niedziela, 7 lipca 2019

NBP kupił 100 ton złota

Interesująca informacja wyszła w piątek z Narodowego Banku Polskiego. Jak podano w tym roku NBP dokupił 100 ton złota. Przypomnijmy, że w końcówce ubiegłego roku dokupił także około 25 ton.

Informacja jest interesująca jeszcze w jednym aspekcie - oróż jak przeanalizowałem dokumenty statystyczne NBP to wyszło mi, że ten zakup 100 ton dokonał się stosunkowo niedawno, w czerwcu bądź na przełomie czerwca i lipca kiedy cena złota była najwyższa od ponad pięciu lat.

Sprawia to, że mam co do tego zakupu ambiwalentne odczucia. Bo z jednej strony uważam, że to dobrze a i tak za późno, bo moim zdaniem NBP powinien był nadążając za wzrostem PKB konsekwentnie od lat dokładać do rezerw z złocie. Taki timing tego zakupu jak teraz jest chyba dośc niefortunny, choć zapewne z perspektywy wielu lat (za dekadę lub dwie) będzie i tak uznany za korzystny.

Jestem bowiem przekonany, że przeobrażenia polityczno gospodarcze sprawią, że cena złota wzrośnie.

Inny apekt sprawy, o którym pisze NBP w swoim komunikacie, to zamiar przetransportowania złota do Poslki. Tu też mam dwojakie odczucia. Bo z jednej strony cały czas ise mówiło,że trzymanie całości w Londynie nie jest dobrym pomysłem. Szczególnie wobec zachowania Banku Anglii, który na telefon z Waszyngtonu gotów jest zablokować dostęp do złota jka to zrobił w przypadku Wenezueli.

Z drugiej strony zawsze NBP argumentował, że złoto trzyma tam gdzie jest ośrodek jego handlu tak, aby w razie kryzysu mógł go użyć na rynku. I to jest prawda.

Wobec powyższego mam taką opinię, że szanujący się bank centralny dużego europejskiego państwa z aspiracjami, powinien trzymać swoje rezerwy (większe jeszcze) w kilku miejscach na świecie: we własnym skarbcu, w Londynie, Zurychu i w Hong Kongu.

 
Zdjęcie: Andrzej Barabasz (Chepry) [CC BY-SA 4.0], via Wikimedia Commons

środa, 3 lipca 2019

Sezon ogórkowy - polecane lektury

Plaża, wakacje, czas wolny, upał. idealne, żeby poczytać parę książek. Pozwolę sobie polecić Wam kilka na ten ciepły czas:

Mamy poradnik, filozofię polityczną i tajemnicę życia - idealny mix na plażę ;)

piątek, 14 czerwca 2019

Wojna handlowa a łańcuchy dostaw

Przeczytałem niedawno interesujący artykuł na stronie Geopolitical Futures. Podjęto w nim temat tego w jaki sposób potencjalna wojna handlowa i cła na linii USA-Chiny wpłyną na gospodarki obu tych państw. Artykuł zwraca uwagę na interesujący fakt. Otóż towary importowane z Chin są wykorzystywane w mnóstwie różnych miejsc łańcuchów logistycznych produktów wytwarzanych w USA. Brak dostępu do jakiegoś elementu, który stanowi relatywnie niewielką wartość, może wywołać nieproporcjonalnie większe skutki w skutek zakłócenia procesu dostaw i produkcji na późniejszych etapach. 

Przykładowo jakiś materiał, który wykorzystywany jest do produkcji różnych towarów, kiedy przestanie być dostępny będzie wymagał znalezienia substytutu, przestawienia łańcucha dostaw, złożenia zamówień, przeliczenia cenników, przezbrojenia maszyn albo wręcz wstrzymania produkcji w oczekiwaniu na realizacje wcześniej wymienionych czynności. Może się stać tak nawet jeżeli jest to śrubka za 10 centów, bo zamówienie nowej partii śrubek o odpowiednich parametrach, w wystarczającej ilości i odpowiedniej cenie może wymagać np. kilku tygodni. To są realne straty dla gospodarki. 

Problem w tym, że sieć łańcuchów logistyczno-produkcyjnych w dużej gospodarce takiej jak amerykańska jest tak złożona,że nie sposób jej zamodelować. Nie sposób zatem przewidzieć w którym miejscu i jakie pojawią się zakłócenia. Oczywiście niektóre można wychwycić, ale nie wszystkie. Podobny problem mają Brytyjczycy z oceną wpływu Brexitu na gospodarkę. Nie sposób przeanalizować wszystkich łańcuchów produkcyjnych i oszacować związanych z ich przerwaniem kosztów. 

Ten sam importowany zza granicy produkt może być wykorzystywany w różnych gałęziach przemysłu do różnych celów. W niektórych z nich będzie posiadał łatwe do znalezienia substytuty, w innych będzie niezastąpionym ogniwem, którego przerwanie będzie wymagało zmiany całej technologii wytwarzania finalnego wyrobu.



Analiza potencjalnego konfliktu handlowego USA-Chiny i jego wpływu na gospodarki obu stron może więc niedoszacowywać wpływu jaki np. sankcje czy cła wywołają na gospodarkę USA. Może się zatem okazać, że to USA odczuje je bardziej niż Chiny bo więcej zakłóceń związanych z dostępnością czy ceną sprowadzanych zza granicy produktów, wywołanych zostanie po stronie amerykańskiej.

niedziela, 9 czerwca 2019

"Pułapka. Dlaczego ekonomiczne myślenie blokuje innowacje i postęp?" Jacek Giedrojć - recenzja

Wiele razy sam poruszałem temat tego że współczesne działania firm są ukierunkowane na krótkoterminowe korzyści zamiast na długofalowy rozwój. Co leży u podstaw tego zjawiska?  Do czego prowadzi takie ekonomiczne myślenie? Oto jakiś czas temu dostałem do zrecenzowania książkę Jacka Giedrojcia pt. “Pułapka. Dlaczego ekonomiczne myślenie blokuje innowacje i postęp?” Sądzę że powszechnie zarządzanie firmami przez finansistów i dostęp do taniego pieniądza wpływają negatywnie na gospodarkę, innowacje i życie społeczne - ciekaw byłem jakie są poglądy autora książki w tej kwestii?

Książka jest próbą wyjaśnienia jaki wpływ na otaczająca nas rzeczywistość gospodarczą i społeczną ma sposób myślenia, który autor nazywa “ekonomicznym” czyli takim, dla którego funkcja rezultatu jest definiowana wyłącznie w kategoriach ekonomicznych - efektywności, właściwej alokacji zasobów, czy zysku.

Autor stawia tezę, że efektywność rozumiana jako maksymalizacja bieżących korzyści kosztem inwestycji i budowania wartości jest czymś co hamuje innowacje: “o ile ekonomiczne myślenie jest dobrym doradcą w racjonalizacji, o tyle przy podejmowaniu nowych wyzwań już nie.

Neoklasyczna ekonomia traktuje przedsiębiorczość jak wymianę, a nie jak działalność twórczą. Neoklasyczna ekonomia ma też problem z wartościami, które nie są materialne. Autor stawia tezę, że do wzrostu populizmu i nierówności przyczyniła się ideologia ekonomicznego myślenia stawiająca na pierwszym miejscu maksymalizację korzyści i użyteczności bieżącej. Co więcej jest to ideologia oderwana od rzeczywistości, udająca jakoby człowiek był istotą idealnie racjonalną i idealnie ekonomiczną, maksymalizującą efektywność i posiadającą dostęp do pełnej informacji, a jednocześnie egoistyczną i materialistyczną - są to założenia błędne.

Mało kiedy w pracach ekonomicznych spotyka się tak czytelnie zarysowaną absurdalność założenia o racjonalności jednostki. Autor w kilku akapitach pierwszego rozdziału rozprawia się z nim całkowicie bo po pierwsze ani wybory jednostek nie są racjonalne, ani świadome, ani wiedza o konsekwencjach pełna. Autor zwraca też uwagę na absurdalne i szokujące konsekwencje do których może prowadzić rozpatrywanie wszystkiego wyłącznie w kategoriach zysków i kosztów ekonomicznych. Ekonomia neoklasyczna oparta jest na założeniach które prowadzą do sprzeczności. 

Autor w pierwszym rozdziale przystępnie wykłada te błędne założenie teorii ekonomii, wskazuje na błędne założenia jej filozoficznych korzeni. Chodzi o to że ekonomia ignoruje preferencje wyborów nie przekładane na pieniądze, a mające grunt psychologii i socjologii potrzeb ludzkich. Okazuje się że ekonomia nie wystarcza i trzeba odwoływać się jednak do kryteriów nie ekonomicznych. Kolejny błąd ekonomii to założenie o naturalnym stanie równowagi - ma to jednak wątpliwe podstawy empiryczne naturalnym stanem jest tymczasem stan nierównowagi. Świat istnieje pomimo tego że jest w stanie permanentnej nierównowagi. “Skoro porządek społeczny się nie zawalił, mimo że materialne bodźce nie wystarczają, aby go podtrzymać, to znaczy że jakieś inne czynniki przyczyniły się do jego podtrzymania naturalnie chodzi o normy społeczne zwyczaje kulturę.” Problemem jest także zdefiniowanie roli i natury rynku.

Jednostki z natury psychologii nie są świadome rzeczywistych przesłanek etycznych, hedonistycznych czy kulturowych które nimi kierują. Jak więc można ekonomię opierać na aksjomacie o racjonalności wyboru jednostki? Ekonomiści analizują gospodarkę opierając się na tym fałszywym założeniu i nie widzą sprzeczności w tym że sama gospodarka używa powszechnie takich narzędzi jak marketing do kreowania potrzeb. Próba zaś oderwania ekonomii od wartości prowadzi na manowce. Maksymalizacja dochodu może zminimalizować ludzką godność. Ludzie to nie maszyny. Ekonomia która ignoruje wartości - dehumanizuje człowieka i sprowadza do roli automatu. Neoklasyczna definicja dobra jednostkowego zaniedbuje cenione aspekty życia.

