Przegląd Finansowy - blog, komentarze, opinie.

piątek, 21 kwietnia 2017

Rozkładamy ubezpieczenie mieszkania na czynniki pierwsze. (wpis gościnny)

Ubezpieczenie mieszkania to naturalna czynność. Każdy kto chce zadbać o własne bezpieczeństwo, każdy kto chroni mieszkanie oraz mieszkańców, oprócz skorzystania z różnego rodzaju urządzeń, zabezpieczeń musi wybrać optymalne ubezpieczenie. Wszak nigdy nie wiadomo co może się przytrafić.

Pożary, włamania, zalanie wodą i wiele innych zdarzeń losowych powoduje ogromne straty. Jak zatem ubezpieczyć mieszkanie na wypadek różnego rodzaju negatywnych wydarzeń?


Ubezpieczenie szyte na miarę

Ubezpieczenie i jego opcję powinniśmy wybrać pod katem naszych potrzeb. Trzeba jednoznacznie odpowiedzieć na liczne pytania. Na to co może zagrażać konkretnej nieruchomości, na jakie zdarzenia będzie narażona w szczególności. Należy sprawdzić wartość wyposażenia mieszkania, tak aby w sytuacji zniszczenia nie było problemów z jego odtworzeniem. Brać należy także pod uwagę ryzyko włamania, kradzieży i pod tym kątem szukać również najbardziej atrakcyjnych opcji ubezpieczeniowych.


Ubezpieczenia rozszerzone


Firmy ubezpieczeniowe konkurują ze sobą na coraz bardziej wymyślne oferty, dzięki czemu potencjalni klienci nie muszą obracać się tylko i wyłącznie w temacie ochrony mieszkania, domu. Istnieją opcje rozszerzonych pakietów związane choćby z pomocą ubezpieczonemu w postaci wynajmu mieszkania zastępczego, pomocy prawnej i wielu innych dodatkowych działań.

Warto pomyśleć o OC

Decydując się na wykup ubezpieczenia rozsądnie jest również zainwestować w OC – odpowiedzialność cywilna. To prosty sposób na uniknięcie kosztów związanych ze spowodowaniem nieumyślnych wypadków, zniszczeń dokonanych w domach sąsiadów. Najczęściej mowa tutaj o przypadkowych zalaniach i pokryciu kosztów remontu. Całość zostanie sfinansowana właśnie z polisy OC.


Co wpływa na wartość stawek ubezpieczeniowych?

Zasadniczo brane są pod uwagę elementy wyposażenia mieszkania oraz jego zabezpieczenia. Firmy oferujące polisy brać pod uwagę mogą czy na wyposażeniu lokalu są np. drzwi, szyby czy też rolety antywłamaniowe, posiadające naturalnie niezbędne atesty. Czy właściciel nieruchomości zainwestował w takie zabezpieczenia jak choćby alarm tradycyjny oraz alarm przeciwpożarowy. Czy zamontowana jest choćby kamera zmniejszająca ryzyko włamania. To część elementów o które winni zadbać właściciele dzięki czemu składka może być niższa. Dodatkowo brane jest pod uwagę otoczenie. Brane jest pod uwagę czy mieszkanie znajduje się na osiedlu zamkniętym i chronionym. Sprawdza się również lojalność względem firmy ubezpieczeniowej. Kontynuowanie współpracy czy też posiadanie innych ubezpieczeń to możliwość uzyskania zniżki.


Ile trzeba zapłacić za ubezpieczenie mieszkania?

Powyżej wspomniane zostało co wpływa na wysokość ubezpieczenia oraz jak należy podejść do oceny ryzyka. Teraz czas na sprawdzenie tego ile co może rzeczywiście kosztować jeżeli mowa o składce na jeden rok.

Symulacja zakłada że ubezpieczone zostanie mieszkanie w Gdańsku, o wielkości 43 m2, rok budowy 2007 wyposażone w drzwi antywłamaniowe. Wybierając standardowe ubezpieczenie, do tego decydując się na opcję OC na kwotę 50.000 zł, składka roczna wynosić będzie około 300 złotych. Podobnie sytuacja będzie wyglądać w innych częściach Polski. Ubezpieczenie podobnego mieszkania będzie wiązało się z wydaniem kwoty oscylującej wokół 300 złotych.


Nie zawsze możemy liczyć na wypłatę ubezpieczenia

Oczywiście nie życzymy nikomu problemów związanych z własnym mieszkaniem, domem. Nie życzymy żadnych wypadków losowych ale należy pamiętać, że nie zawsze ubezpieczyciel będzie chciał nam wypłacić ubezpieczenie.

Jakiekolwiek celowe zniszczenia mienia, brak dbałości, rażące zaniedbania odnośnie stanu domu, mieszkania czy też kradzież niezwykle wartościowych przedmiotów takich jak choćby dzieła sztuki. W takich sytuacjach trudno liczyć na odszkodowanie. Przykładowo dzieła sztuki, antyki należy ubezpieczyć osobno. Koszt takiej polisy jest zdecydowanie droższy od tradycyjnej.


Staranne czytanie OWU


Przed podpisaniem umowy o ubezpieczeniu należy dokładnie zapoznać się z wszystkimi informacjami zawartymi w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia, w skrócie OWU. Na co zwrócić uwagę? Jakie detale mają znaczenie?

