Przegląd Finansowy: 2017

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Kilka faktów o chwiejącym się systemie "petrodolara"

Niedawno trafiła mi się lektura artykułu na Zerohedge, z którego postanowiłem wypunktować kilka faktów o systemie petrodolara - czyli o tym w jaki sposób dzięki powiązaniu handlu ropą za dolary USA było w stanie przez wiele lat utrzymywać prymat swojej waluty. 

Dla zainteresowanych źródło:

Nie będę streszczał całego artykułu, chciałem wynotować najważniejsze elementy układanki:
  • W latach siedemdziesiątych USA ustanowiło system w którym dzięki porozumieniu z Arabią Saudyjską można było utrzymać zapotrzebowanie na dolary na świecie. W zamian za ochronę militarną Saudyjczycy zgodzili się na to aby zamiast złota sprzedawać ropę za dolary, te dolary miały być inwestowane na Wall Street. Fakt, że aby kupić ropę trzeba było mieć dolary podtrzymywał zapotrzebowanie na walutę, a co za tym idzie pozwalał finansować deficyt USA.
  • Dodam od siebie, że wyraźnie widać jak sojusz Saudyjsko-Amerykański zmierzał do izolacji Iranu, który jest głównym konkurentem Arabii Saudyjskiej na światowym rynku ropy. Gdy Pahlawi, który był do końca lat 70 na usługach USA został obalony, USA zostało tylko z opcją Saudyjską.
  • Gdy w 2000 roku Saddam Hussein ogłosił, że będzie sprzedawał iracką ropę za euro stał się wrogiem publicznym numer jeden. Inwazja w Iraku była prostą konsekwencją.
  • Podobnie wrogiem stał się Kadaffi kiedy ogłosił swoje plany aby posłużyć się rezerwami złota Libii i stworzyć pan-afrykańskiego dinara, w którym wyceniana byłaby sprzedawana przez Libię ropa. Wkrótce potem inspirowana przez USA koalicja obaliła Kdafiego i libijskie rezerwy złota w tajemniczych okolicznościach zniknęły.
  • Rosja nie jest już tak łatwym przeciwnikiem. Wprawdzie Putin otwarcie głosi, że chciałby podkopać dominację dolara w handlu ropą, ale nie sposób załatwić sprawy w Rosji w sposób znany z Iraku czy Libii. Zostały wyłącznie sankcje, które pchnęły Rosję w kierunku Chin.
  • Chiny są największym na świecie importerem ropy i zdecydowanie nie jest im w smak konieczność rozliczania jej w dolarach, trwają zatem i będą postępowały działania zmierzające do zmiany status quo. 
  • Iran i Wenezuela skierowały się w kierunku Chin zgadzając się sprzedawać ropę za juany.
  • Saudyjczycy widzą co się święci i zaczynają odbudowywać stosunki gospodarcze z Rosją (ostatnia wizyta w Moskwie króla Salmana,  pierwsza w historii,czy  zakup rosyjskiego systemu obrony powietrznej).
  • Chińczycy zaś przyglądają się uważnie planowanej sprzedaży akcji Saudi Aramco - byłaby to dla Chińczyków doskonała okazja do ustanowienia nowego ładu gospodarczego i politycznych wpływów w królestwie, ostatnio zaś chiński Sinopec w joint venture z Aramco uruchomił w Yanbu rafinerię za 8,5 mld dolarów.
Zmiany następują...



wtorek, 28 listopada 2017

Grzegorz Kołodko „Wędrujący świat” – recenzja

Książkę prof. Grzegorza Kołodki pt. "Wędrujący Świat" znalazłem pewnego razu w księgarni na lotnisku. Wziąłem ją do ręki i mnie wciągnęła. Było to dosyć dawno temu, około roku 2010. Wtedy ta książka zrobiła na mnie duże wrażenie. Dziś postanowiłem wrócić do niej – zmienił się świat i zmieniło się także moje spojrzenie nań. Zmieniła się też ilość wiedzy mojej, zatem czy ta sama książka wciągnie mnie tak samo?


Postanowiłem przeczytać ją ponownie i poszukać odpowiedzi i diagnoz dotyczących przeszłości, którą już znamy, a która była przyszłością autora. Jakie uczucia mam po jej ponownej lekturze? Cóż, niestety mieszane. Zaskoczyło mnie to, że ta książka potrafiła mnie tak wciągnąć za pierwszym razem, a teraz po prostu mnie zmęczyła.

Zmęczyła mnie ta książka bo teraz, po ponownej lekturze próbując streścić o czym ona jest, to mam problem. Jest trochę o wszystkim i tu jest chyba sedno sprawy. Trochę w niej ekonomii, a trochę rozważań o świecie jako takim. Trochę geopolityki, a trochę dąsania się na neoliberalizm i zaskakująco mało realnych recept. Trochę futurologii, pobieżnej z resztą, a trochę wiary w to, że problemy świat uda się łatwo rozwiązać. Zabrakło mi trochę puenty…
Najlepszym dowodem jest to jaki mam problem z tą książką jest to, że czytając zrobiłem sobie kilkanaście stron notatek… z którymi się potem nieźle biedziłem. Miałem nadzieję na więcej konkretu, którego niestety w tej książce znalazłem mało. Jest zatem esej przyprawiony trochę przekonaniem o własnej racji.

Znalazłem recenzje mówiące, że profesor Kołodko w swej książce zaprezentował swoją „koincydencji teorię rozwoju”. Nawet natknąłem się tu i ówdzie na to pojęcie w książce i… nie znalazłem istoty. Zgodnie z intencją autora miała ona wyjaśniać (ujęcie opisowe) i proponować rozwiązania (ujęcie postulatywne, czyli co robić, by było lepiej). Może źle czytałem, ale dla mnie  było to zupełnie nieczytelne. Teoria pojawia się na chwilę na początku i na chwilę na końcu. Powinna właśnie opisywać i dawać jakieś narzędzia dla rozwiązywania problemów, ale ja tego tam nie doczytałem. Jest dużo przemyśleń, ale nie ma syntezy.  Może jednak za głupi jestem, profesury nie mam. 

Mamy trywialne stwierdzenie o tym, że rzeczy na świecie dzieją się jednocześnie a rozwiązaniem ma być „nowy pragmatyzm” (cokolwiek by nie znaczył). Toż to oczywistość. Istotą byłoby próbować zrozumieć dlaczego! Tę próbę znaleźć można w analizach Georga Friedmana, ale w tej książce nie było to niestety tak jasno wyłożone. Bo cóż znaczy, że świat jest "koincydentalny" gdzie mamy kombinację uwarunkowań rozwoju, z której trzeba wyłuskać procesy, od których wszystko zależy? To wiemy. Cóż znaczy, że trzeba rozumieć procesy aby móc przedsięwziąć działania pragmatyczne?

Spróbujmy jednak od początku – rozbierzmy tę książkę na czynniki pierwsze.

Kołodko zwraca uwagę na związki ekonomii z polityką odzierające ją z naukowości na rzecz ideologizmu. Robi to na początku książki, wskazując, że nie jest ona nauką eksperymentalną, a dochodzenie do prawdy jest w niej kosztowne, czasochłonne i zawikłane. Zgadzam się z tym. Niestety wiele prac różnych autorów z dziedziny ekonomii nie ustrzega się ideologizowania. Mam wrażenie, że autor sam niestety też się nie ustrzega. Dużą część tej książki stanowi krytyka neoliberalizmu, postrzeganego jako wypaczenie służące wąskiej elicie. O ile jestem w stanie się z częścią argumentacji zgodzić, o tyle szkoda, że nie ma równie szerokiej krytyki innych nurtów ekonomicznych. Mam bowiem wrażenie, że przykładowo wiara w rolę państwa jest trochę na wyrost i pomija wszystkie negatywne aspekty, których sterowana przez instytucje państwowe gospodarka może doświadczyć.

Rzecz jasna autor uważa, że to jego tezy są słuszne, a inni kłamią bądź nie mają racji – faktyczna argumentacja jest jednak często skąpa i ociera się właśnie o ideologizowanie i „gdybanie”. Problem w tym, że skoro ekonomia nie jest nauką eksperymentalną, to nie bardzo można mówić co by było gdyby. Skąd autor może to wiedzieć, skoro to nie do udowodnienia? Wyciąganie wniosków z cudzych doświadczeń nie zawsze wystarczy aby uratować argumentację. Trudno bowiem porównywać różne kraje na różnych poziomach rozwoju ekonomicznego, kulturowego i społecznego. To że coś zadziało się tak, a nie inaczej gdzieś indziej nie znaczy że udałoby się u nas. Z resztą, zmiennych jest od groma.

Mamy więc opinie bez konkretnych dowodów, co drażniło mnie niemożebnie. Na wstępie mamy odwołanie do metody naukowej, a potem esej i nazywanie czegoś „dyrdymałami” bo się z tym autor nie zgadza, ale argumentów nie przytacza. Krytyka ideologizowania i doktrynerstwa, które samemu się uprawia – wkurzało mnie to.

No i jeszcze powtórzenia. Parę akapitów z pierwszego rozdziału jest powtarzaniem innych w tymże samym rozdziale. Taka nadmiarowość zdecydowanie szkodziła lekturze.

Drugi rozdział wzbudził we mnie równie mieszane uczucia. Zamysłem autora było wyjaśnić przebieg procesów gospodarczych. W pewnym momencie przestrzegł nawet przed błądzeniem w powierzchowne interpretacje. Tyle tylko, że akapit dalej odpłynął w analizę jakiegoś fikcyjnego scenariusza (upadku USA, migracji do Europy). Zastanawiałem się po co takie rozważania (do tego powierzchowne), co do których zaraz przyznaje, że to fantazje. Zaraz potem zaś mamy (też nie popartą argumentacją) prognozę prymatu USA (z którą kłóci się z resztą ostatni rozdział książki, w którym mowa o rosnącej dominacji Chin)…

Mamy zatem rozważania o historii służące raczej ilustrowaniu tezy, jak trudno jest przewidzieć przyszłość. Cóż nam więc po takich rozważaniach? To, że procesy historyczne są współbieżne i współzależne przecież wiemy. 