Autor czytelnie obnaża absurdy kryteriów ekonomicznych wyborów takie jak analiza kosztów i korzyści agregujących pewne sumy, a nie konkretnych uczestników. Okazuje się że gdy rolę mają przejąć wyłącznie bodźce materialne nad moralnymi, to sytuacja staje się katastrofalna - bodźce materialne definiują świat wyłącznie jako transakcyjny. Skrajny ekonomizm sankcjonuje chciwość i staje się wytłumaczeniem - jak w przemowie Gordona Gekko “greed is good”. Wzrost gospodarczy staje się w nowym bożkiem, a ekonomia jego religią, która zastępuje moralność. Ekonomia nie przypisuje żadnej wartości dla norm moralnych, altruizmu czy choćby zwykłej przyzwoitości - one są dla ekonomii zupełnie nieistniejące, a tymczasem one przecież kształtują nasze wybory życiowe.

Autor formułuje postulat ekonomii humanistycznej, która z innymi naukami ekonomicznymi winna być w ściślejszym związku. Nawet przecież ekonomistom, którzy starają się jedynie opisywać rzeczywistość, trudno jest zgodzić się, co do podstawowych związków przyczynowo-skutkowych. Tymczasem schematy i założenia teorii determinują nasze myślenie.

Autor zwraca też uwagę na to, że matematyczne modele służące ekonomistom są z natury rzeczy upraszczające i niewiele mają wspólnego z realnym światem. Matematyka stosowana w modelach wymusza założenia nie zawsze spójne z rzeczywistością. Autor wylicza szereg przykładów na to, że argumentacje które używane są czasem na poparcie neoklasycznych teorii ekonomicznych, są niespójne wewnętrznie lub odnoszą się do przykładów świadomie dobranych w sposób wybiórczy czy też nawet zupełnie nieadekwatnych (pomijając niuanse i uwarunkowania szczególne). Ekonomiści nadmiernie przypisują sukces gospodarek zachodnich eliminacji nieefektywności a nie innowacjom i kreatywności.

Książka zwraca uwagę na zjawisko finansjalizacji. Branża finansowa rozrosła się ponad miarę i potrzebę, zajmując centralne miejsce w gospodarce. Branży finansowej udało się też przekonać otoczenie do sposobu myślenia, że to rynki finansowe są najważniejsze, a nie dobre produkty i ludzie którzy je kupują. Autor wskazuje, że generuje to krótkoterminową mentalność tak dewastującą w sferze gospodarczej społecznej i politycznej. “Wspólnym mianownikiem tych różnych zjawisk jest przekonanie, że generowanie zysku dla inwestorów to najważniejszy cel przedsięwzięć gospodarczych”.

Autor wskazuje na początek zjawiska finansjalizacji związany z podażą petrodolarów w latach 70, pokazuje też jak bankierzy skorzystali na kryzysie zadłużenia lat 80, czy kryzysie w Grecji. “Koszty kryzysu zadłużenia lat 80 ponieśli akcjonariusze banków oraz społeczeństwa. Insiderzy systemu finansowego nie tylko wyszli bez szwanku, ale wręcz skorzystali. Rozwiązanie kryzysu zadłużenia wymagało dekady ciężkiej i znakomicie wynagradzanej pracy bankierów i prawników

Tymczasem finansjalizacja powoduje degradację relacji etycznych i społecznych “W procesie finansjalizacji relacje ulegają zmianie na produkty i transakcje”. Banki odeszły od zarabiania na udzielaniu kredytów na rzecz prowizji od transakcji finansowych (na przykład emisji obligacji). Prowadziło to do zmiany roli banków i instytucji kredytowych z ponoszących ryzyko, do roli pośredników finansowych którzy żadnego ryzyka nie ponoszą. Autor pisze  “(...) o obecnej skali finansjalizacji przesądza fakt, że jest ona samonapędzającym się mechanizmem. (...) pośredniczenie przy emitowanie papierów wartościowych jest dla banków samo w sobie lukratywne i z czasem stało się samoistną działalnością, która zastąpiła tradycyjną bankowość. Później to szukanie przez banki zysku z prowizji stało się motorem generowania instrumentów finansowych.

Zabrakło mi jednak odpowiedzi na pytanie, dlaczego zatem od lat ‘80 powstała jednak cała masa innowacyjnych przedsiębiorstw w branżach technologii informatycznych, telekomunikacji czy biotechnologii. 

Autor rozprawia się też z mitem że rozrost sektora finansowego przyczynia się do wzrostu PKB. Wcale tak nie jest, a  może wręcz prowadzić do sekularnej stagnacji. Współcześnie problemem staje się nadmiar środków inwestycyjnych względem możliwości inwestowania.

Autor wskazuje że teoretycznie idealna alokacja kapitału do ryzyka na rozbudowanych rynkach finansowych jest tylko iluzją. Co gorsza Iluzją która wymyka się spod kontroli bo nikt do końca nie wie, w bilansie jakiej instytucji są na przykład, niosące niebezpieczne ryzyko derywaty. Okazuje się że lepsza alokacja ryzyka przez rynki to złudzenie.

Dzisiejsza branża finansowa wydaje się być rentierem żyjącym na koszt gospodarki, transferując do swojej kieszeni zasoby finansowe, które mogłyby być przeznaczone na inwestycje w sferę realną. W zamian daje złudzenie, że płynność rynków zapewnia lepszą alokację ryzyka czy lepsze finansowanie, co nie zawsze jest prawdą.

Autor wskazuje jeszcze na jeden aspekt finansjalizacji - to jest wpływ branży finansowej na stanowienie i egzekucję prawa oraz na prace naukowe. To powoduje zamknięte koło zwiększającego się wpływu instytucji finansowych drenujących realną gospodarkę. Znowu wracamy do dewastującego wpływu ekonomizacji myślenia na postrzeganie ról społecznych, moralności, etyki, demokracji, etc...

W ostatnim rozdziale autor wskazuje do jakich dochodzimy konsekwencji. Stawia tezę że akceptacja efektywności jako nadrzędnego celu psuje spoistość społeczną i prowadzi do zubożenia tkanki instytucjonalnej, prowadzi też do wzrostu nierówności. “Liberalna wyrozumiałość dla nierówności materialnych opiera się na przekonaniu, że jest to tylko jedna ze sfer wartości”. Samowykluczenie elit (traktujących świat wyłącznie w ujęciu transakcyjnym) źle wpływa na innowacje i tkankę społeczną oraz polityczną. Teoria neoklasyczna psuje państwo i prawo, tworzy system egoizmu i interesowności i buduje podwaliny populizmu i materializmu. 

Tymczasem decyzje ekonomiczne są i muszą być z natury rzeczy rozpatrywane także na płaszczyźnie etycznej. Jest to logiczna konsekwencja. Nie zawsze działanie motywowane czysto ekonomicznie okazują się obiektywnie dobre dla społeczeństwa (tak jak chcieliby to malować liberalni ekonomiści).

Ekonomiczne myślenie wypaczyło jednak ideę misji firmy. Wypacza także rozumienie tego co powinno być dobrem wspólnym tak jak zdrowie ludzi czy środowisko. Biznes ma być bardziej efektywny za wszelką cenę. Do czego to doprowadza? Czasem wystarczy się rozejrzeć aby dostrzec skutki. Autor podaje jeszcze bardziej ekstremalny przykład ekonomizacji demokracji w USA - gdzie pieniądze decydują o poparciu polityków dla przedstawicieli biznesu. Korporacje w efekcie płacą politykom a ci uchwalają prawo które na to zezwala.

To wpływa też dewastująco  na poczucie wyborców co do tego czy uczestnictwo w procesie demokratycznym “się opłaca”. Skoro mój głos ma nikłe szanse przeważyć szalę, a korzyści żadnej z tego nie ma, zaś oddanie głosu to wysiłek - to nie idę głosować oddaję tym samym pole populistom i lobbystom. Prowadzi to też do ekonomizacji przestrzegania prawa - korporacjom czasem opłaca się płacić kary za jego nieprzestrzeganie.

Autor Podaje przykłady jak pod wpływem liberalnej teorii ekonomicznej prawo antymonopolowe zostało zmodyfikowane w USA tak, że de facto dopuszcza powstawanie monopoli. Podobnie dzieje się w odniesieniu do prawa własności intelektualnej oderwanie systemu sądów patentowych od ogólnego sądownictwa utrudnia sędziom oceny wpływu ich orzeczeń na społeczeństwo.

Znajdziemy też w książce istotny rozdział o tym jak finansjalizacja i ekonomizacja zarządzania zniszczyła idee spółki publicznej. Dążenie do maksymalizacji zysku i ceny akcji sprawiło że korporacje są mniej chętne do inwestowania w przyszłość. Autor wskazuje na drastyczny wzrost udziału wynagrodzeń opcyjnych od 1970 do 2000 roku. Prowadzi to do manipulowania przez zarządy informacjami a przez to kreowania ceny akcji. ”Orientacja na maksymalizowanie korzyści dla akcjonariuszy rozumiane jako cena akcji przynosi szkody pozostałym interesariuszom społeczeństwu i ostatecznie również samym akcjonariuszom.” Taka sytuacja prowadzi też do skłonności zarządów do poświęcenia potencjalnych biznesów jeśli tylko mogłyby obniżyć one ceny akcji. 

Neoklasyczne podejście powoduje w ramach korporacji “dyktat liczb” skutkujący na przykład przenoszeniem produkcji czy procesów do innych krajów, z całkowitym ignorowaniem skutków mniej mierzalnych dla organizacji takich jak na przykład innowacje. Autor zwraca uwagę jak “zarządzanie przez arkusz kalkulacyjny” powoduje oderwanie zarządzających od realiów firmy, a przez to zatracenie innowacyjności wynikającej ze znajomości procesów czy relacji z klientem.

Kolejny przykład wypaczeń to mechanizm polegający na tym że IPO są organizowane przez firmy nie po to aby pozyskać gotówkę na rozwój, ale aby pozwolić założycielom realizować zyski. Cały model rynku finansowego i rozwoju korporacji staje na głowie, a na to nakłada się dyktat funduszy oczekujących krótkoterminowych szybkich zysków z posiadanych pakietów akcji.