Domeną wielu osób jest brak dokładnej analizy zapisów w umowach. Bo za długa, za trudnym językiem napisana, presja czasu. To pierwszy błąd w trakcie zawierania umów ubezpieczeniowych. Należy zatem spokojnie wszystko sprawdzić, należy zwrócić baczną uwagę w szczególności na wszystkie informacje odnoszące się do wyłączeń odpowiedzialności ubezpieczyciela za powstałe szkody.


Autor artykułu
Zainteresował Cię temat? Wpadnij również na: Nowe-nieruchomosci.pl

piątek, 7 kwietnia 2017

Crowdfunding udziałowy - ale o co chodzi?

Od jakiegoś czasu obserwuję wysyp na różnych serwisach artykułów na temat takiego pomysłu jak "crowdfunding udziałowy". Odnoszę wrażenie, że jest to temat dosyć intensywnie promowany, fakt - dosyć nowy, jako koncepcja, no i w związku z tym intensywnie promowany. 

W tej promocji jednak widzę wiele niedopowiedzeń i obawiam się, czy za chwilę nie wyniknie z tego jakaś kolejna afera.


W czym rzecz. Koncepcja polega na tym, że firma, która ma pomysł na biznes poszukuje kapitału, dostarczyć go mogą zainteresowani wejściem w inwestycję drobni inwestorzy. So far so good. Pośredniczy w tym procesie ten czy inny serwis, który organizuje proces pozyskiwania wspólników do spółki. Rzecz opiera się o udziały w spółce z o.o. aby nie podpadać pod regulacje KNFu o ofercie publicznej (akcji). Taki serwis bierze na siebie pełnomocnictwo objęcia udziałów w imieniu inwestora, a ten może za niewielką sumę te udziały nabyć. Ponoć można nawet płacić kartą.

Gdzie ja widzę problem i dlaczego znowu marudzę? (Tak - marudziłem też o Amber Goldzie a potem widzieli wszyscy co z tego wyszło).

Otóż mam wrażenie, że w całym tym procesie promowania tego typu inwestowania, (zainteresowane wypromowaniem tematu) firmy pośredniczące przedstawiają same superlatywy, nie mówiąc nic o ryzykach. A przecież inwestycja w spółkę wiąże się też z ryzykiem. Ryzyk jest mnóstwo, a w materiałach informacyjnych jest o tym niewiele.

Jakie ryzyka? A no proszę, biznes nie wyjdzie, spółka upadnie, inwestorzy się nie dogadają, albo do spółki zostanie wprowadzony większościowy udziałowiec, który spółkę przejmie, pośrednik zachachmęci forsę, zarząd spółki ukradnie pieniądze, etc etc. Z wszystkim się trzeba i należy liczyć, dokumenty trzeba czytać ze zrozumieniem i analizować, przystąpienie do spółki w roli udziałowca to zawarcie pewnej umowy a nie kupno batonika w sklepie.

Jak sobie przeczytałem taki regulamin jednego pośrednika (organizującego taki crowdfunding), to on generalnie jest zwolniony z wszelkiej odpowiedzialności za cokolwiek. W szczególności kiedy do inwestycji nie dojdzie, z tych czy innych względów. Tymczasem w niektórych przypadkach to pośrednik jest faktycznym udziałowcem w spółce, a ostatecznemu inwestorowi sprzedaje tylko rodzaj "usługi finansowej", co mi osobiście zapala bardzo czerwoną lampkę.

Tymczasem promotorzy tego procesu milczą i uważam, że to bardzo źle. Bo za chwilę jedna czy druga spółka upadnie (bo biznes jest np. ryzykowny i nie wyjdzie), a rozczarowani inwestorzy będą chodzić do telewizji się wypłakać. A to wszystko dlatego, że nie zrozumieli (a nikt im nie przypomniał o tym), że inwestowanie wiąże się z ryzykiem. Na koniec przyjdzie ten czy inny organ państwowy i całego procederu zakaże, wylewając dziecko z kąpielą. 

Bo ja nie twierdze, że crowdfunding udziałowy jest zły, absolutnie. Twierdzę tylko, że powinien być przekazywany potencjalnym inwestorom kompletny i rzetelny zestaw informacji, a nie tylko słodkie reklamowe kity jak to łatwo, pięknie, szybko i zyskownie.

Dlaczego się tak wywnętrzam? Bo widzę te artykuły promocyjne i krew mnie zalewa. Zgłosiła się do mnie swego czasu taka osoba, z propozycją artykułu promocyjnego. Odpisałem, że chętnie zamieszczę na blogu, pod warunkiem wszakże, że będzie to temat rzetelnie opisany. Zadałem parę trudnych zagadnień do wyjaśnienia. 

Przykładowo poprosiłem aby  opisać dla jakiego rodzaju inwestorów jest przeznaczone uczestnictwo w tego rodzaju przedsięwzięciach - moim zdaniem stawia ono pewne wymagania inwestorowi, tzn. musi on mieć pewne doświadczenie biznesowe, aby być w stanie we właściwy sposób ocenić ryzyka i stronę formalną uczestnictwa w jakimś przedsięwzięciu/inwestycji. Według mnie nie każdy się do tego nadaje i nie każdy ma wiedzę i umiejętność oceny, na ile inwestycja w danej formie jest płynna, na ile niesie ze sobą ryzyka i na ile obietnica zysku jest realna do spełnienia. Nie umniejszam przy tym roli doradców, ale wg. mnie nie można się zdawać całkowicie i wyłącznie na nich.

