środa, 20 listopada 2019

Jakie będą emerytury?

Tak obserwuję dyskusję która ostatnio przetoczyła się przez media w związku z projektem zniesienia tzw. 30-krotności w składkach na ZUS, kwestią minimalnej i maksymalnej emerytury, PPK, IKE, IKZe i generalnie systemem emerytalnym. Tak obserwuję i utwierdzam się w przekonaniu, że przyjmowanie założenia, że jakikolwiek system stworzony przez polityków nam coś zagwarantuje jest samooszukiwaniem się. Moje przeczucie mówi mi,że prędzej czy później zostanie uchwalona maksymalna wysokość emerytury. Prędzej czy później pieniądze zgromadzone w systemie emerytalnym w ten czy w inny sposób zostaną zjedzone przez państwo na bieżące potrzeby. Ostatecznie jedynym ratunkiem żeby oszukać oszczędzających w systemie emerytalnym okaże się inflacja i wypłacone na koniec za kilkadziesiąt lat świadczenia będą głodowe. Tak musi stać się z systemem opartym na niezrównoważonej piramidzie demograficznej. Politycy w Polsce mają niechęć do poważnego podejmowania trudnych tematów bo ciemny lud ich ukarze za odważne decyzje. Siedzą więc cicho bo wiedzą, że to nie ich bezpośrednio dotknie na starość nędza. 

Jedyne racjonalne rozwiązanie jakie ja widzę w tym wszystkim to zainteresowanie się samemu stanem własnych finansów i zbilansowanie swego stylu życia tak aby więcej odkładać samodzielnie na starość.

piątek, 15 listopada 2019

EKUZ i dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne za granicą - artykuł sponsorowany

Ubezpieczenie zdrowotne to coś, czym na co dzień nie specjalnie się interesujemy. Nasz system ochrony zdrowia zorganizowany jest tak, że jeśli coś nam dolega, idziemy do lekarza pierwszego kontaktu i potem już tylko robimy to, co on nam zaordynuje. Wiąże się to oczywiście zazwyczaj z kolejkami czy z ograniczonym pakietem świadczeń „na NFZ”, ale co do zasady, opieka zdrowotna jest u nas darmowa. Jeśli złamiemy nogę jadąc na rowerze, z miejsca zdarzenia zabierze nas karetka i po opatrzeniu w szpitalu wrócimy do domu. Za granicą nasza sytuacja może być znacznie gorsza, bo chociaż usługę pomocy medycznej otrzymamy, dostaniemy też za nią rachunek. A ten może nas przerazić, albowiem opieka zdrowotna za granicą kosztuje.


EKUZ


EKUZ, czyli europejska karta ubezpieczenia zdrowotnego to absolutna podstawa w sytuacji, kiedy wybieramy się za granicę niezależnie od tego, czy chcemy pracować, czy chociażby jeździć na nartach. Europejska karta ubezpieczenia zdrowotnego działa w krajach Unii Europejskiej i w krajach, które mają z nami umowę o wzajemnym uwzględnianiu ubezpieczeń zdrowotnych. Ogólnie rzecz biorąc, jest to karta, która działa w Europie. Wystawi nam ją Narodowy Fundusz Zdrowia zazwyczaj na okres 12 miesięcy i na tej podstawie będziemy mogli korzystać z podstawowej opieki zdrowotnej za granicą. Należy pamiętać, że kartę musi mieć każdy ubezpieczony, w tym dzieci, a do tego trzeba wiedzieć, że jest to karta pozwalająca nam korzystać z usług medycznych tak, jak obywatel danego kraju. A to może być problemem.

Dodatkowe ubezpieczenie

Nasze podstawowe ubezpieczenie za granicą może nie obejmować bardzo wielu kwestii. Systemy, w których wszystko należy się zupełnie za darmo, w zasadzie nie istnieją. Jeśli zostaniemy na noc w szpitalu, chociaż nasz stan zdrowia nie będzie bezpośrednio zagrażał życiu, może się okazać, że zostanie nam wystawiony rachunek. Zazwyczaj rachunki są wystawiane za transport medyczny, a także za porady specjalistów. Trzeba mieć na uwadze także to, że podobnie jak w naszym kraju, nie wszystko i nie zawsze da się załatwić „na NFZ”, więc czasami pomoc lekarska będzie tylko pełnopłatna.

Uniknąć takiej sytuacji można poprzez wykupienie specjalnych ubezpieczeń dodatkowych dla osób pozostających poza granicami kraju. Ubezpieczenia za granicą są bardzo różne i zazwyczaj nie obejmują urazów doznanych w związku z wykonywaniem sportów ekstremalnych, takich jak chociażby narty czy windsurfing. W takim przypadku należy wykupić dodatkową opcję ubezpieczenia zdrowotnego, by uniknąć nieprzyjemnych niespodzianek.


Disclosure: Artykuł powstał w ramach odpłatnej współpracy. Otrzymałem wynagrodzenie za jego  publikację

piątek, 8 listopada 2019

Coraz bliżej rozbiórki OFE

Likwidacja OFE zbliża się... najnowszy termin podawany przez rząd w przyjętym niedawno projekcie ustawy to 1 lipca. Samą decyzję zaś co zrobić z "naszymi" (teoretycznie) pieniędzmi musimy podjąć szybciej.

Trzeba będzie podjąć decyzję co do tego czy przyjąć domyślne strzyżenie (15% opłaty "przekształceniowej") i pozostawić środki na teoretycznie naszym IKE, którego nie będziemy mogli ruszyć przed sześćdziesiątką. Alternatywa to przeniesienie kasy do ZUS na wirtualny rachunek. Zalety i wady tych dwóch rozwiązań są rozmaite. Oto zostawiając pieniądze w IKE oddajemy je do zarządzania "profesjonalistom" i możemy liczyć na wyższe zyski gdyby giełda szła do góry. Ale czy będzie skoro pieniądze w kolejnych transzach nie będą już wpływać do funduszy? Na rachunku w ZUS waloryzacja jest pewna nawet przy dekoniunkturze na rynkach, a historycznie okazuje się, że była ona nawet korzystniejsza niż fundusze. 

Drugi jednak aspekt sprawy to dziedziczenie środków. Pieniądze z IKE będą podlegały dziedziczeniu, te w ZUS już nie. Pieniądze z IKE po sześćdziesiątce będzie można w końcu uwolnić z systemu, te z ZUS nigdy.

Warto się zatem zastanowić jaka opcja nam bardziej leży bo czasu na decyzję nie będzie wiele - jedynie od 1 stycznia do 28 lutego. Karkołomnie mało.

Co ja o tym sądzę? Zastanawiałem się i nadal się waham. Przez chwilę miałem myśl, żeby przenieść pieniądze do ZUS, ale raczej chyba zostanę w IKE bo przekonuje mnie to, że można te pieniądze dziedziczyć. Może jedno z małżonków powinno się przenieść do ZUS a drugie zostać w OFE/IKE?

Naszła mnie jeszcze jedna refleksja. Czytałem projekt tej ustawy. Nie rozumiem dlaczego wymyślono, aby środki z OFE na siłę nazywać IKE. Przecież IKE już są, a teraz powstaną dwa rodzaje IKE różniące się zasadami prowadzenia. To powoduje, że czytelność przepisów tej nowej ustawy spada niemal do zera. Robi się taki galimatias prawny, że trzeba na prawdę skupiać się, żeby coś zrozumieć. Nie jest prościej tylko bardziej zagmatwanie i nieczytelnie. Nie rozumiem tego. Zamiast pisać proste prawo komplikuje się to, które już jest skomplikowane. Wiem dobrze, że wystarczyłoby inaczej zdefiniować te byty prawne jakimi są OFE (po przekształceniu) IKE i IKZE żeby było czytelnie. Ale to chyba nie w tym kraju i nie z tymi politykami.

Acha. Jeszcze jedna refleksja. Ta cała reforma nie podniosła mojego zaufania do państwa i jego obietnic. Ani trochę.

środa, 30 października 2019

Zjeść ciastko i mieć ciastko

Tak obserwuję od pewnego czasu działania tzw "frankowiczów" względem banków. Już dawno temu wypowiadałem się na blogu na temat tzw "nabitych w mBank"? nadal podtrzymuję swoje zdanie, że jak ktoś brał kredyt frankowy świadomie to powinien był wiedzieć co robi i brać za to odpowiedzialność, a jak nieświadomie to nie powinien się dziwć...

Teraz po wyroku TSUE sprawa wygląda tak, że niektórym coraz bardziej zachce się unieważniać umowy. Banki studzą nastroje. No bo faktycznie, jak to, taki frankowicz chciałby zjeść ciastko (korzystać z kapitału kredytu na tani procent) i mieć ciastko (przeliczyć go na złotówki i mówiąc kolokwialnie wydymać bank)?

Pokutuje tu mentalność cwaniaka polskiego, dałem się wczoraj wydymać, ale dziś wydymam was. Kto nie oszuka innych ten frajer. Jak było tanio to brałem, teraz się wypieram. Jek było mi dobrze z frankowym kredytem to siedziałem cicho, ale teraz pozuję na bardzo poszkodowanego....

Do jasnej chloery, przecież logicznym i sprawiedliwym jest, że skądś się ten kapitał brał który był wypłacany w tych frankowych kredytach. Czy banki miały franki czy umowy we frankach, czy derywaty frankowe, to jest drugorzędne na razie. Banki ponosiły i ponoszą koszty tego finansowania. Trzeba będzie zatem te "odfrankowione" kredyty jakoś rozliczyć. Zatem jeżeli banki dostaną wyrok, że kredyt jest nieważny to:

  1. zażądają spłaty całości natychmiast
  2. zażądają rozliczenia bezumownego i bezprawnego korzystania z kapitału przez kilkanaście lat po ustawowych odsetkach

Niech sobie każdy policzy ile to może kosztować.

Jak zwykle pojawia się pytanie czego ci ludzie, którzy pozywają banki chcą? Odnoszę wrażenie, że chcą żeby im ktoś coś dał za darmo. Też bym chciał. Zainteresowanym prześlę numer konta jak do mnie napiszą. Naprawdę. 

wtorek, 22 października 2019

Zmarł wielki człowiek małej grafiki - w wieku 90 lat odszedł Andrzej Heidrich projektant polskich banknotów

Jego prace mamy na co dzień w swoich portfelach, będziemy mogli zapewne podziwiać je jeszcze długo. Wczoraj w wieku 90 lat zmarł Andrzej Heidrich, projektant polskich banknotów zarówno tych sprzed denominacji, jak i tych, które używamy obecnie. 