Zabrakło mi jednak odniesienia to tego, że od lat 70 nastąpiły zasadnicze zmiany w systemie monetarnym świata. Dowolność kreacji pieniądza bez jego wymienialności na złoto mogła być tym czynnikiem, który z jednej strony przyczynił się do ekspansji ekonomicznego myślenia, a z drugiej przerwał cykl innowacji poprawy warunków pracy w którym pisze autor. Czy zatem tylko ekonomiczne myślenie? Tani kapitał i bezkosztowa kreacja pieniądza sprzyja zastępowaniu pracy ludzkiej maszynami, a co za tym idzie bogaceniu się posiadaczy z pominięciem robotników. Sprzyja temu też migracja kapitału w zglobalizowanej gospodarce. To z kolei moim zdaniem było jednym z powodów, dla których ekonomiczne myślenie się tak rozpowszechniło.

Autor nie stawiał sobie za cel odpowiedzi na pytanie co dalej robić. Ograniczył się do zasygnalizowania problemu i prowokowania przemyśleń. Postawił mimo to szereg postulatów takich jak uzdrowienie systemu finansowego przez ograniczenie możliwości spekulacji i finansjalizacji, postuluje powrót do korzeni w sprawach ładu korporacyjnego, czy  ograniczenie wyceny poprzez rynek  (mark to market). Mimo to na koniec zostają nieco zawieszone w powietrzu niewesołe prognozy mające sprowokować do przemyśleń. 


Książkę tę czytałem z zainteresowaniem. W wielu aspektach zgadzam się z poglądami autora i było to dla mnie znajdowanie potwierdzenia swoich własnych spostrzeżeń. Jest to kolejna z cyklu lektur, które demaskują ortodoksyjną neoklasyczną myśl ekonomiczną jako ślepą uliczkę. Przy czym broń Boże nie jest to Picketyzm czy neosocjalizm. Raczej próba wyjaśnienia zainteresowanym dlaczego jest tak jak jest. Książka jest głosem w sporze pomiędzy wyznawcami torii liberlnych czy wręcz libertariańskich, a socjalistycznych czy socjaldemokratycznych. Przy czym autor nie uzurpuje sobie prawa definiowania programów naprawczych. Wyciąga tylko wnioski i wskazuje na sprzeczności teorii ekonomicznych i myślenia ekonomicznego i rezultaty do których one prowadzą. Wnioski co o recept na rozwiązanie obiektywnie istniejących problemów trzeba formułować samodzielnie. Dla niektórych to, że nie mamy na końcu jasno sformułowanej recepty może być postrzegane jako wada tej książki. Rzecz jednak w tym, że przecież ekonomia neoklasyczna dawać miała właśnie jasno sformułowaną receptę, która nie działa. Tak łatwo recept formułować się nie da.

Polecam książkę jako interesującą lekturę. Szczególnie warto aby przeczytali ją studenci ekonomii, aby zrównoważyć trochę wyobrażenia o skuteczności wykładanych w podręcznikach modeli.


środa, 5 czerwca 2019

"Pacyfik i Eurazja. O wojnie" Jacek Bartosiak - recenzja książki

Zwykle czytam i recenzuję tutaj książki o tematyce ekonomicznej. jednak nie zawsze, czego przykładem były książki Georga Friedmana o geopolityce i Europie. Książka Jacka Bartosiaka jest kolejną lekturą, która traktuje o  nadchodzącym nieubłaganie nowym geopolitycznym rozdaniu. Jest to wnikliwa refleksja o geopolityce i geostrategii,o globalnej zmianie układu sił, Pacyfiku, Nowym Jedwabnym Szlaku, Rosji, nowoczesnej sztuce wojennej. Wszystkie te rzeczy wpływają na nasz świat otoczenie ekonomiczno polityczne. Aby zrozumieć świat trzeba spojrzeć na mapy. Jacek Bartosiak bardzo precyzyjnie wykłada, dlaczego jest to takie ważne i w jaki sposób otaczający nas świat determinuje procesy, które zachodzą w różnych jego obszarach.


Autor sucho i bezlitośnie pokazuje, jak ważne jest położenie geograficzne położenie danego państwa, jak determinuje historię i dyplomację i jak bardzo wpływa na pozycję na świecie. Zapomnijmy o marzycielstwie, romantyzmie czy naiwności politycznej. Strategia każdego państwa powinna być oparta na pragmatyzmie i realistycznej ocenie sytuacji w kontekście własnego położenia geopolitycznego. Jacek Bartosiak w swojej książce poddaje takiej metodycznej analizie narastający na linii USA-Chiny konflikt o dominację na Pacyfiku, oceanie Indyjskim, wodach przybrzeżnych Azji czy w globalnej ekonomii.

Jest to wieloaspektowa analiza koncentrująca się wprawdzie na aspekcie wojskowym, ale bez pominięcia wątku ekonomicznego. Autor wgłębia się w determinanty geostrategiczne Chin i USA, analizuje możliwe scenariusze, które (dwa lata po napisaniu tej książki) realizują się na naszych oczach. Dla mnie lektura była ucztą intelektualną. tego typu opracowania otwierają oczy i pozwalają poskładać w jedną całość puzzle rozsypane z całej geopolitycznej układanki. Wg. mnie jest to lektura obowiązkowa dla wszystkich polityków, którym wydaje się, że idealizm coś w geostrategicznej układance coś znaczy. Lektura obowiązkowa dla wszystkich, którzy chcą wyobrazić sobie jakie są interesy wielkich mocarstw.

Ogromną zaletą tej książki jest bibliografia. Jedyna uwaga jaką bym miał to może w innej kolejności ułożyłbym rozdziały i rozdział pt. 'Przebudzenie smoka" dał wcześniej, ale to drobiazgi.


"Pacyfik i Eurazja. O wojnie" Jacek Bartosiak - recenzja książki
Niezwykle ciekawa intelektualnie lektura o narastającym na naszych oczach konflikcie USA-Chiny
Wydawca: Wydawnictwo Asian Century
Data wydania: 2018
ISBN: 978-83-945749-0-1
"Pacyfik i Eurazja. O wojnie" Jacek Bartosiak - recenzja książki
Niezwykle ciekawa lektura o geopolitycznych uwarunkowaniach narastającego konfliktu na linii USA-Chiny
Date published: 05/06/2019
5

wtorek, 28 maja 2019

Demontaż OFE znamy szczegóły

W poprzednim wpisie a temat ostatecznego demontażu OFE pisałem, że chętnie poznałbym szczegóły projektu. Interesowało mnie to, czy po przeniesieniu środków z OFE na IKE będzie możliwość ich wypłaty. Okazało się, że szczegóły są już znane i niestety nie są one satysfakcjonujące.

Otóż na stronach Rządowego Centrum Legislacji pojawił się skierowany do konsultacji projekt ustawy likwidującej OFE. Czytając jego zapisy dochodzę do wniosku, że cała operacja ma na celu zamydlenie oczu wyborcom i oszukanie nas przy jednoczesnym okradzeniu. Oto w powszechnej narracji była mowa o prywatyzacji środków, przeniesieniu ich na IKE gdzie będą "nasze". Cóż, ja jako "moje" traktuję coś co mogę sobie wziąć.

Tymczasem projekt ustawy przewiduje, że owszem po przeniesieniu środków na IKE będą one dziedziczone, ale nie będę mógł ich z IKE wypłacić tak jak pozostałych środków, które tam wpłacałem. Będą więc opodatkowane opłatą przekształceniową (więc rząd mi część zabierze), ale dalej nie moje, lecz uziemione tam aż do czasu mojej emerytury. Jaki więc ma to sens? Nikły.

Tutaj uwaga. ja przeczytałem projekt ustawy i według tego co tam wyczytałem, wynika dla mnie, że zwrot środków o których mowa w art 26c (nowo dodawanym, który mówi o środkach przeniesionych z OFE) nie będzie możliwy. Tymczasem już natknąłem się na atyukuły pisane przez dziennikarzy, którzy nie przeczytali tego projektu ustawy (sic!) i smolą farmazony o tym, że będzie to możliwe. NIE NIE BĘDZIE, nie dajcie się nabrac i czytajcie ustawy a nie artykuły pisane przez nieuków,

Mamy zatem dwie alternatywy:

  1. zadeklarować przeniesienie środków do ZUS, gdzie nie zostaną opodatkowane opłatą przekształceniową i będą waloryzowane w zależności od PKB
  2. pozwolić na przeniesienie środków do IKE po opodatkowaniu 15% podatkiem gdzie będą podlegały wahaniom rynkowej wyceny atywów
Nie wiem czy nie korzystniej będzie jednak przenieść się do ZUS (jak ZUSu nie lubię tak musze to przyznać) bo po pierwsze z wyliczeń wynika, że w latach 2014-19 średnioroczna stopa zwrotu na subkoncie w ZUS wyniosła 4,4 proc., a w OFE 3,3 proc, po drugie w niektórych latach OFE przynosiły straty a silny wzrost gospodarczy napędzał waloryzację w ZIS, która nie może być ujemna. Na dokładkę, w kościach czuje, że dobra koniunktura na giełdzie jest raczej w długim terminie trudna do powtórzenia. Analizy wskazują,że większe są szanse na lepszą stopę zwrotu w ZUS niż w funduszach, trzeba mieć jednak poprawkę na to, że w przyszłości politycy mogą postanowić nas w ten czy w inny sposób okraść ponownie. Tak czy inaczej, w przypadku każdej z alternatyw będą mogli nas oskubać.

Co więcej wynika, że środki zostaną przeniesione na IKE domyślnie więc i domyślnie zostaną opodatkowane 15% podatkiem. Aby się przenieść ze środkami do ZUS trzeba będzie złożyć deklarację, pokrętne to i oszukańcze jak dla mnie bo zupełnie odwrotne niż w przypadku PPK. Wszystko obliczone na to żeby nas oskubać.


piątek, 17 maja 2019

Czy "ziema trzyma cenę" - jak to jest ze wzrostem cen działek?