Żaden artykuł promujący temat crowdfundingu jaki czytałem, o tym wyczerpująco nie wspomina. Uważam, że to źle.

Kolejne pytanie jakie zadałem dotyczyło roli pośrednika w relacji między inwestorem a spółką zarówno na etapie pozyskiwania środków, jak i później. Bardzo wiele od tego zależy jaka jest rola pośrednika i czy on uczestniczy w tej inwestycji jako "zbieracz środków" czy jako "pełnomicnik udziałowców". W każdym wypadku jest inny zestaw potencjalnych ryzyk i inny zestaw klauzul w umowie, które trzeba przeczytać ze zrozumieniem. Ale także o tym żaden promocyjny artykuł nie wspomina. A potem się ten czy inny inwestor zawiedzie i będzie płakał.

Kolejna rzecz to ryzyko takich inwestycji. Jest ono podwyższone, inwestycje dotyczą startupów czyli projektów o potencjale, które jednak mogą nie wypalić. Na naszym polskim rynku nie ma jeszcze takich statystyk i doświadczenia jeżeli chodzi o przeżywalność startupów, w takim materiale informacyjnym należy o tym wspomnieć. Moim zdaniem to nie są inwestycje dla osób, które zakładają że na pewno wyjdą z inwestycji po 3-5 latach  zyskiem! Mogą nie wyjść bo spółka będzie wymagała dokapitalizowania, może się okazać, że nie uda się zrealizować założeń rynkowych albo że plan się przedłuży i taka inwestycja to nie lokata. NIKT O TYM NIE WSPOMINA! Pisze się tylko ile miliardów zebrała jakaś tam spółka w procesie crowdfundingu za granicą - gdzie Rzym a gdzie Krym!

Nie odpowiedziano mi nawet na pytania o formalną stronę przedsięwzięcia. Pomija się to trochę milczeniem,a to jest ważne jaka jest strona formalna takiej inwestycji, tzn. czy inwestor obejmuje udziały w spółce, obligacje czy w jakiejś innej formie uczestniczy w przedsięwzięciu a co za tym idzie jakie są jego prawa w związku z wyłożonym kapitałem. Co się dzieje z kasą przekazaną pośrednikowi, etc.

Tak więc po zadaniu tych kilku kwestii do opisania w artykule (który wtedy rzetelnie wykładałby temat) nigdy już więcej odpowiedzi i zainteresowania nie otrzymałem.

Mniemam zatem, że trzeba być bardzo, ale to bardzo ostrożnym wchodząc w takie przedsięwzięcia. należy czytać uważnie umowy i regulaminy i krytycznie je analizować, bo one są pisane na złe czasy jak coś nie wyjdzie. nie dajcie się omamić wizją złotych gór bo wielu inwestorów w tej czy innej inwestycji już popłynęło na swojej chciwości.


wtorek, 4 kwietnia 2017

Rozważań o przyszłości - ciąg dalszy

Nie chciałbym, żeby wyszło, że marudzę z tą nadchodzącą recesją o której pisałem w poprzednim wpisie. Tak się jednak składa, że kolejny raport analityczny, który otrzymałem, też dotyka trochę tego tematu. 

Współcześnie w świecie widać narastające rozróżnienie pomiędzy krajami, które są w stanie utrzymać wzrost gospodarczy, bazując na wewnętrznym popycie, a tymi, które uzależnione są od eksportu. Bardzo wiele krajów jest silnie wystawionych na zjawiska zachodzące w światowym systemie gospodarczym, co przekłada się na to, że turbulencje na świecie wywołują napięcia wewnętrzne. 

Weźmy przykładowo takie kraje jak Rosja czy Arabia Saudyjska, uzależnione od wpływów z eksportu surowców energetycznych, czy Niemcy oraz Chiny uzależnione od eksportu towarów. Spowolnienie gospodarcze na świecie wywołuje w tych krajach wewnętrzne napięcia, w każdym inne, ale związane z tą samą przyczyną.

Niemcy, o których pisałem w poprzednim wpisie nie doświadczyły jeszcze spadku eksportu, ale z dużym prawdopodobieństwem doświadczą. Doświadczają już jednak wewnętrznych napięć, a procesy te będą narastać.

Oddalając trochę perspektywę, spójrzmy szerzej. Rynek giełdowy w USA jest nieracjonalnie napompowany. Gdyby liczyć czas od ostatniej recesji i przyjąć, że kalendarzowo spowolnienie gospodarcze powinno pojawiać się cyklicznie co jakieś sześć siedem lat, to powinniśmy już mieć kryzys. Skoro go nie ma, to z każdym kolejnym rokiem jego brak jest raczej anomalią niż normą.
 
Można się spodziewać, że umiarkowany wzrost w USA przełoży się na eksport niemiecki. O tym już pisałem. Nie pisałem (a może kiedyś dawno w Newsletterze, kiedy jeszcze wychodził), że te problemy gospodarki niemieckiej stanowią ryzyko dla systemu bankowego w całej Europie. Elementem tego potencjalnego zagrożenia jest (o czym już na 100% pisałem kiedyś w Newsletterze), narastający problem sektora bankowego we Włoszech. Nadal nie rozwiązany, mający swoje odpryski polityczne i zagrażający bezpieczeństwu banków niemieckich i francuskich.

Sądzę, że niepewność wokół Brexitu, też przełoży się na ogólną ostrożność inwestorów w pakowaniu się w długoterminowe przedsięwzięcia gdziekolwiek czy to na wyspach, czy na kontynencie. tymczasem sektor bankowy w Europie pochłonięty własnymi problemami nie będzie się chętnie ładował w nakręcanie inwestycji.