Banknoty dla NBP projektował od lat 60 ubiegłego wieku. Podczas 40-letniej pracy w Wydawnictwie "Czytelnik" projektował też okładki książek. W latach 1974-1989 był naczelnym grafikiem wydawnictwa. Projektował także znaczki dla Poczty polskiej. Został odznaczony m.in. Złotym Medalem "Zasłużony Kulturze Gloria Artis" (2006), a w 2014 r. Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2019 r. otrzymał Odznakę Honorową Zasłużonego dla Warszawy. 

Polecam obejrzenie filmu dokumentalnego na jego temat, który powstał z inicjatywy NBP



Wspomnijmy jego pamięć kiedy będziemy posługiwać się banknotami, których projekty wyszły spod jego ręki. Nazywano go wielkim człowiekiem małej grafiki.


poniedziałek, 14 października 2019

Co nasz czeka po wygranych przez PiS wyborach?

Co nasz czeka po wygranych przez PiS wyborach? Poniżej całkowicie subiektywny przegląd wycinków z programu PiS o tematyce ekonomiczno gospodarczej:


  • "podniesienie płacy minimalnej do 2 600 zł od 1.01.2020 r., 3 000 zł w 2021 r. i 4 000 zł w roku 2023. Nastąpią też podwyżki płac w sferach finansowanych ze środków publicznych."
  • zwiększenie emerytury minimalnej i trzynasta emerytura,
  • fuzja Orlenu i Lotosu,
  • działania mające na celu zwiększenie udziału kapitału polskiego w sektorze finansowym,
  • przekształcenie OFE w Indywidualne Konta Emerytalne (IKE),
  • limit, do którego firmy mogą ryczałtowo rozliczać PIT podniesiony zostanie z 250 tys. EUR do 1 mln EUR rocznych przychodów,
  • fundacja rodzinna – będzie posiadała i zarządzała majątkiem przedsiębiorcy , a zyski z tego majątku przekazywała członkom najbliższej rodziny założyciela fundacji, zapewniając im środki utrzymania,
  • "nowa ordynacja podatkowa, a w perspektywie kolejnych lat nowe ustawy o podatkach dochodowych: krótka i zrozumiała o opodatkowaniu rent i wynagrodzeń; nowoczesna uproszczona podatkowa regulacja o działalności gospodarczej oraz zachęcająca do inwestycji ustawa o zyskach kapitałowych"...



  • poniedziałek, 30 września 2019

    Kolejny bank psuje swoją bankowość internetową

    Jestem internetowym wapniakiem, zgredem jakich mało i nie lubię nowinek w stylu responsywnych, klikalnych, rozwijalnych, pływających stron które doładowują się w locie. Jestem jednak w stanie je znieść jeżeli ktoś tworząc je pomyślał o ergonomii albo po prostu o tym do czego użytkownik ich potrzebuje.

    Ostatnio w banki prześcigają się w "odświeżaniu" swoich aplikacji bankowości internetowej. Ba, trend ten ma już parę lat. Nie zapomnę jak zraziłem się do nowej (wtedy) aplikacji mBanku parę lat temu, w której do dziś nie jestem w stanie zapamiętać w co należy kliknąć żeby wyświetlić historię rachunku. Cóż, projektanci wiedzą lepiej ode mnie co jest intuicyjne.

    Dziś zalogowałem się do nowej bankowości GOonline wyprodukowanej przez BNP Paribas (dawny BGŻ BNP Paribas Fortis Raiffeisen Polbank...). No i niestety spod lukrowanego interfejsu wyłazi wielkie NIC. Oto: 
    • brak możliwości składania wniosków do e-urzędu (albo ja nie znalazłem),
    • historia rachunków domyślnie miesza wszystkie razem, 
    • nie sposób wyświetlić podglądu rachunków technicznych kredytu (co jest istotne kiedy na jednym z nich trzymamy kasę na spłaty rat i chcemy wiedzieć ile tam jej jeszcze zostało) 
    • ani wysłać do banku wiadomości (został jedynie czat, na którym czekamy w niekończącej się kolejce do połączenia z konsultantem).


    Zastanawiam się po co wypuszczać w internet taki wybrakowany produkt, wypatroszony z kilku notabene użytecznych funkcji? Co ciekawe produkt, który jest wspierany tylko na kilku przeglądarkach, ale już nie wpuszcza klientów korzystających z ich klonów (używam przeglądarki Iron, która jest klonem Chrome i interfejs skutecznie uniemożliwia mi logowanie pomimo, że technicznie jest to ta sama przeglądarka).

    Niestety jako klient dawniej BGŻ a obecnie BNP Paribas mam wrażenie (potwierdzone wywiadem z innymi klientami), że dewiza "Bank zmieniającego się świata" powinna być interpretowana raczej, że to bank się zmienia i to na gorsze. Dotyczy to zarówno standardów obsługi klienta, tabel opłat i prowizji jak i (od dziś) bankowości internetowej. Czy hasło "ty jesteś zmianą" ma zachęcić mnie do poszukania innego banku? Psujcie tak dalej to się doigracie.


    czwartek, 26 września 2019

    Czy upadek Thomasa Cooka rozleje się na inne branże?

    Spotkałem się kiedyś ze stwierdzeniem, że kryzys zazwyczaj zaczyna się w najmniej oczekiwanej branży gospodarki, w firmach, które nikogo wcześniej nie interesowały i dlatego zaskakuje wszystkich. Ostatnie domino upadłości, które zapoczątkowało biuro turystyczne Thomas Cook, a które rozlało się na jego spółki zależne, w tym polskiego Neckermana, sprawiło, że zacząłem się zastanawiać czy ta upadłość nie rozleje się na inne sektory gospodarki w Europie.


    Zwróćmy uwagę, że upadłość każdego dużego podmiotu dotyka finansowo także inne, które nie otrzymają zapłaty za wystawione faktury i zrealizowane usługi. Dla niektórych firm może to być podcięcie nóg i skutkować problemami finansowymi. Takie duże biuro turystyczne jak Thomas Cook miało relacje biznesowe z tysiącami hoteli na całym świecie, liniami lotniczymi, pośrednikami, agentami, firmami przewozowymi i w końcu bankami u których pożyczało pieniądze, których już nie odda. Zawaliła się cała struktura, w tym ich niemiecka spółka i polskie biuro. 

    Co ciekawe problemy zaczynają odczuwać także konkurenci upadłych biur bo korzystali np. z czarterów Thomasa Cooka, w których wykupywali miejsca dla swoich pasażerów (teraz muszą zapłacić za nowe bilety albo oddać turystom pieniądze). Wiele hoteli, które hurtowo sprzedawały Thomasowi Cookowi pokoje zostało teraz z niezapłaconymi fakturami. Standardowo biuro płaciło hotelom 90 dni po wymeldowaniu turysty, może to oznaczać dla hoteli straty za prawie cały sezon wakacyjny! Dla niektórych może być to ruiną i będą upadać. Problemy hoteli to także problemy dla klientów innych biur. Niewykluczone też że zrażeni problemami klienci biur podroży będą mniej chętni w najbliższych miesiącach wykupywać nowe wycieczki co pogłębi kryzys w branży. Kryzys w branży turystycznej dotknie na pewno kraje morza Śródziemnego, takie jak Grecja czy Hiszpania co na pewno nie przyczyni się do rozwoju ich gospodarki. W samej Grecji szacuje się straty na ponad pół miliarda dolarów. 

    Dołóżmy do tego fakt, że wiele banków europejskich jest takiej sobie w kondycji (najlepszy dowód to wola sprzedaży mBanku przez Commarzbank, który ma kłopoty) to zadane przeze mnie na wstępie pytanie nie wydaje się zupełnie oderwane od rzeczywistości.

    Sądzę, że warto w najbliższych miesiącach obserwować dane z gospodarek europejskich pod tym kątem. 

    poniedziałek, 23 września 2019

    Lokata na 4% - czy to jest jeszcze możliwe?

    Czy w dobie lokat, które ledwo sięgają koło 2-3% jest jeszcze możliwe aby jakiś bank zaoferował na naszym rynku lokatę na 4%? 

    Tak, jest to możliwe, tylko że na 5 lat. Taką właśnie ofertę zaproponował polskim klientom włoski bank Facto, działający w ramach BFF Banking Group. Jego stronę znajdziecie pod adresem:
    https://lokatafacto.pl

    Niestety, krótsze depozyty są oprocentowane znacznie mniej atrakcyjnie. te na mniej niż 12 miesięcy mają oprocentowanie poniżej 2,85%. Samo bezpieczeństwo depozytów gwarantowanej jest zaś przez włoski odpowiednik naszego BFG. 

    Ciekaw jestem ilu klientów uda im się pozyskać na naszym rynku.


    czwartek, 19 września 2019

    Szwajcarski Bank Narodowy na razie nie obniży bardziej stóp procentowych

    Niektórzy czekali na dzisiejszy dzień z napięciem. Po tym jak amerykańska rezerwa Federalna obniżyła stopy o 0,25pb spodziewano się, że dziś SNB także obniży (już ujemne) stopy procentowe. Dałoby to trochę ulgi kredytobiorcom frankowym, którzy przynajmniej od strony odsetek mieliby lżej pomimo drogiego franka.

    Niestety dziś SNB nie obniżył bardziej stóp. Pozostaną one na tym samym poziomie co dotychczas, tj. minus 0,75%. W oświadczeniu bank podkreślił jednak, że pozostaje w gotowości do interwencji na rynku walutowym w razie gdyby była taka potrzeba. Jak czytamy dale, zdaniem SNB sytuacja na rynku walutowym (w związku z napięciami politycznymi i "wojną handlową") jest nadal "delikatna" i frank szwajcarski jest przewartościowany. Ciąży to nieco gospodarce szwajcarskiej, która rozwija się powoli.

    Jednocześnie na uwagę zasługuje zdanie mówiące o tym, że środowisko niskich stóp procentowych stało się (jak to ujęli w komunikacie) "bardziej okopane" - czyli niskie/ujemne stopy zostaną z nami (zdaniem bankowców z SNB) na dłużej. SNB zrewidował także w dół swoje prognozy wzrostu gospodarczego w związku z napięciami światowymi.


    poniedziałek, 9 września 2019

    Banki centralne nie przewidują aby rezerwy złota miały maleć

    Natrafiłem ostatnio na interesujące znalezisko. Przeglądając zasoby danych na stronie World Gold Council dotarłem do wyników badania, które zostało przeprowadzone wśród banków centralnych na świecie. Przepytano 150, odpowiedziało 39 - jedno pytanie i udzielone odpowiedzi przykuły moją uwagę.



