Przegląd Finansowy: 2017

czwartek, 19 października 2017

Kolejny wpis w cyklu "czy nadchodzi recesja w US"...

W dzisiejszym Money Week znalazłem artykuł podsumowujący raport opracowany przez firmę zarządzającą aktywami Incrementum. Raport stanowi o sytuacji ekonomicznej i na Money Week streszczono kilka jego tez. Wydało mi się interesujące aby przybliżyć je czytelnikom.

Generalnie teza jest taka, że z za rogu wyłania się recesja w USA i że może ona być bliżej niż się niektórym wydaje. Argumenty, jakie autorzy raportu przywołują na poparcie swojej tezy są następujące.

Niskie ceny towarów względem cen akcji. Tu zwracają uwagę na relację ceny indeksu GSCI do S&P500. Za każdym razem kiedy była ona tak nisko jak na obecnym poziomie mieliśmy wkrótce potem pęknięcie bańki.

Dla wielu obserwatorów jest to fakt, który był zauważany już od dawna. Napędzany tanim pieniądzem rynek giełdowy w USA jest przewartościowany względem cen dóbr trwałych...

Inny ciekawy fakt, na który zwracają autorzy raportu to zero - kompletne zero recesji w przewidywaniach analityków i ekonomistów. Absolutnie nikt nie mówi o tym, że mogłaby ona wystąpić. Skoro tak, to być może, właśnie takie zupełnie nieoczekiwane zdarzenie właśnie się zbliża?

Następny element to cykl podwyżek stóp procentowych w USA. Wielu komentatorów, których opinie słyszałem, także autorzy raportu - zwraca uwagę na to, że zazwyczaj (16 ostatnich razy z 19) podwyżki stóp w USA poprzedzały recesję. Aktualnie wszyscy śledzą uważnie czy i kiedy FED podniesie stopy.

Autorzy zwracają także uwagę na to, że pomimo rosnących cen akcji, wcale nie wzrastają w USA wpływy z podatków. Rynek akcji wydaje się być więc, oderwany od fundamentów bo wzrost nie bazuje na rosnących zyskach przedsiębiorstw czy nawet osób indywidualnych, ale jest pompowany sztucznie.

Widać to wyraźnie kiedy porówna się ilość pieniądza w obiegu do oszczędności - nigdy w historii nie było sytuacji aby tak wiele pieniądza w gospodarce pochodziło w tak niewielkiej ilości z oszczędności a w tak wielkiej z kredytu.

Polecam lekturę całości artykułu i źródłowego raportu.

piątek, 13 października 2017

Dedolaryzacja - cd.


Dziś natrafiłem na kolejną informację o ustanowieniu przez Rosję i Chiny kolejnego mechanizmu rozliczeniowego mającego upłynnić handel i wymianę walut na potrzeby budowy nowego jedwabnego szlaku. Co ciekawe pojawiły się też informacje o pracach nad techniczną stroną importu złota z Rosji do Chin. Ciekawy jet też artykuł na blogu independentrader.pl właśnie na temat nowego jedwabnego szlaku...

wtorek, 10 października 2017

Sprzedaż akcji Saudi Aramco - nawiększe IPO w historii?

Już chyba z rok temu usłyszałem po raz pierwszy o planowanym zaoferowaniu publicznym akcji Asudi Aramco. Pomyslałem sobie, że coś jest na rzeczy. 

Czym jest Saudi Aramco? Jest t największy pod względem produkcji ropy na świecie koncern wydobywczy, powołany pierwotnie w latach trzydziestych przez Amerykanów i Saudyjczyków, obecnie w całości pod kontrolą rządu Arabii Saudyjskiej.

Aktualnie koncern planuje przeprowadzenie oferty publicznej swoich akcji i pozyskanie w ten sposób około 100 miliardów dolarów, które rząd Arabii Saudyjskiej chce przeznaczyć na nowe projekty rozwojowe (mające w przyszłości uniezależnić kraj od ropy).


Po tym wstępie kilka moich przemyśleń.

Po pierwsze, co myślimy kiedy ktoś chce nam sprzedać swój rodowy klejnot? Chyba potrzebuje pieniędzy - wygląda na to, że faktycznie Arabia Sudyjska chce się uniezależnić od wydobycia ropy...

Nie podejmuję się prognozowania przyszłego zapotrzebowania na ropę.Mieliśmy teorię peak oil, ale mamy już rozwijającą się (jeszcze w zalążku) substytucję w postaci pojazdów elektrycznych. Wydaje mi się, jednak, że pewną rolę w przyczynach tej transakcji może pełnić zarówno popyt jak i podaż ropy i koszty jej wydobycia.

Być może tej ropy w ziemi już tak wiele nie zostało? Trzeba więc upchnąć na rynku akcje firmy, która przestaje mieć już taką wartość jak kiedyś. Koszty wydobycia będą rosły, marża zysku malała - warto skasować sowity zysk teraz, kiedy na światowym rynku jest ocean taniego kapitału...

Tani kapitał może być jednym z elementów, dla których teraz Saudyjczykom będzie łatwo pozyskać te 100 miliardów. Ma to podobno być największe IPO w historii. Upychając taki zaczynający się psuć owoc uzyskają kasę, którą będzie można wpompować w gospodarkę saudyjską i wygenerować wzrost.

Dla naszego krajowego rynku jest to jedna z tych ciekawostek, nie sądzę aby miała znaczenie z punktu widzenia inwestowania z naszej perspektywy. Chociaż... być może wielkie banki inwestycyjne będą chciały ubrać w to "leszczy" w jakiś strukturach typu "lokata na ropę" czy innych produktach gdzie za pieniądze naiwnych będą kupowali akcje Aramco... za parę lat się okaże, że albo jest mniej ropy, albo zyski nie takie i najwięcej na tym stracą tacy co się dadzą wkręcić w różne "produkty"... uważajcie na to.

czwartek, 5 października 2017

Czy kredyt studencki się opłaca?

Już parę razy pisałem na blogu o kredytach studenckich. Kto chce może znaleźć tamte archiwalne wpisy. temat powraca dlatego, że czas na składanie wniosków wypada właśnie w najbliższych miesiącach. 10 listopada minister określi próg dochodowy a do 20 listopada będzie można składać wnioski w jednym z udzielających kredyty studenckie banków. Są to PKO BP, Bank Pekao oraz  banki spółdzielcze zrzeszone w Banku Polskiej Spółdzielczości oraz w SGB-Banku. Dobrze być klientem któregoś z nich bo od "swoich" pobiorą one niższe prowizje.

Do wniosku kredytowego będzie potrzebne zaświadczenie o dochodach rodzinnych z urzędu skarbowego oraz zaświadczenie o studiowaniu z dziekanatu uczelni. Ponadto ktoś nam będzie musiał kredyt poręczyć.

Czy taki kredyt się opłaca? Cóż. Warunki są szczególne. 5% najlepszych studentów może liczyć na umorzenie 20% kredytu. Poza tym spłaty rat odbywają się po dwóch latach od zakończenia studiów i to przez okres dwa razy dłuższy niż same studia. Oprocentowanie zaś jest bardzo korzystne bo wynosi połowę tzw. stopy redyskontowej NBP. Na dziś  to mniej, niż 0,9% w skali roku - czyli prawie darmo. Nigdzie na rynku nie dostaniemy pożyczki z banku na tak korzystnych warunkach.

Pożyczyć można 600zł miesięcznie przez całe studia. Dla niektórych to może być istotny zastrzyk gotówki, ale ja patrzyłbym na to w kategoriach oszczędzania. Kiedy faktycznie ruszymy w dorosłe życie oszczędności się przydadzą (choćby na wkład własny na mieszkanie) a nikt nam na rynku nie pożyczy taniej.

Z tego tylko powodu jeśli chcemy budować poduszkę finansową to warto rozważyć czy taki kredyt wziąć. Oczywiście nie po to aby go przehulać, ale aby zainwestować albo co najmniej zaoszczędzić.

poniedziałek, 2 października 2017

Trzymiesięczne obligacje skarbowe - czy ta nowość się sprawdzi?

Ministerstwo Finansów przyzwyczaiło nas, że standardowa oferta obligacji skarbowych (tzw. detalicznych) obejmuje papiery dwu, trzy, cztero i dziesięcioletnie. Okazyjnie pojawiały się jednorazowe emisje obligacji krótkoterminowych np. na dziewięć miesięcy, ale były to incydenty.

Od dziś pojawiła się nowość, obligacje skarbowe trzymiesięczne, oprocentowane na stałej stopie (aktualnie 1,5% w skali roku). 



Czy osiągną sukces? Trudno powiedzieć. Wydaje się, że mogą być ciekawą alternatywą dla tych posiadaczy gotówki, którzy mają jej zbyt dużo aby w banku objął ich limit BFG, ale jednocześnie nie chcą jej blokować na dłuższy okres. Czy pozostali się zainteresują? Cóż oprocentowanie nie powala, ale jest nieco powyżej poziomu, który banki oferują na trzymiesięcznych lokatach. Oczywiście zależy to od tego - jakie banki, ale generalnie widać, że ma to być alternatywa dla lokat bankowych. Także w przypadku wcześniejszego wykupu obligacje te zachowają się jak lokata - po prostu stracimy odsetki.

Interesujące dla mnie będzie ile na te obligacje uda się ściągnąć z rynku pieniędzy.

sobota, 30 września 2017

Reklamy kredytów gotówkowych a zalecenia KNF - artykuł sponsorowany

Aby zaprezentować oferowane produkty i usługi w jak najlepszym świetle, banki sięgają po najróżniejsze formy promocji. Nie wszystkie działania są jednak zgodne z obowiązującym prawem. Jakie wymogi powinny spełniać reklamy kredytów gotówkowych i czy twórcy kampanii promocyjnych przestrzegają regulacji KNF?

Zasady reklamowania kredytów konsumenckich

Komisja Nadzoru Finansowego przedstawiła zbiór zaleceń, które należy uwzględnić w ogólnodostępnych przekazach reklamowych. Wszystkie reklamy kredytów konsumenckich (w tym kredytów gotówkowych) powinny zawierać dokładne dane o ich kosztach: informować o wysokości oprocentowania, całkowitej kwocie kredytu, dodatkowe opłatach, prowizjach. Co więcej, kampanie dotyczące ofert specjalnych i promocji muszą jasno i jednoznacznie wskazywać datę ich wygaśnięcia. Jeżeli promocje jeszcze nie obowiązują, koniecznie trzeba określić datę, od której zaczną obowiązywać. Zdaniem KNF, wiedza konsumentów w kwestiach związanych z produktami bankowymi i uwarunkowaniami rynku może być niewystarczająca do podjęcia świadomej decyzji. Dlatego tak ważny okazuje się wymóg zamieszczania jednoznacznych, rzetelnych informacji w reklamach kredytów gotówkowych.