Zastanawiam się ostatnio nad tematem cen działek budowlanych. Funkcjonuje taki popularny mit, że 'ziemia trzyma cenę', 'ziemi więcej nie będzie', więc 'działki mogą tylko drożeć'. Czy aby na pewno? No więc po pierwsze działka działce nie równa i wszelkie uogólnienia i uśrednienia biorą w łeb w konfrontacji z daną konkretną lokalizacją i nieruchomością. To sąsiedztwo, położenie, uzbrojenie, plan miejscowy determinuje cenę działki w większym stopniu niż średnie trendy rynkowe. A jak determinuje? Czy tylko "w górę"? Wydaje mi się, że nie, bo niekorzystna zabudowa w sąsiedztwie może zbić cenę działki. Wystarczy uciążliwy zakład przemysłowy, jakiś warsztat czy budynek zasłaniający widok. 

Widzimy, że nie jest więc tak prosto. 

Kolejna rzecz, która przychodzi mi do głowy to mit o ograniczonej liczbie działek. Znowu - to zależy od lokalizacji. Pojedyncza niezabudowana parcela w centrum miasta jest dobrem rzadkim. Ale na obrzeżach zazwyczaj działek jest wiele i chyba nie zawsze jest tak, że nic do kupienia się nie daje znaleźć. Co więcej, jeśli słyszałem, że w planach zagospodarowania przestrzennego jest zwykle dużo ziemi na cele budowlane i to na takim poziomie, że jakby je wszystkie zabudować to mielibyśmy w Polsce nadmiar mieszkań. Jeśli to prawda, to działki budowlane nie są tak ograniczonym zasobem jakby się mogło wydawać. Owszem, te konkretne w dobrym położeniu czy ładnym otoczeniu tak, ale nie wszystkie ogólnie rzecz ujmując. 

Jaki z tego wniosek? Otóż nabieram przekonania, że trzymanie ziemi tylko dlatego, że liczymy na wzrost jej ceny w czasie może być błędem. Może się bowiem okazać, że wzrost tej konkretnej działki będzie mniejszy niż byśmy sobie tego życzyli. Jeżeli trzymamy działkę tylko dlatego, że liczymy na wzrost ceny, ale naszych oczekiwań nie opieramy na niczym poza przekonaniami o trendach rynkowych możemy się zawieść. Co innego, jeżeli wiemy, że działka ma potencjał bo wiemy, że ma dobre położenie i przewidujemy korzystne zmiany na podstawie innych przesłanek. Ale czasem warto się zastanowić czy nie poprosić rzeczoznawcy o wycenę i ocenę co do tego jak się zmienia cena ziemi w okolicy, ile nowych działek budowlanych powstaje z przekształcenia ziemi rolnej i czy ta podaż nie powoduje przypadkiem, że nie ma najmniejszego sensu trzymanie ziemi jeżeli nie zamierzamy się sami na niej budować.

Ciekaw jestem jakie jest Wasze zdanie.


środa, 8 maja 2019

Chiny dorzucają do skarbca

Chiny mają specyficzny sposób raportowania swoich oficjalnych rezerw złota. Wygląda to tak, że przez kilka lat nic nie raportują, a potem jakby budzili się ze snu i zaczynają wypuszczać na rynek jakieś informacje o dokupieniu złota do rezerw, po czym nagle ogłaszają, że "w sumie to przez ostatnie lata  zwiększyli rezerwy o np. sześćset ton.

Prawidłowość, która daje się zaobserwować jest taka, że kiedy Rosja przegania Chiny pod względem zgromadzonych rezerw, wkrótce potem pojawia się informacja o tym, że uległy one zwiększeniu.

Aktualnie mamy do czynienia z kolejnym epizodem tego "wyścigu". Rosja dorzuca do skarbca całą praktycznie własną produkcję i co roku zwiększa rezerwy i kilkadziesiąt ton. Chiny zostały nieprzegonione już w Q4 2017 roku i rok później w Q3 2018 zaczęły raportować zwiększanie swoich rezerw. Oficjalnie w skarbcu w Pekinie jest już ponad 1900 ton i już piąty miesiąc z rzędu zaraportowały wzrost rezerw złota. 

Tyle jeżeli chodzi o informacje oficjalne. Nieoficjalnie mówi się, że od lat Chiny kupują za pośrednictwem różnych instytucji duże ilości złota i nie można wykluczyć, że wkrótce znowu zaraportują, że faktyczne ich rezerwy zostały zwiększone o ileś setek ton. 

Warto w tym kontekście dodać, że w ubiegłym roku Polska zwiększyła swoje rezerwy złota o ok. 26 ton do 128 ton.

Żródło wykresu: https://www.gold.org/goldhub/data/monthly-central-bank-statistics

wtorek, 16 kwietnia 2019

No więc już wiemy jak rząd chce rozmontować OFE

Premier Morawiecki zapowiedział "prywatyzację" OFE. Ma to być kropka nad i i dokończenie demontażu drugiego filara emerytalnego. Pomysł jest błyskotliwy w swoim wykonaniu bo oczywiście polega na tym, żeby wyciągnąć do budżetu kasę od przyszłych emerytów.


Rzecz w tym, że środki w OFE były nieopodatkowane podatkiem dochodowym. rząd zapowiada, że każdy będzie miał do wyboru dwa warianty: przeniesienie środków na IKE i opodatkowanie ich 15% prowizją, albo przeniesienie do ZUS bez prowizji. Oczywiście w obu wariantach rząd zmierza do położenia łapy na min 15% a max 100% oszczędności emerytalnych. Nie łudźmy się bowiem - środki zapisane na subkoncie w ZUS nie mają żadnego pokrycia. ZUS wydaje na bieżąco wszystko to co do niego wpływa, nic nie gromadzi.

Gdyby więc ktoś postanowił, że jednak środki z OFE mają trafić na jego IKE (to jest wszystko tak mgliście nadal opisane, że nie wiadomo co będzie jeżeli ktoś nie ma IKE, a co jeśli ma ale np. w formie rachunku oszczędnościowego, albo obligacji, nic nie wiadomo) to będzie musiał zapłacić podatek/prowizje 15% 

Rząd więc pozyska do budżetu 15% od razu. Te 15% nie będzie zarabiać na naszą emeryturę (od niej zapłacilibyśmy podatek w przyszłości) więc w przyszłości nasze oszczędności emerytalne będą mniejsze.

Błyskotliwe. Po co rząd się ma martwic przyszłością emerytów, którzy zostaną nimi za kilkanaście lat? Lepiej zabrać i przejeść te pieniądze teraz dając np. trzynastki obecnym emerytom.

Chętnie zobaczę konkretny projekt ustawy, który ma wprowadzać te zmiany. To co najbardziej mnie interesuje to czy będę mógł te pieniądze z IKE zabrać i zainwestować po swojemu. Mam kilka pomysłów, które zapewne przyniosą mi lepszą stopę zwrotu na emeryturze niż zostawianie tych pieniędzy w rękach spółdzielni finansistów i rządu. Nie wierzę bowiem, że ktoś jeszcze nie połasi się na te oszczędności.

Obecnie formalnie rzecz biorąc jest możliwe wypłacenie pieniędzy po likwidacji IKE. Oczywiście dalej nie jest jasne jak miałoby to wyglądać w kwestiach podatkowych bo to co można przeczytać w artykułach prasowych jest nieźle namieszane.

A jak to się skończy dla giełdy? Wydaje mi się, że raczej źle.Ten kapitał z giełdy wypłynie, nie ma innej opcji.

czwartek, 11 kwietnia 2019

USA otwiera nowy front w wojnie z Chinami

Od dawna, USA identyfikują Chiny jako swojego strategicznego adwersarza. Stany Zjednoczone zorientowały się bowiem, że pozostawione w status quo Chiny w ciągu następnych dwudziestu lat przejmą dominującą opozycję ekonomiczną i militarną na świecie. Imperium amerykańskie postanowiło więc wypowiedzieć Chinom wojnę na wielu frontach ta wojna już trwa i ma wymiar nie tylko militarny ale przede wszystkim ekonomiczny. Mamy więc sankcje ekonomiczne, mamy oskarżenia o szpiegostwo przemysłowe, naciski na sojuszników aby wyrugować z rynku firmę Huawei. Mamy rosnące napięcie i działania militarne obu stron na morzu południowochińskim. mamy mapiulacje walutowe i zarzucanie drugiej stronie tegoż samego.

Wiele razy pisałem na blogu (tu i tu), że przyszłe konflikty nie będą toczyć się w sferze wyłącznie militarnej, ale także ekonomicznej. Współczesna myśl strategiczna o nowym typie wojny (ekonomicznej, cybernetycznej, militarnej) traktuje poważnie już od lat. Takie wojny toczą się na Ukrainie i winnych częściach świata. Warto w tym kontekście poczytać książki i posłuchać wykładów dr. jacka Bartosiaka - można tam znaleźć wiele mądrych spostrzeżeń.

Skoro więc na moim blogu raz na pięć lat powraca temat światowych wojen ekonomicznych, to nie może być inaczej i teraz. Oto Stany Zjednoczone otwierają w Światowej Organizacji handlu kolejny front przełamywania obecnego status quo na niekorzyść Chin. Jako, że Państwo Środka korzystało z uprzywilejowanego statusu kraju rozwijającego się, toteż Stany Zjednoczone dążą do pozbawienia ich tego przywileju.

Ambasador USA przy WTO, zapowiadał, że „zdolny jest zakłócać pracę WTO, jeśli pozwoli to na konieczną reformę organizacji”, USA konsekwentnie blokują zapełnianie wakatów po kończących kadencje sędziach Organu Rozstrzygającego Spory WTO. USA chcą w ten sposób wymusić reformę WTO w sposób korzystny dla siebie, czyli pozbawiając Chiny uprzywilejowanego statusu.




piątek, 5 kwietnia 2019

Brexitowe cyrki

Nie wiem czy zauważyliście, ale od tygodnia Wielka Brytania już powinna być poza Unią Europejską. To co się aktualnie dzieje, niemożność podjęcia jakiejkolwiek decyzji przez brytyjski parlament, to spektakl istnej żenady i braku odpowiedzialności za życie zwykłych ludzi i biznesu. Tak jak przewidywałem mamy rosnącą niepewność i chaos, który na gospodarce odbija się negatywnie. Pamiętam jak w czerwcu 2016 roku napisałem: "Czekają nas teraz co najmniej dwa, jak nie cztery lata zamieszania, niepewności i nerwowych ruchów.". Moje proroctwo się sprawdziło... niestety.