    Oto, żaden z banków, który brał udział w badaniu nie spodziewa się aby globalnie rezerwy złota w bankach centralnych miały maleć. Ta odpowiedź unaocznia zmianę która dokonała się od czasu kiedy przez dekady banki centralne pozbywały się tego "barbarzyńskiego reliktu" minionych epok. Symbolicznie zakończenie tej epoki to koniec obowiązywania ostatniej umowy CBGA (Central Bank Gold Agreement) regulującej ilość sprzedawanego przez banki centralne złota, która nie zostanie przedłużona bo... banki przestały złoto sprzedawać a zaczęły je skupować.

    poniedziałek, 2 września 2019

    Strefa euro się zawali?

    Natknąłem się niedawno na interesujący artykuł opisujący tezy Markusa Kralla - niemieckiego ekonomisty, który przewiduje, że koniec 2020 roku może przynieść załamanie systemu bankowego Niemiec i zawalenie się strefy euro. Jego tezy na pierwszy rzut oka mogą wydać się mocno alarmistyczne i kontrowersyjne, ale moim zdaniem jest to jeden ze scenariuszy, który może należy brać pod uwagę. Może niekoniecznie zmaterializuje się on w całej swojej rozciągłości, ale na pewno jego elementy mogą dać się nam we znaki.

    Cóż twierdzi Markus Krall? Po pierwsze, to o czym sam już niejednokrotnie pisałem, zerowe stopy podtrzymują przy życiu biznesy, które w normalnych warunkach rynkowych nigdy nie miałyby szans powodzenia i działania na rynku, gdyby kapitał kosztował tyle ile powinien. Wzrost stóp czy też wahnięcie rynkowe może wyrzucić te firmy z rynku.

    Dochody banków spadają a kiedy dojdą do granicy bólu może nastąpić ograniczenie dostępności kredytu. Niewydolne przedsiębiorstwa, które finansowały się tanim i łatwo dostępnym pieniądzem upadną a to pociągnie za sobą słabsze banki i rozwali system bankowy, finansowy i pojawi się bezrobocie.

    EBC sięgnie po jedyny dostępny mu instrument i będzie próbował gasić problem drukując pieniądze co wygeneruje inflację, osłabi euro i może nawet doprowadzić do jego upadku.

    Nie sposób nie zauważyć, że coś się dzieje takiego, że podskórnie przeczuwamy nadchodzący kryzys. Złoto idzie w górę, frank też, nieruchomości też, z niemieckiej gospodarki napływają coraz gorsze dane, Brexit za pasem, wojna handlowa USA-Chiny rozgorzewa. Oprocentowanie 10 letnich obligacji Konfederacji Szwajcarskiej wynosi już prawie minus jeden procent! Na razie polska gospodarka ma się dobrze, ale czy będzie odporna na wstrząsy na świecie?

    Jak się zabezpieczyć? Cóż. Zmniejszyć długi, odłożyć rezerwy. Wiele lat temu kiedy zaczynałem pisać tego bloga postulowałem lokowanie swoich oszczędności w złoto. Kto posłuchał wtedy i kupował gdy kosztowało on o 3500zł za uncję teraz jest prawie 70% do przodu. Są jeszcze nieruchomości, ale kupowane z głową, po dobrej cenie (nie przepłacając u dewelopera) albo waluty inne niż euro (frank, dolar). Poza tym wg Kralla złotówka przetrwa kryzys więc może właśnie aktywa denominowane w złotówkach?

    Krall jest między innymi autorem książki pt. "Der Draghi Crash" niestety wydanej jedynie po niemiecku (wydanej w 2017 roku), w której krytykuje politykę zerowych stóp procentowych EBC i wskazuje jak prowadzi ona do erozji funduszy banków i utrudnia analizę ryzyka portfeli kredytowych. Wskazuje, że system bankowy w Europie jest źle zarządzany i podatny na katastrofę, brakuje w nim setek miliardów euro kapitału a obciąża go ponad 1000 miliardów euro złych kredytów.

    środa, 28 sierpnia 2019

    Moje (negatywne) doświadczenia z przelewami walutowymi

    Od ładnych paru lat użytkuję różne konta walutowe. Ich posiadanie wynikało z różnych potrzeb, korzystałem też z usług kantorów walutowych, w tym tych prowadzonych przez banki. Właśnie na ich temat będzie ten wpis. 



    Otóż odniosłem ostatnio wrażenie, że banki znacząco pogorszyły standard realizacji usługi jaką jest przelew walutowy. o ile jeszcze np. w zeszłym roku, standardowo wysłany przelew w Euro trafiał do innego banku w Polsce praktycznie w tym samym dniu, a przelew w funtach do banku w UK praktycznie natychmiast, to w ciągu ostatnich miesięcy obserwuję degenerację tej usługi.

    Zdarzyło mi się, że przelew zagraniczny zlecony w danym dniu wyszedł z banku dopiero po mojej telefonicznej interwencji w dniu następnym. Później zaobserwowałem, że zmieniono schematy przelewów i teraz domyślnie wszystkie wysyłane są jako Pilny (co oznacza wysłanie pieniędzy w dniu następnym) a nie Expres (za co sobie każą dodatkowo płacić). Wcześniej tego nie było.

    Podobnie z księgowanie przelewów przychodzących. Te kiedyś były (w innym banku o którym myślę), księgowane znacznie szybciej, w trakcie dnia, a teraz z niewytłumaczalnych względów są księgowane dopiero wieczorem.

    Czyżby trzeba było znaleźć nowe źródło przychodu i wydoić klientów na prowizji. Mam jednak wrażenie, że jest to cokolwiek nieeleganckie. 

    Zastanawiam się czemu nie można zrobić czegoś takiego jak monitoring przelewu na wzór śledzenia przesyłki kurierskiej, którą możemy sprawdzić co do minuty, w którym momencie i miejscu się aktualnie znajduje? Technicznie to by było wykonalne, ale nie wykluczam, że bankom byłoby to mocno nie na rękę. Wyszłoby bowiem, że technicznie nie ma żadnych przeszkód aby pieniądze przesyłać szybciej, a wydłużone czasy księgowania mają na celu jedynie zmuszenie klientów do płacenia za droższe opcje przelewów.

    Co wy o tym sądzicie?

    poniedziałek, 12 sierpnia 2019

    Wojna handlowa USA-Chiny buja rynkiem walutowym

    Frank szwajcarski umocnił się w ciągu ostatnich miesięcy o ponad 5%. Chodzą słuchy, że Szwajcarski bank Narodowy próbował nieskutecznie w ubiegłym tygodniu osłabiać franka. Złoto zanotowało niedawno nowe rekordy cenowe. Na rynku walutowym mamy dużą zmienność i niepewność.  Jest to pokłosie niepewnej sytuacji w odniesieniu do tego jak potoczy się handlowe starcie USA-Chiny. Prezydent Trump straszy i chyba osiąga pewien cel, mianowicie zasiewa niepewność co do tego na ile opłacać się będzie działać na chińskim rynku, przez co coraz więcej koncernów zaczyna rozważać przeniesienie swojej produkcji z Chin do Wietnamu, czy wręcz z powrotem do państw "zachodnich". Nie bez znaczenia jest też wzrost płac w Chinach, który pewnie będą próbowali kompensować osłabieniem juana. 

    Bez wątpienia mamy do czynienia ze starciem, które będzie się rozwijać i eskalować raczej niż wygaszać. mamy po jednej stronie podupadające mocarstwo a po drugiej aspirujące do globalnej gry jak równy z równym. Dość powiedzieć, że już dziś PKB Chin w relacji do USA jest większe niż przed wybuchem II wojny światowej było PKB w sumie Niemiec i Japonii.


    poniedziałek, 5 sierpnia 2019

    "Rzeczpospolita między lądem a morzem. O wojnie i pokoju" - Jacek Bartosiak

    Przeczytałem kolejną książkę autorstwa dr. jacka Bartosiaka, a mianowicie "Rzeczpospolita między lądem a morzem. O wojnie i pokoju".


    Książka niekoniecznie w temacie czysto ekonomicznym, aczkolwiek... piszę o niej dlatego, że aby mieć wzgląd na swoje finanse trzeba budować pewną "świadomość sytuacyjną" także w wymiarze scenariuszy wojennych. Książka traktuje o geopolitycznych uwarunkowaniach, którym podlega Polska i o tym jak może działać w ramach tych uwarunkowań. Opisuje tez pewne scenariusze potencjalnej konfrontacji. Dlatego też uważam, że lektura tej książki jest wartościowa także dla tych, którzy na co dzień zajmują się biznesem i ekonomią. Dlaczego? Dlatego że po pierwsze uzyskają zrozumienie gdzie i kiedy jesteśmy, a po drugie odmitologizują pewne aksjomaty (o niezwyciężonej Rosji, czy dobrym Wuju Samie, albo NATO co to nas obroni). 

    Być może niektórzy po lekturze tej książki zaczną opracowywać indywidualne scenariusze ewakuacji swojego kapitału na wypadek wojny? W każdym razie aby nie być zaskoczonym różnymi scenariuszami rozwoju warto przeczytać tę książkę i zrozumieć miejsce geopolityczne, w którym znajduje się nasz kraj i uwarunkowania, którym podlega.

    Uzupełnieniem tej książki niech będzie wykład:


    "Rzeczpospolita między lądem a morzem. O wojnie i pokoju" Jacek Bartosiak
    Analiza geopolityczna położenia i scenariuszy dla Polski
    Wydawca: Zona Zero
    Data wydania: 2018
    ISBN: 9788395019364
    "Rzeczpospolita między lądem a morzem. O wojnie i pokoju" Jacek Bartosiak
    Analiza geopolityczna położenia i scenariuszy dla Polski
    Date published: 05/08/2019
    5

    piątek, 26 lipca 2019

    Stopy procentowe w Polsce wzrosną? Pewnie prędzej czy później...

    Mamy taką sytuację, że stopy procentowe pomimo rosnącej inflacji są cały czas utrzymywane na niskim poziomie. Realna stopa procentowa jest najniższa od 24 lat i wynosi -1,1%. W konsekwencji każdy kto trzyma pieniądze na lokacie, czy na rachunku bankowym w ujęciu realnym traci.