Nie chcę się powtarzać, ale dla Europy Wschodniej problemy gospodarcze Niemiec mogą skutkować spowolnieniem. Będzie ono tym bardziej odczuwalne i bardziej dany kraj jest częścią łańcucha dostaw niemieckich koncernów.

poniedziałek, 27 marca 2017

Czy w 2018 nadejdzie globalna recesja?

Wpadł mi w ręce raport przygotowany przez CPM Group - firmę analityczno doradczą, która koncentruje się przede wszystkim na rynku metali szlachetnych.

Czytam sobie w tym raporcie tezy, zbieżne generalnie z tym, co dociera do mnie z innych źródeł. Mianowicie twierdzą oni, że przyszły rok może być tym, w którym pojawi się recesja, która może dorównać tej z lat 2007-2009. Generalnie przyczynkiem do problemów gospodarczych wydają się być zakusy polityków, aby podejmować działania ograniczające wolny handel.Brexit, pomysły Trumpa czy problemy w Europie mogą wyhamować światową wymianę handlową, a rosnące stopy procentowa podciąć skrzydła wielu biznesom, które funkcjonują na nikłym marginesie zysku.

Z resztą przykładowo w takiej gospodarce USA identyfikuje się np. kredyty studenckie jako kolejną bańkę, której pęknięcie będzie miało równie opłakane skutki jak w przypadku bańki nieruchomościowej w 2007-2008 roku. Czy to nie jest przesadzone? Trudno mi powiedzieć.

Jest inny czynnik, który może i powinien napawać niepokojem. otóż w przypadku poprzedniego kryzysu banki centralne gasiły go zasypując rynek tonami świeżo drukowanych pieniędzy. Te pieniądze nie zostały ściągnięte z rynku i bilansów banków centralnych, one nadal tam są. W efekcie powtórzenie tej operacji może nie odnieść już pożądanych skutków w przypadku kolejnego kryzysu.

Jeżeli dojdzie do sytuacji, że izolacjonistyczne polityki rządów zostaną wprowadzone w życie, do może dojść do wzrostu cen na rynkach światowych, ze względu na dodatkowe cła i wyższe koszty prowadzenia handlu. Wprowadzenie zapowiadanego przez Trumpa stimulansu fiskalnego, może wywołać presję na wzrost płac w USA. To pociągnie za sobą impuls inflacyjny i podwyżkę stóp przez FED, a w konsekwencji upadek tych biznesów, które żyły z taniego finansowania. Realny staje się zatem scenariusz stagflacji.

Także ECB przebąkuje o podwyżce stóp. To z kolei przełożyć się może na umocnienie euro do dolara i też przyczyni się do pogorszenia bilansu handlowego EU-USA.  Pod warunkiem, że w sferze politycznej w Europie wreszcie wszystko się wyjaśni... czyli jeszcze nie w tym roku.

Jak to się może przełożyć na nasze krajowe podwórko? Cóż, nasz największy parter handlowy, czyli Niemcy ma w handlu z USA nadwyżkę eksportową wartości blisko pięciu miliardów dolarów miesięcznie. Niemcy eksportują do USA blisko 10% wartości całego swojego eksportu. Ograniczenia tego strumienia wymiany handlowej odbiją się na firmach z Polski, które niejednokrotnie są dostawcami czy podwykonawcami dla niemieckich koncernów.

Jedno jest pewne, wydaje się, że zachowanie wzmożonej ostrożności na przełomie tego i przyszłego roku jest uzasadnione. Warto śledzić doniesienia o stanie gospodarki USA i Niemiec bo może to mieć znaczenie dla naszego krajowego podwórka i stanu naszej gospodarki.

środa, 15 marca 2017

Chiny, złoto i ropa - układanka

Jest pewna układanka, jeżeli chodzi o globalny system monetarny, na którą chciałbym Wam zwrócić uwagę. Weźcie pod uwagę pewne fakty.

Obecny system, w którym dolar stanowi dominującą walutę rezerwową nie byłby możliwy gdyby nie miał oparcia w czymś więcej. Po zamknięciu przez Nixona możliwości wymiany dolarów na złoto, Amerykanie potrzebowali czegoś co pozwoliłoby wesprzeć dolara. 

W latach siedemdziesiątych zawarte zostało porozumienie z panującą w Arabii Saudyjskiej rodziną królewską, które przewidywało, że Arabowie będą sprzedawali na światowych rynkach ropę wyłącznie za dolary. Otrzymane petrodolary miały być inwestowane w USA (przede wszystkim w amerykańskie obligacje skarbowe), a w zamian Arabia Saudyjska dostała gwarancje bezpieczeństwa i dostawy broni od Amerykanów.

Generalnie układ ten działał jeszcze do niedawna i posiadane przez Arabię Saudyjską rezerwy obligacji USA rosły wraz z cenami ropy. Ostatnio jednak ilość posiadanych przez nich amerykańskich obligacji zaczęła się zmniejszać, a na linii USA - Arabia Saudyjska pojawiły się napięcia.

Cofając się jednak do lat siedemdziesiątych - ustanowiono wtedy system, w którym ktokolwiek chciał kupować ropę na rynkach światowych musiał wcześniej wymienić swoją walutę na dolary. Zapewniało to stałe zapotrzebowanie na dolara i w konsekwencji na amerykańskie papiery skarbowe.