 

Oczekiwania i rzeczywistość 

W wielu reklamach kredytów gotówkowych, szczególnie tych telewizyjnych, ciężko doszukiwać się wszystkich danych i parametrów wyszczególnionych przez KNF. Nawet jeśli informacje pojawiają się w konkretnym spocie, często wyświetla się je za szybko, a widzowie (potencjalni klienci) nie są w stanie ich odczytać. Niezamieszczenie wymaganych danych lub przedstawianie ich w sposób nieczytelny, np. stosując nadmiernie pomniejszoną czcionkę, może wprowadzać w błąd. Każda reklama przekazująca informacje w sposób niejasny, niezrozumiały albo dwuznaczny może zostać uznana za sprzeczną z obowiązującymi regulacjami. 

Dezinformujące reklamy to miecz obosieczny 

Niewłaściwa treść przekazu reklamowego nie tylko naraża bank na utratę zaufania klientów, ale wiąże się też z poważnym ryzykiem finansowym. Reklama nie powinna zachęcać potencjalnych klientów do nieadekwatnego i nieodpowiedzialnego korzystania z produktów kredytowych. Nierzetelne kampanie promocyjne mogą prowadzić do nadmiernego zadłużania się klienta w instytucjach finansowych. Spowoduje to negatywne skutki również po stronie banku. 

Konsekwencje 

KNF nie tylko opublikowała listę zaleceń, ale też na bieżąco monitoruje działalność banków w kwestii akcji promocyjnych. W nadzorowaniu reklam bierze udział też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. KNF zaleca bankom wycofanie nierzetelnej kampanii i wszelkich materiałów reklamowych mogących wprowadzać konsumentów w błąd. Publikuje komunikaty w tej sprawie na swojej stronie internetowej. Podejmuje także działania dyscyplinujące wobec firm nieprzestrzegających regulacji prawnych. Nie upublicznia jednak nazw ukaranych banków, dając im szansę na wycofanie szkodliwych praktyk. Zalecenia Komisji Nadzoru Finansowego mają na celu ochronę praw konsumentów i zapobieganie nieuczciwym praktykom. Brak profesjonalnej wiedzy klientów banku zostanie rekompensowany przez rzetelną i wyczerpującą informację na temat reklamowanych produktów i usług. W rezultacie dokonanie właściwego wyboru okaże się o wiele łatwiejsze.  

Artykuł został przygotowany we współpracy z TotalMoney.pl

czwartek, 28 września 2017

Rola KNF

Taka refleksja mnie naszła. Zaglądam sobie od czasu do czasu na stronę Komisji Nadzoru Finansowego. Mamy tam różne rejestry, listy ostrzeżeń itd. Zastanawia mnie sens istnienia tej instytucji. Co z tego, że ma prowadzić rejestry np. Alternatywnych Spółek Inwestycyjnych, jeżeli postępowanie o wpis do takiego rejestru trwa tak długo, że de facto cała inwestycja bierze w łeb bo staje się nieaktualna? 

Albo jaki sens ma cała ta lista ostrzeżeń ulicznych, skoro jej istnienie nie uratowało klientów Amber Golda czy innych podobnych instytucji. 

Czy chodzi tylko o karmienie urzędniczej maszyny i o to, aby Państwo polskie mogło powiedzieć "ostrzegaliśmy"? 

Całe to regulowanie rynku nie uchroniło klientów firm, które wyemitowały obligacje, a później ich nie spłaciły. Nie słyszałem o żadnym konkretnym wyroku skazującym za manipulację kursem akcji spółek, nie słyszałem o tym aby nadzór doprowadził do skazania nieuczciwego prezesa jakiejś firmy której akcje czy obligacje notowane były na rynku regulowanym. Nawet nie słyszałem aby KNF przystępował w takich sprawach jako interwenient uboczny. Co z tego, że kierowane są zawiadomienia do prokuratury skoro ta umarza postępowania? Może te zawiadomienia są słabo umotywowane, albo przestępstw nie ma i cała działalność KNF jest dęciem w balon?

Na prawdę - zastanawiam się do czego ta instytucja służy i za każdym razem kiedy uczestniczę w rynku, dochodzę do wniosku, że nie potrafię tego wyjaśnić...

poniedziałek, 25 września 2017

Dwie dziury...

Chciałem zestawić ze sobą dwie informacje, które ostatnio trafiły mi się podczas przeglądu prasy. Pierwsza, z nich to kwestia deficytu budżetowego. Już kiedyś spierałem się na blogu w komentarzach z czytelnikiem o te "nadwyżkę" w budżecie, którą chwali się MF. Otóż mamy taki wykres, z którego wylinka niezbicie, że od nastu lat lecimy na pożyczkach...


 

Nie chcę  się wdawać w dyskusję, który rząd bardziej zadłużył kraj itd. Nie o to chodzi. Chodzi o to, że rok za rokiem zaciągamy kolejne długi.

Teraz druga informacja - o ZUS (na taki artykuł trafiłem) a tam wykres:

Wynika z niego, że do ZUS trzeba teraz i trzeba będzie w przyszłości dosypywać pieniądze. Teraz dosypujemy zadłużając, się, czy ktoś ma pomysł skąd będziemy dosypywać w 2045? Może NBP zacznie drukować pieniądze?

piątek, 22 września 2017

Przyglądamy się reklamom kredytów hipotecznych - artykuł sponsorowany

Nowa ustawa dotycząca kredytów hipotecznych i nadzoru nad agentami i pośrednikami weszła w życie 22 lipca. Reguluje ona nie tylko warunki udzielania kredytów, ale też zasady ich reklamowania. Jakie informacje zawiera legalna reklama kredytu hipotecznego i czy nowe kampanie banków zostały stworzone zgodnie z obowiązującym prawem – odpowiedź na te pytania znajdziesz w naszej analizie.


O czym powinna informować reklama, czyli koniec mydlenia oczu


Autorzy reklam i współpracujące z nimi instytucje finansowe mają obowiązek rzetelnego zaprezentowania informacji na temat RRSO oraz ryzyka zmiany stopy procentowej dla zobowiązań o zmiennym oprocentowaniu. W materiałach reklamowych trzeba uwzględnić dane takie jak: całkowita kwota kredytu wraz z całkowitym kosztem jego uzyskania i obsługi, wysokość rat, a także czas obowiązywania umowy. Wszystkie informacje należy zademonstrować na reprezentatywnym przykładzie kredytu – modelowym zobrazowaniu warunków, w oparciu o które bank spodziewa się zawrzeć przynajmniej 2/3 umów kredytowych. Zgodnie z ustawą, informacje przedstawione w reklamie muszą być widoczne, czytelne, jasne, zrozumiałe i jednoznaczne. Po zapoznaniu się z obowiązującymi zasadami, przyjrzyjmy się kilku najnowszym reklamom kredytów hipotecznych. Sprawdźmy, czy ich twórcy nie próbują balansować na granicy prawa i zdemaskujmy strategie pozyskiwania klientów.

Powakacyjna oferta limitowana kredytów hipotecznych w ING: „Najlepszy moment na zakup mieszkania – z ofertą specjalną od ING”


Na początku września – czyli niedługo po wprowadzeniu ustawy dot. reklam – ING Bank Śląski wystartował z powakacyjną kampanią kredytu hipotecznego. Namawia w niej osoby zainteresowane kupnem mieszkania do złożenia wniosku tuż po powrocie z wakacji. Hasło „oferta limitowana” sygnalizuje, że nie należy zwlekać z podjęciem decyzji – z okazji do obniżenia raty kredytu można korzystać jedynie przez krótką chwilę. Według Katarzyny Staweckiej, Dyrektor Banku odpowiedzialnej za kredyty w ING Banku Śląskim wrzesień to czas, gdy przystępujemy do realizacji życiowych planów, dlatego Bank pragnie przekonać przyszłych nabywców nieruchomości do działania. Zgodnie z tytułem kampanii, najlepszy moment na zakup mieszkania, nastąpił właśnie teraz, gdy kończy się czas beztroskiego odpoczynku. Ofertę zaplanowano w dwóch wariantach: „Lekka rata” (według reklamy zmniejszona o 10%) i „Łatwy start” z obniżonymi kosztami początkowymi. Zgodnie z wymogami ustawy, w materiałach reklamowych umieszczono czytelną informację na temat wysokości Rzeczywistej Rocznej Stopy Oprocentowania. Bank zestawia wartości takie jak marża i prowizje, porównując parametry dla oferty standardowej i tej z oferty promocyjnej. Bank przedstawia przykłady reprezentatywne odpowiednio dobrane do danego wariantu. By zdobyć więcej informacji, należy zapoznać się z regulaminem. Jak możemy się przekonać, kampania ING spełnia wymogi ustawy.

Ciesz się większą swobodą finansową, czyli kredyt hipoteczny w Millenium

Materiały reklamowe Banku Millenium wypełnione zostały liczbami i procentami. W widocznym miejscu znalazła się wartość RRSO, informacja o 0% prowizji za udzielenie kredytu. Bank informuje o ryzyku zmian stóp procentowych, przeprowadza symulację kredytu na reprezentatywnym przykładzie, jeśli jednak chcemy poznać całkowity koszt kredytu, wysokość opłat i oprocentowania, bank odsyła nas do regulaminów i cenników. Hasło „ciesz się większą swobodą finansową” nawiązuje też do oferowanych przez instytucję tzw. wakacji kredytowych. Reklama banku jest jasna, czytelna i zrozumiała. Aby przekonać klientów, odwołuje się do wartości liczbowych, budząc zmysł analityczny potencjalnego kredytobiorcy, a nie jak w przypadku standardowych reklam, próbując wpływać na jego uczucia.

Kredyt z widokiem na przyszłość – promocja od mBanku

Hasło reklamowe nowej kampanii mBanku daje do zrozumienia, że kredyt hipoteczny jest zobowiązaniem długoterminowym, dlatego tak ważne okazuje się dokonanie właściwego wyboru. Z reklamy dowiadujemy się, nowi kredytobiorcy mogą skorzystać z promocyjnej stawki marży, nie podano jednak jej wartości. Bank drobnym druczkiem informuje o warunkach przystąpienia do promocji. Bardziej przejrzyście opisano kroki, jakie należy podjąć, by uzyskać promocyjny kredyt. O parametrach kredytu hipotecznego udzielanego przez bank dowiadujemy się dopiero po przejściu na podstronę kredytu reklamowanego hasłem „dobrze jest mieć swój własny kąt”. Wówczas uzyskujemy mnóstwo przydatnych informacji, zamieszczonych zgodnie z zaleceniami ustawy. Czytelnie przedstawiono dane takie jak okres kredytowania, kwota kredytu i możliwość całkowitej wcześniejszej spłaty zobowiązania. Bank przejrzyście i jednoznacznie prezentuje wybrane opłaty. Nie przeprowadza jednak wymaganej symulacji na reprezentatywnym przykładzie.