To się niestety nie może dobrze skończyć dla gospodarki i się nie kończy. Karmieni niepewnością przedsiębiorcy wstrzymują inwestycje albo robią zapasy (które generują koszty). Ostatecznie wzrost gospodarczy w Wielkiej Brytanii już jest niższy niż byłby gdyby tego zamieszania z berxitem nie było. Jak podaje Gazeta: "eksperci z S&P Global Ratings uważają, że niemal zaraz po referendum brexitowym (23 czerwca 2016 r.) brytyjska gospodarka zeszła na niższą "trajektorię" wzrostową. W ich opinii, na koniec 2018 r. gospodarka Wielkiej Brytanii byłaby o 2,4-3,4 proc. większa, gdyby referendum zakończyło się innym rezultatem."

Krzywa wzrostu gospodarczego w Wielkiej Brytanii zmniejszyła swoje nachylenie, co oznacza, ze gospodarka rozwija się wolniej.


Powyższe wyliczenia nie są odosobnione, także Golman Sachs czy Bank of England oszacowali, że brytyjska gospodarka traci tygodniowo od 600 do 800 mln funtów z powodu brexitu, który jeszcze nie nastąpił!

Problem w tym, że nikt chyba na wyspach nie dokonał dotąd rzetelnej analizy wszystkich powiązań gospodarczych z kontynentem, w które wpleciona jest gospodarka brytyjska. Począwszy od importu żywności, po przetwarzanie dóbr, które granicę brytyjsko unijną przekraczają na róznych etapach produkcji po kilka razy, etc.

Im bliżej daty brexitu tym mocniej widać w danych ograniczanie wydatków inwestycyjnych i wzrost cen. Firmy tworzą plany awaryjne, ograniczaną operacje, gromadzą gotówkę i zapasy, starają się zwiększyć płynność.


Podobnie gospodarstwa domowe ograniczyły konsumpcję (z powodu rosnących cen), jednak inaczej niż firmy, te przejadały swoje oszczędności.

najgorsze jest to, że nie wiemy ani kiedy ani czy w ogóle ten serial się zakończy. Normalnie rzecz ujmując powinno być tak, że na rok, do 6 miesięcy przed planowanym brexitem firmy i zwykli obywatele dostają do ręki podpisany pakier przepisów i umów, które mają zacząć obowiązywać. W ten sposób byłaby szansa na dostosowanie się. W przeciwnym razie, każda gwałtowna zmiana zawsze będzie niosła za sobą koszty gospodarcze i społeczne.

Źródłowy raport S&P dostępny jest tutaj.

środa, 3 kwietnia 2019

Grupowe inwestowanie w nieruchomości na wynajem, inwestycje poprzez udział w spółce

Na sąsiednim blogu pojawił się niedawno artykuł na temat jednej z możliwości grupowego inwestowania w nieruchomości na wynajem. Artykuł rzeczowy i w mojej opinii zgodny z rzeczywistością (za chwilę napiszę skąd mogę o tym wiedzieć że zgodny), natomiast komentarze pod nim w większości pisane przez ludzi, którzy ani o inwestowaniu w nieruchomości ani tym bardziej o tej konkretnej formule jaką jest Mzuri CFI nie maja absolutnie żadnego pojęcia. Stąd poziom tych komentarzy oczywiście hejtersko ogólnikowo słaby. Bo nikt z komentujących nie zbadał wnikliwie ani samej spółki, ani modelu biznesowego ani jej sprawozdań finansowych.

Tymczasem opinie podane przez Szymona w jego wpisie mają oparcie w faktach. Autor zaś jak twierdzi nie zarabia na afiliacji. Ja, w każdym razie z dzisiejszego artykułu nic nie mam, choć pewnie bym mógł wejść w afiliację i zarabiać za polecenie bo Mzuri jakiś tam program poleceń ma, ale nie w tym rzecz. Chciałem napisać opinię, której wagą będzie to, że jest przez to stronnicza, ze pisze ją ktoś kto spółkę typu CFI zna z autopsji, a z drugiej strony za polecenie jej nic nie weźmie.

Mzuri CFI, o której dalej, jest jedną z form inwestowania w nieruchomości na wynajem w formule grupowej. Jest parę innych firm na rynku, które swoim klientom proponują podobny udziałowy mechanizm współinwestowania. Jest też parę sposobów inwestowania w grupie jeżeli już mamy parę osób z którymi możemy to zrobić. Rzecz w tym, że te inne spółki nie dorobiły się takiego mechanizmu formalnego ułatwiającego współinwestowanie jak to zrobiło Mzuri CFI (być może o nich nie wiem, co znaczy, że te informacje nie są tak popularnie dostępne). Inne metody mają też szereg barier, które Mzuri przezwyciężyło. Przykładowo większość tego typu przedsięwzięć do których dotarłem ma znacznie wyżej postawiony kapitałowy próg wejścia w interes.

Samo zaś inwestowanie grupowe (co do idei) polegać ma na tym aby ten próg wejścia obniżyć i skorzystać z tego,że zbierając grupę inwestorów, z których każdego z osobna nie byłoby stać na dane przedsięwzięcie, zrobić coś większego (np. kupić i wyremontować kamienicę).

Generalnie to mam czelnośc wypowiadać się na temat tego jak działa Mzuri CFI ponieważ znam temat z pierwszej ręki, jako pełnomocnik osoby, która udziały tam kupiła, ma i korzysta z wypłaty dywidendy z Mzuri CFI2. Dlatego nie uznaję krytyki opartej na ogólnikach ("bo rynek to jest taki, bo górka, bo spada/spadnie/spadło/wzrosło", etc) - analizę biznesu opiera się o konkretny biznesplan, w konkretnej sytuacji, dla konkretnej kamienicy/mieszkania/modelu biznesowego. Te konkretne modele biznesowe w przypadku spółek deweloperskich Mzuri CFI dotychczas dawały zyski. Te kontretne modele analizowałem, w niektóre byłem skłonny z moim mocodawca zainwestować, w inne nie (bo ryzyko wydało się nam zbyt duże). Czas pokazał, że akurat ryzyko się nie zmaterializowało i inwestycje przyniosły zyski. Czy kolejne przedsięwzięcia dadzą zyskiw przyszłości? Być może tak, w niektórych przypadkach z dużą dozą prawdopodobieństwa tak, ale trzeba mieć świadomość ryzyka tak jak przy każdym inwestowaniu. Na inwestycjach można tracić, tak jest wszędzie i zawsze. Chodzi o to, że każda z nich jest inna i trzeba je sobie zrozumieć na czym polegają. Tyle, że ja mówię o świadomości ryzyka w konkretnej sytuacji w odniesieniu do konkretnej inwestycji. 

Co się zaś tyczy Mzuri CFI2 (bo ta się zajmuje inwestowaniem w wynajem a nie deweloperkę)- to spółka od początku istnienia konsekwentnie realizuje zakładany model biznesowy. Czytam regularnie sprawozdania finansowe, śledzę czynione inwestycje i osiąganą na nich stopę zwrotu i widzę jakiej wysokości dywidenda wpływa na konto. Analizuję podejmowane decyzje, widzę ich konsekwencje finansowe i je rozumiem. Spółka wygenerowała w ubiegłym roku zysk w wysokości około 390tyś i wypłaciła dywidendę dając zwrot na zainwestowanym kapitale około 6,86%. te pieniądze realnie wpłynęły na konto. Stąd uważam, że mogę powiedzieć coś więcej niż osoby, które krytykując nie mają pojęcia o czym piszą.

Tak jak napisał Szymon to jest inwestycja mająca specyficzne cechy. Pewne ograniczenie płynności, pewne wymogi formalne związane z przystąpieniem do spółki czy też zbyciem udziałów. Mzuri CFI2 z założenia da niższą stopę zwrotu niż np. kupienie mieszkania na wynajem na własny rachunek (mam porównanie bo jedną i drugą opcję mam w praktyce "na tapecie"), dostarcza w zamian pewną dywersyfikację ryzyka pomiędzy wiele nieruchomości i zrzucenie z siebie problemów z rozliczaniem podatków, zarządzaniem mieszkaniem/mieszkaniami czy też samym najmem. Mieszkanie można szybciej spieniężyć, ale trzeba mieć więcej pieniędzy aby je kupić. Inwestycja w spółkę dostarcza możliwość podjęcia kapitałowo inwestycji przy kwocie znacząco niższej niż wymagana do zakupu mieszkania. Trzeba sobie to przemyśleć i przeanalizować jaki model jest dla nas odpowiedni.

Nie będzie to idealna inwestycja dla każdego. Ona będzie miała swoje ograniczenia. Każdy więc przed przystąpieniem do zainwestowania powinien sobie odpowiedzieć na pytanie co chce ze swoimi pieniędzmi zrobić. Natomiast mogę powiedzieć jedno, że w przypadku inwestycji udziałowej w spółkę grupowego inwestowania np. taką jak Mzuri CFI, mamy zdecydowanie (o całe poziomy) większe możliwości kontroli właścicielskiej nad swoimi pieniędzmi niż w jakimkolwiek renomowanym funduszu inwestycyjnym.

W ostateczności wiadomo kto jest prezesem i można osobiście udać się na walne zgromadzenie i porozmawiać z zarządem "po swojemu" jeśli tylko komuś przyjdzie na to ochota. Spróbujcie zrobić coś takiego w jakimś TFI. To jest jedna z zasadniczych różnic.


czwartek, 21 marca 2019

Kilka słów o nieruchomościach na wynajem

Natknąłem się ostatnio na parę wpisów na różnych blogach, gdzie zajmowano się tematem nieruchomości na wynajem. Generalnie temat jest obecnie mocno popularny i chciałbym podzielić się tu swoją refleksją.