No i jeszcze to zastanowienie i zdziwienie, które wzbudziło się we mnie po stwierdzeniu autora, że socjalizm musiał upaść „bo nie potrafił dostosować się do współczesnej fazy rewolucji naukowo technicznej (…)". Otóż uważam, że socjalizm oparty był na błędnym założeniu, że lepszą alokację zasobów rzadkich zapewni centralne planowanie niż wolny rynek. Autor niedobory podaży traktuje jako czynnik zewnętrzny upadku socjalizmu, a nie efekt złych założeń systemowych. Zastanawia mnie to…

Mamy więc rozdział, który miałby wyjaśniać „jak biegną procesy gospodarcze, co do tego ma nauka, polityka i przypadek i kto nas tak urządził”, a poświęcony jest dywagacjom nad fantazjami literackimi. Dodatkowo jest to zrobione tak, że odpowiedzi na pytanie z tytułu rozdziału nijak nie można w nich znaleźć. Już u Nassima Taleba było więcej konkretu.
 
Odniosłem wrażenie, że ten cały drugi rozdział książki, nie miał udzielić odpowiedzi na żadne pytanie, tylko sprawić wrażenie, że problemy są strasznie skomplikowane i można o nich mądrze pisać.

Dalej mamy ucieczki w dygresje. Cóż wnosi, historyjka o dumającym nad globusem w Collegium Maius nobliście, do rozważań o tym, dlaczego jedne narody są bogate a inne nie są? Szkoda, że autor nie rozwinął wątku uwarunkowań geograficznych. Znowu więcej konkretu na ten temat znajdziemy u Friedmana

Mamy tymczasem jak mantrę powtarzane zdanie, że „rzeczy dzieją się takie jakie się dzieją, ponieważ wiele rzeczy dzieje się na raz…” Oczywiste. Gdy piszę te słowa, faktycznie wiele rzeczy dzieje się na raz. Wiele rzeczy w różnych miejscach świata. Naprawdę, uwierzcie mi. Do jakich wniosków nas to prowadzi? To truizm, który nie daje nam żadnej nowej wiedzy o świecie, której byśmy wcześniej nie mieli.

Na szczęście kilka akapitów dalej napotykamy wreszcie coś konkretniejszego. Jest to mianowicie zestaw warunków, których spełnienie umożliwia rozwój. Mamy też trochę rozważań nad przyczynami regresji gospodarczych. Ciekawe jednak jest to, że autor nie zauważa dlaczego pomiędzy krajami posocjalistycznymi i postkolonialnymi jest różnica w tempie wychodzenia z „przemianowej” recesji. Powiązań upatruje we wsparciu ze strony państwa, a może należałoby zwrócić uwagę na to, które państwa zbudowały skuteczny system prawny, a które zapadły się w dyktatury, oligarchię i chaos? Czy to brak strategii skutkuje niedorozwojem, czy też inne czynniki takie jak kultura czy prawo mają tu znaczenie?

Mamy znów rozważania nad skalą zmian, w ciągu ostatniego stulecia, które to rozważania niewiele nam dają narzędzi do analizy skutków, przyczyn czy predykcji. Trochę za szybko zaś autor przetacza się po założeniu o racjonalności rynków, czy też faktycznej ich nieefektywności. 

Kolejny rozdział to kolejne akapity podkreślające w ilu linkach Google pojawia się sam autor. Drażni to i nie przybliża nas do celu. Mamy też troszkę przydługawe rozważania o genezie terminu globalizacja. Warto przy tym jednak zauważyć, że autor słusznie punktuje – jeżeli chcemy globalizować przepływ kapitału, to powinniśmy pozwolić także na swobodny przepływ siły roboczej. Nie robiąc drugiego (co z resztą nie byłoby możliwe bo siła robocza nie będzie nigdy tak mobilna jak kapitał), nie da się utrzymać bez szkód, tego pierwszego.

Globalizacja wymagałaby też światowej waluty, nie ma jej jednak dlatego, że wymusiłoby to w niektórych gospodarkach bolesne dostosowania. Jest to też nie na rękę sektora finansowego. Autor zwraca uwagę na rosnący poziom zadłużenia gospodarki USA (książka pisana była w 2008 roku) i jej finansowanie się cudzymi oszczędnościami. Nie wchodzi jednak zbyt głęboko w te analizy, a szkoda.
Trzeba jednak zauważyć, że rozdział o globalizacji jest nadal po tych 10 latach bardzo aktualny i jest to chyba najlepszy rozdział z całej książki. W stu procentach zgadzam się z jego konkluzją, że sytuacja na świecie jest pochodną krótkoterminowego myślenia i wszechogarniającej głupoty polityków.

Autor słusznie też zauważa, że komentarze ekonomicznego „mainstreamu” doszukują się czasem globalizacyjnych zależności w całkowitym szumie. Stwierdza też (z czym się zgadzam), że idealna globalizacja nie jest możliwa, choćby z powodu zróżnicowania geograficznego (które wpływa na warunki życia, transportu, etc). Dążenie do globalizacji jest więc utopią, lansowaną przez tych, którzy na niej korzystają (czyli właścicieli kapitału). Szkoda tylko, że autor tym geograficznym uwarunkowaniom poświęca stosunkowo mało uwagi. 

Kołodko postuluje „globalizację sterowaną” – tylko czy to nie utopijne? Patrząc na świat jakim jest, trochę chyba nierealne. Trochę miejsca poświęca sugestiom, że inna mogłaby być polityka NBP. Sugeruje, że należało przyjąć euro, ale niestety znów nie wchodzi zbyt głęboko w uzasadnienie.

W kolejnym rozdziale autor zwraca uwagę, na słuszny problem, tego jak mylnym wskaźnikiem oceny poziomu życia jest PKB/mieszkańca. Sugeruje, aby wykorzystać w tym celu współczynnik Giniego. Wreszcie autor wprowadza miarę jaką jest HDI (Human Development Index) – lepszy od innych wskaźników, który jednakże nie jest wykorzystywany na świecie do porównań (a szkoda). Zwraca także uwagę na rolę handlu międzynarodowego i (wreszcie) na kwestie geografii i dostępności infrastruktury, w kreowaniu bogactwa. Korzystanie ze współczynnika Giniego nie jest jednak pozbawione wad. Pojawia się pytania czy niskie nierówności w rozkładzie dochodów idą w parze z wysokim standardem życia? Analiza podawanych w książce przykładów, prowadzi do konkluzji, że niekoniecznie i że niekoniecznie jest to idealne narzędzie.

Nie wiem czy taka była intencja autora, ale lektura tego rozdziału utwierdziła mnie w przekonaniu, że dążenie do równości w skali globalnej jest skazane na niepowodzenie w kontekście różnic kulturowych, czy geograficznych. Autor chyba jednak twierdzi co innego. Możemy poczytać jego tezy, o tym, że nierówność jest niesprawiedliwa (dlaczegóż to niby, skoro jest naturalnym porządkiem rzeczy, z resztą czy równość jest sprawiedliwa? – por. Yaron Brook) i obraca się przeciw wzrostowi (gdzie dowody?). Niestety teza, że to z samej „spójności” wynika dobrobyt pozostaje bez dowodu. 

Trochę nużące były w tym wszystkim opisy życia w wiosce w Sahelu czy w Szwajcarii – niby po to aby zilustrować różnice w sposobie życia na świecie, ale szczerze mówiąc, moim zdaniem, takie obrazki niewiele wnoszą, bo świat nie jest czarno biały. Takich obrazków trzeba byłoby namalować znacznie więcej. Czemu takie zestawienie obrazków z życia biednego Tuarega czy bogatego Szwajcara miałoby służyć? Niby, że jeden dobry a drugi zły? No właśnie, że nie - bo świat taki prosty nie jest. To że są takie różnice, to się z czegoś bierze, ale takiej refleksji mi nad tym zabrakło. Byłbym bardzo ostrożny w dokonywaniu ocen bogactwa w sensie moralnym.

Mam wreszcie takie wrażenie, że autor między wierszami miał ochotę powiedzieć, że w sumie w kraju socjalistycznym żyło się lepiej bo HDI było wyższe. Coś mi się tu nie klei – zapytajmy Kubańczyków, czy żyje im się lepiej.

Mamy więc zestawienia i klasyfikacje, obraz skomplikowanego świata (bo taki jest). Świat pełen sprzeczności (taka chyba intencja autora aby tak go zobrazować) i trudny do opisania. Powtarza więc autor, że sprawy są bardziej skomplikowane, niż się wydają. Ale czy to nie truizm?

Wprawdzie autor zauważa, że stany nierównowagi generują zarówno szanse jak i zagrożenia, a kluczowa jest złożona współzależność procesów. Uderza przy tym w bankierów centralnych i nieprzejrzystość zarządzania rezerwami walutowymi. Znowu w kontekście polityki rezerw uderza w nurt neoliberalny i zwraca uwagę na długofalową politykę Chin. Słusznie też zwraca uwagę na różnice pomiędzy kapitałem spekulacyjnym a długoterminowymi inwestycjami w moce wytwórcze.
Fakt faktem, autor zwrócił uwagę na problem narastającego zadłużenia na świecie i na zobowiązania zaciągnięte wobec przyszłych pokoleń. Pokazał mechanizm, w jaki sposób rynki finansowe zarabiają na deficytach i lokowaniu rezerw walutowych. Wskazał na światową politykę USA osłabiania dolara względem innych walut. 

Denerwowała mnie w tym jednak trochę mało spójna narracja. Autor trochę skacze od nierównowagi po demokrację, aż po ochronę środowiska. Ten rozdział, w ogóle nadawałby się do podziału na trzy mniejsze bo koniec końców powstał esej pełen różnych tematów mocno ze sobą pomieszanych.

Następny rozdział to kolej na krytykę neoliberalizmu. Nie zdefiniowanego z resztą w sposób czytelny. neoliberalizm jest zatem zły z założenia (to już wiemy), ale… Mamy krytykę transformacji lat 89-90 i planu Balcerowicza. Fakt faktem nastąpiło wtedy zachłyśnięcie się neoliberalnym kapitalizmem. Odnoszę jednak wrażenie, że łatwo krytykuje się post factum, mówiąc co by było gdyby. Brakowało mi jednak konkretnego alternatywnego scenariusza. 

Zabrakło mi w tym jednak jakiegokolwiek odniesienia do tego dlaczego system kapitalistyczny po drugiej wojnie światowej ukształtował się w taki, a nie inny sposób. Skoro krytykujemy neoliberalizm wydaje mi się, że powinniśmy sięgnąć trochę głębiej. Mamy wprawdzie zauważone, że system ekonomiczno gospodarczy w USA wcale nie działa jako wolny rynek, ale uprzywilejowuje właścicieli kapitału względem pracowników, co prowadzi do nawarstwiania się nierówności. Niestety autor zupełnie nie dostrzegł roli systemu monetarnego i wielkich banków kreujących politykę gospodarczą. Zabrakło mi odniesienia do wydarzeń historycznych takich jak odejście od standardu złota. Słowem, tego co opisywał Varoufakis.