W 2010 roku zaczęto podnosić głośno kwestię, że nowy system monetarny, nie byłby wcale taką złą ideą. Ówczesny prezydent Banku Światowego sugerował aby uwzględnić złoto jak punkt odniesienia i włączyć do międzynarodowego systemu chińskiego juana.

W 2012 roku Iran zaczął przyjmować w juanach płatności za eksport ropy do Chin. Była to odpowiedź na sankcje odcinające go od systemu SWIFT. Większość tych rozliczeń w juanach przechodziła przez banki rosyjskie.

W 2013 roku Ludowy Bank Chin ogłosił, że czas zacząć ograniczać posiadane przez Chiny rezerwy w amerykańskich obligacjach. W 2014 roku globalne rezerwy walutowe zaczęły spadać. Chińskie rezerwy utrzymywane w obligacjach USA także zaczęły się zmniejszać. Tymczasem w Szanghaju uruchomiono Szhanghai Gold Exchange, celem miało być uruchomienie handlu złotem wycenianym w juanach.

W 2015 roku Gazprom zaczął sprzedawać Chinom ropę za juany oraz zaczął rozmowy nad użyciem juanów i rubli do rozliczeń dostaw gazu w planowanym rurociągu na zachodniej Syberii. 

W 2016 roku Saudyjczycy zagrozili sprzedażą wszystkich obligacji USA w odpowiedzi na uchwałę senatu wiążącą ich z zamachami z 11 września. Wkrótce potem Chiny uruchomiły na SGE fixing złota w juanach.

Jednocześnie oficjalnie raportowane rezerwy złota zarówno Rosji jak i Chin stale rosną. Jednak po 2013 roku rosyjskie rezerwy zaczęły rosnąć jeszcze szybciej. Chiny z kolei stały się największym na świecie importerem ropy naftowej. W konsekwencji Chiny planują już od kilku lat wprowadzenie własnego kontraktu futures na ropę naftową wycenianego w juanach. 

Czy widzicie już jaki system wyłania się z tego połączenia? Powoli dolar zaczyna tracić oparcie jakie dawał mu rynek ropy naftowej. Z kolei wokół waluty chińskiej zaczyna powstawać system pozwalający eksporterom ropy sprzedawać ją za juany i wymieniać pozyskane w ten sposób rezerwy na złoto bez pośrednictwa amerykańskiej waluty.

Czy gdybyście byli krajem produkującym ropę, to ograniczalibyście jej produkcję aby uzyskać jak najwięcej "masowo produkowanego towaru" jakim są dolary? Czy też zwiększylibyście jej produkcję tak aby zakupić za nią jak najwięcej złota (którego nikt więcej nie wyprodukuje, a którego cena w nowym systemie monetarnym ma szanse znacząco wzrosnąć)?

piątek, 10 marca 2017

Moja przygoda z bitcoin, BTC zrównał się z ceną uncji złota - co dalej? Moje przemyślenia.

Niniejszy wpis powstawał w ciągu ubiegłego tygodnia, kiedy realizowałem swoje postanowienie całkowitego zamknięcia długiej pozycji w BTC. Jak postanowiłem tak zrobiłem, ale trochę to jednak trwało z powodów, o których między innymi napiszę poniżej. Cena bitcoina wywindowała się ostatnio tak dalece, że przekroczyła cenę uncji złota. Fakt ten spowodował, że do mainstreamu przebiła się informacja o tym, że bitcoin w ogóle istnieje. Był to dla mnie sygnał aby całkowicie zlikwidować pozycję w bitcoinie. Ustawiłem sobie taki znacznik sygnalny wychodząc założenia, że użyteczność uncji złota jest jednak większa niż jednego BTC. Życie i fakty zdają się potwierdzać moją tezę.

Moja przygoda z bitcoinem rozpoczęła się około dwa lata temu. Napisałem na ten temat kilka wpisów:


Pisząc te teksty zadałem sobie kilka zasadniczych pytań na temat potencjału tej technologii. Świadomie nie nazywam bitcoina walutą dlatego, że ostatnie wydarzenia na rynku uświadamiają mi jak dalece jest to rozwiązanie niestety niedoskonałe.

Pomimo tego, że uważam bitcoina za niezwykłą technologie z ogromnym potencjałem, mam także mocno ostrożne podejście co do jego przyszłości i rozpowszechnienia się. Nie znaczy to, że nie próbowałem na nim zarobić. Owszem próbowałem, ale nie popadając w fanatyzm, jaki czasem daje się wyczytać na niektórych forach. Podszedłem do tematu raczej pragmatycznie zadając sobie pytanie ile mogę stracić. To niestety nie jest tak pięknie i różowo, jak niektórzy chcieliby aby było. Ostatnie kilka lat cena BTC rosła i o zarobek niełatwo, ale i zmienność może być stresująca. Moje podejście polegało raczej na pasywnym kup-trzymaj-czuwaj.

Wracając jednak do fundamentów, to w tym czasie dwóch ostatnich lata nabrałem przekonania i wiedzy, że technologia bitcoina zmaga się z poważnymi problemami i jeżeli nie zostaną one rozwiązane to niestety ale pozostanie niszowa.

Technologia bitcoin od pewnego czasu zmaga się z bardzo poważnym ograniczeniem wydajnościowym. Nie wdając się w szczegóły techniczne, chodzi o to, że przy zwiększającej się (wraz z popularnością) liczbie transakcji, coraz dłużej trzeba czekać na przekazane środki, albo konieczne jest opłacanie coraz wyższych prowizji. 