Ustawa regulująca zasady reklamowania kredytów hipotecznych wprowadziła rygorystyczne zasady mające na celu walkę z manipulacją treścią i umiejętnym wprowadzaniem przyszłych klientów w błąd. Najnowsze reklamy pokazują, że banki i współpracujące z nimi agencje dostosowują się do wymogów nowego prawa, choć niektóre kwestie nadal wymagają udoskonalenia. Dzięki przedstawianiu jednoznacznych i zrozumiałych informacji przyszli kredytobiorcy unikną rozczarowania i nie zważając na sprytne techniki perswazji, uda im się wybrać najkorzystniejszą ofertę. 



Artykuł został przygotowany we współpracy z TotalMoney.pl

wtorek, 19 września 2017

Dedolaryzacja przyspiesza - Chiny szykują kontrakty na ropę w juanach i wymienialne na złoto

Interesujące wieści dochodzą z Azji i nie chodzi w tym przypadku wcale o Koreę Północną, ale o układankę chińską, o której już kiedyś pisałem. jako jeden z największych światowych importerów ropy naftowej Chiny rozumieją, że ropa wyceniana w dolarach grozi im destabilizacją dostaw i wzrostem ceny kiedy przyjdzie do upadku dolara. Z drugiej strony, strategicznie wyrażana chęć uczynienia z renminbi waluty rezerwowej, stwarza konieczność stworzenia rynku dla instrumentów notowanych w tych walutach. Z trzeciej strony, będąc jednym z największych importerów złota na świecie Chiny mają w ręku pewne narzędzie, które może pozwolić im kształtować przyszły ustój walutowy.

Mamy więc przymiarki do stworzenia kontraktów na ropę prowadzone od pewnego już czasu przez Shanghai Futures Exchange i Shanghai International Energy Exchange. Niedawno ogłoszono, że prace te doszły już do stanu gotowości do uruchomienia notowań instrumentu finansowego - kontraktu na ropę nafotwą, wycenianego w juanach i wymienialnego na złoto.

Ma to jeszcze jedno znaczenie - podkopanie hegemonii USA. Otóż 29,2% ropy Chiny importują z Rosji,  14,5% z Iranu, a 11,3% z Wenezueli z którymi USA ma relacje raczej chłodne i ewentualne sankcje UZA wymagałyby mechanizmu do ich obchodzenia (na co taki kontrakt pozwalający przekonwertować ropę w złoto świetnie się nadaje).

Warto pamiętać, że w Hong Kongu i Szanghaju są już notowane kontrakty na złoto denominowane w Juanach. Chiny robią więc kolejny krok, aby zassać strumienie finansowe i przepuścić je przez własne giełdy. Chodzi o stworzenie rynku, a ten jest niezbędny jeżeli renminbi ma być walutą która poważnie będzie w przyszłości traktowana jako rezerwowa.

Warto mieć na uwadze, że przekształcenia światowej gospodarki i przesunięcie środka ciężkości do Azji mają miejsce też na poziomie alokacji Chińskich rezerw. Arabia Saudyjska przygotowuje wielkie IPO firmy Aramco. Zakupem akcji giganta wydobycia ropy zainteresowani są właśnie Chińczycy. lewar do przeniesienia kwotowania przynajmniej części światowego handlu ropą na juany będzie więc znacznie silniejszy.

piątek, 8 września 2017

Ulotne inwestycje zagraniczne...

Zastanawiałem się przez chwilę jaki dać tytuł tego wpisu. Chodzi mi mianowicie po głowie pewna myśl. otóż, od czasu do czasu słyszymy jak to politycy czy ekonomiści ekscytują się, że w Polsce tak prężnie rozwija się branża centrów usług outsourcingowych. Duże międzynarodowe korporacje "inwestują" i otwierają swoje biura zatrudniając setki młodych wykształconych ludzi.

Mniej trochę mówi się o tym, że ci młodzi wykształceni ludzie w tychże korporacjach wykonują pracę innych wykształconych ludzi z Irlandii, Niemiec czy Danii, którzy zarabiali dziesięć razy tyle. 

Nie na tym jednak chciałem się skupić. Owszem, warto się cieszyć, ale trzeba mieć na względzie jak ulotne są takie "inwestycje". Przeżywamy obecnie w Polsce boom na budowę biurowców, powstaje masa nowych powierzchni biurowych. Takie globalne korporacje są najemcami tych powierzchni i tam upychają swoich wykwalifikowanych robotników.

Jest jednak różnica pomiędzy inwestycją w zakład produkcyjny a w centrum usług księgowych. Budując fabrykę trzeba w "beton i maszyny" władować pieniądze, które stanowią pewien zamrożony kapitał. Linii produkcyjnej nie da się zwinąć z dnia na dzień. Decyzja o likwidacji fabryki i jej przeniesieniu w inne miejsce jest wszakże możliwe, jednak bardziej długotrwała i trudniejsza. Stąd też taka inwestycja jest bardziej, z punktu widzenia gospodarki wartościowa. Tymczasem globalna korporacja otwiera biura tam gdzie aktualnie ma dostęp do wykwalifikowanej siły roboczej.

Mam taką obawę, że w pewnym momencie kiedy kolejne roczniki opuszczających uczelnie studentów będą coraz mniejsze, globalne korporacje zaczną cierpieć na niedostatek nowych pracowników. Zwiększająca się w wyniku tego presja płacowa skłoni decydentów za biurkiem gdzieś w Nowym Jorku do przesunięcia w tabelce excela takiego centrum usług księgowych z kolumny pt "Polska" dajmy na to na "Białoruś", "Filipiny", do "Tajlandii", czy gdziekolwiek indziej, gdzie będzie wystarczająca podaż umiejących liczyć i mówiących po angielsku młodych ludzi. Z punktu widzenia decydenta globalnej korporacji, taka zmiana (mimo pewnej czkawki związanej z przeniesieniem procesów biznesowych) będzie niewiele odczuwalna. Dla nas, będzie to dramatyczna sytuacja. 

Biuro, w którym do globalnego "inwestora" nie należy absolutnie nic, można opuścić w jeden dzień. Komputerów nawet nie opłaca się przenosić do nowej lokalizacji, a ludzi można zwolnić, względnie zaproponować im przeniesienie się do innego kraju. Zostaną nam puste biurowce i rzesze ludzi, którzy w sumie nie będą mieli doświadczenia zawodowego przydatnego w rodzimym przemyśle. Z punktu widzenia inwestorów jest to zdecydowanie czynnik ryzyka przy wchodzeniu we wszelkiej maści fundusze inwestujące w biurowce, jak również w polską gospodarkę w ogólności.


czwartek, 7 września 2017

Nie chcę promować chwilówek.

Dostaję propozycje publikacji artykułów sponsorowanych, na temat pożyczek krótkoterminowych. Dostaję je pomimo tego iż w warunkach współpracy wyraźnie zaznaczyłem, że takich artykułów na blogu nie chcę publikować.

Dlaczego? Bo jak wchodzę na stronę takiej jednej czy drugiej firmy, to widzę coś takiego:
Prowizja 20% za udzielenie pożyczki? Toż to rozbój w biały dzień. nikomu czegoś takiego nie polecę. Zaciąganie takich długów to prosta droga do katastrofy finansowej i pętli zadłużenia.

Nie będę tego promował nawet pomimo tego, że na tym nie zarobię. Mam z czego żyć, nie zawracajcie mi głowy takimi propozycjami.

środa, 6 września 2017

Bankructwo ZUS?

Kiedyś spierałem się w komentarzach na blogu z jednym z czytelników, który zarzucił mi, że niezasadnie (jego zdaniem) twierdziłem, że nasz system emerytalny doprowadzi do bankructwa ZUS. Argumentował on, że przecież ZUS formalnie zbankrutować nie może, a jak będzie trzeba to państwo dodrukuje ile trzeba i tak czy siak każdy jakąś emeryturę dostanie.

W sumie prawda, dlatego też pomyślałem sobie, że idąc tym tropem, postanowiłem rozwinąć temat. Bo bankructwo ZUS choć formalnie niemożliwe, techniczne się dokona tak czy siak, łącznie z upadkiem całego systemu finansów publicznych. Tak będzie, jeżeli wzrost gospodarczy nie nadąży z dostawami gotówki do budżetu w stopniu wystarczającym do zasypywania rosnącej dziury (wynikającej z demografii).

Nie ukrywam, że do napisania tego wpisu natchnął mnie artykuł, który przeczytałem tutaj. Nie chcę go jednak przepisywać, tylko rozwinąć swoją myśl.

Otóż rzeczywiście formalnie ZUS zbankrutować nie może.Co zatem państwo będzie musiało zrobić kiedy zacznie tam brakować pieniędzy? To co już robiło wcześniej, czyli dopłacić z budżetu. te pieniądze w budżecie mogą pochodzić z różnych źródeł - można wyprzedać majątek narodowy (ale to już w dużej mierze dokonano), można uszczelnić system podatkowy (to się dokonuje ale ma pewne granice możliwości - nie da się osiągnąć szczelności większej niż 100%), można podnieść podatki (ale to stłamsi wzrost gospodarczy i w pewnym momencie może zmniejszyć wpływy do budżetu, można w końcu pożyczyć pieniądze (tyle tylko, że już mamy mnóstwo długów i trzeba od tych długów płacić odsetki, nie da się w nieskończoność zadłużać), można też "zreformować system" i obniżyć emerytury.

Każde z tych rozwiązań jest de facto rozwiązaniem czasowy, ograniczonym i nie rozwiązującym fundamentalnego problemu, polegającego na tym, że system co do swoich założeń nie bilansuje się kiedy mamy w kolejnych rocznikach coraz mniej osób wchodzących na rynek pracy.

Systemy ubezpieczeń społecznych oparte o redystrybucję składki, były pomyślane dawno temu w czasach kiedy średnia długość życia była niższa a przyrost naturalny wyższy. Przy takich założeniach demograficznych piramida (będąca de facto schematem Ponziego, za którą wsadza się do więzienia) była w stanie się przez jakiś czas nie wywracać. Trzeba sobie tylko uświadomić, że umowa społeczna obiecująca emerytury była oparta na oszustwie, na tym, że to piramida finansowa.

Poza tym system jest powykrzywiany przez różnorakie przywileje i ulgi, które w ostatecznym rozrachunku przyczyniają się do tego, że więcej z niego wypływa niż do niego wpływa. 