Autor skacze dalej do Rosji lat 90 – z konieczności pobieżnie. Mamy też wywód o specyfice chińskiej drogi – jak to Chiny potrafiły się obyć bez demokracji i dostosować do globalizacji gospodarczej.

Trochę mam wrażenie, że teza rysująca obraz przesiąkniętego korupcją i interesownością neoliberalizmu pomija taki aspekt, że inne systemy społeczno-polityczno-gospodarcze wcale nie są wolne od interesowności i korupcji. Pomija problem korupcji w Chinach rozwodząc się nad tym, że źródło chińskiego sukcesu polega na wyrwaniu się z gorsetu neoliberalizmu. Może to i prawda. Mam jednak wrażenie, że krytyka neoliberalizmu „a la russe” ma na celu obrzydzenie liberalizmu jako taki. Tylko, czy zła implementacja świadczy o błędnych założeniach? Nad wyraz łagodnie autor traktuje np. „reformy” i „rozwój” Rosji Putina, który wszak polega na tym, że jedną kilkę zastąpiła inna przejadająca dochody z bogactw naturalnych.

Jest też trochę rozważań o wielkości państwa, korupcji czy roli państwa w gospodarce… Jakoś bez podsumowania.

W następnym rozdziale mamy interesujące zwrócenie uwagi na różnicę znaczeniową pojęć „rozwój” i „wzrost”. Słusznie też zwraca uwagę, że PKB nie powinno być miarą rozwoju, a zamiast tego powinno się stosować bardziej jakościowe miary.

Mamy wreszcie rozdział o teorii koincydencji. Zmęczyły mnie te wywody, jakoś mało były konkretne i odniosłem wrażenie, że mamy po prostu nową nazwę na podejście pragmatyczne i odejście od dogmatyzmu. Może nie zrozumiałem tego co czytam?

W końcu ostatni i najdłuższy rozdział, pełen rozważań o przyszłości. Mało niestety konkretnych. Taka zabawa w futurologię. Czytając tę książkę dziś z perspektywy widzę, jak bardzo brakło autorowi wyobraźni aby napisać o tym, co czaiło się za rogiem pod postacią kryzysu z 2008 roku. Mamy więc wywody o jakimś idyllicznym obrazie przyszłego świata, wizje geopolitycznego dobrostanu, snute w perspektywie na 2030 rok. Dużo o wszystkim, a o ekonomii mało.

Autor w ostatnim rozdziale skacze po tematach jeszcze bardziej niż przez całą książkę. Lecimy więc od problemów geopolitycznych, przez źródła energii, demografię, po emisję CO2. Gdzież zaś zaś o systemie ekonomicznym? Gdzie jakieś konkluzje i recepty. Jest przemożna wiara w euro, bez refleksji nad niedoskonałymi fundamentami systemu finansowego Europy. Zabawa w futurologię, tyleż wygodna, że z horyzontem czasowym na tyle odległym by można było popuścić wodze fantazji. My zaś zostajemy w problemach przyziemnych, której jak pokazał czas, nie zostały wyłowione.

Moje wrażenia po ponownej lekturze tej książki są więc mocno mieszane. Może dlatego, że miałem zbyt wygórowane oczekiwania? Może dlatego, że spodziewałem się więcej konkretów, a nie snucia wolnych myśli, w formie eseju? Może spodziewałem się recept, których nie znalazłem, czy głębszego wniknięcia w niektóre aspekty, które znam z innych książek? 

Czy ta książka daje narzędzie do analizowania świata? Dla mnie raczej nie. Pokazuje wprawdzie jaki jest skomplikowany i współzależny, ale to wszystko. Jej lektura nie pozwala przewidzieć ani podjąć decyzji. Raczej zalewa nas obrazami, z których niestety zbyt niewiele wynika. Że polityka gospodarcza powinna być bardziej pragmatyczna? Trochę to dla mnie zbyt mało – spodziewałem się więcej. 

Zdziwiło mnie to, że przy pierwszej lekturze tych parę lat temu tę książkę pochłonąłem tak szybko, a teraz tak strasznie się z nią męczyłem. Wtedy nie drażniła mnie tak jak teraz. Może oceniam ją dziś z innej perspektywy. Może dla mnie wadą tej ksiażki dziś stało się to co było jej zaletą kilka lat temu i to, co podobało się innym - jej holistyczność i wieloaspektowość, i literacki język? Pewnie oczekiwałem czego innego...Może mogłaby być wstępem do rozważań, które samemu należałoby potem pogłębić?

Czy poleciłbym jej lekturę? Cóż, nie wiem. Mam mieszane uczucia.

środa, 15 listopada 2017

Szwajcarski Bank Narodowy posiada rekordowe 88 miliardów dolarów ulokowane w akcjach na giełdzie w USA

Banki centralne poprzez swoją zdolność do kreowania pieniądza "z niczego" posiadają niebagatelny wpływ na otoczenie gospodarcze. Doskonałym przykładem jest tutaj sytuacja, z jaką mamy do czynienia w przypadku Szwajcarskiego Banku SNB. Tenże bank centralny, w ramach swoich operacji zmierzających do osłabienia franka szwajcarskiego wykreował pieniądz i kupił za niego akcje na giełdzie w USA. Aktualnie wartość portfela akcji tego banku wynosi rekordowe 88 miliardów dolarów i jest bezprecedensowe z kilku względów. Po pierwsze jest to wyraz "nieortodoksyjnej" polityki banku centralnego, po drugie nigdy w historii ta wartość nie była tak wielka.


Można sobie prześledzić w jakie spółki inwestuje SNB (przykładowo posiada znaczące udziały w akcjach Apple czy Aplhabet a.k.a Google), ale nie w tym rzecz. Rzecz jest w tym, że sam fakt posiadania przez bank centralny akcji przedsiębiorstw jest swego rodzaju aberracją. 

Pojawia się przy tym pytanie, na ile za wzrostami na giełdzie w Nowym Jorku stoją zagraniczne banki centralne i w jaki sposób zmiana ich polityki może wpłynąć na rynek. Co będzie jeżeli SNB postanowi "zlikwidować" swój portfel? Co zaś, jeżeli banki centralne będą kontynuowały lub postanowią rozszerzyć swoją politykę? 

W oczywisty sposób nasuwa się jeszcze jedna myśl. Otóż w sytuacji kiedy uczestnikami rynku giełdowego są gracze, których kapitał kosztuje - to cena rynkowa wyraża mniej lub bardziej realną wartość danej spółki (pomińmy na chwilę kwestie emocjonalne wpływające na zaangażowanie rynkowe różnych inwestorów). taki bank centralny jednak, kreuje kapitał bez żadnych kosztów, może on tworzyć pieniądze i kupować za nie akcje. tak robi SNB, tak robi też Bank of Japan. ECB czy bank of England kupują zaś obligacje korporacyjne. Czy w sytuacji obecności na rynkach gełdowych takich graczy ktoś może ufać jeszcze w to, że wycena akcji dokonująca się w wyniku gry giełdowej odzwierciedla w jakikolwiek sposób fundamenty? Wątpię.

piątek, 10 listopada 2017

Mieszkanie obciążone prawem dożywocia – sprawdź co to oznacza - artykuł sponsorowany

Decydując się zakup mieszkania na rynku wtórnym upewnij się, czy nie jest ono obciążone umową dożywocia. W przeciwnym wypadku może zdarzyć się, że wraz z mieszkaniem zyskasz niechcianego lokatora. Czym jest prawo dożywocia? Gdzie możesz sprawdzić, czy mieszkanie jest nim obciążone? Jak bezpiecznie kupić mieszkanie na rynku wtórnym? Odpowiadamy na te i inne pytania.

Czym jest umowa dożywocia?

Umowa dożywocia (dożywotniego użytkowania nieruchomości) regulowana jest przepisami kodeksu cywilnego. W treści umowy właściciel nieruchomości zobowiązuje się do przeniesienia własności mieszkania na zbywcę w zamian za dożywotnie zapewnienie mu opieki i możliwości zamieszkiwania lokalu, będącego przedmiotem umowy. Jako opiekę rozumie się tutaj zapewnienie: wyżywienia, światła, wody, ogrzewania, ubrań, leków i pielęgnacji w przypadku choroby, a także pokrycie kosztów pogrzebu. Osoba, która nabyła nieruchomość w ramach prawa dożywocia, może nią swobodnie dysponować. Oznacza to, że mieszkanie może sprzedać lub wynająć bez zgody dożywotnika. Osoba, która zdecyduje się na kupno mieszkania, będzie wówczas prawnie zobowiązana do wywiązywania się z obowiązków wobec dożywotnika.

Jak sprawdzić, czy mieszkanie jest obciążone prawem dożywocia?

Informacja o prawie dożywocia powinna być ujawniona w księdze wieczystej nieruchomości. O przedstawienie aktualnego odpisu z księgi możesz poprosić właściciela nieruchomości. Możesz również sprawdzić go samodzielnie – jeżeli właściciel udostępni Ci numer księgi, bez problemu możesz sprawdzić jej zapisy w internecie. W innym wypadku konieczne będzie skierowanie się do Starostwa Powiatowego odpowiedniego dla lokalizacji danej nieruchomości i ustalenie numeru księgi wieczystej.




Uwaga! Obowiązek wpisania prawa o dożywocie do księgi wieczystej nieruchomości powstał w 1991 roku – umowy sporządzone przed tym terminem nie będą więc widniały w dokumentacji. Oznacza to, że nie wszystkie księgi wieczyste w pełni odzwierciedlają rzeczywisty stan nieruchomości. Zatem jak bezpiecznie kupić mieszkanie? Powinieneś wystąpić do właściciela z prośbą o przedstawienie podstawy nabycia nieruchomości (najczęściej jest to akt notarialny). Jeżeli mieszkanie zostało nabyte na drodze umowy dożywocia, koniecznie upewnij się, czy dożywotnik wciąż żyje.


Kupno mieszkania obciążonego umową dożywocia – co można zrobić?

Jeżeli nabyłeś nieruchomość obciążoną prawem dożywocia, możesz wystąpić do sądu z wnioskiem o zamianę zobowiązań wynikających z umowy na rentę. Jeżeli sąd rozpatrzy wniosek pozytywnie, będziesz zobowiązany do uiszczania comiesięcznej opłaty stanowiącej równowartość kosztów utrzymania dożywotnika.