W przypadku dużej kumulacji zleceń sieć momentami praktycznie się zatyka. Moim zdaniem powoduje to, że technologia ta się nie sprawdzi jako rozwiązanie do masowych płatności (a jako taka była swego czasu "reklamowana"). Z resztą z samego założenia protokołu bitcoina wynika, że skoro  blok (paczka transakcji do zatwierdzenia) jest generowany średnio co 10 minut to przynajmniej tyle (a w praktyce więcej, o czym dalej) będzie się czekało na potwierdzenie transakcji. To de facto eliminuje system jako "instant payment" - czy wyobrażacie sobie płacenie w ten sposób za zakupy w kasie? Niewykonalne, tymczasem wyciągając kartę bankową tak właśnie jest. Do czego zatem ma służyć bitcoin?

Co istotne - to, że do problemów wydajnościowych dojdzie z pewnością, było wiadome mniej więcej od dwóch lat. W tym czasie powstał szereg propozycji technicznych rozwiązania sytuacji, jednak konsensusu wśród społeczności deweloperów rozwijających oprogramowanie bitcoina nie osiągnięto. Co gorsza pojawiły się podziały i wzajemne oskarżenia o uprawianie polityki na korzyść tej czy innej grupy interesów. Warto przy tym wiedzieć, że bitcoin jako kryptowaluta nie istnieje bez oprogramowania implementującego jego podstawową funkcjonalność czyli potwierdzanie transakcji. Oprogramowanie to tworzą deweloperzy, ale użytkują wszyscy pozostali, szczególną grupą interesu są przy tym tzw. "górnicy" dostarczający mocy obliczeniowej niezbędnej by sieć bitcoina mogła w ogóle jakakolwiek transakcję przetworzyć. Podziały w społeczności mogą w szczególnym przypadku doprowadzić do podziału sieci na dwie i de facto na rozpadzie waluty na dwie równoległe - jaki może to mieć skutek dla inwestorów i użytkowników? Raczej kiepski.

Sieć bitcoin jest poza tym podatna na ataki spamerskie, na które w obecnej sytuacji nie ma lekarstwa. Te jeszcze bardziej przyczyniają się do zadławienia już przeciążonej sieci. Aktualnie sytuacja wygląda tak (i wiem to z doświadczenia), że nawet przy całkiem wysoko ustawionych opłatach za transakcję, oczekiwanie na potwierdzenie przekazania środków może wynieść (w moim przypadku kilka razy się tak zdarzyło) nawet kilka godzin! Jest to sytuacja nieakceptowalna w każdym praktycznie zastosowaniu płatniczym poza przekazami międzynarodowymi. Jest to z resztą nie do przyjęcia w sytuacji, kiedy potrzebujemy szybko ewakuować się z danego rynku. Co gorsza liczba transakcji oczekujących w kolejce na potwierdzenie cały czas rośnie. W tej chwili kiedy piszę te słowa jest ich już około kilkadziesiąt tysięcy i liczba ta rośnie. W sieci pojawia się około 3-4 transakcji na sekundę więc korek się nie rozładowuje, ale powoduje, że konieczne jest ustawianie coraz wyższych prowizji. Istnieje (według mojej opinii) obawa, że jeśli problem przepustowości systemu nie zostanie rozwiązany, to cały system finansowy wokół bitcoina tj. giełdy, kantory, sklepy - zwolni i w pewnym momencie stanie na dobre.

Jaki jest pożytek z posiadania tokenów kryptowaluty, z którą niespecjalnie można cokolwiek zrobić? Jaki jest sens korzystania z narzędzia, które używane zgodnie z przeznaczeniem staje się niezdatne do użytku?

Z resztą uzależnienie systemu od funkcjonowania cały czas, konsumującej energię, mocy obliczeniowej sieci komputerów nasuwa mi także szereg kolejnych wątpliwości. Na pewno uzależnienie od sprawnego funkcjonowania rzeszy komputerów nie sprawi abym przyjął, że bitcoin zasługuje na miano cyfrowego złota.

Otóż właśnie to jest zasadnicza różnica względem tradycyjnych form pieniądza i wada bitcoina. Chodzi o uzależnienie od technologii. Bitcoin nie istnieje bez prądu elektrycznego, więc w przypadku katastrofy naturalnej na nic się nam nie zda. Jak widać jest także uzależniony od sposobu technologicznej implementacji, która nie jest pozbawiona wad.

Jeśli zaś chodzi o tę technologiczną implementację sama społeczność skupiona wokół bitcoina i rozwijająca oprogramowanie służące do jego obsługi okazuje się być dosyć podzielona i wręcz skłócona co do sposobu implementacji rozwiązań mających usprawnić jego wykorzystanie w przyszłości. Stoi więc na tym, że brak konsensusu prowadzi do zadławienia się systemu w obecnym stanie i staje się blokadą rozwojową na przyszłość. Nie wróży to dobrze technologii z olbrzymim potencjałem. Co do wpływu na wartość jednostki BTC, to moim zdaniem kiedy przyjdzie otrzeźwienie rynek czeka zimny prysznic.

Co do wartości jednostek BTC to należy zauważyć, że o ile w samym algorytmie kreacji bitcoinów zapisano ich deflacyjny charakter, to mamy do czynienia z istną inflacją różnorakich wirtualnych kryptowalut. Jaka będzie rola BTC w tym systemie za np. pięć lat? Tego nie jesteśmy w stanie przewidzieć.