    Dla rządu jest to sytuacja korzystna dlatego, że transfery socjalne, wyrażone w nominalnych kwotach, za kilka lat realnie będą ważyły dużo mniej. Być może liczą też na to, że realnie ujemne stopy w końcu wypchną pieniądze w inwestycje (bo aktualnie PKB napędza przede wszystkim konsumpcja).

    Rzecz jest jednak w tym, że inflacja może łatwo wymknąć się spod kontroli. Prędzej czy później RPP będzie zmuszona do podniesienia stóp procentowych. Posiadacze lokat zapewne się wtedy ucieszą. Nie ucieszą się posiadacze kredytów. 

    Oto bowiem mamy taką sytuację, że wiele osób chętnie i łatwo bierze dziś kredyty w złotówkach. Są to jednak kredyty oparte o zmienną stopę procentową. Kiedy RPP zacznie podnosić stopy, raty zaczną rosnąc i dla niektórych może się to okazać bolesne. Trzeba będzie zacisnąć pasa, zmniejszyć konsumpcję i więcej oddawać do banku na spłatę rat.

    Już dziś zaczynają się podnosić głosy, że może być równie niebezpiecznie jak w przypadku kredytów frankowych, że nagle kredytobiorców zaskoczy zmiana sytuacji i będzie płacz i zgrzytanie zębów. Są głosy,że może trzeba zacząć ostrzegać klientów, etc...

    Ja się jednak zastanawiam, dlaczego wszyscy: banki, politycy i sami kredytobiorcy, traktują kredytobiorców jak debili, którzy nie umieją czytać i liczyć? Skoro ktoś bierze kredyt na zmiennej stopie to musi się liczyć z jej wzrostem. Może zatem banki wprowadziłyby wśród klientów test umiejętności liczenia i logicznego myślenia przed przyznaniem kredytu?


    niedziela, 7 lipca 2019

    NBP kupił 100 ton złota

    Interesująca informacja wyszła w piątek z Narodowego Banku Polskiego. Jak podano w tym roku NBP dokupił 100 ton złota. Przypomnijmy, że w końcówce ubiegłego roku dokupił także około 25 ton.

    Informacja jest interesująca jeszcze w jednym aspekcie - oróż jak przeanalizowałem dokumenty statystyczne NBP to wyszło mi, że ten zakup 100 ton dokonał się stosunkowo niedawno, w czerwcu bądź na przełomie czerwca i lipca kiedy cena złota była najwyższa od ponad pięciu lat.

    Sprawia to, że mam co do tego zakupu ambiwalentne odczucia. Bo z jednej strony uważam, że to dobrze a i tak za późno, bo moim zdaniem NBP powinien był nadążając za wzrostem PKB konsekwentnie od lat dokładać do rezerw z złocie. Taki timing tego zakupu jak teraz jest chyba dośc niefortunny, choć zapewne z perspektywy wielu lat (za dekadę lub dwie) będzie i tak uznany za korzystny.

    Jestem bowiem przekonany, że przeobrażenia polityczno gospodarcze sprawią, że cena złota wzrośnie.

    Inny apekt sprawy, o którym pisze NBP w swoim komunikacie, to zamiar przetransportowania złota do Poslki. Tu też mam dwojakie odczucia. Bo z jednej strony cały czas ise mówiło,że trzymanie całości w Londynie nie jest dobrym pomysłem. Szczególnie wobec zachowania Banku Anglii, który na telefon z Waszyngtonu gotów jest zablokować dostęp do złota jka to zrobił w przypadku Wenezueli.

    Z drugiej strony zawsze NBP argumentował, że złoto trzyma tam gdzie jest ośrodek jego handlu tak, aby w razie kryzysu mógł go użyć na rynku. I to jest prawda.

    Wobec powyższego mam taką opinię, że szanujący się bank centralny dużego europejskiego państwa z aspiracjami, powinien trzymać swoje rezerwy (większe jeszcze) w kilku miejscach na świecie: we własnym skarbcu, w Londynie, Zurychu i w Hong Kongu.

     
    Zdjęcie: Andrzej Barabasz (Chepry) [CC BY-SA 4.0], via Wikimedia Commons

    środa, 3 lipca 2019

    Sezon ogórkowy - polecane lektury

    Plaża, wakacje, czas wolny, upał. idealne, żeby poczytać parę książek. Pozwolę sobie polecić Wam kilka na ten ciepły czas:

    Mamy poradnik, filozofię polityczną i tajemnicę życia - idealny mix na plażę ;)

    piątek, 14 czerwca 2019

    Wojna handlowa a łańcuchy dostaw

    Przeczytałem niedawno interesujący artykuł na stronie Geopolitical Futures. Podjęto w nim temat tego w jaki sposób potencjalna wojna handlowa i cła na linii USA-Chiny wpłyną na gospodarki obu tych państw. Artykuł zwraca uwagę na interesujący fakt. Otóż towary importowane z Chin są wykorzystywane w mnóstwie różnych miejsc łańcuchów logistycznych produktów wytwarzanych w USA. Brak dostępu do jakiegoś elementu, który stanowi relatywnie niewielką wartość, może wywołać nieproporcjonalnie większe skutki w skutek zakłócenia procesu dostaw i produkcji na późniejszych etapach. 

    Przykładowo jakiś materiał, który wykorzystywany jest do produkcji różnych towarów, kiedy przestanie być dostępny będzie wymagał znalezienia substytutu, przestawienia łańcucha dostaw, złożenia zamówień, przeliczenia cenników, przezbrojenia maszyn albo wręcz wstrzymania produkcji w oczekiwaniu na realizacje wcześniej wymienionych czynności. Może się stać tak nawet jeżeli jest to śrubka za 10 centów, bo zamówienie nowej partii śrubek o odpowiednich parametrach, w wystarczającej ilości i odpowiedniej cenie może wymagać np. kilku tygodni. To są realne straty dla gospodarki. 

    Problem w tym, że sieć łańcuchów logistyczno-produkcyjnych w dużej gospodarce takiej jak amerykańska jest tak złożona,że nie sposób jej zamodelować. Nie sposób zatem przewidzieć w którym miejscu i jakie pojawią się zakłócenia. Oczywiście niektóre można wychwycić, ale nie wszystkie. Podobny problem mają Brytyjczycy z oceną wpływu Brexitu na gospodarkę. Nie sposób przeanalizować wszystkich łańcuchów produkcyjnych i oszacować związanych z ich przerwaniem kosztów. 

    Ten sam importowany zza granicy produkt może być wykorzystywany w różnych gałęziach przemysłu do różnych celów. W niektórych z nich będzie posiadał łatwe do znalezienia substytuty, w innych będzie niezastąpionym ogniwem, którego przerwanie będzie wymagało zmiany całej technologii wytwarzania finalnego wyrobu.



    Analiza potencjalnego konfliktu handlowego USA-Chiny i jego wpływu na gospodarki obu stron może więc niedoszacowywać wpływu jaki np. sankcje czy cła wywołają na gospodarkę USA. Może się zatem okazać, że to USA odczuje je bardziej niż Chiny bo więcej zakłóceń związanych z dostępnością czy ceną sprowadzanych zza granicy produktów, wywołanych zostanie po stronie amerykańskiej.

    niedziela, 9 czerwca 2019

    "Pułapka. Dlaczego ekonomiczne myślenie blokuje innowacje i postęp?" Jacek Giedrojć - recenzja

    Wiele razy sam poruszałem temat tego że współczesne działania firm są ukierunkowane na krótkoterminowe korzyści zamiast na długofalowy rozwój. Co leży u podstaw tego zjawiska?  Do czego prowadzi takie ekonomiczne myślenie? Oto jakiś czas temu dostałem do zrecenzowania książkę Jacka Giedrojcia pt. “Pułapka. Dlaczego ekonomiczne myślenie blokuje innowacje i postęp?” Sądzę że powszechnie zarządzanie firmami przez finansistów i dostęp do taniego pieniądza wpływają negatywnie na gospodarkę, innowacje i życie społeczne - ciekaw byłem jakie są poglądy autora książki w tej kwestii?

    Książka jest próbą wyjaśnienia jaki wpływ na otaczająca nas rzeczywistość gospodarczą i społeczną ma sposób myślenia, który autor nazywa “ekonomicznym” czyli takim, dla którego funkcja rezultatu jest definiowana wyłącznie w kategoriach ekonomicznych - efektywności, właściwej alokacji zasobów, czy zysku.

    Autor stawia tezę, że efektywność rozumiana jako maksymalizacja bieżących korzyści kosztem inwestycji i budowania wartości jest czymś co hamuje innowacje: “o ile ekonomiczne myślenie jest dobrym doradcą w racjonalizacji, o tyle przy podejmowaniu nowych wyzwań już nie.

    Neoklasyczna ekonomia traktuje przedsiębiorczość jak wymianę, a nie jak działalność twórczą. Neoklasyczna ekonomia ma też problem z wartościami, które nie są materialne. Autor stawia tezę, że do wzrostu populizmu i nierówności przyczyniła się ideologia ekonomicznego myślenia stawiająca na pierwszym miejscu maksymalizację korzyści i użyteczności bieżącej. Co więcej jest to ideologia oderwana od rzeczywistości, udająca jakoby człowiek był istotą idealnie racjonalną i idealnie ekonomiczną, maksymalizującą efektywność i posiadającą dostęp do pełnej informacji, a jednocześnie egoistyczną i materialistyczną - są to założenia błędne.

    Mało kiedy w pracach ekonomicznych spotyka się tak czytelnie zarysowaną absurdalność założenia o racjonalności jednostki. Autor w kilku akapitach pierwszego rozdziału rozprawia się z nim całkowicie bo po pierwsze ani wybory jednostek nie są racjonalne, ani świadome, ani wiedza o konsekwencjach pełna. Autor zwraca też uwagę na absurdalne i szokujące konsekwencje do których może prowadzić rozpatrywanie wszystkiego wyłącznie w kategoriach zysków i kosztów ekonomicznych. Ekonomia neoklasyczna oparta jest na założeniach które prowadzą do sprzeczności. 