Jak bezpiecznie kupić mieszkanie z drugiej ręki? Na co jeszcze zwrócić uwagę?


  • Wiarygodność sprzedającego – potwierdź, czy jest on prawowitym i jedynym właścicielem danej nieruchomości. Jeżeli mieszkanie ma kilku współwłaścicieli, konieczne będzie podpisanie umowy sprzedaży-kupna z każdym z nich.
  • Służebność – jeżeli w księdze wieczystej nieruchomości istnieje zapis o służebności, oznacza to, że osoby trzecie posiadają prawo do korzystania z części lub całości mieszkania.
  • Zadłużenie – aby sprawdzić, czy właściciel mieszkania nie zalegał z opłatami za czynsz, poproś o przedstawienie stosownego zaświadczenia od wspólnoty bądź spółdzielni mieszkaniowej.
  • Zaległości podatkowe – jeżeli właścicielem mieszkania jest firma, upewnij się, czy nie zalegała ona z opłatą podatków (zaświadczenie z Urzędu Skarbowego). Jeżeli mieszkanie stanowiło siedzibę przedsiębiorstwa i było amortyzowane – możesz zostać pociągnięty do odpowiedzialności za jego długi.
  • Hipoteka – w księdze wieczystej nieruchomości sprawdź, czy mieszkanie nie jest obciążone kredytem hipotecznym. Samo obciążenie nieruchomości hipoteką nie jest przeszkodą w zakupie, jednak będzie wymagało spełnienia dodatkowych formalności.

Jeżeli upewniłeś się, że możesz bezpiecznie kupić mieszkanie z rynku wtórnego, pozostaje Ci tylko jedno – sprawdź swoją historię kredytową i wystąp do banku z wnioskiem o kredyt na wymarzoną nieruchomość.

Chcesz bez ryzyka dobrze wybrać mieszkanie, zmieścić się w budżecie i mieć wszystko w jednym miejscu? Będziesz zaskoczony, jakie to proste! Skorzystaj z narzędzia NAVIDOM!


Disclosure:  Powyższy tekst stanowi artykuł sponsorowany i nie jest tekstem mojego autorstwa. Za opublikowanie na blogu powyższego tekstu otrzymam wynagrodzenie.

czwartek, 9 listopada 2017

RPP obniżyła stopę rezerw obowiązkowych do ZERA!?

Rada Polityki Pieniężnej na ostatnim swoim posiedzeniu nie zmieniła stóp procentowych. Stało się tak pomimo tego, że inflacja wyniosła około 2,1%. najwyraźniej zatem RPP uznała, że wzrost cen żywności, który miał największy udział w tym wskaźniku, o 5,3% nie jest wystarczającym argumentem za podniesieniem stóp (źródło).

Nie o tym jednak chciałem pisać, ale o innym aspekcie decyzji rady. Otóż RPP obniżyła wymaganą stopę rezerw obowiązkowych depozytów pozyskanych na co najmniej 2 lata do ZERA procent. Co to oznacza? Ni mniej ni więcej tyle, że depozyty polaków złożone w bankach na ponad dwa lata mogą być w całości przeznaczone na udzielanie kredytów. Jest to de facto poluzowanie polityki pieniężnej, ale nie na tym chciałem się skupić.


Zwróćcie uwagę jak skonstruowany jest system bankowy - jest to fikcja polegająca na tym, że wpłaconych na depozyt pieniędzy wcale w banku nie ma, tylko są w jak największej części pożyczane na procent dalej w formie kredytów czy też na rynku międzybankowym. Z tej spekulacji banki czerpią zyski, a zabezpieczeniem tej (a jakże - piramidy) ma być cząstkowa rezerwa składana na depozycie w banku centralnym.

Dotychczas współczynnik rezerw obowiązkowych bodajże 3,5%, zaś od marca przyszłego roku, dla depozytów ponad dwuletnich wynosi zero. Tak więc, bank całość zdeponowanych środków puści w obrót. Jak to wpływa na bezpieczeństwo systemu bankowego - niech każdy odpowie sobie sam.

Oczywiście wskazuje się, że te depozyty powyżej 2 lat to jest znikoma frakcja systemu bankowego. Dla mnie jednak znaczenie ma pewien trend i symptomatyczność takich decyzji. 

To że tak działa system finansowy jest powszechnie znanym faktem dla wszystkich orientujących się w temacie. Banki we wszystkich krajach tak działają od wielu wieków. Na tym systemie cząstkowych rezerw została zbudowana potęga sektora finansowego. Nie ma lepszego interesu niż pożyczanie innym pieniędzy cudzych, a nie własnych. Tyle tylko, że mało który z klientów banków zdaje sobie sprawę jak duże są te obowiązkowe rezerwy, mające chronić system bankowy przed "runem na bank" czyli sytuacją, w której wielu klientów nagle zrywa depozyty i domaga się wypłaty swoich środków.

Nie twierdzę, że dla polskiego systemu bankowego istnieje obecnie jakieś zasadnicze niebezpieczeństwo. Z resztą NBP ma szereg możliwości ratowania banków z kreowaniem z powietrza pożyczek dla nich włącznie. Symptomatyczne jest to, że na całym świecie systemy bankowe w krajach zachodnich działają w oparciu o to samo pryncypium. Jedynym elementem spajającym cały system jest zaufanie, że banki centralne dosypią "w razie czego" kolejną furmankę pieniędzy. Zaś banki centralne poprzez swoją politykę doprowadziły właśnie do tego, że cały system czy to w Europie czy w Stanach, trzyma się na cienkich sznurkach wzajemnego zaufania. 

Jak wyglądała sytuacja, kiedy to zaufanie wyschło - widzieliśmy w sytuacji kryzysu po 2008 roku.

Prowadzenie takiej polityki porównać można do wysuwania obrusu spod kręcącego się bączka. System finansowy jest podatny na załamania i z natury (systemu rezerw cząstkowych) immanentnie niestabilny. Włączanie kolejnych bezpieczników może nie mieć żadnego efektu, ale może mieć też efekt katastrofalny. 

piątek, 3 listopada 2017

Jakie powiny być stopy procentowe?

Rynki zostały ostatnio poruszone informacją o podniesieniu stóp procentowych przez banki centralne Wielkiej Brytanii i Czech. To co najbardziej poruszyło rynki nie był jednak fakt podniesienia stóp, ale znikomość tego ruchu. 

Rzecz w tym, że żyjemy w czasie aberracji - stopy procentowe na świecie są tak niskie, że historycznie nigdy takie nie były. Generalnie przez większą cześć historii stopa w okolicy 5% była średnio uznawana za normalną i bezpieczną. Aberracje występowała kiedy odchylała się znacząco od tego parytetu. Pamiętam, że czytając wiele książek z XIX wieku można natknąć się na stwierdzenia, że lokata na 5% czy 6% to bezpieczny dobry procent dla rentiera. teraz ze świecą szukać np.w papierach rządowych takiej stopy zwrotu bo są niższe.

Spójrzcie z resztą na wykres:
Źródło: Zerohedge

poniedziałek, 30 października 2017

Kolejny głos w dyskusji o QE

Banki centralne drukują pieniądze, to kuriozalne stwierdzenie istniejącej na rynku anomalii wydaje się spowszedniało. Teraz zastanawiamy się nie, dlaczego, albo jaki to ma sens, ale czy będzie większe czy mniejsze tempo tego dodruku. 

Głos w dyskusji na ten temat znajdziemy na dzisiejszym Money Week. Możemy tam przeczytać jak to o jedną piątą wzrosło bogactwo 1542 miliarderów na świecie, sięgając 6 trylionów dolarów. 

Te niewyobrażalne liczby uzmysławiają, że duży może więcej. Duży gracz ma łatwiejszy dostęp do praktycznie darmowego finansowania udzielanego przez banki centralne. Może pożyczać na ujemne stopy i kupować twarde aktywa. Może upychać toksyczne derywaty nieświadomym "płotkom" a samemu ubezpieczać się od ryzyka... 

Mamy więc taki efekt, że zamiast odświeżającego efektu krachu, który oczyściłby po 2008 roku gospodarkę światową z nieefektywnych i biorących na siebie nadmierne ryzyko przedsiębiorstw -mamy w zamian bańkę jeszcze bardziej ryzykownych przedsięwzięć, wykupów i konstrukcji finansowych napędzanych darmowym pieniądzem.

Rządy dopłacają przy tym np. do zakupu mieszkań po zawyżonych cenach, aby duzi gracze mogli "zcashować" się na tych aktywach. Co więcej z tym zjawiskiem mamy do czynienia wszędzie na świecie, od USA, przez Europę po Chiny. Towarzystwo bankierów i grubych ryb ma się dobrze.

czwartek, 26 października 2017

Czy warto inwestować w Bitcoin? - wpis odpłatny

Czy warto inwestować w Bitcoin i czy taka inwestycja przyniesie nam jakiekolwiek zyski?




Bitcoin to jedna z najbardziej popularnych krypotwalut, która staje się tematem niezwykle żarliwych dyskusji w kwestiach inwestowania. Inwestowanie w Bitcoin to bardzo często jedna z dwóch skrajności: super zysk bądź super strata. Z pewnością jest to zajęcie dla osób, które lubią prawdziwe emocje, a adrenalina jest dla nich niezbędna w inwestowaniu.

Niebezpieczeństwo

Nie da się ukryć, że inwestowanie bardzo często wiąże się z ryzykiem utraty środków. Wyjątkiem mogą być lokaty i obligacje. Inne fundusze inwestycyjne zawsze niosą ze sobą ryzyko niepowodzenia. W przypadku kryptowalut takich jak Bitcoin ryzyko jest duże, jednak tym samym — zyski także są większe. Z pewnością na inwestycję w kryptowaluty nie zdecydują się osoby, które lubią bezpieczne inwestycje takie jak: obligacje, lokaty, czy nieruchomości.

Czy da się bezpiecznie inwestować w kryptowaluty?

Inwestowanie w kryptowaluty wiąże się z ogromnym ryzykiem. Notowania Bitcoina są niestabilne, dlatego z jednej strony mogą przynieść spektakularne zyski, a z drugiej bardzo duże straty. Zanotowano już taki przypadek, w którym w ciągu zaledwie jednego dnia Bitcoin stracił na wartości, aż 8%. Z pewnością można powiedzieć, że inwestowanie w kryptowaluty może być niezwykle ekscytujące dla osób, które lubią duże ryzyko.