Będziemy zatem świadkami dosypywania do ZUS z różnych źródeł. A to pieniądze wypłyną z budżetu. Nie będzie ich zatem na coś innego na przykład na drogi, szkoły czy przedszkola. W innym wariancie pieniądze wydrukuje NBP (i w jakiś magiczny sposób obchodząc zakaz zadłużania się budżetu w banku centralnym przekaże je do budżetu państwa) - wtedy wzrośnie inflacja, ceny dóbr skoczą, stracą posiadacze oszczędności (czyli przede wszystkim ci, którzy starali się zaoszczędzić na swoją starość), a ci którzy będą mieli już marne emerytury będą płacić więcej za chleb, jajka czy mleko. 

Niestety nie widzę specjalnie nic co miałoby doprowadzić do zbilansowania całego systemu. politycy mogą łudzić się, że szybki wzrost gospodarczy pozwoli umknąć na chwilę nadchodzącej katastrofie finansowej, ale to jest zamiatanie problemu pod dywan a nie rozwiązywanie fundamentalnie niezbilansowanego systemu. Kiedy smutna prawda się zmaterializuje - będziemy mieli sytuację jak w Grecji.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Jaki będzie wpływ huraganu Harvey na amerykańską gospodarkę?

Nasze media ekonomiczne i nie tylko nie poświęcają zbyt wiele uwagi tematowi huraganu Harvey, który uderzył w południowe wybrzeże USA. Tymczasem pojawiają się komentarze, że zniszczenia w okolicach Huston w Teksasie mogą przekroczyć te, których doświadczył Nowy Orlean podczas huraganu Katrina.

Postanowiłem wynotować parę zagadnień do przemyślenia w średnim terminie, bez jednoznacznych odpowiedzi. Nie interesują mnie przy tym analizy jednodniowych wykresów, że tam złoto skoczyło, czy ropa. Pytanie jaki będzie średnio i długo terminowy wpływ huraganu na gospodarkę i czy wywróci się z tego powodu coś więcej pociągając za sobą inne klocki.

Obszar wybrzeża Teksasu aż do granic stanu Luizjana to lokalizacja dziewięciu istotnych rafinerii ropy naftowej i znaczących zakładów przemysłowych związanych z przetwórstwem ropy. Już ten fakt powoduje, że ewentualne zniszczenia w infrastrukturze będą miały wysokie koszty finansowe. Sam fakt wystąpienia huraganu powoduje wstrzymanie produkcji (w rafineriach i na platformach) - po Katrinie wracała ona do pierwotnego poziomu przez dziesięć miesięcy.

Zniszczenia w infrastrukturze przetwórczej, zaopatrującej USA w paliwa, mogą (ale czy faktycznie tak będzie), zakłócić dostawy produktów naftowych? To miałoby hamujący wpływ na całą gospodarkę.

We wrześniu rząd USA zbliża się do kolejnego limitu zadłużenia. Jeżeli Kongres go nie podniesie będziemy mieli "government shut-down" jak w 2013, tym razem w trakcie akcji ratunkowej...

Huragan powoduje przerwy w dostawach prądu, co z kolei powoduje problemy przy szeregu innych biznesów nie dotkniętych bezpośrednio huraganem. Po Katrinie występowały zakłócenia w dostawach ropy przez Collonial Pipeline na północny zachód USA.

Straty ponoszą przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe i banki kredytujące zniszczone domy.

Zniszczenie infrastruktury i wstrzymanie działalności biznesowej przekłada się na spadek zatrudnienia. W wyniku Katriny w Luizjanie pracę straciło 190 tysięcy ludzi.

Spada PKB - w przypadku Katriny miesiąc po huraganie stopa wzrostu PKB w USA spadła z 4,2% do 1,8% (później wróciła na podobny poziom wraz z rosnącymi wydatkami na odbudowę zniszczonej infrastruktury).

Katrina (sierpień 2005) była przed kryzysem nieruchomościowym, który zaczął się ujawniać w połowie 2006 a kulminował upadkiem Lehman Brothers w 2007. 

Huragan się jeszcze nie skończył - trzeba będzie się przyglądać uważnie wpływowi na gospodarkę.



czwartek, 10 sierpnia 2017

Alan Greenspan - Mapa i terytorium, ryzyko natura ludzka, przewidywanie - recenzja

Zapraszam do lektury recenzji kolejnej książki, jest to "Mapa i terytorium" Alana Greenspana, ekonomisty i wieloletniego prezesa rady gubernatorów Rezerwy Federalnej USA.  Czym jest ta książka o kryzysie (i nie tylko), napisana przez człowieka, którego oskarża się, że do niego doprowadził? Przyznanie się do winy? Spowiedź Greenspana?

O racjonalności i złożoności

Interesujące jest to, że we wstępie Greenspan przyznaje, że nauki ekonomiczne nie są w stanie sprostać wyzwaniom prognozowania. Podważa tym samym niejako cały fundament bankowości centralnej i swej dotychczasowej kariery. Wczytując się głębiej w jego wywód, docieramy do sedna - to emocje ludzi uczestniczących w rynku/gospodarce są czynnikiem, który utrudnia budowanie wszelkich modeli. Z resztą każdy model z natury rzeczy, stanowi uproszczenie rzeczywistości, a więc jest niedoskonały (czego dowiódł dobitnie kryzys 2008 roku). Szkoda tylko, że w dalszej części książki, autor nie rozwija wystarczająco głęboko tego problemu. Dosyć szybko Greenspan zauważa, że neoklasyczne przekonanie o racjonalnym człowieku podejmującym racjonalne decyzje ekonomiczne, jest iluzją, którą sobie stworzyliśmy kierując się jednakże intuicją. Dziwi jednak, że kilka stron dalej (s. 44) autor sam sobie zaprzecza, pisząc że "większość ludzkich reakcji na zdarzenia gospodarcze, jest w końcu racjonalna, lub taka w znacznej mierze, jako że instynkty zwierzęce, są w dużym stopniu kontrolowane przez rozum." Nie zgadzam się z tym. Obserwacja rozwoju niektórych baniek rynkowych pokazuje, że gracze czasem są w stanie wręcz oczekiwać, że cena wzrośnie dwukrotnie w krótkim terminie, nie mając ku temu żadnych fundamentalnych (a co za tym idzie racjonalnych) podstaw. Faktem jest jednak stwierdzenie, że uzmysłowienie sobie, co ludzkość mogłaby zdziałać, gdyby była w pełni racjonalna, pozwala sobie wyobrazić górne granice możliwości osiągnięć gospodarczych.

Greenspan w jednym z rozdziałów zwraca jednak uwagę, że w ciągu XX wieku, złożoność systemu finansowego wzrosła tak dalece, że żaden audytor nie jest w stanie ocenić ryzyka, na jakie wystawia się dana instytucja finansowa. Jak zatem można mówić o racjonalności rynku czy oceny ryzyka?

Interesujące jest to, że Greenspan po części przyznaje to o wskazał Nassim Taleb, mianowicie, że wnioskowanie o prawdopodobieństwie przyszłych zdarzeń, na podstawie szeregów czasowych z przeszłości, jest obarczone błędem. Jednocześnie naiwne wydaje mi się stwierdzenie, że "uzbrojeni w doświadczenie z Lehmanem, zarządzający ryzykiem będą znacznie ostrożniejsi w szacowaniu przyszłego ryzyka." Taka wiara w wyciąganie wniosków i skuteczność działań "naprawczych" względem gospodarki USA, wyziera z dalszych części książki. Czy jest racjonalna? Obawiam się że nie. Czy znalazła potwierdzenie w faktach bieżących (książka jest sprzed paru lat)? Też chyba nie.

Wyznanie winy

W dalszej części książka zaczyna przypominać wyznanie winy - nie przewidzenia potencjalnych skutków ryzyka systemowego przed kryzysem 2008 roku. Chodzi o nie przewidzenie wystąpienia zjawisk stosunkowo mało prawdopodobnych, ale o skrajnie dużym wpływie. Greenspan rozkłada przy tym na czynniki pierwsze poszczególne aspekty, które doprowadziły do kryzysu. czymś co mnie jednak zadziwiło, było to, że komentując wielodziesięcioletnie wzrosty indeksu S&P500 Greenspan nie zająknął się ani słowem o inflacji i podaży pieniądza. Napisał o tym w zupełnie innej części książki, w osobnym rozdziale, ale w sposób jakby nie powiązany z kwestią wzrostu indeksu, który wyjaśnia wzrostem produktywności nie mówiąc nic o wartościach realnych odniesionych do wartości pieniądza.

 


Greenspan zwraca uwagę na istotny problem jakim jest istnienie instytucji finansowych zbyt dużych aby upaść. Ich obecność na rynku wypacza cały obraz konkurencji i percepcję ryzyka. Wpływa pośrednio także na inne podmioty (np. poprzez różnice w kosztach finansowania). Co jeszcze istotne, zwraca uwagę, że interwencjonizm rządów po 2008 roku sprawił, że zmieniła się percepcja ryzyk na rynkach. Teraz nikt nie uwierzy w to, że kolejnym razem ten czy inny rząd wstrzyma się od interwencji. To zaś wbrew pozorom wprowadza jeszcze większą niepewność i ryzyko na rynki.


Polityka

Greenspan słusznie zauważa, że politycy mają skłonność, do "aktywizmu". Tam gdzie roztropnie byłoby pozwolić rynkom spadać a firmom bankrutować - usiłują interweniować. Zamiast reagować umiarkowanie - stają się "nadreaktywni" i podejmują zbyt radykalne działania. Politycy nastawiają się na krótkotrwałe korzyści lekceważąc długoterminowe koszty. Polityk, który interweniuje bez powodzenia, jest chwalony za to, że próbował, zaś ten, który pozwala rynkom spadać (w ich naturalnym samoregulacyjnym mechanizmie), jest ganiony za brak reakcji. Greenspan jednak nie zauważa przy tym w jaki sposób financjalizacja gospodarki (i np. uzależnienie systemu ubezpieczeń emerytalnych od giełdy) doprowadza to tego, że politycy czują się przymuszani do zapobiegania spadkom (gdyż cała narracja polityczna jest oparta o paradygmat wiecznego wzrostu, który jest z założenia błędny).


O innowacyjności i kulturze

Bardzo interesujące i skłaniające do refleksji były fragmenty dotyczące innowacyjności. Greenspan zauważa, że kluczowy dla innowacyjności jest odpowiedni klimat społeczny, kulturowy, religijny, polityczny, poszanowanie praw własności, itd. Faktycznie jeżeli przyjrzeć się uważnie, to poszanowanie prawa ma zasadnicze znaczenie dla woli podjęcia ryzykownej inwestycji w nowe technologie. Nikt nie zaryzykuje pieniędzy wiedząc, że przyszłe zyski mogą mu być odebrane przez skorumpowanych polityków czy pazerne państwo. Ta refleksja każe zwracać uwagę na to, czy rzeczywiście Chiny mają potencjał przegonić państwa rozwinięte i także na to, dokąd zmierza nasz własny system prawny i państwowy.