    Autor w pierwszym rozdziale przystępnie wykłada te błędne założenie teorii ekonomii, wskazuje na błędne założenia jej filozoficznych korzeni. Chodzi o to że ekonomia ignoruje preferencje wyborów nie przekładane na pieniądze, a mające grunt psychologii i socjologii potrzeb ludzkich. Okazuje się że ekonomia nie wystarcza i trzeba odwoływać się jednak do kryteriów nie ekonomicznych. Kolejny błąd ekonomii to założenie o naturalnym stanie równowagi - ma to jednak wątpliwe podstawy empiryczne naturalnym stanem jest tymczasem stan nierównowagi. Świat istnieje pomimo tego że jest w stanie permanentnej nierównowagi. “Skoro porządek społeczny się nie zawalił, mimo że materialne bodźce nie wystarczają, aby go podtrzymać, to znaczy że jakieś inne czynniki przyczyniły się do jego podtrzymania naturalnie chodzi o normy społeczne zwyczaje kulturę.” Problemem jest także zdefiniowanie roli i natury rynku.

    Jednostki z natury psychologii nie są świadome rzeczywistych przesłanek etycznych, hedonistycznych czy kulturowych które nimi kierują. Jak więc można ekonomię opierać na aksjomacie o racjonalności wyboru jednostki? Ekonomiści analizują gospodarkę opierając się na tym fałszywym założeniu i nie widzą sprzeczności w tym że sama gospodarka używa powszechnie takich narzędzi jak marketing do kreowania potrzeb. Próba zaś oderwania ekonomii od wartości prowadzi na manowce. Maksymalizacja dochodu może zminimalizować ludzką godność. Ludzie to nie maszyny. Ekonomia która ignoruje wartości - dehumanizuje człowieka i sprowadza do roli automatu. Neoklasyczna definicja dobra jednostkowego zaniedbuje cenione aspekty życia.

    Autor czytelnie obnaża absurdy kryteriów ekonomicznych wyborów takie jak analiza kosztów i korzyści agregujących pewne sumy, a nie konkretnych uczestników. Okazuje się że gdy rolę mają przejąć wyłącznie bodźce materialne nad moralnymi, to sytuacja staje się katastrofalna - bodźce materialne definiują świat wyłącznie jako transakcyjny. Skrajny ekonomizm sankcjonuje chciwość i staje się wytłumaczeniem - jak w przemowie Gordona Gekko “greed is good”. Wzrost gospodarczy staje się w nowym bożkiem, a ekonomia jego religią, która zastępuje moralność. Ekonomia nie przypisuje żadnej wartości dla norm moralnych, altruizmu czy choćby zwykłej przyzwoitości - one są dla ekonomii zupełnie nieistniejące, a tymczasem one przecież kształtują nasze wybory życiowe.

    Autor formułuje postulat ekonomii humanistycznej, która z innymi naukami ekonomicznymi winna być w ściślejszym związku. Nawet przecież ekonomistom, którzy starają się jedynie opisywać rzeczywistość, trudno jest zgodzić się, co do podstawowych związków przyczynowo-skutkowych. Tymczasem schematy i założenia teorii determinują nasze myślenie.

    Autor zwraca też uwagę na to, że matematyczne modele służące ekonomistom są z natury rzeczy upraszczające i niewiele mają wspólnego z realnym światem. Matematyka stosowana w modelach wymusza założenia nie zawsze spójne z rzeczywistością. Autor wylicza szereg przykładów na to, że argumentacje które używane są czasem na poparcie neoklasycznych teorii ekonomicznych, są niespójne wewnętrznie lub odnoszą się do przykładów świadomie dobranych w sposób wybiórczy czy też nawet zupełnie nieadekwatnych (pomijając niuanse i uwarunkowania szczególne). Ekonomiści nadmiernie przypisują sukces gospodarek zachodnich eliminacji nieefektywności a nie innowacjom i kreatywności.

    Książka zwraca uwagę na zjawisko finansjalizacji. Branża finansowa rozrosła się ponad miarę i potrzebę, zajmując centralne miejsce w gospodarce. Branży finansowej udało się też przekonać otoczenie do sposobu myślenia, że to rynki finansowe są najważniejsze, a nie dobre produkty i ludzie którzy je kupują. Autor wskazuje, że generuje to krótkoterminową mentalność tak dewastującą w sferze gospodarczej społecznej i politycznej. “Wspólnym mianownikiem tych różnych zjawisk jest przekonanie, że generowanie zysku dla inwestorów to najważniejszy cel przedsięwzięć gospodarczych”.

    Autor wskazuje na początek zjawiska finansjalizacji związany z podażą petrodolarów w latach 70, pokazuje też jak bankierzy skorzystali na kryzysie zadłużenia lat 80, czy kryzysie w Grecji. “Koszty kryzysu zadłużenia lat 80 ponieśli akcjonariusze banków oraz społeczeństwa. Insiderzy systemu finansowego nie tylko wyszli bez szwanku, ale wręcz skorzystali. Rozwiązanie kryzysu zadłużenia wymagało dekady ciężkiej i znakomicie wynagradzanej pracy bankierów i prawników

    Tymczasem finansjalizacja powoduje degradację relacji etycznych i społecznych “W procesie finansjalizacji relacje ulegają zmianie na produkty i transakcje”. Banki odeszły od zarabiania na udzielaniu kredytów na rzecz prowizji od transakcji finansowych (na przykład emisji obligacji). Prowadziło to do zmiany roli banków i instytucji kredytowych z ponoszących ryzyko, do roli pośredników finansowych którzy żadnego ryzyka nie ponoszą. Autor pisze  “(...) o obecnej skali finansjalizacji przesądza fakt, że jest ona samonapędzającym się mechanizmem. (...) pośredniczenie przy emitowanie papierów wartościowych jest dla banków samo w sobie lukratywne i z czasem stało się samoistną działalnością, która zastąpiła tradycyjną bankowość. Później to szukanie przez banki zysku z prowizji stało się motorem generowania instrumentów finansowych.

    Zabrakło mi jednak odpowiedzi na pytanie, dlaczego zatem od lat ‘80 powstała jednak cała masa innowacyjnych przedsiębiorstw w branżach technologii informatycznych, telekomunikacji czy biotechnologii. 

    Autor rozprawia się też z mitem że rozrost sektora finansowego przyczynia się do wzrostu PKB. Wcale tak nie jest, a  może wręcz prowadzić do sekularnej stagnacji. Współcześnie problemem staje się nadmiar środków inwestycyjnych względem możliwości inwestowania.

    Autor wskazuje że teoretycznie idealna alokacja kapitału do ryzyka na rozbudowanych rynkach finansowych jest tylko iluzją. Co gorsza Iluzją która wymyka się spod kontroli bo nikt do końca nie wie, w bilansie jakiej instytucji są na przykład, niosące niebezpieczne ryzyko derywaty. Okazuje się że lepsza alokacja ryzyka przez rynki to złudzenie.

    Dzisiejsza branża finansowa wydaje się być rentierem żyjącym na koszt gospodarki, transferując do swojej kieszeni zasoby finansowe, które mogłyby być przeznaczone na inwestycje w sferę realną. W zamian daje złudzenie, że płynność rynków zapewnia lepszą alokację ryzyka czy lepsze finansowanie, co nie zawsze jest prawdą.

    Autor wskazuje jeszcze na jeden aspekt finansjalizacji - to jest wpływ branży finansowej na stanowienie i egzekucję prawa oraz na prace naukowe. To powoduje zamknięte koło zwiększającego się wpływu instytucji finansowych drenujących realną gospodarkę. Znowu wracamy do dewastującego wpływu ekonomizacji myślenia na postrzeganie ról społecznych, moralności, etyki, demokracji, etc...

    W ostatnim rozdziale autor wskazuje do jakich dochodzimy konsekwencji. Stawia tezę że akceptacja efektywności jako nadrzędnego celu psuje spoistość społeczną i prowadzi do zubożenia tkanki instytucjonalnej, prowadzi też do wzrostu nierówności. “Liberalna wyrozumiałość dla nierówności materialnych opiera się na przekonaniu, że jest to tylko jedna ze sfer wartości”. Samowykluczenie elit (traktujących świat wyłącznie w ujęciu transakcyjnym) źle wpływa na innowacje i tkankę społeczną oraz polityczną. Teoria neoklasyczna psuje państwo i prawo, tworzy system egoizmu i interesowności i buduje podwaliny populizmu i materializmu. 

    Tymczasem decyzje ekonomiczne są i muszą być z natury rzeczy rozpatrywane także na płaszczyźnie etycznej. Jest to logiczna konsekwencja. Nie zawsze działanie motywowane czysto ekonomicznie okazują się obiektywnie dobre dla społeczeństwa (tak jak chcieliby to malować liberalni ekonomiści).

    Ekonomiczne myślenie wypaczyło jednak ideę misji firmy. Wypacza także rozumienie tego co powinno być dobrem wspólnym tak jak zdrowie ludzi czy środowisko. Biznes ma być bardziej efektywny za wszelką cenę. Do czego to doprowadza? Czasem wystarczy się rozejrzeć aby dostrzec skutki. Autor podaje jeszcze bardziej ekstremalny przykład ekonomizacji demokracji w USA - gdzie pieniądze decydują o poparciu polityków dla przedstawicieli biznesu. Korporacje w efekcie płacą politykom a ci uchwalają prawo które na to zezwala.

    To wpływa też dewastująco  na poczucie wyborców co do tego czy uczestnictwo w procesie demokratycznym “się opłaca”. Skoro mój głos ma nikłe szanse przeważyć szalę, a korzyści żadnej z tego nie ma, zaś oddanie głosu to wysiłek - to nie idę głosować oddaję tym samym pole populistom i lobbystom. Prowadzi to też do ekonomizacji przestrzegania prawa - korporacjom czasem opłaca się płacić kary za jego nieprzestrzeganie.

    Autor Podaje przykłady jak pod wpływem liberalnej teorii ekonomicznej prawo antymonopolowe zostało zmodyfikowane w USA tak, że de facto dopuszcza powstawanie monopoli. Podobnie dzieje się w odniesieniu do prawa własności intelektualnej oderwanie systemu sądów patentowych od ogólnego sądownictwa utrudnia sędziom oceny wpływu ich orzeczeń na społeczeństwo.

    Znajdziemy też w książce istotny rozdział o tym jak finansjalizacja i ekonomizacja zarządzania zniszczyła idee spółki publicznej. Dążenie do maksymalizacji zysku i ceny akcji sprawiło że korporacje są mniej chętne do inwestowania w przyszłość. Autor wskazuje na drastyczny wzrost udziału wynagrodzeń opcyjnych od 1970 do 2000 roku. Prowadzi to do manipulowania przez zarządy informacjami a przez to kreowania ceny akcji. ”Orientacja na maksymalizowanie korzyści dla akcjonariuszy rozumiane jako cena akcji przynosi szkody pozostałym interesariuszom społeczeństwu i ostatecznie również samym akcjonariuszom.” Taka sytuacja prowadzi też do skłonności zarządów do poświęcenia potencjalnych biznesów jeśli tylko mogłyby obniżyć one ceny akcji. 