Co jeszcze można dołożyć do tego ogródka? No cóż, szczęśliwie uniknąłem hakerskich ataków zmierzających aby ukraść mi bitcoiny z komputera. Wielu użytkowników jednak nie jest w stanie się uchronić przed tego rodzaju przestępczością. Co gorsza, im dłużej korzystam z bitcoina tym bardziej przekonuję się, że technologiczne skomplikowanie i wysublimowanie zastosowanych w nim rozwiązań kryptograficznych, nie przyczyni się do umasowienia tej kryptowaluty. Generalnie przeciętny człowiek nie jest w stanie zrozumieć jak to działa, a niestety w niektórych przypadkach takie zrozumienie jest konieczne aby z tej technologii w sposób bezpieczny korzystać. Dochodzimy zatem do tego, że to co dla entuzjastów jest proste i oczywiste, wcale nie jest takie dla przeciętnego "Kowalskiego" i po pierwszym zainteresowaniu może go skutecznie zniechęcić. Monety, banknoty czy płatności kartą debetową są proste do zrozumienia, bitcoin nie jest.

Problem stopnia skomplikowania technologii przekłada się na konieczność stosowania skomplikowanych zabezpieczeń przed kradzieżą. Niestety przerasta to nawet operatorów płatności czy giełd. Co rusz słyszymy o upadłości, czy kradzieży z jakiejś giełdy bitcoinowej. Raz sprawcami są hakerzy, innym razem sami właściciele, jeszcze innym - nie wiadomo kto. Nawet mnie udało się doświadczyć upadłości jednej z polskich bitcoinowych giełd, szczęściem nie przechowywałem na niej wtedy akurat żadnych środków, ale miałem okazję śledzić problemy tych, którzy pieniądze potracili - nic przyjemnego.

Skomplikowanie technologii to także problemy związane z błędami w implementacji protokołu i klienta. Jeżeli takie wystąpią (co nie jest niemożliwe  bo zdarzało się w przypadku bitcoina jak i innych kryptowalut) istnieje realne ryzyko, że ktoś straci pieniądze nie przez włamanie, ale przez błędy w działaniu systemu.

Z resztą skomplikowanie wydaje mi się problemem w ogóle dla szerszego rozpowszechnienia tej technologii. Karty płatnicze są jednak prostsze w użyciu i nie miałbym problemów z objaśnieniem sposobu ich działania komuś niezorientowanemu w technologii i mającemu swoje lata. Tymczasem bitcoin? Z jego adresami, transakcjami, potwierdzeniami w łańcuchu bloków, adresami reszty, portfelami, kluczami publicznymi i prywatnymi jest jednak trochę bardziej skomplikowany. Nie pomaga tu nawet próba trzymania się analogii do monet i upraszczanie nazewnictwa. Ko nie wierzy niech spróbuje wytłumaczyć babci jak z tego korzystać...

Następnym elementem jest zmienność cen. Kurs BTC potrafi się zmienić o kilkadziesiąt procent w ciągu dnia, taka zmienność nie jest pożądana dla niektórych z potencjalnych inwestorów czy użytkowników. Dla niektórych jest to świetna okazja do zarobku, dla innych przyczyna strat. Fakt faktem rynek jest dosyć płytki i większe zainteresowanie powoduje okresy wzmożonej zmienności. 

Jak więc można sobie wyobrażać ludzi, chodzących po ulicach z portfelami bitcoinów i płacących nimi za zakupy skoro aktualnie wahania cen potrafią sięgnąć kilkudziesięciu procent dziennie? Oczywiście w odpowiedzi usłyszymy, że jest to technologia w fazie zalążkowej i jak się rozwinie to się ustabilizuje, etc... tylko jak ma się rozpowszechnić przy takiej zmienności cen? Trochę mam wrażenie jesteśmy w błędnym kole, a adwokaci bitcoina próbują trochę jakby zaklinać rzeczywistość...

W końcu nieokreśloność prawna, która o dziwo szybciej się rozwiązuje niż problemy technologiczne. Czy za chwilę nie okaże się tak, że systemy prawne dostosują się do faktu istnienia kryptowalut szybciej niż technologia bitcoina poprawi swoją wydajność?

Pojawia się więc pytanie o to w jakim kierunku ta technologia zmierza, czemu i komu miałaby służyć i do czego. Niestety trudno w tym momencie powiedzieć. na razie głównie zainteresowani są nią spekulanci liczący na wzrost kursu, który już hiperbolicznie zmierza do nieskończoności. Jako technologia blockchain ma to rozwiązanie zapewne ogromny potencjał i szereg zastosowań, jako technologia masowych płatności niestety szereg ograniczeń, jako mechanizm transferu środków także... 

Być może trendu się nie da odwrócić i użycie bitcoina będzie coraz powszechniejsze, być może przyjmie inną formę, taką dla bardziej wtajemniczonych, podczas gdy dla masowych użytkowników powstaną inne rozwiązania. Fakt faktem, tych problemów w kontekście potencjału bitcoina jako pieniądza jest wiele. Z resztą w mniejszym lub większym stopniu dotyczą one także innych kryptowalut.