Innowacji nie da się zadekretować, jak to próbują tacy czy inni politycy. Łatwo jest jednak zburzyć delikatne warunki dla powstania innowacyjności. Warto także zwrócić uwagę, że społeczno-religijne zacofanie, wyraźnie różnicuje różne regiony świata pod względem innowacyjności. Dośc powiedzieć, że na Półwyspie Arabskim, pomimo miliardów petrodolarów nie powstało jak dotąd absolutnie żadne innowacyjne przedsiębiorstwo na skalę globalną.

Greenspan zwraca także uwagę na rolę kultury w odniesieniu do np. sytuacji gospodarczej w strefie euro czy w Japonii. Sądzę, że jego spostrzeżenia w tej materii są dosyć celne.


O rozwarstwieniu dochodów


Następny temat, który porusza Greenspan to rosnący w skali globalnej poziom rozwarstwienia dochodów (wyrażony współczynnikiem Giniego). Zwraca uwagę na to jak globalizacja przyczynia się (od lat 70) do tego procesu. Niestety nie zająknął się przy tym o tym jaką rolę w tym procesie odgrywa "financjalizacja" gospodarki. Wprawdzie słusznie zauważa rolę rynków kapitałowych w kreowaniu np. superprezesów z gigantycznymi bonusami, ale zapomina dlaczego te rynki są tak rozbuchane i w jaki sposób przepływy finansowe i globalne deficyty kształtują w skali makro dystrybucję pracy na świecie.

Słusznie jednak zauważa, że żaden system proponowany przez krytyków kapitalizmu, nie wytworzył materialnych standardów życia takich jak skonstruowany w taki czy inny sposób system kapitalistyczny.

Moje wrażenia

Należy mieć na uwadze, że siłą rzeczy jest to książka Ameryko-centryczna. Książkę tę czytało mi się nieźle. Ciekawa dla zainteresowanych będzie niewątpliwie analiza wykresów i tabel dołączonych na końcu książki. Nie jest to jednak lektura konieczna. Odwołania do nich są tak skonstruowane, że jak ktoś nie jest zainteresowany, to nie musi do nich sięgać. Nawet pomimo czasem technicznego języka, generalnie pozycja napisana jest dość strawnie. Czasem tylko wydawało mi się, że autor zupełnie niepotrzebnie powtarza swą myśl po kilka razy. Czasem też odnosiłem wrażenie, że Greenspan odpływa w analizy tak wysublimowanych danych, że traci wątek a wywód ciężko jest zrozumieć.

Pewien problem czytelnikom tej książki może sprawić dosyć techniczny język, którym posługuje się autor. Trzeba się niestety orientować w przebiegu kryzysu 2008 roku, realiach ekonomiczno-gosodarczych i terminologii finansowo ekonomicznej. Ten język nie jest jednak konsystentny poprzez poszczególne rozdziały. Niektóre napisane są w sposób bardziej, a inne mniej hermetyczny. Wydaje mi się, że książka stanowi swego rodzaju zbiór esejów.

Czasem także odnosi się wrażenie, że eseje w książce zostały zmiksowane przypadkowo. Rozdział o inflacji i pieniądzu wydał mi się interesujący ale dosyć pobieżny. Niestety zupełnie niezrozumiałym wtrętem był dla mnie kolejny rozdział pt. "Bufory". Moim zdaniem nie miał on wiele wspólnego z resztą książki. Bo jaki cel i związek z resztą wywodów miały mieć rozważania na temat wieku infrastruktury militarnej USA? Wyglądało na to, że autor chciał coś powiedzieć na temat konieczności finansowania modernizacji infrastruktury z oszczędności, ale nie powiedział nic nowego poza paroma komunałami o posiadaniu oszczędności jako bufora na nieprzewidziane wydatki. Nie dość wyraźnie moim zdaniem odniósł się przy tym do problemu narosłego niespłacalnego zadłużenia USA.

Próbą spuentowania rozważań całej książki jest ostatni rozdział pt. "Bilans". Greenspan dostrzega, że interwencje państwa mające zapobiegać upadkom przerywają proces naturalnej alokacji aktywów. nie jest tu jednak ani zbyt odkrywczy, ani tez nie pisze nic nowego ponad to co napisał kilka rozdziałów wcześniej. Zabrakło mi w tym bilansie zdecydowanej puenty, czegoś więcej o zadłużeniu (poza jednym akapitem), realnej wizji na przyszłość.  Brakło próby sformułowania jakiś recept (a tego można byłoby od człowieka pokroju Greenspana jednak oczekiwać).

Mapa i terytorium.
Wyznania Alana Greenspana.
Wydawca: Prószyński i S-ka
Data wydania: 2014
ISBN: 9788379610198
Mapa i terytorium.
Alan Greenspan - Mapa i terytorium, ryzyko natura ludzka, przewidywanie - recenzja
Interesujące wyznania i eseje autorstwa byłego przewodniczącego Rezerwy Federalnej.
Date published: 10/08/2017
4

środa, 2 sierpnia 2017

Regulacje na rynku mieszkaniowym

Mamy (tak głosi oficjalna narracja) głód na rynku mieszkaniowym. Nie wiem do końca czym miałby się on przejawiać bo w sumie dosyć niewielu bezdomnych jest realnie jeśli policzyć względem populacji całego kraju. Może rzeczywiście należałoby powiedzieć, że mamy na rynku mieszkaniowym głód dostępności tanich mieszkań o przystępnym komforcie. To pewnie bliższe prawdy określenie stanu faktycznego. 


W takiej sytuacji rynkowej, państwo (sterowane rękami polityków) decyduje się wspierać lub regulować te czy inne działalności związane z rynkiem mieszkań. W ramach tych regulacji ustanawia prawo, które ogranicza właścicieli w możliwości wyrzucenia niepłacących czynszu (ustawa o ochronie lokatorów), wprowadza dopłaty do zakupu mieszkań, czy też jak słyszałem planuje narzucić na deweloperów ograniczenie minimalnej powierzchni nowo budowanych mieszkań.

Zastanawiam się, czy politycy zdają sobie sprawę, czemu te wszystkie uchwalane przepisy mają służyć, bo na pewno nie zwiększają dostępności mieszkań (tak jak by chciano) ani nie obniżają ich cen (czy też cen najmu). Prowadzą jedynie do tego, że wynajmujący wyżej kalkulują ryzyko (wyższa cena najmu), deweloperzy podnoszą cenę (aby zdyskontować napływ środków z programów rządowych), a w przyszłości będą musieli budować mieszkania o wyższej powierzchni (na które nie każdego będzie stać).

Nikt, na prawdę nikt nie podnosi przy tym, że przecież gdyby wolny rynek regulował rynek mieszkań to ceny najmu by spadły bo byłoby więcej chętnych inwestorów aby budować małe mieszkania na wynajem. Więcej osób mogłoby pozwolić sobie na zakup, a ci którzy nie byliby w stanie kupić wynajmowaliby tak jak to się dzieje na świecie. Mniej regulacji prowadziłoby bowiem do tego, że w każdym segmencie cenowym byłaby większa dostępność różnego rodzaju lokali na różnych poziomach cenowych.

Rzecz na dodatek w tym, że nie są to pomysły wyssane z palca, ale dowiedzione na podstawie badań empirycznych (por. Thomas Sowell)  prawidłowości. badania dowiodły, że w tych jurysdykcjach gdzie przepisy ograniczające rynek mieszkaniowy (względem nowego budownictwa i względem rynku najmu) są mniejsze, dostępność mieszkań jest większa, a ich średnia cena (nabycia czy najmu) mniejsza. Niestety w mentalności polityków jest przeświadczenie, że są oni mądrzejsi od społeczeństwa i rynku, przez co lepiej uregulują to co doskonale jest w stanie wyregulować się samo, za pomocą mechanizmu rynkowego ustalania cen.

wtorek, 1 sierpnia 2017

Lektury na wakacje

Pomyślałem sobie, że skoro mamy okres wakacyjny, pogoda zaczęła dopisywać, to może zaproponuje czytelnikom jakiś wybór książek, które można byłoby poczytać smażąc się na słońcu. Spośród całej listy pozycji, które recenzowałem wybieram zatem takie, które są w miarę łatwo przyswajalne. Warunek jest istotny bo przecież czytając na plaży nie jesteśmy w stanie czasem podążyć za zawikłanym rozumowaniem autora, ale chodzi o puentę.

Zdecydowanie zatem poleciłbym "Wspomnienia gracza giełdowego", a to dlatego, że czyta się je trochę jak powieść. Można w sumie odpuścić sobie w tym upale skupianie się na aspektach finansowych, a i tak ta książka nie straci ze swojej atrakcyjności jako historia pewnego (znanego) inwestora.

Wbrew pozorom kolejną prostą do zrozumienia książką nadającą się do czytania w upał jest "Ekonomia dla każdego" Thomasa Sowella. Dlaczego? Otóż prostszym językiem ekonomi wykładać się już nie da. 

Trzecia to "Zwiedzeni przez losowość" Nassima Taleba. Dlaczego nie "Czarny Łabędź"? Chyba dlatego, że jest to wcześniejsza książka Taleba i w niej jeszcze tak nie odpłynął. Czytało mi się ją lżej niż "Czarnego Łabędzia", który wydał mi się trochę wtórny. No i z autopsji wiem, że da się ją czytać w upale ;)

Finalnie poleciłbym jeszcze "Kiedy pieniądz umiera" Adama Fergussona - książkę też czyta się trochę jak powieść historyczną. Nie trzeba skupiać się na liczbach czy wykresach, a raczej śledzić wydarzenia.


piątek, 28 lipca 2017

Usługa dla krezusów - wpis gościnny

Usługi asset management są adresowane do wąskiej grupy klientów. Z reguły mogą z niej skorzystać wyłącznie osoby dysponujące przynajmniej 1 milionem zł wolnych środków. Bywa jednak, że firmy wykazują pewną elastyczność i są gotowe nieco ten próg obniżyć.
 


Przez wiele lat po 1989 roku, gdy w Polsce pojawił się wreszcie rynek usług finansowych, usługi asset management były przypisane do wielkich, krajowych bądź zagranicznych, korporacji bankowych. Ale w latach dwutysięcznych powstało kilka niezależnych firm tej branży. W ostatnich latach coraz więcej klientów wybiera właśnie współpracę z niezależnymi asset managerami. Niezależne firmy zarządzani aktywami są z reguły bardziej elastyczne, a ich usługi lepiej sprofilowane. Zaletą niezależnych asset managerów jest także z reguły lepsza komunikacja z klientami, co oznacza częstsze spotkania klientów z zarządzającymi, którzy tłumaczą swoją strategię i przedstawiają swoje poglądy na konkretne firmy. Ale komunikacja oznacza w tym wypadku przede wszystkim prowadzenie przez firmy zarządzające edukacji klientów, co – zwłaszcza w wypadku osób dysponujących dużymi pieniędzmi – pozwala im podejmować bardziej świadome, a więc lepsze decyzje.

