poziomu finansowego wynagrodzeń za pracę i warunków tej pracy.

Ważnym aspektem, na który autor zwraca uwagę jest ewolucja roli państwa w relacji z obywatelem. Od XIX modelu "totalnego" państwa, ku takiemu, gdzie służy ono obywatelom. Te przemiany niewątpliwie będą źródłem tarć politycznych, bo są to wizje państwa zasadniczo różne. Nachodzi mnie przy tym taka refleksja, że te tarcia będą dotyczyły także pokoleń. Stare pokolenie, przyzwyczajone do tradycyjnego modelu rynku pracy będzie w coraz większym konflikcie z młodym pokoleniem, odnajdującym się lepiej w nowej rzeczywistości. Wydaje mi się, że już jesteśmy świadkami takich tarć i niestety będą one narastały. Zmieniający się świat relacji między pracodawcą a pracobiorcą wywołuje potrzebę zredefiniowania prawnych ram określających stosunek pracy. One po prostu stają się coraz bardziej niedostosowane do zmieniających się warunków. To są pytania i wyzwania, na które nie ma jeszcze jednoznacznych odpowiedzi, ale rzeczywistość wymusi dostosowanie systemów prawnych, a po owocach tych dostosowań w poszczególnych krajach będzie można poznać, kto zrobił to skuteczniej.

Dużą zaletą książki jest jej aktualność, odnosi się ona do współczesnych trendów i zjawisk. W dzisiejszym świecie, w którym wiedza staje się nieaktualna już niedługo po wydrukowaniu w książce jest to niezaprzeczalna zaleta. Kolejna zaleta jest taka, że choć książka napisana jest z akademickim podejściem (oparcie się o źródła i analityczne potraktowanie tematu), to język jakiego używa autor jest przystępny i zrozumiały. To nie jest hermetyczna i nieczytelna praca naukowa, ale książka dla każdego pracodawcy lub pracobiorcy, który chciałby się odnaleźć w nowej rzeczywistości.

Wydaje mi się też, że książka ta powinna być lekturą obowiązkową także dla polityków (którzy często mentalnie tkwią w ubiegłym stuleciu) w tym dla zarządzających procesami edukacyjnymi ministrów szkolnictwa wyższego i rektorów wyższych uczelni (którzy często nie rozumieją problemów gospodarczych świata biznesu Autor zwraca uwagę na to, że we współczesnym świecie inwestycja w wiedzę (wykształcenie, profesjonalne certyfikaty) przynosi najwyższą stopę zwrotu. Często jednak wykształcenie akademickie nie przystaje do realiów, a uczestnicy procesu kształcenia mają poczucie oszukania i straconych złudzeń. Tymczasem świat 2.0 wymaga od wykształconego człowieka przede wszystkim umiejętności uczenia się i odnajdywania się w szybko zmieniającym się otoczeniu.

Rola uczelni wyższej wymaga zredefiniowania. Wiele wiedzy jest dostępne za darmo, więc rola uczelni z konieczności musi się zmienić w kierunku ośrodka uczenia jak myśleć i nabywać nową wiedzę, syntezować ją i tworzyć nową. Niestety mam wrażenie, że polskie uczelnie tego nie rozumieją. Co więcej często nie rozumieją tego także pracodawcy, oczekując z kolei, że szkoła wyższa wypuści wykształconych robotników, w których oni nie będą musieli już inwestować.

Równie ważne, a nawet ważniejsze, jest dostosowanie sposobu kształcenia w szkołach podstawowych. Autor słusznie zauważa, że dzisiejszy świat wymusza posiadanie umiejętności poruszania się w cyfrowym świecie, a szkoły tego nie uczą. Co gorsza nauczycielami są często ludzie posiadający gorsze umiejętności korzystania ze zdobyczy współczesnej teleinformatyki i telekomunikacji niż ich uczniowie. Może warto byłoby aby układający programy szkolne także przeczytali tę, książkę?