Osłabienie Bitcoina
W podnoszeniu wartości Bitcoina z pewnością nie pomagają Chiny, które zanegowały platformy handlujące Bitcoinem, co bardzo szybko przełożyło się na zakończenie działalności przez dwie duże platformy, które wymieniały prawdziwe pieniądze na Bitcoiny. Przychylna Bitcoinom nie jest także Rosja - rosyjski bank centralny krytykuje kryptowalutę.
Kryptowaluty, to ciągle nowość, która wywołuje mieszane emocje. Choć są osoby, które na Bitcoinach znacznie się wzbogaciły, to nie umniejsza to jednak ryzyka podejmowania takich transakcji. Bitcoiny są mocno niestabilne, dlatego inwestowanie w nie to prawdziwe być albo nie być. Czy jeszcze warto inwestować w Bitcoin na blogu Monedo Now dowiesz się więcej na ten temat. Do rynku kryptowalut bardzo pasuje powiedzenie: „kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana".


Disclosure: Artykuł powstał w ramach odpłatnej współpracy. Otrzymałem wynagrodzenie za jego  publikację

poniedziałek, 23 października 2017

Czy na prawdę wszyscy wierzą w dalsze wzrosty?

Pisałem niedawno o potencjalnych sygnałach nadchodzącej recesji w USA. Dziś z kolei chciałem przywołać artykuł Johna Mauldina na łamach Zerohedge. Zwraca on uwagę na to, że uczestnicy rynku są absolutnie przekonani, że (pomimo iż jest on skrajnie przewartościowany) to będzie rósł dalej!
Co więcej, liczba krótkich pozycji na indeks VIX wskazuje, że mnóstwo inwestorów spodziewa się znikomej zmienności na rynkach! W krótkich słowach te dwie informacje zestawione ze sobą wskazują, że generalnie inwestorzy oczekuję dalszej maniany i wzrostu do nieba bez przerw i wstrząsów.

Mauldin zwraca uwagę, że na rynku w którym panują tak jednostronne nastroje, ewidentnie gromadzą się naprężenia, które rozwiążą się w dosyć gwałtowny sposób. Inwestorzy zdają się ignorować przy tym fakt, że w sytuacji kiedy, ewidentnie dotychczasowe wzrosty na giełdzie były napędzane przez dodruk pieniędzy, każda próba zdjęcia z bilansów banków centralnych części tego grosza, wywoła kontrakcję.

sobota, 21 października 2017

Przelew z Irlandii do Polski - najtańsze firmy pośredniczące w przelewach - artykuł sponsorowany

Polacy mieszkający i pracujący w Irlandii coraz częściej decydują się na zlecanie realizacji przelewów pieniężnych nowoczesnym firmom pośredniczącym. W porównaniu z ofertą tradycyjnych banków, usługi prywatnych operatorów transakcji, dzięki niezwykle korzystnym kursom wymiany walut, pozwalają na zaoszczędzenie pieniędzy i czasu poświęcanego na dopełnienie niezbędnych formalności. Które firmy pośredniczące w przelewach z Irlandii do Polski proponują najtańsze przekazy pieniężne?

EasySend

Przelewy z Irlandii do Polski realizowane przez tę renomowaną firmę funkcjonują na takich samych zasadach, co te zlecane z Wielkiej Brytanii. EasySend oferuje wyjątkowo atrakcyjne przelewy FAST – szybkie, tanie, a często nawet bezpłatne. Pierwszy i każdy co dziesiąty przelew wykonamy zupełnie za darmo. Za pozostałe zapłacimy 2,90 euro. Czas realizacji przekazu wynosi 1 dzień. Jeszcze szybszym sposobem na ekspresowe zasilenie konta odbiorcy wyznaczoną przez nas sumą pieniędzy jest zlecenie przelewu SuperFAST – środki trafiają na wskazany rachunek nawet w 10 minut. Kosztują nieco więcej niż przelewy FAST (5 euro, co nadal wydaje się bardzo zachęcającą ceną), jednak gwarantują błyskawiczne tempo realizacji transakcji. EasySend oferuje swoim klientom także możliwość zlecenia przekazu pieniężnego z odbiorem na poczcie (czas realizacji to również 10 minut). Zapłacimy za niego zaledwie 3,90 euro. Opłaty za korzystanie z usług firmy EasySend nie obciążają zbytnio konta klientów, szczególnie w porównaniu z kosztowną ofertą tradycyjnych banków. Prywatny pośrednik udostępnia też zachęcający kurs wymiany euro, jeden z najwyższych na rynku.

Transfer24

Warto przyjrzeć się także usługom oferowanym przez Transfer24. Firma proponuje nowym klientom przesłanie pierwszego przelewu za darmo. Osoba zlecająca przekaz nie poniesie żadnych kosztów, o ile wartość przekazu nie przekroczy 100 euro. Musi być też wykonany kartą płatniczą nigdy wcześniej nie używanej w systemie transakcyjnym Transfer24. Opłata za przelew z Irlandii do Polski o maksymalnej wysokości 50 euro wynosi zawsze 0,59 euro. Po przekroczeniu tej kwoty opłata za zlecenie przekazu osiąga próg 1,3% jego wartości. Opłata manipulacyjna jest widoczna dla klienta w podsumowaniu transakcji, a po jej zaakceptowaniu dolicza się ją do kwoty pobieranej z konta zleceniodawcy.



TransferGo

TransferGo pobiera stałą opłatę w zależności od kraju, z którego wysłane są pieniądze, a także oraz od 0.6 % do 1.5% marży od przewalutowania. W przypadku przelewów z Irlandii do Polski będzie to 0,99 euro. Za przelew ekspresowy zapłacimy 2,99 euro, za te dostarczane w trakcie jednego dnia – 1,99 euro, a za te realizowane w następnym dniu roboczym nie poniesiemy dodatkowej opłaty. Firma oferuje bardzo korzystny przelicznik walutowy, dlatego również jej usługi można wziąć pod uwagę decydując się na zlecenie przelewu z Irlandii.



Artykuł autorstwa partnerów współpracujących z serwisem. Otrzymałem wynagrodzenie za jego publikację.

czwartek, 19 października 2017

Kolejny wpis w cyklu "czy nadchodzi recesja w US"...

W dzisiejszym Money Week znalazłem artykuł podsumowujący raport opracowany przez firmę zarządzającą aktywami Incrementum. Raport stanowi o sytuacji ekonomicznej i na Money Week streszczono kilka jego tez. Wydało mi się interesujące aby przybliżyć je czytelnikom.

Generalnie teza jest taka, że z za rogu wyłania się recesja w USA i że może ona być bliżej niż się niektórym wydaje. Argumenty, jakie autorzy raportu przywołują na poparcie swojej tezy są następujące.

Niskie ceny towarów względem cen akcji. Tu zwracają uwagę na relację ceny indeksu GSCI do S&P500. Za każdym razem kiedy była ona tak nisko jak na obecnym poziomie mieliśmy wkrótce potem pęknięcie bańki.

Dla wielu obserwatorów jest to fakt, który był zauważany już od dawna. Napędzany tanim pieniądzem rynek giełdowy w USA jest przewartościowany względem cen dóbr trwałych...

Inny ciekawy fakt, na który zwracają autorzy raportu to zero - kompletne zero recesji w przewidywaniach analityków i ekonomistów. Absolutnie nikt nie mówi o tym, że mogłaby ona wystąpić. Skoro tak, to być może, właśnie takie zupełnie nieoczekiwane zdarzenie właśnie się zbliża?

Następny element to cykl podwyżek stóp procentowych w USA. Wielu komentatorów, których opinie słyszałem, także autorzy raportu - zwraca uwagę na to, że zazwyczaj (16 ostatnich razy z 19) podwyżki stóp w USA poprzedzały recesję. Aktualnie wszyscy śledzą uważnie czy i kiedy FED podniesie stopy.

Autorzy zwracają także uwagę na to, że pomimo rosnących cen akcji, wcale nie wzrastają w USA wpływy z podatków. Rynek akcji wydaje się być więc, oderwany od fundamentów bo wzrost nie bazuje na rosnących zyskach przedsiębiorstw czy nawet osób indywidualnych, ale jest pompowany sztucznie.

Widać to wyraźnie kiedy porówna się ilość pieniądza w obiegu do oszczędności - nigdy w historii nie było sytuacji aby tak wiele pieniądza w gospodarce pochodziło w tak niewielkiej ilości z oszczędności a w tak wielkiej z kredytu.

Polecam lekturę całości artykułu i źródłowego raportu.

piątek, 13 października 2017

Dedolaryzacja - cd.


Dziś natrafiłem na kolejną informację o ustanowieniu przez Rosję i Chiny kolejnego mechanizmu rozliczeniowego mającego upłynnić handel i wymianę walut na potrzeby budowy nowego jedwabnego szlaku. Co ciekawe pojawiły się też informacje o pracach nad techniczną stroną importu złota z Rosji do Chin. Ciekawy jet też artykuł na blogu independentrader.pl właśnie na temat nowego jedwabnego szlaku...

wtorek, 10 października 2017

Sprzedaż akcji Saudi Aramco - nawiększe IPO w historii?

Już chyba z rok temu usłyszałem po raz pierwszy o planowanym zaoferowaniu publicznym akcji Asudi Aramco. Pomyslałem sobie, że coś jest na rzeczy. 

Czym jest Saudi Aramco? Jest t największy pod względem produkcji ropy na świecie koncern wydobywczy, powołany pierwotnie w latach trzydziestych przez Amerykanów i Saudyjczyków, obecnie w całości pod kontrolą rządu Arabii Saudyjskiej.

Aktualnie koncern planuje przeprowadzenie oferty publicznej swoich akcji i pozyskanie w ten sposób około 100 miliardów dolarów, które rząd Arabii Saudyjskiej chce przeznaczyć na nowe projekty rozwojowe (mające w przyszłości uniezależnić kraj od ropy).


Po tym wstępie kilka moich przemyśleń.

Po pierwsze, co myślimy kiedy ktoś chce nam sprzedać swój rodowy klejnot? Chyba potrzebuje pieniędzy - wygląda na to, że faktycznie Arabia Sudyjska chce się uniezależnić od wydobycia ropy...

Nie podejmuję się prognozowania przyszłego zapotrzebowania na ropę.Mieliśmy teorię peak oil, ale mamy już rozwijającą się (jeszcze w zalążku) substytucję w postaci pojazdów elektrycznych. Wydaje mi się, jednak, że pewną rolę w przyczynach tej transakcji może pełnić zarówno popyt jak i podaż ropy i koszty jej wydobycia.