Otóż spotykam się z wieloma opiniami, że najem nie jest tak opłacalny jak to się go rysuje i za jaki się uważa. Jest w tym dużo prawdy, co nie oznacza że opłacalny nie jest - do tego dojdziemy. Rzecz w tym, ze niejednokrotnie na temat opłacalności najmu wypowiadają się ludzie licząc przychody nadmiernie optymistycznie, a koszty nad wyraz pobieżnie. Są też tacy, którzy liczą zupełnie pesymistyczne i oderwane od rzeczywistości stopy nie oparte na faktycznych danych o realnie nadającej się do najmu nieruchomości. Uzyskują w ten sposób stopy zwrotu, które w rzeczywistości dla danej nieruchomości są zupełnie inne. Koszty należy liczyć w pełni a przychody ostrożnie.

Druga rzecz jest taka, że opłacalność najmu zależy w dużej mierze od ceny, za którą kupiliśmy nieruchomość i kosztów jakie ponieśliśmy przygotowując ją do najmu. Bardzo trzeba tych kosztów pilnować i wiem z doświadczenia, że niejednokrotnie mają one tendencję aby się rozrastać (szczególnie koszty remontu i wyposażenia). Trzeba dokładnie analizować biznes plan danej nieruchomości i pilnować kosztów na etapie remontu czy zakupu sprzętów.

Dwie takie same nieruchomości kupione po nieco różnych cenach i wykończone w rożnych budżetach, wynajęte na identycznych warunkach przyniosą różne stopy zwrotu.

W końcu, są takie nieruchomości, których po prostu do najmu się nie opłaca kupować.

Kolejna rzecz jest taka, że w wielu analizach, które czytamy na sieci spotykamy się z uśrednionymi wskaźnikami rentowności najmu. Generalnie to moim zdaniem takie uśrednione analizy można wyrzucić do kosza. Po pierwsze rynek nieruchomości jest rozgrzany w segmencie mieszkań nowych gdzie deweloperzy pompują ceny. Po drugie trzeba analizować daną konkretną nieruchomość, jej konkretny stan i potencjał a nie średnie rynkowe. Średnie mieszkanie nie istnieje. Może jak ktoś ma portfel setek mieszkań to jakąś średnia osiągnie, ale realnie trzeba się skupić na aspektach danych konkretnych nieruchomości,które się chce brać pod uwagę.




Tak jak pisałem takie uśrednione analizy są zaburzone bo biorą pod uwagę w wielu przypadkach ceny mieszkań, których nikt rozsądny nie kupiłby pod wynajem, w miejscach w których wynajmować nie ma sensu i po cenach, które po uśrednieniu nic nie mówią o danej konkretnej dzielnicy. Co więcej średnie mieszają ze sobą segmenty kawalerek budżetowych, mieszkań premium czy wynajmowanych na pokoje albo na krótki termin. To są tymczasem zupełnie różne rodzaje działalności rządzące się własnymi prawami i mające różne wymagania kapitałowe i różne potencjalne poziomy rentowności przy innym poziomie ryzyka czy wymaganego zaangażowania.


Z tym zaangażowaniem i profesjonalizacją też jest kwestia taka, że często opinie ludzi, którzy mieli do czynienia z najmem są negatywne dlatego, że jak się przyjrzymy to nie podchodzili oni w profesjonalny sposób do zarządzania swoim mieszkaniem. Moim zdaniem albo się należy wyspecjalizować w tym i podchodzić profesjonalnie, stosować dobre wzorce umów, dobre praktyki jak selekcja najemców traktując to jako rodzaj działalności gospodarczej, etc, albo należy zlecić to komuś i pogodzić się z koniecznością płacenia pewnej kwoty za święty spokój.

Często porównuje się przy tym mieszkania czy to do działalności (na której można i owszem wyciągnąć dobre stopy zwrotu - pod warunkiem, że się umie ją dobrze prowadzić), czy to do giełdy albo obligacji. Tylko, że to jest tak jak z każdym rodzajem działalności - jeden ma do pewnego tematu więcej umiejętności i wyciągnie większą stopę zwrotu, inny więcej czasu zainwestuje i mu się uda, a inny będzie miał mniej szczęścia i straci. Na giełdzie można pieniądze zarobić i stracić. Łatwo się prognozuje patrząc wstecz co by było gdyby zamiast kupić mieszkanie ktoś zainwestował na giełdzie. tylko, że w przypadku giełdy jest znacznie większa zmienność i ryzyko. Za to ryzyko jest wyższe permium.

Generalnie nieruchomości charakteryzują się pewną stabilnością i przy dobrym zarządzaniu względnie niskim ryzykiem. Cóż, ceną za to są względnie niższe stopy zwrotu. Te stopy znacząco zależą też od tego jaką nieruchomość rozpatrujemy. Oczywiście są okresy kiedy te stopy są względnie wyższe niż np. obligacje, a są okresy kiedy można było na obligacjach zarobić więcej.  Tylko, że tu też trzeba wiedzy kiedy i co kupić. Nie każdy się na tym zna. Dobra praktyka nakazywałaby zatem mieć zdywersyfikowany portfel inwestycji w różne aktywa.

Do tematu nieruchomości pewnie będę wracał.

poniedziałek, 18 marca 2019

Drukowanie pieniędzy jest dobre?

Z zainteresowaniem, ale i ze zdziwieniem oraz lekkim lękiem, przeczytałem na portalu obserwatorfinansowy.pl artykuł Stefana Gerlacha z banku EFG w Zurychu pt. "Wnioski z ilościowego łagodzenia w Europie". 

Główna teza tego artykułu jest taka, że dodruk pieniądza prowadzony przez EBC przysłużył się gospodarce, a nawet był za mały bo inflacja nie wzrosła tak jak chcieliby bankierzy centralni.

Warto przeczytać i zastanowić się nad pewnymi aspektami tego artykułu, które mnie osobiście nie dają spokoju. 

Po pierwsze, mamy zawarte w nim pewne porównanie do Wielkiego Kryzysu. Chodzi o postulat, że banki centralne powinny zapewniać gospodarce odpowiednią ilość pieniądza bo jego brak może doprowadzić do recesji. Mam z tym argumentem ten problem, że w czasach kiedy doszło do Wielkiego Kryzysu mieliśmy na świecie zupełnie inny system monetarny, w obiegu monetarnym funkcjonowało złoto, a kreacja pieniądza poprzez kredyt w systemie bankowym miała zupełnie inne znaczenie niż dziś. Odwoływanie się w dzisiejszym systemie do doświadczań tamtego czasu jest moim zdaniem nadużyciem.

Po drugie autor zupełnie nie wspomina o tym w jaki sposób mechanizm skupu aktywów prowadzonego przez EBC wpłynął na dostępność kredytów w gospodarce. W pierwszej kolejności bowiem spowodował on, że system bankowy mógł osiągać zyski nie ponosząc w ogóle ryzyka, tylko i wyłącznie poprzez mechanizm przeprowadzania na obligacjach transakcji z EBC. To generalnie zastrzyk gotówki do kieszeni bankierów.

Trzecia rzecz, która nie godzi się z moim sposobem patrzenia na świat, jest teza, że inflacja jest czymś pożądanym i dobrym i należy ją sztucznie wywoływać. Po pierwsze, funkcjonujemy w świecie gdzie cena przestała być kotwicą i punktem odniesienia na rynku dlatego, że cena pieniądza nie jest kształtowana przez rynek a przez manipulacje banków centralnych. Skutkuje to tym, ze siedzimy wszyscy w rozbujanej łodzi, nad którą łatwo stracić kontrolę. Po drugie, dlaczegóż to rosnąca cena miałaby być czymś pożądanym i dobrym, no i dla kogo dobrym? Dla jednych uczestników rynku będzie może ona i dobra, ale dla innych nie specjalnie.

Myślenie w kategoriach postrzegania inflacji jako czegoś dobrego jest korzystne dla bankierów, dlatego za nim lobbują. Ale to nie jest korzystne dla posiadaczy oszczędności, którzy na inflacji tracą. Inflacja daje więc sektorowi bankowemu coraz większą władzę.

Mechanizmy QE dają wielką władzę bankierom, którzy czerpią z tego tytułu znacznie więcej korzyści i władzy niż to do czego się przyznają. Będa oczywiście twierdzić, że taki mechanizm jest dobry, że to nowa ekonomia itd, ale fundamentalnie to kłóci się zarówno ze zdrowym rozsądkiem, jak i poczuciem przyzwoitości.

RIAN archive 159553 Moscow's Goznak Printing Factory

piątek, 1 marca 2019

Jak kończą piramidy finansowe?

Mniej więcej siedem lat temu napisałem wpis o tym, że ludzie nie zwracają uwagi na że zyski proponowane przez różne szemrane podmioty są często iluzoryczne, a ich konstrukcja jest klasyczną piramidą finansową. Pisałem wtedy, że niestety ludzie nie zwracają uwagi na to komu powierzają swoje pieniądze. Było to jeszcze przed upadkiem Amber Golda, i już nawet nie pamiętałem tamtego wpisu. przypomniała mi o nim wiadomość, że oto sąd skazał Andrzeja K. założyciela piramidy finansowej Finroyal na 10 lat więzienia.

Przypomniałem sobie, że przecież ja o tym Finroyal pisałem i trafiłem na ten archiwalny wpis. Z wymienionych w nim podmiotów Kilka okazało się ewidentnymi oszustwami. Oto Amber Gold upadł, Finroyal upadł, a ich klienci stracili setki milionów złotych. Był jeszcze taki "Mizar Profit" po którym próżno szukać jakiegokolwiek śladu - rozpłynął się w powietrzu.

Czy te przypadki kogoś czegoś nauczyły? Nie wiem - zapewne nadal znajdują się tacy, którzy z niewiedzy, braku rozeznania czy zwykłej pazerności dają się łowić na tego typu piramidy.

środa, 27 lutego 2019

Jak wynagradza NBP?

Narodowy Bank Polski ujawnił dziś listę zawierającą zarobki na poszczególnych stanowiskach kierowniczych. Lektura jest bardzo ciekawa bo każde zastanowić się jakie obszary działania NBP są dla niego kluczowe i ważne (skoro najwięcej płaci zatrudnionym w nich menedżerom).