Z lektury tej książki płynie także parę interesujących wniosków dla inwestorów. Otóż zmienia się model relacji pracodawca-pracobiorca w gospodarce. Te gospodarki i przedsiębiorstwa, które w porę zrozumieją zachodzące zmiany i odpowiednio dostosują się - osiągną sukces. Inwestorzy muszą uważnie obserwować, które przedsiębiorstwa, w których krajach radzą sobie lepiej z nowymi wyzwaniami, a gdzie powstają wyspy niedostosowania do współczesnych warunków. Ponadto zmiany modelu pracy i zastępowanie jej w wielu dziedzinach przez automatyzację wymuszają powstawanie nowych modeli biznesowych, do których muszą dostosować się wszyscy.

Lektura tej książki zmusza do refleksji nad naturą i kierunkiem zmian oraz naszym samookreśleniem się względem nich. Praca jest jednym z podstawowych elementów gospodarki, lektura tej książki dostarcza w tym aspekcie interesującego materiału do przemyśleń. Polecam tę interesującą lekturę każdemu, kto chce doznać pewnych bodźców do przemyśleń nad zmieniającą się rzeczywistością gospodarczą.


Praca 2.0
Rozważania na temat nowej roli pracy we współczesnej gospodarce.
Wydawca: Helion
Data wydania: 2016
ISBN: 978-83-283-2306-3
Praca 2.0
Sergiusz Prokurat - "Praca 2.0" - recenzja
Książka "Praca 2.0" to obowiązkowa lektura dla tych, którzy chcą zrozumieć w jakim kierunku zmierzają trendy w relacji pracodawca-pracownik we współczesnym zinformatyzowanym świecie. To także lektura wyzwalająca wiele przemyśleń na temat tego w jaki sposób powinny wyglądać te relacje i jak odnaleźć się w zmieniającej się rzeczywistości.
Date published: 12/02/2017
5

sobota, 11 lutego 2017

E-book o oszczędzaniu od kantoronline.pl - informacja prasowa

Platforma kantoronline.pl wypuściła na rynek interesującą pozycję - „Oszczędzaj na 10 sposobów”. To pierwsza publikacja na rynku, którą stworzył serwis wymiany walut. E-book jest bezpłatny i dostępny dla wszystkich chętnych. 

„Oszczędzaj na 10 sposobów” to poradnik, który podpowiada jak zaoszczędzić. Szczególnie polecany jest osobom nie dbającym o tworzenie rezerw finansowych. Dane Eurostatu pokazują, że Polacy należą do najmniej oszczędnych społeczeństw w Unii Europejskiej. Dlatego m. in. kantoronline.pl zdecydował się na wydanie e-booka pomagającego w zmianie swoich codziennych nawyków finansowych. 

Publikacja zawiera wyszczególnione działania, które warto podjąć, żeby zacząć tworzyć własną rezerwę finansową. „Oszczędzaj na 10 sposobów” daje wskazówki dotyczące oszczędzania w czasie robienia zakupów, korzystania z programów lojalnościowych czy jak zaplanować domowy budżet. „Z danych opublikowanych przez Eurostat wynika, że oszczędzamy tylko 1,94 proc. swojego rocznego dochodu, podczas gdy średnia unijna wynosi 10,27 proc. To dlatego postanowiliśmy zebrać w jednym miejscu porady w zakresie oszczędzania, które będą pomocne dla wszystkich” – mówi Andrzej Sałuda, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w kantoronline.pl. 

Kantoronline.pl to platforma, która daje możliwość szybkiej i sprawnej wymiany walut, a także opłacalnego transferu środków z rachunku krajowego na zagraniczny. Serwis jest obecny na polskim rynku walutowym od sześciu lat. Głównym jego celem jest poszukiwanie, tworzenie oraz wprowadzanie nowych rozwiązań podnoszących jakość życia i usług świadczonych klientom. 

środa, 8 lutego 2017

Przechowywanie złota na antypodach - złoto alokowane w Perth Mint w Australii

Pisałem kiedyś na temat możliwości przechowywania złota za granicą w takich firmach jak BullionVault czy Goldmoney. Tamte możliwości nadal istnieją, niedawno jednak natrafiłem na ciekawostkę związaną z możliwością założenia depozytu w mennicy Perth Mint w Australii.

Mennica w Perth jest najstarszą istniejącą do tej pory mennicą w Australii i jest szeroko znana w świecie inwestorów w złoto, produkowane przez nią sztabki czy monety z wizerunkiem australijskiego kangura są rozpoznawalne i dostępne w sklepach sprzedawców złota inwestycyjnego na całym świecie.