Polacy wolą lokować za granicą
Bardzo istotną przewagą niezależnych asset managerów jest ich oferta produktowa. Bankowe firmy zarządzania aktywami najczęściej oferują swoim klientom jedynie produkty inwestycyjne grupy kapitałowej, której są częścią. Dodatkowo, oferują takie produkty, które w określonym momencie są najbardziej zgodne z polityką sprzedażową międzynarodowej korporacji. Czyli, po prostu, przynoszą największy zysk. Grupie finansowej, nie klientom. Dlatego w ostatnich latach obserwujemy powolne, ale nieuniknione „zamieranie” korporacyjnych firm asset management. Dzieje się tak również dlatego, że jak się okazuje, korzystniejsze dla nich jest oferowanie klientom nie usług asset management, ale funduszy inwestycyjnych.
W efekcie rynek usług zarządzania aktywami dla najbardziej zamożnych klientów jest w Polsce dość wąski. Od 1995 roku, gdy w Polsce powstała pierwsza firma oferująca usługi asset management, do chwili obecnej Komisja Nadzoru Finansowego wydała niewiele ponad trzydzieści zezwoleń na prowadzenie usług zarządzania aktywami dla najbogatszych klientów. Korzysta z nich, jak się szacuje, niespełna 5 tysięcy klientów. Niewielu, skoro tylko w 2016 roku ponad 20 tysięcy Polaków legitymowało się dochodem przekraczającym ponad 1 milion zł. Rzecz w tym, że niemała część polskich milionerów woli lokować pieniądze za granicą, w zachodnich firmach asset management, uważając to za bezpieczniejsze rozwiązanie. Istotnym elementem przemawiającym za takim rozwiązaniem są również kwestie podatkowe.

Świadome decyzje
Inwestowanie w strategię, czyli podstawowy produkt oferowany przez firmy asset management jest korzystniejszy dla klientów. Przede wszystkim z powodów podatkowych. Wprawdzie usługi tego rodzaju są obciążone 23-procentowym VAT-em, ale ogromnym plusem jest możliwość kompensowania zysków i strat na poszczególnych inwestycjach. W wypadku funduszy jest to niemożliwe. Poza tym, jak wyjaśnia Błażej Bogdziewicz z Caspar Asset Management, jednej z największych firm zarządzania aktywami dla najzamożniejszych klientów, klient jest właścicielem konkretnych akcji konkretnych spółek. „Klienci strategii mogą podejmować bardziej świadome decyzje. Jeśli klient posiada jednostki uczestnictwa funduszy, to z reguły kieruje się stopą zwrotu wypracowaną przez fundusz. Często podejmuje decyzje pod wpływem emocji. Spadki skłaniają go do umorzeń, wzrosty do kupna. Tymczasem racjonalne zachowanie dyktuje odwrotne decyzje. Kupować warto przy spadkach, a umarzać przy wzrostach” – przekonuje Błażej Bogdziewicz.

Artykuł został przygotowany przez Caspar TFI

piątek, 21 lipca 2017

Bredzenie o nadwyżkach

Ostatnio da się słyszeć w mediach jakoby dzięki jakimś cudom w ściągalności podatków czy też skuteczności rządzenia w budżecie pojawiała się "nadwyżka". Co poniektórzy podniecają się tym faktem biorąc go na uzasadnienie tego jaki nasz rząd jest cudowny, a inne są be.

Nie chcę używać mocniejszych słów, ale denerwuje mnie to bredzenie. O nadwyżce w budżecie można byłoby mówić po podsumowaniu całego roku kiedy by się okazało, że nie mamy deficytu budżetowego tylko przychody (roczne) przewyższyły wydatki (roczne). Podniecanie się w danym miesiącu tym, że budżet państwa wydał mniej niż planował jest niezrozumieniem tematu.

Jeśli w jednym miesiącu przychody mamy wyższe niż wydatki, ale w całym roku nadal jedziemy na długach to o jakiej nadwyżce w ogóle mowa? 

Przypominam, że w budżecie państwa zapisano deficyt (60mld). Jest to największy zapisany w budżecie deficyt w historii... Deficyt to nowy dług. Nowy dług dodaje się do starego długu. Od wielu wielu lat w budżecie nie było nadwyżki.
 


wtorek, 18 lipca 2017

Podcasty, których słucham

W dzisiejszym wpisie chciałbym polecić Wam dwa źródła podcastów, z których sam korzystam. Podcasty dotyczą bieżących spraw światowej gospodarki i stały się dla mnie interesujące przede wszystkim ze względu na przeprowadzane w nich wywiady z interesującymi postaciami (analitycy, inwestorzy, zarządzający funduszami).

Oba źródła podcastów są po angielsku.

Pierwsze, to strona MacroVoices.com znajdziecie na niej co tydzień podcast z niezwykle interesującym wywiadem i komentarzem na temat bieżącej sytuacji gospodarczej. Dotychczas można było wysłuchać wywiadów z takimi postaciami jak James Rickards, Jum Rogers, Steve Keen, Willem Middelkoop i cała masa innych, mniej może znanych nam w Polsce postaci, ale prezentujących zwykle bardzo ciekawe informacje z całego świata. Każdy odcinek podcastu można bez rejestracji pobrać jako mp3 albo transkrypt. Dodatkowo rejestrując się na stronie otrzymamy newsletter (darmowy i bez reklam) z uzupełniającymi materiałami do wywiadów (np. wykresy, czy tabele statystyczne, a także dodatkowe artykuły nadesłane przez społeczność).

Druga strona to The Investors Podcast . Podobnie jak w przypadku pierwszej w publikowanych tam podcastach znajdziemy wywiady z mnóstwem interesujących osób z branży finansowej. Usłyszymy także informacje o ciekawych książkach napisanych przez ludzi, którzy doszli do dużych pieniędzy. W końcu usłyszymy także czasem wycinki z interesujących wydarzeń takich jak np. coroczne zgromadzenie akcjonariuszy Berkshire Hathaway. Podcasty można odsłuchać na stronie albo pobrać jako mp3 bez rejestracji.

poniedziałek, 17 lipca 2017

Dlaczego nie warto trzymać pieniędzy na nieoprocentowanym koncie? - wpis gościnny

Finansiści wystawiają nam, Polakom, druzgocącą opinię. Większość z nas nie potrafi w sposób efektywny zarządzać swoimi finansami. Swoje nadwyżki finansowe, jeśli oczywiście takowe mamy, trzymamy najczęściej na nieoprocentowanych kontach osobistych. Jeśli już myślimy w jakikolwiek sposób o pomnożeniu kapitału, najczęściej wybieramy lokaty. Tylko garstka Polaków inwestuje oszczędności w inny sposób.
 

Konta osobiste, które posiadamy, bardzo rzadko są oprocentowane. Nawet jeśli są, to na bardzo niewielki, szczątkowy wręcz procent. Alternatywnie - są oprocentowane na akceptowalny procent, jednak tylko do określonej, zazwyczaj bardzo niskiej kwoty sięgającej jedynie kilku tysięcy złotych. Oczywiście lepiej jest posiadać rachunek oprocentowany w taki sposób niż taki, który oferuje zerowe lub niemalże zerowe oprocentowanie, jednak musimy pamiętać, że nie jest to optymalny sposób ochrony naszych oszczędności.

Trzymając bowiem pieniądze na nieoprocentowanym koncie po prostu tracimy. Po pierwsze nie otrzymujemy żadnych odsetek, co jest oczywiste. Co ważniejsze, lokaty bankowe stanowią barierę chroniącą nas przed inflacją. Inflacja, wiążąca się ze wzrostem cen towarów i usług, jest wrogiem naszych oszczędności. Powoduje, że za te same pieniądze po okresie np. roku możemy kupić mniej. I tak, lokata oprocentowana na 4% przy inflacji rzędu 3% daje nam realny zysk na poziomie 1%. W wypadku trzymania środków na koncie nieoprocentowanym – realnie stracilibyśmy 4% przez rok! To wbrew pozorom bardzo spora suma. Przy kwocie 100.000zł to aż 4.000zł straty tylko przez okres jednego roku! Należy pokreślić, że jeszcze kilka miesięcy temu w Polsce mieliśmy deflację, czyli zjawisko odwrotne do inflacji. Dzięki temu zyski z najkorzystniej oprocentowanych lokat na rynku przekraczały 4%.

Alternatywą dla trzymania pieniędzy na lokatach jest kupowanie jednostek funduszy inwestycyjnych, inwestowanie na rynku nieruchomości, kupowanie akcji i obligacji albo chociażby inwestowanie w wino czy whisky. Są to jednak zupełnie odrębne grupy inwestycji, będące z pewnością materiałem na oddzielny artykuł. Pamiętajmy, że większość z nich wiąże się ze sporym ryzykiem. Oczywiście wprawny inwestor jest w stanie zarobić na wiele sposobów, jednak w żaden sposób nie można tego z góry zagwarantować. Dla osób, które nie mają po prostu do tego głowy, lokaty bankowe wydają się bezpieczną przystanią. Pamiętajmy, że środki w polskich bankach są w pełni zabezpieczone przez Bankowy Fundusz Gwarancyjny do 100.000 EUR, co stanowi równowartość ponad 400.000 PLN.

Wniosek jest prosty – kompletnie nie opłaca się trzymać naszych oszczędności na nieoprocentowanych kontach osobistych. Jeśli nie chcemy inwestować w bardziej ryzykowne instrumenty finansowe, to zamiast na rachunkach bankowych, trzymajmy nasze środki na oprocentowanych lokatach. To pozwoli nam zazwyczaj ochronić się przed inflacją, a często także trochę zarobić. Warto skorzystać z promocji dla nowych klientów, w których banki często oferują podwyższone oprocentowanie lub premię za samo założenie lokaty!

Łukasz Miśkiewicz
Zobacz więcej porad o finansach i oszczędzaniu: polakoszczedza.pl.

czwartek, 13 lipca 2017

A miało być tak pięknie

Kiedy po wyborach obudziliśmy się w nowej rzeczywistości politycznej, napisałem na blogu:
"Co to oznacza dla gospodarki? Cóż, będą musieli nieźle się nagimnastykować aby spełnić swoje wyborcze obietnice, których było co niemiara. Skąd pieniądze na to? Druk kasy przez bank centralny i zadłużanie państwa byłoby katastrofą... cała nadzieja w tym, że w Polsce politycy nigdy jeszcze nie realizowali swoich wyborczych obietnic."
Jak wyszło po tym 1,5 roku rządzenia? Wygląda na to, że ta gimnastyka rządowi cokolwiek nie wychodzi. Podatek bankowy owszem uchwalili, ale już np. podatku od hiperkarketów niebardzo. Udało się uruchomić rozdawnictwo socjalne w postaci 500+, ale jak to "mówią mądry Polak po szkodzie" - teraz rząd zastanawia się, skąd na to kasa, bo nie przewidział, że obywatele z 500+ jednak masowo skorzystają. 