Być może tej ropy w ziemi już tak wiele nie zostało? Trzeba więc upchnąć na rynku akcje firmy, która przestaje mieć już taką wartość jak kiedyś. Koszty wydobycia będą rosły, marża zysku malała - warto skasować sowity zysk teraz, kiedy na światowym rynku jest ocean taniego kapitału...

Tani kapitał może być jednym z elementów, dla których teraz Saudyjczykom będzie łatwo pozyskać te 100 miliardów. Ma to podobno być największe IPO w historii. Upychając taki zaczynający się psuć owoc uzyskają kasę, którą będzie można wpompować w gospodarkę saudyjską i wygenerować wzrost.

Dla naszego krajowego rynku jest to jedna z tych ciekawostek, nie sądzę aby miała znaczenie z punktu widzenia inwestowania z naszej perspektywy. Chociaż... być może wielkie banki inwestycyjne będą chciały ubrać w to "leszczy" w jakiś strukturach typu "lokata na ropę" czy innych produktach gdzie za pieniądze naiwnych będą kupowali akcje Aramco... za parę lat się okaże, że albo jest mniej ropy, albo zyski nie takie i najwięcej na tym stracą tacy co się dadzą wkręcić w różne "produkty"... uważajcie na to.

czwartek, 5 października 2017

Czy kredyt studencki się opłaca?

Już parę razy pisałem na blogu o kredytach studenckich. Kto chce może znaleźć tamte archiwalne wpisy. temat powraca dlatego, że czas na składanie wniosków wypada właśnie w najbliższych miesiącach. 10 listopada minister określi próg dochodowy a do 20 listopada będzie można składać wnioski w jednym z udzielających kredyty studenckie banków. Są to PKO BP, Bank Pekao oraz  banki spółdzielcze zrzeszone w Banku Polskiej Spółdzielczości oraz w SGB-Banku. Dobrze być klientem któregoś z nich bo od "swoich" pobiorą one niższe prowizje.

Do wniosku kredytowego będzie potrzebne zaświadczenie o dochodach rodzinnych z urzędu skarbowego oraz zaświadczenie o studiowaniu z dziekanatu uczelni. Ponadto ktoś nam będzie musiał kredyt poręczyć.

Czy taki kredyt się opłaca? Cóż. Warunki są szczególne. 5% najlepszych studentów może liczyć na umorzenie 20% kredytu. Poza tym spłaty rat odbywają się po dwóch latach od zakończenia studiów i to przez okres dwa razy dłuższy niż same studia. Oprocentowanie zaś jest bardzo korzystne bo wynosi połowę tzw. stopy redyskontowej NBP. Na dziś  to mniej, niż 0,9% w skali roku - czyli prawie darmo. Nigdzie na rynku nie dostaniemy pożyczki z banku na tak korzystnych warunkach.

Pożyczyć można 600zł miesięcznie przez całe studia. Dla niektórych to może być istotny zastrzyk gotówki, ale ja patrzyłbym na to w kategoriach oszczędzania. Kiedy faktycznie ruszymy w dorosłe życie oszczędności się przydadzą (choćby na wkład własny na mieszkanie) a nikt nam na rynku nie pożyczy taniej.

Z tego tylko powodu jeśli chcemy budować poduszkę finansową to warto rozważyć czy taki kredyt wziąć. Oczywiście nie po to aby go przehulać, ale aby zainwestować albo co najmniej zaoszczędzić.

poniedziałek, 2 października 2017

Trzymiesięczne obligacje skarbowe - czy ta nowość się sprawdzi?

Ministerstwo Finansów przyzwyczaiło nas, że standardowa oferta obligacji skarbowych (tzw. detalicznych) obejmuje papiery dwu, trzy, cztero i dziesięcioletnie. Okazyjnie pojawiały się jednorazowe emisje obligacji krótkoterminowych np. na dziewięć miesięcy, ale były to incydenty.

Od dziś pojawiła się nowość, obligacje skarbowe trzymiesięczne, oprocentowane na stałej stopie (aktualnie 1,5% w skali roku). 



Czy osiągną sukces? Trudno powiedzieć. Wydaje się, że mogą być ciekawą alternatywą dla tych posiadaczy gotówki, którzy mają jej zbyt dużo aby w banku objął ich limit BFG, ale jednocześnie nie chcą jej blokować na dłuższy okres. Czy pozostali się zainteresują? Cóż oprocentowanie nie powala, ale jest nieco powyżej poziomu, który banki oferują na trzymiesięcznych lokatach. Oczywiście zależy to od tego - jakie banki, ale generalnie widać, że ma to być alternatywa dla lokat bankowych. Także w przypadku wcześniejszego wykupu obligacje te zachowają się jak lokata - po prostu stracimy odsetki.

Interesujące dla mnie będzie ile na te obligacje uda się ściągnąć z rynku pieniędzy.

sobota, 30 września 2017

Reklamy kredytów gotówkowych a zalecenia KNF - artykuł sponsorowany

Aby zaprezentować oferowane produkty i usługi w jak najlepszym świetle, banki sięgają po najróżniejsze formy promocji. Nie wszystkie działania są jednak zgodne z obowiązującym prawem. Jakie wymogi powinny spełniać reklamy kredytów gotówkowych i czy twórcy kampanii promocyjnych przestrzegają regulacji KNF?

Zasady reklamowania kredytów konsumenckich

Komisja Nadzoru Finansowego przedstawiła zbiór zaleceń, które należy uwzględnić w ogólnodostępnych przekazach reklamowych. Wszystkie reklamy kredytów konsumenckich (w tym kredytów gotówkowych) powinny zawierać dokładne dane o ich kosztach: informować o wysokości oprocentowania, całkowitej kwocie kredytu, dodatkowe opłatach, prowizjach. Co więcej, kampanie dotyczące ofert specjalnych i promocji muszą jasno i jednoznacznie wskazywać datę ich wygaśnięcia. Jeżeli promocje jeszcze nie obowiązują, koniecznie trzeba określić datę, od której zaczną obowiązywać. Zdaniem KNF, wiedza konsumentów w kwestiach związanych z produktami bankowymi i uwarunkowaniami rynku może być niewystarczająca do podjęcia świadomej decyzji. Dlatego tak ważny okazuje się wymóg zamieszczania jednoznacznych, rzetelnych informacji w reklamach kredytów gotówkowych.

 

Oczekiwania i rzeczywistość 

W wielu reklamach kredytów gotówkowych, szczególnie tych telewizyjnych, ciężko doszukiwać się wszystkich danych i parametrów wyszczególnionych przez KNF. Nawet jeśli informacje pojawiają się w konkretnym spocie, często wyświetla się je za szybko, a widzowie (potencjalni klienci) nie są w stanie ich odczytać. Niezamieszczenie wymaganych danych lub przedstawianie ich w sposób nieczytelny, np. stosując nadmiernie pomniejszoną czcionkę, może wprowadzać w błąd. Każda reklama przekazująca informacje w sposób niejasny, niezrozumiały albo dwuznaczny może zostać uznana za sprzeczną z obowiązującymi regulacjami. 

Dezinformujące reklamy to miecz obosieczny 

Niewłaściwa treść przekazu reklamowego nie tylko naraża bank na utratę zaufania klientów, ale wiąże się też z poważnym ryzykiem finansowym. Reklama nie powinna zachęcać potencjalnych klientów do nieadekwatnego i nieodpowiedzialnego korzystania z produktów kredytowych. Nierzetelne kampanie promocyjne mogą prowadzić do nadmiernego zadłużania się klienta w instytucjach finansowych. Spowoduje to negatywne skutki również po stronie banku. 

Konsekwencje 

KNF nie tylko opublikowała listę zaleceń, ale też na bieżąco monitoruje działalność banków w kwestii akcji promocyjnych. W nadzorowaniu reklam bierze udział też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. KNF zaleca bankom wycofanie nierzetelnej kampanii i wszelkich materiałów reklamowych mogących wprowadzać konsumentów w błąd. Publikuje komunikaty w tej sprawie na swojej stronie internetowej. Podejmuje także działania dyscyplinujące wobec firm nieprzestrzegających regulacji prawnych. Nie upublicznia jednak nazw ukaranych banków, dając im szansę na wycofanie szkodliwych praktyk. Zalecenia Komisji Nadzoru Finansowego mają na celu ochronę praw konsumentów i zapobieganie nieuczciwym praktykom. Brak profesjonalnej wiedzy klientów banku zostanie rekompensowany przez rzetelną i wyczerpującą informację na temat reklamowanych produktów i usług. W rezultacie dokonanie właściwego wyboru okaże się o wiele łatwiejsze.  

Artykuł został przygotowany we współpracy z TotalMoney.pl

czwartek, 28 września 2017

Rola KNF

Taka refleksja mnie naszła. Zaglądam sobie od czasu do czasu na stronę Komisji Nadzoru Finansowego. Mamy tam różne rejestry, listy ostrzeżeń itd. Zastanawia mnie sens istnienia tej instytucji. Co z tego, że ma prowadzić rejestry np. Alternatywnych Spółek Inwestycyjnych, jeżeli postępowanie o wpis do takiego rejestru trwa tak długo, że de facto cała inwestycja bierze w łeb bo staje się nieaktualna? 

Albo jaki sens ma cała ta lista ostrzeżeń ulicznych, skoro jej istnienie nie uratowało klientów Amber Golda czy innych podobnych instytucji. 

Czy chodzi tylko o karmienie urzędniczej maszyny i o to, aby Państwo polskie mogło powiedzieć "ostrzegaliśmy"? 

Całe to regulowanie rynku nie uchroniło klientów firm, które wyemitowały obligacje, a później ich nie spłaciły. Nie słyszałem o żadnym konkretnym wyroku skazującym za manipulację kursem akcji spółek, nie słyszałem o tym aby nadzór doprowadził do skazania nieuczciwego prezesa jakiejś firmy której akcje czy obligacje notowane były na rynku regulowanym. Nawet nie słyszałem aby KNF przystępował w takich sprawach jako interwenient uboczny. Co z tego, że kierowane są zawiadomienia do prokuratury skoro ta umarza postępowania? Może te zawiadomienia są słabo umotywowane, albo przestępstw nie ma i cała działalność KNF jest dęciem w balon?

Na prawdę - zastanawiam się do czego ta instytucja służy i za każdym razem kiedy uczestniczę w rynku, dochodzę do wniosku, że nie potrafię tego wyjaśnić...

poniedziałek, 25 września 2017

Dwie dziury...