Otóż ciekawostką jest fakt, że Perth Mint oferuje także program depozytowy, w ramach którego można online dokonywać zakupu i sprzedaży przechowywanego w mennicy złota. Perth Mint’s Depository Online działa w ten sposób, że zakładamy online konto na stronie mennicy i po jego walidacji możemy nabywać i przechowywać złoto w trzech formach: niealokowanej, puli alokowanej i całkowicie alokowanej. Poniżej wyjaśnię o co chodzi, najpierw jednak streszczę jak otworzyć konto i jakie są warunki.

Aby otworzyć konto należy zalogować się na portalu a następnie przejść weryfikację. W tym celu należy przesłać do Mennicy potwierdzone notarialnie kopie dokumentów: paszportu/dowodu i wyciągu/opinii bankowej z numerem konta i naszymi danymi oraz adresem.

Na korzystanie z konta są niestety nałożone limity transakcyjne. Minimalna kwota zakupu to 50 AUD, a maksymalna kwota zakupu to 5000 AUD. Nie doczytałem się czy są limity na spieniężanie złota.

Zasilenie konta jest możliwe tylko z potwierdzonego i powiązanego z naszym depozytem rachunku bankowego. Generalnie nasze konto depozytowe może być powiązane z jednym tylko rachunkiem bankowym i zmiana tego rachunku powiązanego jest dosyć mocno utrudniona. Wpłaty na pokrycie zakupów są możliwe w dolarach australiskich lub dolarach amerykańskich.

Posiadanie konta depozytowego umożliwia nabywanie i sprzedawanie złota, platyny lub srebra i utrzymywanie go w depozycie w trzech formach:
  • niealokowanej (złoto, platyna, srebro) - zabezpieczeniem jest metal będący w mennicy w trakcie procesu produkcji,
  • puli alokowanej (tylko srebro) - zabezpieczeniem jest zbiór sztab w magazynie mennicy,
  • całkowicie alokowanej (złoto, srebro) - zabezpieczeniem są konkretne, przypisane do nas sztaby lub monety.
Powyższe typy różnią się opłatami za przechowywanie (przypadku niealokowanych nie ma opłat) i czasem potrzebnym na dostawę fizycznego metalu, jeśli taką sobie zażyczymy (2 dni w przypadku alokowanego, 10 dni dla niealokowanego).

Warto wspomnieć, że Perth Mint jest firmą państwową będącą własnością rządu Australii Zachodniej i przechowywane w niej metale szlachetne są w 100% gwarantowane przez rząd.

W przypadku posiadania w swoim depozycie złota alokowanego jest możliwe zamówienie jego dostawy (oczywiście za opłatą pokrywającą koszty logistyki). Jest możliwe także osobiste zweryfikowanie na miejscu swojego depozytu (tylko alokowanego) po wcześniejszym umówieniu się (w Perth w Australii).

Wygląda to więc tak, że istnieje pewna ciekawa opcja przechowywania złota na antypodach, ale z racji odległości fizycznej i formalności wydaje mi się, że należy to traktować raczej jako ciekawostkę niż rzeczywisty produkt dla klientów z Europy. Znacznie łatwiejsze i praktyczniejsze w tym porównaniu wydają się być opcje takie jak właśnie Bullion Vault czy Goldmoney.

Jeżeli chcesz przeczytać więcej na temat inwestowania w złoto polecam mój wpis pt. "Małe kompendium inwestowania w złoto fizyczne".

Jeżeli chcesz kupić złoto inwestycyjne zapoznaj się z listą sprzedawców złota i metali szlachetnych.

niedziela, 5 lutego 2017

Początki na Forex – od czego zacząć? - artykuł sponsorowany

Rynek Forex stwarza inwestorom duże szanse rozwoju. Dzięki korzystnym pod względem finansowym rozwiązaniom stosowanym na rynku walutowym (między innymi dźwignia finansowa), każdy trader, bez względu na wysokość kapitału początkowego, którym dysponuje, może zlecać transakcje przynoszące duże zyski, pomnażając tym samym swoje oszczędności.

Wbrew powszechnemu przekonaniu, początki na Forex nie muszą być trudne. Wystarczy tylko właściwie przygotować się do zawierania pierwszych transakcji. Jak to zrobić?