    Neoklasyczne podejście powoduje w ramach korporacji “dyktat liczb” skutkujący na przykład przenoszeniem produkcji czy procesów do innych krajów, z całkowitym ignorowaniem skutków mniej mierzalnych dla organizacji takich jak na przykład innowacje. Autor zwraca uwagę jak “zarządzanie przez arkusz kalkulacyjny” powoduje oderwanie zarządzających od realiów firmy, a przez to zatracenie innowacyjności wynikającej ze znajomości procesów czy relacji z klientem.

    Kolejny przykład wypaczeń to mechanizm polegający na tym że IPO są organizowane przez firmy nie po to aby pozyskać gotówkę na rozwój, ale aby pozwolić założycielom realizować zyski. Cały model rynku finansowego i rozwoju korporacji staje na głowie, a na to nakłada się dyktat funduszy oczekujących krótkoterminowych szybkich zysków z posiadanych pakietów akcji.


    Zabrakło mi jednak odniesienia to tego, że od lat 70 nastąpiły zasadnicze zmiany w systemie monetarnym świata. Dowolność kreacji pieniądza bez jego wymienialności na złoto mogła być tym czynnikiem, który z jednej strony przyczynił się do ekspansji ekonomicznego myślenia, a z drugiej przerwał cykl innowacji poprawy warunków pracy w którym pisze autor. Czy zatem tylko ekonomiczne myślenie? Tani kapitał i bezkosztowa kreacja pieniądza sprzyja zastępowaniu pracy ludzkiej maszynami, a co za tym idzie bogaceniu się posiadaczy z pominięciem robotników. Sprzyja temu też migracja kapitału w zglobalizowanej gospodarce. To z kolei moim zdaniem było jednym z powodów, dla których ekonomiczne myślenie się tak rozpowszechniło.

    Autor nie stawiał sobie za cel odpowiedzi na pytanie co dalej robić. Ograniczył się do zasygnalizowania problemu i prowokowania przemyśleń. Postawił mimo to szereg postulatów takich jak uzdrowienie systemu finansowego przez ograniczenie możliwości spekulacji i finansjalizacji, postuluje powrót do korzeni w sprawach ładu korporacyjnego, czy  ograniczenie wyceny poprzez rynek  (mark to market). Mimo to na koniec zostają nieco zawieszone w powietrzu niewesołe prognozy mające sprowokować do przemyśleń. 


    Książkę tę czytałem z zainteresowaniem. W wielu aspektach zgadzam się z poglądami autora i było to dla mnie znajdowanie potwierdzenia swoich własnych spostrzeżeń. Jest to kolejna z cyklu lektur, które demaskują ortodoksyjną neoklasyczną myśl ekonomiczną jako ślepą uliczkę. Przy czym broń Boże nie jest to Picketyzm czy neosocjalizm. Raczej próba wyjaśnienia zainteresowanym dlaczego jest tak jak jest. Książka jest głosem w sporze pomiędzy wyznawcami torii liberlnych czy wręcz libertariańskich, a socjalistycznych czy socjaldemokratycznych. Przy czym autor nie uzurpuje sobie prawa definiowania programów naprawczych. Wyciąga tylko wnioski i wskazuje na sprzeczności teorii ekonomicznych i myślenia ekonomicznego i rezultaty do których one prowadzą. Wnioski co o recept na rozwiązanie obiektywnie istniejących problemów trzeba formułować samodzielnie. Dla niektórych to, że nie mamy na końcu jasno sformułowanej recepty może być postrzegane jako wada tej książki. Rzecz jednak w tym, że przecież ekonomia neoklasyczna dawać miała właśnie jasno sformułowaną receptę, która nie działa. Tak łatwo recept formułować się nie da.

    Polecam książkę jako interesującą lekturę. Szczególnie warto aby przeczytali ją studenci ekonomii, aby zrównoważyć trochę wyobrażenia o skuteczności wykładanych w podręcznikach modeli.


    środa, 5 czerwca 2019

    "Pacyfik i Eurazja. O wojnie" Jacek Bartosiak - recenzja książki

    Zwykle czytam i recenzuję tutaj książki o tematyce ekonomicznej. jednak nie zawsze, czego przykładem były książki Georga Friedmana o geopolityce i Europie. Książka Jacka Bartosiaka jest kolejną lekturą, która traktuje o  nadchodzącym nieubłaganie nowym geopolitycznym rozdaniu. Jest to wnikliwa refleksja o geopolityce i geostrategii,o globalnej zmianie układu sił, Pacyfiku, Nowym Jedwabnym Szlaku, Rosji, nowoczesnej sztuce wojennej. Wszystkie te rzeczy wpływają na nasz świat otoczenie ekonomiczno polityczne. Aby zrozumieć świat trzeba spojrzeć na mapy. Jacek Bartosiak bardzo precyzyjnie wykłada, dlaczego jest to takie ważne i w jaki sposób otaczający nas świat determinuje procesy, które zachodzą w różnych jego obszarach.


    Autor sucho i bezlitośnie pokazuje, jak ważne jest położenie geograficzne położenie danego państwa, jak determinuje historię i dyplomację i jak bardzo wpływa na pozycję na świecie. Zapomnijmy o marzycielstwie, romantyzmie czy naiwności politycznej. Strategia każdego państwa powinna być oparta na pragmatyzmie i realistycznej ocenie sytuacji w kontekście własnego położenia geopolitycznego. Jacek Bartosiak w swojej książce poddaje takiej metodycznej analizie narastający na linii USA-Chiny konflikt o dominację na Pacyfiku, oceanie Indyjskim, wodach przybrzeżnych Azji czy w globalnej ekonomii.

    Jest to wieloaspektowa analiza koncentrująca się wprawdzie na aspekcie wojskowym, ale bez pominięcia wątku ekonomicznego. Autor wgłębia się w determinanty geostrategiczne Chin i USA, analizuje możliwe scenariusze, które (dwa lata po napisaniu tej książki) realizują się na naszych oczach. Dla mnie lektura była ucztą intelektualną. tego typu opracowania otwierają oczy i pozwalają poskładać w jedną całość puzzle rozsypane z całej geopolitycznej układanki. Wg. mnie jest to lektura obowiązkowa dla wszystkich polityków, którym wydaje się, że idealizm coś w geostrategicznej układance coś znaczy. Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy chcą wyobrazić sobie jakie są interesy wielkich mocarstw.

    Ogromną zaletą tej książki jest bibliografia. Jedyna uwaga jaką bym miał to może w innej kolejności ułożyłbym rozdziały i rozdział pt. 'Przebudzenie smoka" dał wcześniej, ale to drobiazgi.


    "Pacyfik i Eurazja. O wojnie" Jacek Bartosiak - recenzja książki
    Niezwykle ciekawa intelektualnie lektura o narastającym na naszych oczach konflikcie USA-Chiny
    Wydawca: Wydawnictwo Asian Century
    Data wydania: 2018
    ISBN: 978-83-945749-0-1
    "Pacyfik i Eurazja. O wojnie" Jacek Bartosiak - recenzja książki
    Niezwykle ciekawa lektura o geopolitycznych uwarunkowaniach narastającego konfliktu na linii USA-Chiny
    Date published: 05/06/2019
    5

    wtorek, 28 maja 2019

    Demontaż OFE znamy szczegóły

    W poprzednim wpisie a temat ostatecznego demontażu OFE pisałem, że chętnie poznałbym szczegóły projektu. Interesowało mnie to, czy po przeniesieniu środków z OFE na IKE będzie możliwość ich wypłaty. Okazało się, że szczegóły są już znane i niestety nie są one satysfakcjonujące.

    Otóż na stronach Rządowego Centrum Legislacji pojawił się skierowany do konsultacji projekt ustawy likwidującej OFE. Czytając jego zapisy dochodzę do wniosku, że cała operacja ma na celu zamydlenie oczu wyborcom i oszukanie nas przy jednoczesnym okradzeniu. Oto w powszechnej narracji była mowa o prywatyzacji środków, przeniesieniu ich na IKE gdzie będą "nasze". Cóż, ja jako "moje" traktuję coś co mogę sobie wziąć.

    Tymczasem projekt ustawy przewiduje, że owszem po przeniesieniu środków na IKE będą one dziedziczone, ale nie będę mógł ich z IKE wypłacić tak jak pozostałych środków, które tam wpłacałem. Będą więc opodatkowane opłatą przekształceniową (więc rząd mi część zabierze), ale dalej nie moje, lecz uziemione tam aż do czasu mojej emerytury. Jaki więc ma to sens? Nikły.

    Tutaj uwaga. ja przeczytałem projekt ustawy i według tego co tam wyczytałem, wynika dla mnie, że zwrot środków o których mowa w art 26c (nowo dodawanym, który mówi o środkach przeniesionych z OFE) nie będzie możliwy. Tymczasem już natknąłem się na atyukuły pisane przez dziennikarzy, którzy nie przeczytali tego projektu ustawy (sic!) i smolą farmazony o tym, że będzie to możliwe. NIE NIE BĘDZIE, nie dajcie się nabrac i czytajcie ustawy a nie artykuły pisane przez nieuków,

    Mamy zatem dwie alternatywy:

    1. zadeklarować przeniesienie środków do ZUS, gdzie nie zostaną opodatkowane opłatą przekształceniową i będą waloryzowane w zależności od PKB
    2. pozwolić na przeniesienie środków do IKE po opodatkowaniu 15% podatkiem gdzie będą podlegały wahaniom rynkowej wyceny atywów
    Nie wiem czy nie korzystniej będzie jednak przenieść się do ZUS (jak ZUSu nie lubię tak musze to przyznać) bo po pierwsze z wyliczeń wynika, że w latach 2014-19 średnioroczna stopa zwrotu na subkoncie w ZUS wyniosła 4,4 proc., a w OFE 3,3 proc, po drugie w niektórych latach OFE przynosiły straty a silny wzrost gospodarczy napędzał waloryzację w ZIS, która nie może być ujemna. Na dokładkę, w kościach czuje, że dobra koniunktura na giełdzie jest raczej w długim terminie trudna do powtórzenia. Analizy wskazują,że większe są szanse na lepszą stopę zwrotu w ZUS niż w funduszach, trzeba mieć jednak poprawkę na to, że w przyszłości politycy mogą postanowić nas w ten czy w inny sposób okraść ponownie. Tak czy inaczej, w przypadku każdej z alternatyw będą mogli nas oskubać.