Chciałem zestawić ze sobą dwie informacje, które ostatnio trafiły mi się podczas przeglądu prasy. Pierwsza, z nich to kwestia deficytu budżetowego. Już kiedyś spierałem się na blogu w komentarzach z czytelnikiem o te "nadwyżkę" w budżecie, którą chwali się MF. Otóż mamy taki wykres, z którego wylinka niezbicie, że od nastu lat lecimy na pożyczkach...


 

Nie chcę  się wdawać w dyskusję, który rząd bardziej zadłużył kraj itd. Nie o to chodzi. Chodzi o to, że rok za rokiem zaciągamy kolejne długi.

Teraz druga informacja - o ZUS (na taki artykuł trafiłem) a tam wykres:

Wynika z niego, że do ZUS trzeba teraz i trzeba będzie w przyszłości dosypywać pieniądze. Teraz dosypujemy zadłużając, się, czy ktoś ma pomysł skąd będziemy dosypywać w 2045? Może NBP zacznie drukować pieniądze?

piątek, 22 września 2017

Przyglądamy się reklamom kredytów hipotecznych - artykuł sponsorowany

Nowa ustawa dotycząca kredytów hipotecznych i nadzoru nad agentami i pośrednikami weszła w życie 22 lipca. Reguluje ona nie tylko warunki udzielania kredytów, ale też zasady ich reklamowania. Jakie informacje zawiera legalna reklama kredytu hipotecznego i czy nowe kampanie banków zostały stworzone zgodnie z obowiązującym prawem – odpowiedź na te pytania znajdziesz w naszej analizie.


O czym powinna informować reklama, czyli koniec mydlenia oczu


Autorzy reklam i współpracujące z nimi instytucje finansowe mają obowiązek rzetelnego zaprezentowania informacji na temat RRSO oraz ryzyka zmiany stopy procentowej dla zobowiązań o zmiennym oprocentowaniu. W materiałach reklamowych trzeba uwzględnić dane takie jak: całkowita kwota kredytu wraz z całkowitym kosztem jego uzyskania i obsługi, wysokość rat, a także czas obowiązywania umowy. Wszystkie informacje należy zademonstrować na reprezentatywnym przykładzie kredytu – modelowym zobrazowaniu warunków, w oparciu o które bank spodziewa się zawrzeć przynajmniej 2/3 umów kredytowych. Zgodnie z ustawą, informacje przedstawione w reklamie muszą być widoczne, czytelne, jasne, zrozumiałe i jednoznaczne. Po zapoznaniu się z obowiązującymi zasadami, przyjrzyjmy się kilku najnowszym reklamom kredytów hipotecznych. Sprawdźmy, czy ich twórcy nie próbują balansować na granicy prawa i zdemaskujmy strategie pozyskiwania klientów.

Powakacyjna oferta limitowana kredytów hipotecznych w ING: „Najlepszy moment na zakup mieszkania – z ofertą specjalną od ING”


Na początku września – czyli niedługo po wprowadzeniu ustawy dot. reklam – ING Bank Śląski wystartował z powakacyjną kampanią kredytu hipotecznego. Namawia w niej osoby zainteresowane kupnem mieszkania do złożenia wniosku tuż po powrocie z wakacji. Hasło „oferta limitowana” sygnalizuje, że nie należy zwlekać z podjęciem decyzji – z okazji do obniżenia raty kredytu można korzystać jedynie przez krótką chwilę. Według Katarzyny Staweckiej, Dyrektor Banku odpowiedzialnej za kredyty w ING Banku Śląskim wrzesień to czas, gdy przystępujemy do realizacji życiowych planów, dlatego Bank pragnie przekonać przyszłych nabywców nieruchomości do działania. Zgodnie z tytułem kampanii, najlepszy moment na zakup mieszkania, nastąpił właśnie teraz, gdy kończy się czas beztroskiego odpoczynku. Ofertę zaplanowano w dwóch wariantach: „Lekka rata” (według reklamy zmniejszona o 10%) i „Łatwy start” z obniżonymi kosztami początkowymi. Zgodnie z wymogami ustawy, w materiałach reklamowych umieszczono czytelną informację na temat wysokości Rzeczywistej Rocznej Stopy Oprocentowania. Bank zestawia wartości takie jak marża i prowizje, porównując parametry dla oferty standardowej i tej z oferty promocyjnej. Bank przedstawia przykłady reprezentatywne odpowiednio dobrane do danego wariantu. By zdobyć więcej informacji, należy zapoznać się z regulaminem. Jak możemy się przekonać, kampania ING spełnia wymogi ustawy.

Ciesz się większą swobodą finansową, czyli kredyt hipoteczny w Millenium

Materiały reklamowe Banku Millenium wypełnione zostały liczbami i procentami. W widocznym miejscu znalazła się wartość RRSO, informacja o 0% prowizji za udzielenie kredytu. Bank informuje o ryzyku zmian stóp procentowych, przeprowadza symulację kredytu na reprezentatywnym przykładzie, jeśli jednak chcemy poznać całkowity koszt kredytu, wysokość opłat i oprocentowania, bank odsyła nas do regulaminów i cenników. Hasło „ciesz się większą swobodą finansową” nawiązuje też do oferowanych przez instytucję tzw. wakacji kredytowych. Reklama banku jest jasna, czytelna i zrozumiała. Aby przekonać klientów, odwołuje się do wartości liczbowych, budząc zmysł analityczny potencjalnego kredytobiorcy, a nie jak w przypadku standardowych reklam, próbując wpływać na jego uczucia.

Kredyt z widokiem na przyszłość – promocja od mBanku

Hasło reklamowe nowej kampanii mBanku daje do zrozumienia, że kredyt hipoteczny jest zobowiązaniem długoterminowym, dlatego tak ważne okazuje się dokonanie właściwego wyboru. Z reklamy dowiadujemy się, nowi kredytobiorcy mogą skorzystać z promocyjnej stawki marży, nie podano jednak jej wartości. Bank drobnym druczkiem informuje o warunkach przystąpienia do promocji. Bardziej przejrzyście opisano kroki, jakie należy podjąć, by uzyskać promocyjny kredyt. O parametrach kredytu hipotecznego udzielanego przez bank dowiadujemy się dopiero po przejściu na podstronę kredytu reklamowanego hasłem „dobrze jest mieć swój własny kąt”. Wówczas uzyskujemy mnóstwo przydatnych informacji, zamieszczonych zgodnie z zaleceniami ustawy. Czytelnie przedstawiono dane takie jak okres kredytowania, kwota kredytu i możliwość całkowitej wcześniejszej spłaty zobowiązania. Bank przejrzyście i jednoznacznie prezentuje wybrane opłaty. Nie przeprowadza jednak wymaganej symulacji na reprezentatywnym przykładzie.

Ustawa regulująca zasady reklamowania kredytów hipotecznych wprowadziła rygorystyczne zasady mające na celu walkę z manipulacją treścią i umiejętnym wprowadzaniem przyszłych klientów w błąd. Najnowsze reklamy pokazują, że banki i współpracujące z nimi agencje dostosowują się do wymogów nowego prawa, choć niektóre kwestie nadal wymagają udoskonalenia. Dzięki przedstawianiu jednoznacznych i zrozumiałych informacji przyszli kredytobiorcy unikną rozczarowania i nie zważając na sprytne techniki perswazji, uda im się wybrać najkorzystniejszą ofertę. 



Artykuł został przygotowany we współpracy z TotalMoney.pl

wtorek, 19 września 2017

Dedolaryzacja przyspiesza - Chiny szykują kontrakty na ropę w juanach i wymienialne na złoto

Interesujące wieści dochodzą z Azji i nie chodzi w tym przypadku wcale o Koreę Północną, ale o układankę chińską, o której już kiedyś pisałem. jako jeden z największych światowych importerów ropy naftowej Chiny rozumieją, że ropa wyceniana w dolarach grozi im destabilizacją dostaw i wzrostem ceny kiedy przyjdzie do upadku dolara. Z drugiej strony, strategicznie wyrażana chęć uczynienia z renminbi waluty rezerwowej, stwarza konieczność stworzenia rynku dla instrumentów notowanych w tych walutach. Z trzeciej strony, będąc jednym z największych importerów złota na świecie Chiny mają w ręku pewne narzędzie, które może pozwolić im kształtować przyszły ustój walutowy.

Mamy więc przymiarki do stworzenia kontraktów na ropę prowadzone od pewnego już czasu przez Shanghai Futures Exchange i Shanghai International Energy Exchange. Niedawno ogłoszono, że prace te doszły już do stanu gotowości do uruchomienia notowań instrumentu finansowego - kontraktu na ropę nafotwą, wycenianego w juanach i wymienialnego na złoto.

Ma to jeszcze jedno znaczenie - podkopanie hegemonii USA. Otóż 29,2% ropy Chiny importują z Rosji,  14,5% z Iranu, a 11,3% z Wenezueli z którymi USA ma relacje raczej chłodne i ewentualne sankcje UZA wymagałyby mechanizmu do ich obchodzenia (na co taki kontrakt pozwalający przekonwertować ropę w złoto świetnie się nadaje).

Warto pamiętać, że w Hong Kongu i Szanghaju są już notowane kontrakty na złoto denominowane w Juanach. Chiny robią więc kolejny krok, aby zassać strumienie finansowe i przepuścić je przez własne giełdy. Chodzi o stworzenie rynku, a ten jest niezbędny jeżeli renminbi ma być walutą która poważnie będzie w przyszłości traktowana jako rezerwowa.

Warto mieć na uwadze, że przekształcenia światowej gospodarki i przesunięcie środka ciężkości do Azji mają miejsce też na poziomie alokacji Chińskich rezerw. Arabia Saudyjska przygotowuje wielkie IPO firmy Aramco. Zakupem akcji giganta wydobycia ropy zainteresowani są właśnie Chińczycy. lewar do przeniesienia kwotowania przynajmniej części światowego handlu ropą na juany będzie więc znacznie silniejszy.

piątek, 8 września 2017

Ulotne inwestycje zagraniczne...

Zastanawiałem się przez chwilę jaki dać tytuł tego wpisu. Chodzi mi mianowicie po głowie pewna myśl. otóż, od czasu do czasu słyszymy jak to politycy czy ekonomiści ekscytują się, że w Polsce tak prężnie rozwija się branża centrów usług outsourcingowych. Duże międzynarodowe korporacje "inwestują" i otwierają swoje biura zatrudniając setki młodych wykształconych ludzi.

Mniej trochę mówi się o tym, że ci młodzi wykształceni ludzie w tychże korporacjach wykonują pracę innych wykształconych ludzi z Irlandii, Niemiec czy Danii, którzy zarabiali dziesięć razy tyle. 