Otóż okazuje się, że kluczowy dla NBP jest Departament Komunikacji i Promocji, którego dyrektor(ka) zarabia prawie 50tyś brutto. Jest to najwyższe wynagrodzenie na ujawnionej przez NBP liście. Znacznie mniej inwestuje NBP w wynagrodzenie w departamentach, które wydawać by się mogło, powinny być kluczowe dla banku centralnego jak: Departament Analiz Ekonomicznych, Departament Stabilności Finansowej, Departament Badań Ekonomicznych, Departament Statystyki, Departament Rachunkowości i Finansów, czy Departament Rozliczeń Transakcji Finansowych. Dyrektorzy tych departamentów (jak mniemam wyróżniający się pewnie jakimiś kompetencjami merytorycznymi w bankowości) zarabiają mniej niż gdyby zajęli się promocją.

Nasuwa się pytanie, dlaczego w banku centralnym znacznie lepiej wynagradza się osoby nie mające żadnego merytorycznego wpływu na bezpieczeństwo finansowe państwa czy jego gospodarkę, zaś osoby, które taki wpływ mają dostają mniej? Dlaczego doradcy w gabinecie prezesa zarabiają czasem  1/3 więcej niż specjaliści od informatyki i telekomunikacji?

Patrząc na te "liste płac" można moim zdaniem wątpić w to czy faktycznie istotne jest dla NBP to nakłada na niego prawo - stabilność pieniądza, bezpieczeństwo systemu płatniczego, czy polityka pieniężna.

wtorek, 26 lutego 2019

Złoto - tajemnice i niezwykłości

Ze złotem zawsze wiązało się wiele tajemnic i zagadek. Jest mnóstwo historii, które tylko czekają aby je odkryć i opisać. Cóż, żółty metal od zawsze przyciągał wszelkiej maści szalbierzy, bandytów, chciwców, zbrodniarzy, czy tyranów...

Złoto indyjskich świątyń

Niektórzy uważają, że podziemia niektórych indyjskich świątyń wypełnione są kilku tysiącami ton złota, gromadzonego od setek lat i pieczołowicie strzeżonego jako złoto należące do czczonych tam bóstw. Ciekawostka - podobno nawet indyjskie prawo sprzyja temu, jako że bóstwa mogą tam posiadać rzeczy pod warunkiem, że reprezentuje je oficjalny strażnik świątyni.  Bywa i tak, że w Indiach toczą się przepychanki prawne o to kto miałby być strażnikiem danej świątyni. Oczywiście  obecni „strażnicy” twierdzą, że w piwnicach żadnego złota nie ma, ale nie są zbyt chętni aby pozwolić komukolwiek przeszukać dokładnie podziemia świątyń. Podejście do religijności w Indiach powoduje, że takie poszukiwania byłyby uznane za świętokradztwo. Lepiej być zatem strażnikiem skarbu, który nie wiadomo czy istnieje, niż poszukać go i przekonać się jak jest faktycznie.

Są i tacy, którzy twierdzą, że "strażnicy" czerpią z tego procederu (i ze skarbca) wymierne korzyści.

Czasem zdarza się jednak taki skarbiec otworzyć - oto w 2011 roku po procesie, który wytoczono aby objąć ochroną przed wandalami i rabusiami świątynię Sri Padmanabhaswamy w Travancore w Indiach dokonano inspekcji znajdujących się w jej podziemiach nie były otwieranych od ponad stu lat piwnic.

Znaleziono przedmioty wykonane ze złota wartości prawdopodobnie wielu milionów dolarów złoty tron, złote parasolki i naczynia, tysiące złotych monet ważących około 800 kilogramów, złote korony, obrączki, kamienie szlachetne takie jak rubiny, szmaragdy i diamenty, czy też szczerozłoty posąg bóstwa ważący 30 kilogramów – wszystko warte (podobno) około dwudziestu miliardów(!) dolarów. Nie wiadomo przy tym, czy rzeczywiście skarbiec rzeczywiście nie był otwierany od stu lat, czy też któryś z poprzednich strażników świątynie uszczknął sobie co nieco z tego bogactwa.

Kto wie ile jeszcze takich skarbców znajduje się w podziemiach indyjskich świątyń?

Skarbiec Fort Knox

Jeżeli już przy jesteśmy przy skarbcach to jednym z ciekawszych i wzbudzających wiele kontrowersji jest tzw. Fort Knox. Właściwa nazwa to jest "United States Bullion Depository", które znajduje się na terenie amerykańskiej bazy wojskowej w Fort Knox w Kentucky.

Geneza powstania tego skarbca sięga 1933 roku, kiedy prezydent F.D. Roosevelt podpisał  rozporządzenie wykonawcze 6102, które łącznie z uchwalonymi później przepisami zmuszało obywateli i instytucje w USA do oddania rządowi posiadanego złota. Pojawiła się więc konieczność stworzenia miejsca, w którym można byłoby składować powstałe rezerwy kruszcu.Na lokalizację wybrano bazę wojskową Fort Knox.

W 1936 roku rozpoczęły się prace budowlane – skarbiec był gotowy w grudniu tego samego roku. Powstała kwadratowa granitowa budowla, z niewielkimi okienkami, okratowanymi kutym żelazem. Osłonięte pancernymi szybami okienka są zaciemnione w ten sposób, że można przez nie jedynie wyjrzeć na zewnątrz, ale z zewnątrz nie widać co jest w środku. Na czterech rogach budynku znajdują się, przypominające wieżyczki, ufortyfikowane posterunki uzbrojonych strażników. Budynek otoczony jest trzema rzędami ogrodzenia, z których dwa są pod napięciem i wyposażony w systemy zabezpieczeń elektronicznych. Dodatkowo bezpieczeństwo zapewnia stacjonujące w bazie wojskowej trzydzieści tysięcy żołnierzy.

Wykonany z granitu budynek może podobno przetrzymać wybuch bomby atomowej. W jego podziemiach znajduje się skarbiec, do którego wchodzi się przez ważące 22 tony, grube na pół metra stalowe drzwi. Wewnątrz skarbca znajduje się 28 zamkniętych i zaplombowanych pomieszczeń, w których aktualnie znajduje się podobno 4,5 tyś ton złota.

Rzecz w tym, że nie ustają kontrowersje czy złoto faktycznie się tam znajduje. Departament Skarbu i US Mint na wszystkie prośby o dostęp do skarbca lub informacje o zawartości, odpowiadają jednakowo – dostęp jest niemożliwy. Jedyny audyt w tej instytucji odbył się z polecenia prezydenta Eisenhowera w 1952 roku i od tego czasu nikt zawartości skarbca oficjalnie nie sprawdzał. Tylko raz w 1974 roku otwarto skarbiec dla audytorów z General Accounting Office i Departamentu Skarbu oraz dziennikarzy. Od tego czasu skarbiec był dostępny jedynie dla autoryzowanych pracowników US Mint. Nie ma się zatem czemu dziwić kiedy słyszy się teorie spiskowe, jakoby Departament Skarbu w tajemnicy przez lata wywoził złoto z Fort Knox i sprzedawał je na wolnym rynku aby umocnić dolara.

Zwróćmy przy tym uwagę na pewien ciekawy fakt. Otóż złoto w Fort Knox nie jest (jeśli jest) własnością Banku Rezerw Federalnych, ale Departamentu Skarbu. Jeżeli dobrze poszukamy, to na stronach internetowych Rezerwy Federalnej znajdziemy informację, że faktycznie żadnego złota ona nie posiada. Kiedy w 1933-1934 roku, dekretem F.D. Roosevelta numer 6102 obywatele i instytucje w USA miały odsprzedać swoje złoto do Departamentu Skarbu, złoto musiała oddać także Rezerwa Federalna. W zamian otrzymała wycenione po 35 dolarów za uncję certyfikaty, wydane przez Departament Skarbu USA, papiery wartościowe będące „tak dobre jak złoto”.

Kiedy zajrzymy w bilans FEDu. Znajdziemy tam pozycję „Gold stock”, jeśli podzielimy tę kwotę, przez wagę złota, dostaniemy cenę 42,2 dolary za uncję. To co raportowane jest jako „Gold Stock”, jest w istocie kwitem depozytowym wydanym przez Departament Skarbu. Od 1973 roku, kiedy zniesiono zagraniczną wymienialność dolara na złoto, certyfikaty te wyceniane są w księgach FEDu właśnie po 42,2 dolary za uncję.

Skarbiec w One Chase Manhattan Plaza


Kolejne ciekawe miejsce związane ze składowaniem złota to budynek One Chase Manhattan Plaza, do niedawna siedziba banku JP Morgan Chase. Skarbiec pięć poziomów pod powierzchnią gruntu,  ma rozmiary boiska do footballu i osadzony jest bezpośrednio na granitowej skale. Betonowe ściany zakotwiczono za pomocą stalowych prętów w litej skale.

Dokładnie na przeciwko wznosi się budynek Feredal Reserve Bank of New York, także wyposażony w podziemny skarbiec, w którym znajduje się około osiem tysięcy ton złota.

Istnieje plotka, która głosi, że te dwa budynki stojące naprzeciwko siebie, są połączone podziemnym tunelem służącym do przewozu złota pomiędzy oboma skarbcami. Oficjalnie, temat tego co znajduje się pod poziomem jezdni Liberty Street, jest ściśle strzeżoną tajemnicą. W dokumentach przesłanych przez Chicago Mercantile Exchange do amerykańskiej komisji papierów wartościowych i giełd, informacje na temat skarbca pod budynkiem 1 Chase Manhattan Plaza zostały utajnione, powołując się na kwestie bezpieczeństwa narodowego USA… Istnieja jednak świadkowie, którzy twierdzą, że widzieli na własne oczy tunel, którym z powodzeniem mógłby jechać czołg.

Po krachu w 2008 roku budynek został wystawiony na sprzedaż. W 2013 za 725 milionów dolarów  budynek kupiła chińska firma Fosun International Limited. Zapłaciła sporo jak na 60 piętrowy wieżowiec.