    Co więcej wynika, że środki zostaną przeniesione na IKE domyślnie więc i domyślnie zostaną opodatkowane 15% podatkiem. Aby się przenieść ze środkami do ZUS trzeba będzie złożyć deklarację, pokrętne to i oszukańcze jak dla mnie bo zupełnie odwrotne niż w przypadku PPK. Wszystko obliczone na to żeby nas oskubać.


    piątek, 17 maja 2019

    Czy "ziema trzyma cenę" - jak to jest ze wzrostem cen działek?

    Zastanawiam się ostatnio nad tematem cen działek budowlanych. Funkcjonuje taki popularny mit, że 'ziemia trzyma cenę', 'ziemi więcej nie będzie', więc 'działki mogą tylko drożeć'. Czy aby na pewno? No więc po pierwsze działka działce nie równa i wszelkie uogólnienia i uśrednienia biorą w łeb w konfrontacji z daną konkretną lokalizacją i nieruchomością. To sąsiedztwo, położenie, uzbrojenie, plan miejscowy determinuje cenę działki w większym stopniu niż średnie trendy rynkowe. A jak determinuje? Czy tylko "w górę"? Wydaje mi się, że nie, bo niekorzystna zabudowa w sąsiedztwie może zbić cenę działki. Wystarczy uciążliwy zakład przemysłowy, jakiś warsztat czy budynek zasłaniający widok. 

    Widzimy, że nie jest więc tak prosto. 

    Kolejna rzecz, która przychodzi mi do głowy to mit o ograniczonej liczbie działek. Znowu - to zależy od lokalizacji. Pojedyncza niezabudowana parcela w centrum miasta jest dobrem rzadkim. Ale na obrzeżach zazwyczaj działek jest wiele i chyba nie zawsze jest tak, że nic do kupienia się nie daje znaleźć. Co więcej, jeśli słyszałem, że w planach zagospodarowania przestrzennego jest zwykle dużo ziemi na cele budowlane i to na takim poziomie, że jakby je wszystkie zabudować to mielibyśmy w Polsce nadmiar mieszkań. Jeśli to prawda, to działki budowlane nie są tak ograniczonym zasobem jakby się mogło wydawać. Owszem, te konkretne w dobrym położeniu czy ładnym otoczeniu tak, ale nie wszystkie ogólnie rzecz ujmując. 

    Jaki z tego wniosek? Otóż nabieram przekonania, że trzymanie ziemi tylko dlatego, że liczymy na wzrost jej ceny w czasie może być błędem. Może się bowiem okazać, że wzrost tej konkretnej działki będzie mniejszy niż byśmy sobie tego życzyli. Jeżeli trzymamy działkę tylko dlatego, że liczymy na wzrost ceny, ale naszych oczekiwań nie opieramy na niczym poza przekonaniami o trendach rynkowych możemy się zawieść. Co innego, jeżeli wiemy, że działka ma potencjał bo wiemy, że ma dobre położenie i przewidujemy korzystne zmiany na podstawie innych przesłanek. Ale czasem warto się zastanowić czy nie poprosić rzeczoznawcy o wycenę i ocenę co do tego jak się zmienia cena ziemi w okolicy, ile nowych działek budowlanych powstaje z przekształcenia ziemi rolnej i czy ta podaż nie powoduje przypadkiem, że nie ma najmniejszego sensu trzymanie ziemi jeżeli nie zamierzamy się sami na niej budować.

    Ciekaw jestem jakie jest Wasze zdanie.


    środa, 8 maja 2019

    Chiny dorzucają do skarbca

    Chiny mają specyficzny sposób raportowania swoich oficjalnych rezerw złota. Wygląda to tak, że przez kilka lat nic nie raportują, a potem jakby budzili się ze snu i zaczynają wypuszczać na rynek jakieś informacje o dokupieniu złota do rezerw, po czym nagle ogłaszają, że "w sumie to przez ostatnie lata  zwiększyli rezerwy o np. sześćset ton.

    Prawidłowość, która daje się zaobserwować jest taka, że kiedy Rosja przegania Chiny pod względem zgromadzonych rezerw, wkrótce potem pojawia się informacja o tym, że uległy one zwiększeniu.

    Aktualnie mamy do czynienia z kolejnym epizodem tego "wyścigu". Rosja dorzuca do skarbca całą praktycznie własną produkcję i co roku zwiększa rezerwy i kilkadziesiąt ton. Chiny zostały nieprzegonione już w Q4 2017 roku i rok później w Q3 2018 zaczęły raportować zwiększanie swoich rezerw. Oficjalnie w skarbcu w Pekinie jest już ponad 1900 ton i już piąty miesiąc z rzędu zaraportowały wzrost rezerw złota. 

    Tyle jeżeli chodzi o informacje oficjalne. Nieoficjalnie mówi się, że od lat Chiny kupują za pośrednictwem różnych instytucji duże ilości złota i nie można wykluczyć, że wkrótce znowu zaraportują, że faktyczne ich rezerwy zostały zwiększone o ileś setek ton. 

    Warto w tym kontekście dodać, że w ubiegłym roku Polska zwiększyła swoje rezerwy złota o ok. 26 ton do 128 ton.

    Żródło wykresu: https://www.gold.org/goldhub/data/monthly-central-bank-statistics

    wtorek, 16 kwietnia 2019

    No więc już wiemy jak rząd chce rozmontować OFE

    Premier Morawiecki zapowiedział "prywatyzację" OFE. Ma to być kropka nad i i dokończenie demontażu drugiego filara emerytalnego. Pomysł jest błyskotliwy w swoim wykonaniu bo oczywiście polega na tym, żeby wyciągnąć do budżetu kasę od przyszłych emerytów.


    Rzecz w tym, że środki w OFE były nieopodatkowane podatkiem dochodowym. rząd zapowiada, że każdy będzie miał do wyboru dwa warianty: przeniesienie środków na IKE i opodatkowanie ich 15% prowizją, albo przeniesienie do ZUS bez prowizji. Oczywiście w obu wariantach rząd zmierza do położenia łapy na min 15% a max 100% oszczędności emerytalnych. Nie łudźmy się bowiem - środki zapisane na subkoncie w ZUS nie mają żadnego pokrycia. ZUS wydaje na bieżąco wszystko to co do niego wpływa, nic nie gromadzi.

    Gdyby więc ktoś postanowił, że jednak środki z OFE mają trafić na jego IKE (to jest wszystko tak mgliście nadal opisane, że nie wiadomo co będzie jeżeli ktoś nie ma IKE, a co jeśli ma ale np. w formie rachunku oszczędnościowego, albo obligacji, nic nie wiadomo) to będzie musiał zapłacić podatek/prowizje 15% 

    Rząd więc pozyska do budżetu 15% od razu. Te 15% nie będzie zarabiać na naszą emeryturę (od niej zapłacilibyśmy podatek w przyszłości) więc w przyszłości nasze oszczędności emerytalne będą mniejsze.

    Błyskotliwe. Po co rząd się ma martwic przyszłością emerytów, którzy zostaną nimi za kilkanaście lat? Lepiej zabrać i przejeść te pieniądze teraz dając np. trzynastki obecnym emerytom.

    Chętnie zobaczę konkretny projekt ustawy, który ma wprowadzać te zmiany. To co najbardziej mnie interesuje to czy będę mógł te pieniądze z IKE zabrać i zainwestować po swojemu. Mam kilka pomysłów, które zapewne przyniosą mi lepszą stopę zwrotu na emeryturze niż zostawianie tych pieniędzy w rękach spółdzielni finansistów i rządu. Nie wierzę bowiem, że ktoś jeszcze nie połasi się na te oszczędności.

    Obecnie formalnie rzecz biorąc jest możliwe wypłacenie pieniędzy po likwidacji IKE. Oczywiście dalej nie jest jasne jak miałoby to wyglądać w kwestiach podatkowych bo to co można przeczytać w artykułach prasowych jest nieźle namieszane.

    A jak to się skończy dla giełdy? Wydaje mi się, że raczej źle.Ten kapitał z giełdy wypłynie, nie ma innej opcji.

    czwartek, 11 kwietnia 2019

    USA otwiera nowy front w wojnie z Chinami

    Od dawna, USA identyfikują Chiny jako swojego strategicznego adwersarza. Stany Zjednoczone zorientowały się bowiem, że pozostawione w status quo Chiny w ciągu następnych dwudziestu lat przejmą dominującą opozycję ekonomiczną i militarną na świecie. Imperium amerykańskie postanowiło więc wypowiedzieć Chinom wojnę na wielu frontach ta wojna już trwa i ma wymiar nie tylko militarny ale przede wszystkim ekonomiczny. Mamy więc sankcje ekonomiczne, mamy oskarżenia o szpiegostwo przemysłowe, naciski na sojuszników aby wyrugować z rynku firmę Huawei. Mamy rosnące napięcie i działania militarne obu stron na morzu południowochińskim. mamy mapiulacje walutowe i zarzucanie drugiej stronie tegoż samego.

    Wiele razy pisałem na blogu (tu i tu), że przyszłe konflikty nie będą toczyć się w sferze wyłącznie militarnej, ale także ekonomicznej. Współczesna myśl strategiczna o nowym typie wojny (ekonomicznej, cybernetycznej, militarnej) traktuje poważnie już od lat. Takie wojny toczą się na Ukrainie i winnych częściach świata. Warto w tym kontekście poczytać książki i posłuchać wykładów dr. jacka Bartosiaka - można tam znaleźć wiele mądrych spostrzeżeń.

    Skoro więc na moim blogu raz na pięć lat powraca temat światowych wojen ekonomicznych, to nie może być inaczej i teraz. Oto Stany Zjednoczone otwierają w Światowej Organizacji handlu kolejny front przełamywania obecnego status quo na niekorzyść Chin. Jako, że Państwo Środka korzystało z uprzywilejowanego statusu kraju rozwijającego się, toteż Stany Zjednoczone dążą do pozbawienia ich tego przywileju.