Nie na tym jednak chciałem się skupić. Owszem, warto się cieszyć, ale trzeba mieć na względzie jak ulotne są takie "inwestycje". Przeżywamy obecnie w Polsce boom na budowę biurowców, powstaje masa nowych powierzchni biurowych. Takie globalne korporacje są najemcami tych powierzchni i tam upychają swoich wykwalifikowanych robotników.

Jest jednak różnica pomiędzy inwestycją w zakład produkcyjny a w centrum usług księgowych. Budując fabrykę trzeba w "beton i maszyny" władować pieniądze, które stanowią pewien zamrożony kapitał. Linii produkcyjnej nie da się zwinąć z dnia na dzień. Decyzja o likwidacji fabryki i jej przeniesieniu w inne miejsce jest wszakże możliwe, jednak bardziej długotrwała i trudniejsza. Stąd też taka inwestycja jest bardziej, z punktu widzenia gospodarki wartościowa. Tymczasem globalna korporacja otwiera biura tam gdzie aktualnie ma dostęp do wykwalifikowanej siły roboczej.

Mam taką obawę, że w pewnym momencie kiedy kolejne roczniki opuszczających uczelnie studentów będą coraz mniejsze, globalne korporacje zaczną cierpieć na niedostatek nowych pracowników. Zwiększająca się w wyniku tego presja płacowa skłoni decydentów za biurkiem gdzieś w Nowym Jorku do przesunięcia w tabelce excela takiego centrum usług księgowych z kolumny pt "Polska" dajmy na to na "Białoruś", "Filipiny", do "Tajlandii", czy gdziekolwiek indziej, gdzie będzie wystarczająca podaż umiejących liczyć i mówiących po angielsku młodych ludzi. Z punktu widzenia decydenta globalnej korporacji, taka zmiana (mimo pewnej czkawki związanej z przeniesieniem procesów biznesowych) będzie niewiele odczuwalna. Dla nas, będzie to dramatyczna sytuacja. 

Biuro, w którym do globalnego "inwestora" nie należy absolutnie nic, można opuścić w jeden dzień. Komputerów nawet nie opłaca się przenosić do nowej lokalizacji, a ludzi można zwolnić, względnie zaproponować im przeniesienie się do innego kraju. Zostaną nam puste biurowce i rzesze ludzi, którzy w sumie nie będą mieli doświadczenia zawodowego przydatnego w rodzimym przemyśle. Z punktu widzenia inwestorów jest to zdecydowanie czynnik ryzyka przy wchodzeniu we wszelkiej maści fundusze inwestujące w biurowce, jak również w polską gospodarkę w ogólności.


czwartek, 7 września 2017

Nie chcę promować chwilówek.

Dostaję propozycje publikacji artykułów sponsorowanych, na temat pożyczek krótkoterminowych. Dostaję je pomimo tego iż w warunkach współpracy wyraźnie zaznaczyłem, że takich artykułów na blogu nie chcę publikować.

Dlaczego? Bo jak wchodzę na stronę takiej jednej czy drugiej firmy, to widzę coś takiego:
Prowizja 20% za udzielenie pożyczki? Toż to rozbój w biały dzień. nikomu czegoś takiego nie polecę. Zaciąganie takich długów to prosta droga do katastrofy finansowej i pętli zadłużenia.

Nie będę tego promował nawet pomimo tego, że na tym nie zarobię. Mam z czego żyć, nie zawracajcie mi głowy takimi propozycjami.

środa, 6 września 2017

Bankructwo ZUS?

Kiedyś spierałem się w komentarzach na blogu z jednym z czytelników, który zarzucił mi, że niezasadnie (jego zdaniem) twierdziłem, że nasz system emerytalny doprowadzi do bankructwa ZUS. Argumentował on, że przecież ZUS formalnie zbankrutować nie może, a jak będzie trzeba to państwo dodrukuje ile trzeba i tak czy siak każdy jakąś emeryturę dostanie.

W sumie prawda, dlatego też pomyślałem sobie, że idąc tym tropem, postanowiłem rozwinąć temat. Bo bankructwo ZUS choć formalnie niemożliwe, techniczne się dokona tak czy siak, łącznie z upadkiem całego systemu finansów publicznych. Tak będzie, jeżeli wzrost gospodarczy nie nadąży z dostawami gotówki do budżetu w stopniu wystarczającym do zasypywania rosnącej dziury (wynikającej z demografii).

Nie ukrywam, że do napisania tego wpisu natchnął mnie artykuł, który przeczytałem tutaj. Nie chcę go jednak przepisywać, tylko rozwinąć swoją myśl.

Otóż rzeczywiście formalnie ZUS zbankrutować nie może.Co zatem państwo będzie musiało zrobić kiedy zacznie tam brakować pieniędzy? To co już robiło wcześniej, czyli dopłacić z budżetu. te pieniądze w budżecie mogą pochodzić z różnych źródeł - można wyprzedać majątek narodowy (ale to już w dużej mierze dokonano), można uszczelnić system podatkowy (to się dokonuje ale ma pewne granice możliwości - nie da się osiągnąć szczelności większej niż 100%), można podnieść podatki (ale to stłamsi wzrost gospodarczy i w pewnym momencie może zmniejszyć wpływy do budżetu, można w końcu pożyczyć pieniądze (tyle tylko, że już mamy mnóstwo długów i trzeba od tych długów płacić odsetki, nie da się w nieskończoność zadłużać), można też "zreformować system" i obniżyć emerytury.

Każde z tych rozwiązań jest de facto rozwiązaniem czasowy, ograniczonym i nie rozwiązującym fundamentalnego problemu, polegającego na tym, że system co do swoich założeń nie bilansuje się kiedy mamy w kolejnych rocznikach coraz mniej osób wchodzących na rynek pracy.

Systemy ubezpieczeń społecznych oparte o redystrybucję składki, były pomyślane dawno temu w czasach kiedy średnia długość życia była niższa a przyrost naturalny wyższy. Przy takich założeniach demograficznych piramida (będąca de facto schematem Ponziego, za którą wsadza się do więzienia) była w stanie się przez jakiś czas nie wywracać. Trzeba sobie tylko uświadomić, że umowa społeczna obiecująca emerytury była oparta na oszustwie, na tym, że to piramida finansowa.

Poza tym system jest powykrzywiany przez różnorakie przywileje i ulgi, które w ostatecznym rozrachunku przyczyniają się do tego, że więcej z niego wypływa niż do niego wpływa. 

Będziemy zatem świadkami dosypywania do ZUS z różnych źródeł. A to pieniądze wypłyną z budżetu. Nie będzie ich zatem na coś innego na przykład na drogi, szkoły czy przedszkola. W innym wariancie pieniądze wydrukuje NBP (i w jakiś magiczny sposób obchodząc zakaz zadłużania się budżetu w banku centralnym przekaże je do budżetu państwa) - wtedy wzrośnie inflacja, ceny dóbr skoczą, stracą posiadacze oszczędności (czyli przede wszystkim ci, którzy starali się zaoszczędzić na swoją starość), a ci którzy będą mieli już marne emerytury będą płacić więcej za chleb, jajka czy mleko. 

Niestety nie widzę specjalnie nic co miałoby doprowadzić do zbilansowania całego systemu. politycy mogą łudzić się, że szybki wzrost gospodarczy pozwoli umknąć na chwilę nadchodzącej katastrofie finansowej, ale to jest zamiatanie problemu pod dywan a nie rozwiązywanie fundamentalnie niezbilansowanego systemu. Kiedy smutna prawda się zmaterializuje - będziemy mieli sytuację jak w Grecji.

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Jaki będzie wpływ huraganu Harvey na amerykańską gospodarkę?

Nasze media ekonomiczne i nie tylko nie poświęcają zbyt wiele uwagi tematowi huraganu Harvey, który uderzył w południowe wybrzeże USA. Tymczasem pojawiają się komentarze, że zniszczenia w okolicach Huston w Teksasie mogą przekroczyć te, których doświadczył Nowy Orlean podczas huraganu Katrina.

Postanowiłem wynotować parę zagadnień do przemyślenia w średnim terminie, bez jednoznacznych odpowiedzi. Nie interesują mnie przy tym analizy jednodniowych wykresów, że tam złoto skoczyło, czy ropa. Pytanie jaki będzie średnio i długo terminowy wpływ huraganu na gospodarkę i czy wywróci się z tego powodu coś więcej pociągając za sobą inne klocki.

Obszar wybrzeża Teksasu aż do granic stanu Luizjana to lokalizacja dziewięciu istotnych rafinerii ropy naftowej i znaczących zakładów przemysłowych związanych z przetwórstwem ropy. Już ten fakt powoduje, że ewentualne zniszczenia w infrastrukturze będą miały wysokie koszty finansowe. Sam fakt wystąpienia huraganu powoduje wstrzymanie produkcji (w rafineriach i na platformach) - po Katrinie wracała ona do pierwotnego poziomu przez dziesięć miesięcy.

Zniszczenia w infrastrukturze przetwórczej, zaopatrującej USA w paliwa, mogą (ale czy faktycznie tak będzie), zakłócić dostawy produktów naftowych? To miałoby hamujący wpływ na całą gospodarkę.

We wrześniu rząd USA zbliża się do kolejnego limitu zadłużenia. Jeżeli Kongres go nie podniesie będziemy mieli "government shut-down" jak w 2013, tym razem w trakcie akcji ratunkowej...

Huragan powoduje przerwy w dostawach prądu, co z kolei powoduje problemy przy szeregu innych biznesów nie dotkniętych bezpośrednio huraganem. Po Katrinie występowały zakłócenia w dostawach ropy przez Collonial Pipeline na północny zachód USA.

Straty ponoszą przedsiębiorstwa ubezpieczeniowe i banki kredytujące zniszczone domy.

Zniszczenie infrastruktury i wstrzymanie działalności biznesowej przekłada się na spadek zatrudnienia. W wyniku Katriny w Luizjanie pracę straciło 190 tysięcy ludzi.

Spada PKB - w przypadku Katriny miesiąc po huraganie stopa wzrostu PKB w USA spadła z 4,2% do 1,8% (później wróciła na podobny poziom wraz z rosnącymi wydatkami na odbudowę zniszczonej infrastruktury).

Katrina (sierpień 2005) była przed kryzysem nieruchomościowym, który zaczął się ujawniać w połowie 2006 a kulminował upadkiem Lehman Brothers w 2007. 

Huragan się jeszcze nie skończył - trzeba będzie się przyglądać uważnie wpływowi na gospodarkę.