Wybieramy dobrego brokera i odpowiednią platformę inwestycyjną

Wybór brokera Forex i platformy inwestycyjnej, która zapewni nam dostęp do rynku Forex jest ze sobą ściśle powiązany. Kiedy podejmujemy decyzję o przystąpieniu do rynku walutowego, pierwszą kwestią, którą musimy rozważyć staje się wybór brokera będącego pośrednikiem pomiędzy nami i naszymi inwestycjami a rynkiem walutowym. W tym względzie musimy wziąć pod uwagę ogólne warunki, jakie dany dom brokerski proponuje swoim klientom, poziom zaufania i zadowolenia, jakim cieszy się wśród inwestorów korzystających z jego usług oraz różnorodność i jakość udostępnianych platform inwestycyjnych, przekładającą się bezpośrednio na wygodę zlecania korzystnych dla inwestora operacji.
Zazwyczaj domy maklerskie oferują swoim klientom kilka platform, zróżnicowanych miedzy innymi ze względu na poziom zaawansowania technologicznego udostępnianych narzędzi, dzięki czemu każdy trader może dopasować rodzaj platformy do własnych umiejętności operacyjnych i posiadanego doświadczenia inwestycyjnego. Zanim wybierzemy którąkolwiek z nich, upewnijmy się, że udostępnia ona inwestorom specjalne konta demo, które umożliwiają zdobywanie tak potrzebnego doświadczenia w sposób zupełnie bezpieczny dla ich kapitału.
Konta demo można znaleźć w propozycji większości domów brokerskich, jak chociażby XTB (tutaj możesz założyć bezpłatne konto demo). Zasady ich działania są wyjątkowo proste – konta zapewniają traderom nieograniczony dostęp do rynku walutowego, dzięki czemu mogą oni dokonywać każdego rodzaju operacji. Każda transakcja opiera się na środkach wirtualnych, co zapewnia początkującemu inwestorowi maksymalne poczucie bezpieczeństwa finansowego. Korzystanie z tego typu kont to prosta recepta na inwestycyjny sukces, która doskonale sprawdza się zwłaszcza wśród traderów stawiających swoje pierwsze kroki na rynku Forex.

Poszerzamy wiedzę na temat inwestycji

Wspomniane konta demo to świetny sposób na zdobywanie praktycznego doświadczenia z zakresu inwestowania na Forex. Warto jednak owe doświadczenie oprzeć na solidnych fundamentach wiedzy dotyczącej rynku walutowego. Aby móc w pełni zrozumieć mechanizmy rządzące na Forex, każdy początkujący inwestor powinien rozpocząć swoje przygotowanie inwestycyjne od zaznajomienia się z podstawowymi pojęciami rynku walutowego. Bez nich nie sposób bowiem umiejętnie zarządzać swoimi zlecaniami i dopasowywać je do zmieniających się tendencji rynkowych. Oprócz tych, które bezpośrednio dotyczą głównych cech Forex, warto przyswoić także te, które umożliwiają tworzenie i odczytywanie prognoz rynkowych, stanowiących podstawę przewidywania kierunku zmian, będącego gwarantem powodzenia każdej transakcji.
Dzięki ich dobremu poznaniu, nawet początkujący trader może nauczyć się, jak i kiedy zlecać poszczególne operacje i ograniczać towarzyszące im ryzyko inwestycyjne. W tym celu można skorzystać z gotowych baz wiedzy, które skupiają w sobie wszystkie najważniejsze informacje na temat Forex. Dobrym sposobem na przygotowanie się do przystąpienia do rynku walutowego są także szkolenia udostępniane przez niektóre domy maklerskie (warto sprawdzić np. https://www.xtb.com/pl/edukacja/szkolenia-online), których zróżnicowany zakres można dopasować do stopnia posiadanego doświadczenia inwestycyjnego. Tego typu szkolenia doskonale sprawdzają się w przypadku początkujących traderów, gdyż nie tylko w realny sposób uzupełniają ich wiedzę, ale zapewniają im poczucie bezpieczeństwa sprzyjające podejmowaniu stosownych działań inwestycyjnych.

Disclosure:  Powyższy tekst stanowi artykuł sponsorowany i nie jest tekstem mojego autorstwa. Za opublikowanie na blogu powyższego tekstu otrzymam wynagrodzenie.