Mamy więc nadal 23% VAT (a przypominam, że to miało być tymczasowe). Mamy plany podwyżek opłat za wodę (choć tu rząd sam nie wie jakim głosem mówi bo raz jest za a raz przeciw, koniec końców jednak nowe prawo wodne do sejmu trafiło).

Mamy w końcu kuriozalny pomysł Funduszu Dróg Samorządowych z opłatą paliwową 25 groszy na litrze. kuriozalny z dwóch powodów. Po pierwsze ja pamiętam (suweren może ma sklerozę, ale mu przypomnę), że w sierpniu 2011 roku Kaczyński pozował przy kanistrze udowadniając, że w cenie paliwa jest za dużo podatków. 

Owszem, dziś ceny paliw są niższe, ale naiwnym byłby ten, który uwierzyłby, że zawsze mogą takie pozostać. Dziś cena ropy jest niska, ale wystarczy jakieś zamieszanie na świecie i będzie dwa razy wyższa. Podatek tymczasem zostanie.

Drugi powód dla którego uważam, ten pomysł za kuriozalny, to jest jego inflacyjny charakter. Opłatę paliwową poniosą w cenach produktów wszyscy obywatele. Ceny paliw mają szczególny wpływ na ceny żywności (poprzez cały łańcuch produkcji i dostaw). Będzie to więc podatek jak najbardziej powszechny co nie specjalnie pasuje do przedwyborczej narrracji o janosikowaniu bogatych.

Skok ceny paliwa o 25 groszy na litrze to podwyżka rzędu 5%-6%. Inflacyjny charakter przyczyni się moim zdaniem do spowolnienia wzrostu gospodarczego i osłabienia złotówki. W jakimś tam stopniu. Nie uważam, że drastycznie, ale jednak. 

Teraz info dla komentatorów - fakt, że podatek przedstawia się jako drogowy mnie nie przekonuje. Gdyby nie rozdawać kasy na 500+ to by było na drogi. Fakt, że 500+ jest potrzebne - zostawcie dla siebie, mnie to nie przekonuje, uważam, że to jest niesprawiedliwe społecznie i nie ma realnego wpływu na dzietność. Znacznie większy wpływ miałby porządny program żłobkowo przedszkolny,  obniżka vatu na artykułu dziecięce i osłona dla rodziców tracących pracę.

piątek, 7 lipca 2017

Ryzykowne "high-tech stocks"

Natknąłem się ostatnio na i interesujący artykuł w Money Week, w którym autor wskazuje na ryzyka inwestowania w tzw. spółki technologiczne ("high-tech stocks" - przykładowo Google, Facebook, Apple, Tesla, Uber), wypływające z domeny politycznej. Rzecz w tym, że bardzo mocno model biznesowy niejednej z tych spółek jest podatny na zakłócenia związane z potencjalnie niekorzystnymi dla nich regulacjami. Weźmy przykład Ubera, którego ścigają po sądach już w całej Europie, czy Google albo Facebooka non stop nękanych zarzutami o naruszanie prywatności użytkowników.

Rzecz w tym (i tu dokładam cegiełkę od siebie), że generalnie mamy te akcje mocno przewartościowane. Goldman przykładowo wskazuje, że akcje Tesli powinny kosztować o połowę taniej. Reszta tych spółek technologicznych moim zdaniem tez jest napompowana. Mamy czasy taniego pieniądza, który wpłynąwszy na giełdę podbił kursy. Jeśli teraz weźmiemy ryzyka polityczne w tej czy w innej dziedzinie (Uber przykładem) to okazuje się, że wiele z tych biznesów jest znacznie mniej atrakcyjnych. Nie chcę pisać, że runą one za tą czy inną decyzją polityczną. Chodzi mi o to, że np. sprzedaż samochodów elektrycznych na tym etapie rozwoju rynku opiera się na subsydiach i tak jeszcze jakiś czas będzie. Jest to mocno polityczna sprawa mająca wpływ na kursy akcji spółek.
Zobaczcie co stało się z rynkiem certyfikatów energetycznych i biznesem farm wiatrowych po zmianach regulacji prawnych przez nową ekipę rządzącą.

Obawiam się, że ryzyko polityczne jest dosyć mocno niedoszacowywane w wycenach akcji spółek nowych technologii. Wydaje mi się, że jest tak generalnie nie tylko na giełdzie amerykańskiej, ale jest to ogólne podejście do tego sektora, gdzie wycena raczej antycypuje przyszły sukces w optymistycznym wariancie realizacji scenariusza niż uwzględnia potencjalne problemy.

Rzecz w tym, że rozwój biznesu często wyprzedza prawo. Spójrzcie na bitcoina. Rozwój kryptowalut i całego segmentu przedsięwzięć biznesowych wokół tej technologii wyprzedza regulacje prawne. Oznacza to ni mniej ni więcej, że jets podatny na znacznie większe ryzyko polityczno/prawne niż inne "bardziej ustabilizowane" segmenty gospodarki. Co gorsza - politycy nie rozumieją nowych technologii, a możliwości skomplikowania rodzącego się biznesu, czy też wręcz utrącenia go są bardzo duże.

wtorek, 27 czerwca 2017

W jaki sposób zerowe stopy procentowe wypaczają gospodarkę?

W wielu krajach na świecie mamy do czynienia ze zjawiskiem zerowych albo realnie ujemnych stóp procentowych. Jest to aberracja w historii ekonomii. Z logicznego punktu widzenia jest wszak idiotyzmem aby za pożyczenie komuś kapitału, jeszcze mu dopłacać. Niskie, czy też zerowe stopu dewastują oszczędności i tym samym wypaczają działanie gospodarki. Błędem jest przy tym przekonanie, że są one stymulatorem wzrostu. Dlaczego? Zaraz postaram się to wyjaśnić.

Przede wszystkim, zamiast skłaniać do wydawania, to niskie lub ujemne stopy sprawiają, że ci którzy oszczędzali skłaniają się aby oszczędzać jeszcze więcej. Mając świadomość, że stopa zwrotu z portfela oszczędności spada, skłaniają się do tego aby go zwiększyć i zabezpieczyć się przed utratą jego wartości.

Pozostali, skłaniają się do podejmowania bardziej ryzykownych zagrań rynkowych. Są skłonni akceptować wyższe ryzyko i świadomi tego ryzyka uczestniczą w pompowaniu tej czy innej bańki cenowej aby (na zasadzie hazardu) dać sobie choć szansę na zwiększenie wartości swojego portfela.

Zwróćcie uwagę - przy ujemnych stopach, wartość portfela z czasem zdąża do zera!

Mamy więc kombinację takich, którzy ograniczają wydatki i takich, którzy skłonni są podejmować coraz bardziej szaleńcze ryzyko. Ani jedni, ani drudzy nie zachowują się w sposób sprzyjający zrównoważonemu wzrostowi.

Jest jeszcze trzecia kategoria, takich którzy postanawiają wydać wszystko co mają, licząc że na starość i tak przeżyją na utrzymaniu państwa. Ci trochę pomagają pompować bańki adymane przez tych drugich.

Żadne z tych podejść nie daje się nazwać zdrowym inwestowaniem, no może z wyjątkiem oszczędzania, o którym pisze w pierwszym przypadku.

Jeżeli chodzi o zachowania przedsiębiorców, to są one analogiczne. Zamiast inwestować, zajmują się wykupem własnych akcji za zaciągane darmowe kredyty, czym podtrzymują iluzję wzrostu na rynku akcyjnym. Inne angażują się w wysoce ryzykowne i nisko dochodowe przedsięwzięcia, lewarując się tanim kapitałem, ale gdyby tylko wzrosły stopy - natychmiast się wywrócą.

poniedziałek, 19 czerwca 2017

Dlaczego jestem przeciwnikiem wycofania gotówki?

Korzystanie z gotówki est niewygodne - to fakt. Przede wszystkim trzeba ją mieć aby ją wydać, nie zawsze mamy jej wystarczająco, przechowywanie/liczenie/transport gotówki kosztuje, etc. te i wiele innych argumentów przeciwko gotówce jest słusznych, a pomimo tego jestem zdecydowanym przeciwnikiem całkowitego jej wycofania. Dlaczego?

Jest wiele powodów, które chciałbym poniżej wyłożyć.

Powody filozoficzno - wolnościowe


Po pierwsze, możliwość płacenia gotówką jest pewną formą wolności osobistej jednostki. Może to dla niektórych strasznie górnolotnie brzmi, ale zastanówcie się jak byście się czuli musząc pytać się o zgodę kogoś obcego w KAŻDYM przypadku, KAŻDEJ transakcji? Chyba nie byłoby to takie super... To teraz pomyślcie, że w zasadzie płacąc kartą robicie dokładnie to. Każda transakcja kartowa oznacza zapytanie do banku o autoryzację. 

Implikacje dla ochrony prywatności są oczywiste, odsunę je na bok bo dla jednych mają one znaczenie większe, a dla innych mniejsze. Znacznie istotniejsza jest dla mnie pokusa aby móc kontrolować gospodarkę lub jednostki dla jakiś własnych politycznych czy biznesowych celów.

Wyobraźmy sobie, że politycy postanawiają pewnego dnia, że handel zakup określonych towarów w określonych godzinach jest nieprawomyślny (bo np. mamy Ramadan, czy Wielkanoc). Cóż stoi na przeszkodzie aby zablokować określone transakcje kartami w tych godzinach? Absolutnie nic i nie ma przed tym żadnej obrony. 

Czarny rynek? Zapomnijcie, rząd będzie kontrolował wszystkie transakcje (inna sprawa, że to realnie niewykonalne bo ludzie znajdą inny rodzaj pieniądza czy waluty, ale chodzi o przykład).

Albo taki pomysł. Załóżmy, że duży bank chce przejąć sieć sklepów detalicznych, cóż stałoby na przeszkodzie aby trochę popsuć przy autoryzacji transakcji. Niech na przykład pieniądze spływają z tygodniowym opóźnieniem (przez błędy techniczne), płynność firmy siada i można ją łatwo przejąć. Sposobów są tysiące.

Pewnym filozoficzno-wolnosciowym argumentem jest to, że nie każdy z nas chciałby się chwalić przed innymi listą transakcji. Niekoniecznie chodzi o nielegalne zakupy, ale kupno "świerszczyka" lepiej pozostawić anonimowe. Nie każdy ma wolę, chęć i odporność psychiczną aby stawić czoła upublicznianiu takich informacji. Fakt, że każda absolutnie transakcja byłaby rejestrowana dawałby służbom rożnej maści wygodne narzędzie szantażu niektórych.