    Ambasador USA przy WTO, zapowiadał, że „zdolny jest zakłócać pracę WTO, jeśli pozwoli to na konieczną reformę organizacji”, USA konsekwentnie blokują zapełnianie wakatów po kończących kadencje sędziach Organu Rozstrzygającego Spory WTO. USA chcą w ten sposób wymusić reformę WTO w sposób korzystny dla siebie, czyli pozbawiając Chiny uprzywilejowanego statusu.




    piątek, 5 kwietnia 2019

    Brexitowe cyrki

    Nie wiem czy zauważyliście, ale od tygodnia Wielka Brytania już powinna być poza Unią Europejską. To co się aktualnie dzieje, niemożność podjęcia jakiejkolwiek decyzji przez brytyjski parlament, to spektakl istnej żenady i braku odpowiedzialności za życie zwykłych ludzi i biznesu. Tak jak przewidywałem mamy rosnącą niepewność i chaos, który na gospodarce odbija się negatywnie. Pamiętam jak w czerwcu 2016 roku napisałem: "Czekają nas teraz co najmniej dwa, jak nie cztery lata zamieszania, niepewności i nerwowych ruchów.". Moje proroctwo się sprawdziło... niestety.

    To się niestety nie może dobrze skończyć dla gospodarki i się nie kończy. Karmieni niepewnością przedsiębiorcy wstrzymują inwestycje albo robią zapasy (które generują koszty). Ostatecznie wzrost gospodarczy w Wielkiej Brytanii już jest niższy niż byłby gdyby tego zamieszania z berxitem nie było. Jak podaje Gazeta: "eksperci z S&P Global Ratings uważają, że niemal zaraz po referendum brexitowym (23 czerwca 2016 r.) brytyjska gospodarka zeszła na niższą "trajektorię" wzrostową. W ich opinii, na koniec 2018 r. gospodarka Wielkiej Brytanii byłaby o 2,4-3,4 proc. większa, gdyby referendum zakończyło się innym rezultatem."

    Krzywa wzrostu gospodarczego w Wielkiej Brytanii zmniejszyła swoje nachylenie, co oznacza, ze gospodarka rozwija się wolniej.


    Powyższe wyliczenia nie są odosobnione, także Golman Sachs czy Bank of England oszacowali, że brytyjska gospodarka traci tygodniowo od 600 do 800 mln funtów z powodu brexitu, który jeszcze nie nastąpił!

    Problem w tym, że nikt chyba na wyspach nie dokonał dotąd rzetelnej analizy wszystkich powiązań gospodarczych z kontynentem, w które wpleciona jest gospodarka brytyjska. Począwszy od importu żywności, po przetwarzanie dóbr, które granicę brytyjsko unijną przekraczają na róznych etapach produkcji po kilka razy, etc.

    Im bliżej daty brexitu tym mocniej widać w danych ograniczanie wydatków inwestycyjnych i wzrost cen. Firmy tworzą plany awaryjne, ograniczaną operacje, gromadzą gotówkę i zapasy, starają się zwiększyć płynność.


    Podobnie gospodarstwa domowe ograniczyły konsumpcję (z powodu rosnących cen), jednak inaczej niż firmy, te przejadały swoje oszczędności.

    najgorsze jest to, że nie wiemy ani kiedy ani czy w ogóle ten serial się zakończy. Normalnie rzecz ujmując powinno być tak, że na rok, do 6 miesięcy przed planowanym brexitem firmy i zwykli obywatele dostają do ręki podpisany pakier przepisów i umów, które mają zacząć obowiązywać. W ten sposób byłaby szansa na dostosowanie się. W przeciwnym razie, każda gwałtowna zmiana zawsze będzie niosła za sobą koszty gospodarcze i społeczne.

    Źródłowy raport S&P dostępny jest tutaj.

    środa, 3 kwietnia 2019

    Grupowe inwestowanie w nieruchomości na wynajem, inwestycje poprzez udział w spółce

    Na sąsiednim blogu pojawił się niedawno artykuł na temat jednej z możliwości grupowego inwestowania w nieruchomości na wynajem. Artykuł rzeczowy i w mojej opinii zgodny z rzeczywistością (za chwilę napiszę skąd mogę o tym wiedzieć że zgodny), natomiast komentarze pod nim w większości pisane przez ludzi, którzy ani o inwestowaniu w nieruchomości ani tym bardziej o tej konkretnej formule jaką jest Mzuri CFI nie maja absolutnie żadnego pojęcia. Stąd poziom tych komentarzy oczywiście hejtersko ogólnikowo słaby. Bo nikt z komentujących nie zbadał wnikliwie ani samej spółki, ani modelu biznesowego ani jej sprawozdań finansowych.

    Tymczasem opinie podane przez Szymona w jego wpisie mają oparcie w faktach. Autor zaś jak twierdzi nie zarabia na afiliacji. Ja, w każdym razie z dzisiejszego artykułu nic nie mam, choć pewnie bym mógł wejść w afiliację i zarabiać za polecenie bo Mzuri jakiś tam program poleceń ma, ale nie w tym rzecz. Chciałem napisać opinię, której wagą będzie to, że jest przez to stronnicza, ze pisze ją ktoś kto spółkę typu CFI zna z autopsji, a z drugiej strony za polecenie jej nic nie weźmie.

    Mzuri CFI, o której dalej, jest jedną z form inwestowania w nieruchomości na wynajem w formule grupowej. Jest parę innych firm na rynku, które swoim klientom proponują podobny udziałowy mechanizm współinwestowania. Jest też parę sposobów inwestowania w grupie jeżeli już mamy parę osób z którymi możemy to zrobić. Rzecz w tym, że te inne spółki nie dorobiły się takiego mechanizmu formalnego ułatwiającego współinwestowanie jak to zrobiło Mzuri CFI (być może o nich nie wiem, co znaczy, że te informacje nie są tak popularnie dostępne). Inne metody mają też szereg barier, które Mzuri przezwyciężyło. Przykładowo większość tego typu przedsięwzięć do których dotarłem ma znacznie wyżej postawiony kapitałowy próg wejścia w interes.

    Samo zaś inwestowanie grupowe (co do idei) polegać ma na tym aby ten próg wejścia obniżyć i skorzystać z tego,że zbierając grupę inwestorów, z których każdego z osobna nie byłoby stać na dane przedsięwzięcie, zrobić coś większego (np. kupić i wyremontować kamienicę).

    Generalnie to mam czelnośc wypowiadać się na temat tego jak działa Mzuri CFI ponieważ znam temat z pierwszej ręki, jako pełnomocnik osoby, która udziały tam kupiła, ma i korzysta z wypłaty dywidendy z Mzuri CFI2. Dlatego nie uznaję krytyki opartej na ogólnikach ("bo rynek to jest taki, bo górka, bo spada/spadnie/spadło/wzrosło", etc) - analizę biznesu opiera się o konkretny biznesplan, w konkretnej sytuacji, dla konkretnej kamienicy/mieszkania/modelu biznesowego. Te konkretne modele biznesowe w przypadku spółek deweloperskich Mzuri CFI dotychczas dawały zyski. Te kontretne modele analizowałem, w niektóre byłem skłonny z moim mocodawca zainwestować, w inne nie (bo ryzyko wydało się nam zbyt duże). Czas pokazał, że akurat ryzyko się nie zmaterializowało i inwestycje przyniosły zyski. Czy kolejne przedsięwzięcia dadzą zyskiw przyszłości? Być może tak, w niektórych przypadkach z dużą dozą prawdopodobieństwa tak, ale trzeba mieć świadomość ryzyka tak jak przy każdym inwestowaniu. Na inwestycjach można tracić, tak jest wszędzie i zawsze. Chodzi o to, że każda z nich jest inna i trzeba je sobie zrozumieć na czym polegają. Tyle, że ja mówię o świadomości ryzyka w konkretnej sytuacji w odniesieniu do konkretnej inwestycji. 

    Co się zaś tyczy Mzuri CFI2 (bo ta się zajmuje inwestowaniem w wynajem a nie deweloperkę)- to spółka od początku istnienia konsekwentnie realizuje zakładany model biznesowy. Czytam regularnie sprawozdania finansowe, śledzę czynione inwestycje i osiąganą na nich stopę zwrotu i widzę jakiej wysokości dywidenda wpływa na konto. Analizuję podejmowane decyzje, widzę ich konsekwencje finansowe i je rozumiem. Spółka wygenerowała w ubiegłym roku zysk w wysokości około 390tyś i wypłaciła dywidendę dając zwrot na zainwestowanym kapitale około 6,86%. te pieniądze realnie wpłynęły na konto. Stąd uważam, że mogę powiedzieć coś więcej niż osoby, które krytykując nie mają pojęcia o czym piszą.

    Tak jak napisał Szymon to jest inwestycja mająca specyficzne cechy. Pewne ograniczenie płynności, pewne wymogi formalne związane z przystąpieniem do spółki czy też zbyciem udziałów. Mzuri CFI2 z założenia da niższą stopę zwrotu niż np. kupienie mieszkania na wynajem na własny rachunek (mam porównanie bo jedną i drugą opcję mam w praktyce "na tapecie"), dostarcza w zamian pewną dywersyfikację ryzyka pomiędzy wiele nieruchomości i zrzucenie z siebie problemów z rozliczaniem podatków, zarządzaniem mieszkaniem/mieszkaniami czy też samym najmem. Mieszkanie można szybciej spieniężyć, ale trzeba mieć więcej pieniędzy aby je kupić. Inwestycja w spółkę dostarcza możliwość podjęcia kapitałowo inwestycji przy kwocie znacząco niższej niż wymagana do zakupu mieszkania. Trzeba sobie to przemyśleć i przeanalizować jaki model jest dla nas odpowiedni.

    Nie będzie to idealna inwestycja dla każdego. Ona będzie miała swoje ograniczenia. Każdy więc przed przystąpieniem do zainwestowania powinien sobie odpowiedzieć na pytanie co chce ze swoimi pieniędzmi zrobić. Natomiast mogę powiedzieć jedno, że w przypadku inwestycji udziałowej w spółkę grupowego inwestowania np. taką jak Mzuri CFI, mamy zdecydowanie (o całe poziomy) większe możliwości kontroli właścicielskiej nad swoimi pieniędzmi niż w jakimkolwiek renomowanym funduszu inwestycyjnym.

    W ostateczności wiadomo kto jest prezesem i można osobiście udać się na walne zgromadzenie i porozmawiać z zarządem "po swojemu" jeśli tylko komuś przyjdzie na to ochota. Spróbujcie zrobić coś takiego w jakimś TFI. To jest jedna z zasadniczych różnic.


    -->