Na koniec jeszcze aby dopełnić obraz, należy zwrócić uwagę (potencjalnych inwestorów) na ryzyka legislacyjne i podatkowe. Na tę chwilę byt prawny kryptowalut nie jest uregulowany w większości krajów świata, a podejście do nich bywa skrajnie różne od delegalizacji i penalizacji do prac nad uznaniem za pełnoprawny środek płatniczy. To się zmienia, w niektórych krajach nawet calkiem szybko na korzyść.

Należy mieć jednak na uwadze, że technologiczne uzależnienie bitcoina od funkcjonowania określonych komputerów prowadzących obliczenia jest jednocześnie dużą podatnością gdyby rządy postanowiły "wyłączyć" sieć. Cóż bowiem stoi na przeszkodzie aby wydać przepisy ściśle regulujące wymianę bitcoinów na walutę i każące zarejestrować każdy działający w sieci bitcoin komputer w centralnej rządowej bazie pod groźbą kary? BTC nie stanie się wtedy ucieczką pd chaosu kryzysu finansowego, ale pułapką, w której nasze środki zarekwiruje rząd. Niemożliwe? Mało prawdopodobne? Ale jednak nie wykluczone...

Uważam, że pozostając entuzjastą nowej technologii jako inwestor należy podejmować decyzje kierując się pragmatyką i analizą ryzyka. Powyższe to są niektóre z ryzyk związanych w inwestowaniem pieniędzy w kryptowalutę. Stopy zwrotu mogą być zachęcające, ale i potencjalne straty duże. Warto mieć to na uwadze.

poniedziałek, 6 marca 2017

Dlaczego stajemy się dłużnikami?

Polacy są zadłużeni na łączną kwotę ponad 40 miliardów złotych.


Wylicza się, że w każdym kolejnym kwartale wartość zadłużeń wzrasta o 1,07%. Najwięcej dłużników mieszka w województwie śląskim i mazowieckim. Okazuje się, że dłużnikami jest aż 6,1% Polaków – to ci, którzy nie spłacili w terminie do 60 dni zobowiązań o wartości minimum 200 złotych. W tzw. grupie podwyższonego ryzyka, czyli tej, która obarczona jest zagrożeniem niespłacania należności w terminie przeważają mężczyźni. Aż 60% mężczyzn jest zresztą dłużnikami, od których trudno wyegzekwować spłatę długu. Wartość długów wynosi najczęściej od 2100 złotych do 5000 złotych.

Zgodnie ze statystykami, aż 33% dłużników ma niespłacone w terminie zaległości w wyniku czynników zewnętrznych. 28% popada zaś w długi, bo źle gospodaruje budżetem i zaciąga zbyt dużą liczbę pożyczek, których nie jest potem w stanie spłacić.

Nie tylko złe zarządzanie domowym budżetem sprawia, że popadamy w coraz większe długi. Przyczyną nieradzenia sobie ze spłatą należnych zobowiązań w terminie mogą być też przypadki losowe, w tym utrata pracy czy choroba bliskiej osoby. Nie zawsze mamy wpływ na niekorzystną sytuację finansową, ale to od nas zależy, jak z niej wybrniemy. Ciekawostką jest tutaj fakt, iż 9% badanych przyznaje, że w długi popadają tylko osoby o słabym charakterze, nieporadne. Nie łączą oni absolutnie zadłużenia z rozrzutnością i życiem ponad stan.

Badania wykazują, że w długi popadamy zwykle w wyniku nadmiernej konsumpcji. Wydajemy o wiele więcej niż zarabiamy, wybieramy produkty drogie i lepszej jakości aniżeli tańsze zamienniki. Większość Polaków nie ustala też priorytetów w kwestii miesięcznych wydatków. W pierwszej kolejności powinniśmy spłacać należne zobowiązania, takie jak rachunki za czynsz, gaz, prąd, telewizję, telefon czy internet – to właśnie dostawcy tych mediów stają się najczęściej wierzycielami. Osoby, które nie posiadają wystarczającej wiedzy finansowej, powinny sporządzać comiesięczną listę wydatków, zgodnie z własnymi możliwościami.

Czy wiecie, że aż 22% dłużników zaciąga kolejne zobowiązania, by móc spłacić te pierwsze? Niestety jest to typowy mechanizm zjawiska, jakim jest spirala zadłużenia. Osoby, których miesięczny dochód nie jest wystarczający na terminową opłatę bieżących rachunków, zaciągają pożyczki. Później, by je spłacić, wnioskują o kolejne. Dochodzi do sytuacji, kiedy tracą zdolność finansową i nie mają możliwości wywiązania się z pojętych zobowiązań. To moment, kiedy wierzyciel zwraca się do firmy windykacyjnej, celem odzyskania długu.

Każdy dłużnik powinien dążyć do oddłużenia. Rozwiązaniem nie jest konsolidacja zadłużeń ani pozbycie się mienia na rzecz przeterminowanych zobowiązań. Nie należy dopuszczać do sytuacji, w której zadłużenie będzie przyczyną złożenia wniosku do sądu. Wyrok natychmiastowej wykonalności wiąże się z zaangażowaniem w sprawę komornika, który bezwzględnie reprezentuje wierzyciela, zajmując mienie dłużnika. Najlepszą opcją jest więc współpraca z windykatorem, który umożliwia negocjacje. Ich efektem jest korzystny system spłaty należności zarówno dla wierzyciela, jak i dłużnika.

Artykuł powstał w oparciu o treści ze strony Intrum Justitia.

Wpis jest wpisem gościnnym autorstwa redaktorów współpracującego serwisu