To jest pewnego rodzaju kwestia natury filozoficznej. Moim zdaniem pozostawienie pewnej choćby szansy wyboru, czy daną transakcję zostawić anonimową powinno być po stronie obywatela w imię pewnych zasad.

Powody techniczno - katastroficzne


Eliminacja gotówki prowadzi do uzależnienia od systemu bankowego. Generalnie każda elektronizacja transakcji finansowych prowadzi do uzależnienia od prądu elektrycznego i technologii. Wielu z nas traktuje prąd elektryczny jak powietrze, jest i był zawsze w gniazdku. Fakty są takie, że infrastruktura energetyczna jest bardzo delikatna i podatna na zaburzenia. Zdarza się tu i ówdzie od czasu do czasu blackout czy awaria. Bywało tak i w naszym kraju, że unieruchomione brakiem prądu (np. po wichurach) kasy fiskalne skutecznie blokowały zaopatrzenie w sklepach. Dysponując gotówką można ten problem jakoś półlegalnie obejść, ale jeżeli gotówka jest cyfrowa... to jesteśmy w kropce.

Uzależnienie się na własne życzenie od pewnej technologii bez pozostawiania sobie alternatywy jest moim zdaniem niebezpieczne. Każda sytuacja ekstremalna (huragan, powódź, wojna czy zamieszki) może prowadzić do paraliżu. 

Do tego dochodzi podatność systemów informatycznych, które jak często można to stwierdzić (nawet w bankach) bezbłędne nie są. Gwarancji, że wszystko będzie działać zawsze i bez problemów nie da nikt (a jak da to uciekajcie, bo pewnie wariat). 

Nie twierdzę, że gotówka jest bezpieczna. Ją też można stracić (w powodzi, pożarze, rabunku). Jest jednak alternatywą i daje szansę dywersyfikacji pewnych ryzyk.

Powody ekonomiczne


Na koniec powody natury ekonomicznej. Sytuacja na świecie sprawia, że banki centralne imają się "niekonwencjonalnych rozwiązań". Ustanawiają na przykład ujemne stopy procentowe, które polegają de facto na tym, że za depozyt w banku trzeba płacić. Naturalna alternatywa w takiej sytuacji polega na wyjęciu pieniędzy z banku i schowaniu "w materacu". Pozbawieni gotówki obywatele, pozbawieni są też tej drogi ucieczki. W ostatecznym rozrachunku stanowić to może dla bankierów nie lada pokusę. Dlaczego by nie przystrzyc jeszcze bardziej posiadaczy oszczędności?

A opłaty transakcyjne? Przecież na każdej transakcji kartą zarabiają banki. Pobierają one swoisty podatek od obrotu bezgotówkowego, są więc wielkimi beneficjentami potencjalnego wyeliminowania gotówki. Tylko co się stanie, kiedy obywatele zostaną pozbawieni możliwości ucieczki w obrót gotówkowy? Opłaty niechybnie wzrosną...

Tak więc słuchając o terrorystach, bezpieczeństwie publicznym, wyłudzeniach podatków, nie dajcie sobie wmówić, że za wszystko odpowiada gotówka.  Bywa i tak, ale bywa też tak, że takie antygotówkowe argumenty mają na celu napędzenie zysku lobby bankowego.

A jakie wy macie argumenty za i przeciw gotówce w obrocie?

poniedziałek, 12 czerwca 2017

Ekonomia nie jest grą o sumie zerowej

Przyszło mi do głowy, że powinienem o tym napisać. Niestety wydaje mi się, że wielu ludzi, także polityków mających wpływ na gospodarkę, zapomina o tym fakcie, że ekonomia nie jest grą o sumie zero. 

Warto się nad tym pochylić bo ma to daleko idące implikacje. Gra o sumie zerowej, to jest taka, w której w przypadku gdy jeden z graczy zyskuje, pozostali muszą tracić tyle samo ile on zyskał. W sumie bilans w grze o sumie zero wynosi właśnie zero, czyjaś strata jest zyskiem kogoś innego.
Ekonomia nie jest takim przypadkiem, z prostego powodu. Jeżeli zawieramy transakcję, to aby do niej doszło, (przy założeniu wolnego rynku - bo tylko takie założenie ma sens) obie strony muszą odnieść korzyść. Jeżeli kupuję od pana Kowalskiego samochód, to według mojej oceny tej transakcji jego wartość jest większa niż wartość pieniędzy, które za niego daję w formie ceny. Z kolei dla Kowalskiego, wartość auta jest mniejsza niż wartość pieniędzy, które otrzymuje jako zapłatę. Na końcu transakcji mam pojazd, który ma dla mnie jakąś wartość i jestem zadowolony z transakcji, a Kowalski ma pieniądze i też jest zadowolony. Gdyby było inaczej (zakładamy warunki idealne i wolny rynek) nie zawarlibyśmy umowy.

Oczywiście zaraz zgłosi się ktoś i powie, że w realnym świecie są oszuści, cwaniacy, złodzieje i niedoskonała informacja dla obu stron. Owszem, ale to są zaburzenia, które nie zmieniają fundamentalnej zasady, która mówi, że strony nie zawrą transakcji jeżeli nie będą przekonane, że będzie ona z korzyścią dla nich. 

Tak więc na końcu takiej operacji ekonomicznej mamy dwie strony, które mają przekonanie, że wartość ich majątku jest większa. Pamiętajmy przy tym o jednym - wartość jest trudno mierzalna i nie jest to wyłącznie wartość liczbowa. Na pomijaniu tego aspektu zasadza się błąd całej masy ekonomistów, wydaje im się, że wszystko sprowadza się do ceny i wyrażonych w pieniądzu współczynników, a to nie prawda.

Takie wypaczone spojrzenie na ekonomię prowadzi do absurdów w stylu takim, że do PKB liczy się wartość pracy pokojówki, za którą płacimy wynagrodzenie, ale już nie któregoś z domowników, który posprzątał mieszkanie "w zamian za wikt i opierunek". Generalnie z dużą rezerwą należy podchodzić do niektórych miar ekonomicznych, bo zasadzają się na mocno upraszczających założeniach co do rzeczywistości. 

Wracając do tematu wpisu, to dzięki temu, że w każdej transakcji ekonomicznej dla obu stron tworzona jest pewna dodana wartość (niekoniecznie mierzalna), cała ta ekonomia się kręci. Ludzie, którzy tego nie rozumieją, żyją w przeświadczeniu, że światem rządzą oszuści i wyzyskiwacze, podczas gdy często jest tak, że ludzie bogaci dorobili się majątków właśnie dlatego, że oferowali produkty lub usługi, za które inni chcieli zapłacić. 

Ja nie twierdzę, że w gospodarce nie ma patologii czy nieuczciwości, chcę tylko powiedzieć, że nie należy na całą ekonomię patrzeć przez pryzmat wyzysku, bo to prosta droga do ułomnego spojrzenia na świat, które prezentowali komuniści. Jak próbowali na nowo układać gospodarkę po swojemu, to nijak nie chciała im działać.

czwartek, 8 czerwca 2017

•• Księgi wieczyste online za darmo?

Czy jest możliwość wyszukania i przeglądania online ksiąg wieczystych? Ależ tak!

Osoby przeszukujące internet wydaję się bardzo często szukać odpowiedzi na pytanie o możliwość przeglądania online ksiąg wieczystych. Nie jest to pytanie oderwane od rzeczywistości. Faktycznie kiedyś po to aby przejrzeć księgę wieczystą trzeba było się udać do sądu i w czytelni wypełnić odpowiedni wniosek. Teraz jest na szczęście lepiej. W dzisiejszym świecie coraz więcej usług publicznych przenoszonych jest do internetu. Pod tym względem migracja ksiąg wieczystych do systemu informatycznego była przedsięwzięciem ogromnym, które jednocześnie okazało się wielkim sukcesem i dostarczyło bardzo istotnej usługi publicznej, jaką jest możliwość przeglądania księga przez internet, w czasie niemalże rzeczywistym. Usługa udostępniona przez Ministerstwo Sprawiedliwości, okazała się prosta, skuteczna i zmieniła praktycznie sposób wykorzystania Ksiąg Wieczystych. Wyeliminowała praktycznie konieczność udawania się do Sądu i przeglądania ksiąg w czytelni, podniosła też bezpieczeństwo obrotu nieruchomościami, zmieniając praktycznie na zawsze sposób w jaki realizuje się transakcje.



Dlaczego w ogóle przeglądanie KW zajmuje miejsce na blogu finansowym? Dlatego, że uważam iż przed ewentualną decyzją inwestycyjną, związaną z nieruchomościami, należy księgę wieczystą zweryfikować bezwzględnie. Tym bardziej, że dziś po przeniesieniu ksiąg do systemu informatycznego stało się to natychmiastowe i proste.

Dzisiaj, po tym jak, w ramach projektu Nowej Księgi Wieczystej, stare papierowe księgi, przechowywane w archiwach sądów, zostały zmigrowane z formy papierowej do postaci elektronicznej, nie stanowi już problemu aby za darmo bez żadnych opłat dotrzeć do treści aktualnej czy treści zupełnej i przejrzeć ją w przeglądarce internetowej. Kiedyś, trzeba było poświęcić na to czas, udać się do sądu, czekać w kolejce, a w trakcie wizyty u notariusza trzeba było posiadać papierowe odpisy i nie miało się pewności czy są aktualne.

Jak zatem sprawdzić w internecie treść KW? W tym celu należy udać się na stronę Ministerstwa Sprawiedliwości, na której udostępniona jest elektroniczna przeglądarka ksiąg wieczystych: http://ekw.ms.gov.pl

Następnie, jak na zaznaczonym powyżej zrzucie ekranu, wybieramy opcję: "Przeglądanie Księgi Wieczystej".

Otrzymamy ekran, na którym konieczne będzie wprowadzenie numerku księgi wieczystej, aby uzyskać dostęp do KW. 

Tutaj może pojawić się pewien problem, związany z tym, że czasem możemy nie znać numeru księgi, który chcielibyśmy sprawdzić. Otóż przychodzą tu z pomocą serwisy internetowe, które pozwalają znaleźć dopasowane numery KW czy to posługując się numerem działki czy też adresem nieruchomości. Taki serwis opisywałem w jednym z wpisów na blogu

Generalnie wygląda to tak, że można znaleźć numer księgi (odpłatnie), korzystając z takiego serwisu komercyjnego, a następnie (już bezpłatnie) znaleźć online treść księgi wieczystej na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości.



Discolsure: Za zamówienia w serwisach komercyjnych, zrealizowane po założeniu konta za pośrednictwem linka prowadzącego z mojego bloga, otrzymam prowizję.