Kantowanie na złocie

Skoro już jesteśmy przy złocie zgromadzonych w piwnicach Nowego Jorku, to warto przywołać inną ciekawostkę. Oto, jednym z największych depozytariuszy składujących swoje złoto w Nowym Jorku jest Bundesbank.  Posiada on jedne z największych rezerw złota na świecie, liczące łącznie 3384 tony. ponieważ jednak w czasie Zimnej Wojny Niemcy były dość blisko "linii frontu" Alianci wyperswadowali im, że najbezpieczniej będzie im przechowywać złoto w skarbcach Francji, Wielkiej  Brytanii i USA. Do niedawna 60% rezerw złota Bundesbanku było przechowywane właśnie w tych krajach. Niemcy w 2013 roku postanowili jednak ściągnąć depozyt złota do kraju. Okazało się jednak, że nieściągnięcie złota ze skarbców zagranicznych nie jest wcale takie proste i szybkie. Najbardziej z wydaniem depozytów ociągały się Stany Zjednoczone, co stało się paliwem dla wielu spiskowych teorii poddających w wątpliwość czy aby niemieckie złoto w USA faktycznie istnieje.

Teoria o tym, że Bank of England i FED mają coś za uszami znajduje swoje oparcie w dokumentach, którym czasem udaje się ujrzeć światło dzienne. Otóż w archiwach Banku Anglii można znaleźć notatkę z 31 maja 1968 roku, zatytułowaną "Gold and foreign exchange office file: Federal Reserve Bank Of New York (FRBNY) miscellaneous”. Powstała ona jeszcze przed zawieszeniem zagranicznej wymienialności dolara na złoto w latach siedemdziesiątych. Treść notatki sugeruje, że niemieckie złoto przywiezione do bank of England z USA, było tak kiepskiej jakości, że zwróciło to uwagę firm zajmujących się przetopem złota, do których trafiły felerne sztaby. 172 sztaby były tak dalece zanieczyszczone domieszkami, że nie spełniały wymogów standardu „good delivery”. Bank of England wielokrotnie stwierdzał, że należące do Bundesbanku sztaby certyfikowane przez Amerykanów jako „good delivery” nie nie spełniały standardów (co przekładało się na niższą ilość kruszcu w sztabach). Finalnie sprawę zamieciono pod dywan. Bank of England miał jakoby umówić się z  Federal Reserve Bank Of New York na rozliczenie w gotówce nie mówiąc nic Bundesbankowi.

Pojawia się zatem pytanie, czy to, że zwrot depozytu złota z USA do Niemiec tak się wlókł nie wynikało z tego, że istniały wątpliwości co do jakości sztab i zawartości kruszcu w złocie przechowywanym w Nowym Jorku?

Złoto ze stalową wkładką

A może ktoś liczył na to, że Bundesbank nie zauważy zaniżonej zawartości kruszcu, podobnie jak Bank Etiopii dal się oszukać sfałszowanymi sztabami ze stalowym rdzeniem?


Afera wyszła na jaw kiedy Bank Etiopii postanowił, na przełomie 2007 i 2008 roku, sprzedać część posiadanego przez siebie zasobu złota. Kupca znaleziono w RPA. Niestety złoto zostało odesłane z reklamacją. Okazało się, że przesłane sztaby były w istocie  ze stali, tylko platerowanej złotem. Sprawdzono kolejne partie złota znajdującego się w skarbcu i okazało się, że także złoto, które kilka lat temu przejęto od przemytników szmuglujących je do Dżibuti, było fałszowane. Początkowo sądzono, że fałszowanego złota było jedynie około 90 kilogramów. Kiedy jednak zaczęto skrupulatnie sprawdzać dokumenty i zawartość sejfów, okazało się, że Bank Centralny został oszukany na co najmniej 529kg „złota” z czego tylko 30kg było rzeczywistym kruszcem.

A może z wolframem?

Jeżeli tego jest mało, to warto przytoczyć jeszcze jedną niesamowitą historię fałszerstwa złota, z USA w cieniu.

Od pewnego czasu na rynku pojawiały się doniesienia o fałszowaniu sztabek złota i nawet monet za pomocą wolframowych prętów (lub krążków) umieszczonych w środku. Im większa sztaba, tym więcej złota mogą w ten sposób zaoszczędzić fałszerze.

Pewna krążąca w Internecie legenda mówi o tym, że w październiku 2009 roku do Chin trafił transport złotych sztab ze Stanów Zjednoczonych. Chińczycy postanowili przeprowadzić testy i okazało się, że sztaby były fałszywe – składały się z wolframowego rdzenia pokrytego warstwą złota.  Jako, że sztaby miały spełniać kryteria LBMA to cień podejrzenia padł na rząd USA, który oczywiście wszystkiemu zaprzeczył przerzucając winę na pośredników. Aferę po cichu zatuszowano i oficjalnie niewiele się na ten temat mówiło, bardzo szybko wszystko ucichło, co tylko dało pożywkę dla internetowych specjalistów od teorii spiskowych.

Pojawiły się zatem plotki sugerujące, że za czasów administracji Billa Clintona, Rezerwa Federalna USA zamówiła pomiędzy 1,3 a 1,5 miliona 400 uncjowych sztab wolframowych, z których 640 tysięcy miało jakoby trafić do Fort Knox, a reszta wypłynąć na rynek. Inne teorie sugerowały, że pochodzenie wolframowych sztab miało swoje źródło w Europie Środkowej i zostały one w jakiś sposób pozyskane przez rząd USA z zasobów byłego ZSRR jeszcze za prezydentury Georga Busha.

Teoria spiskowa głosi, że z pomocą CIA wolfram trafił do firm produkujących złote sztaby, które wykonały na jego bazie fałszywki pokryte złotem. Miałyby one posłużyć temu, aby przeprowadzić operację wzmocnienia dolara kosztem obniżenia ceny złota. Podejrzenia i spiskowe teorie narastają tym bardziej, że rząd USA konsekwentnie odmawia jakiegokolwiek audytu złota, które jest składowane w Fort Knox

A może złoto z papieru?

Jeśli już jesteśmy przy oszustwach stojących na złocie, to warto przypomnieć o innym zjawisku, które z perspektywy czasu można nazwać albo oszustwem, albo nieszczęśliwym zbiegiem historycznych okoliczności.

Oto w latach 1913-1938 rząd Chin wypuścił sporo emisji obligacji „rekonstrukcyjnych” zwanych „Chinese Reconstruction Bonds” lub „Chinese Reorganization Bonds” denominowanych według parytetu złota. Miały one wieloletnie terminy zapadalności sięgające lat sześćdziesiątych XX wieku. Obligacje te były nabywane przez instytucje finansowe, rządowe jak i prywatnych inwestorów na całym świecie.W 1927 roku w Chinach wybuchła wojna domowa. Rok 1938 przyniósł oficjalne bankructwo rządu, a II Wojna Światowa okupację japońską.Chińska Republika Ludowa po wojnie konsekwentnie odmawiała spłaty długów zaciągniętych przed wojną. Obecnie te obligacje mają więc wartość kolekcjonerską. Podobnie jak obligacje II rzeczypospolitej denominowane w złocie. Na obligacjach przedwojennych spotkać można zapis, że wykup obligacji i wypłata odsetek będą realizowane w złotych, ale według równowartości określonej w gramach czystego kruszcu za jednego złotego.  Przykładowo w treści obligacji 3% premiowej pożyczki inwestycyjnej z 1935 roku określono, że wykup będzie odbywał się w złotych według równowartości 900/5332 grama czystego złota za 1 złotego w złocie. Obligacje te były emitowane na wiele lat – przykładowa z 1935 roku miała okres wykupu 20 letni.

W odróżnieniu od rządu ChRL - Polska Rzeczpospolita Ludowa nie potraktowała jednak równo wszystkich posiadaczy "złotych" obligacji. Przedwojenne obligacje, będące w posiadaniu zagranicznych podmiotów były stopniowo wykupywane, przy czym w 1949 roku klauzula złota została na nich uchylona. Rząd PRL porozumiewał się stopniowo z posiadaczami obligacji we Francji, USA czy Wielkiej Brytanii „załatwiając” sprawę ugodami, polegającymi na wykupie za 20%-40% wartości. Tymczasem te, będące w posiadaniu własnych obywateli nie przedstawiane do wykupu przedawniały się.

Jak rządy swych obywateli okradają

Okradanie swych własnych obywateli ze złota ma tradycję szeroką i długą. Nie ustrzegła się tego nawet "największa demokracja" USA. Oto w czasach Wielkiego Kryzysu  ogłoszono wszem i wobec, że trzymanie w złocie swoich oszczędności, jest szkodliwe i nieobywatelskie. W konsekwencji 6 marca 1933 roku, korzystając z uprawnień nadanych Prezydentowi USA, przez ustawy wojenne z 1917 roku (które nadal obowiązywały), odwołując się do pojęcia „narodowego niebezpieczeństwa” prezydent Franklin Delano Roosevelt ogłosił Proklamację 2039, która zabraniała akumulowania złota, srebrnych monet czy walut pod groźbą kary 10 tyś USD i/lub od 5 do 10 lat więzienia. Zgodnie z zarządzeniem prezydenta od 6 do 9 marca ogłoszono „wakacje bankowe”, w czasie których wstrzymano wszelkie transakcje instytucji finansowych, a Kongres miał zyskać czas na bardziej formalne rozwiązanie problemu. Dziewiątego marca 1933 roku ustanowiono w Kongresie ustawę zwaną „Emergency Banking Relief Act”, która między innymi rozszerzała uprawnienia Prezydenta w zakresie nakładania ograniczeń obrotu złotem i walutami. Zwiększono także możliwości Rezerwy Federalnej co do emisji pieniądza, pokrytego dowolnymi aktywami banków komercyjnych czy obligacji rządowych. W końcu piątego kwietnia 1933 roku prezydent F.D. Roosevelt podpisał Rozporządzenie Wykonawcze (Executive Order) 6102, które nakładało obowiązek odsprzedania rządowi USA wszelkiego złota i certyfikatów na złoto do dnia 1 maja 1933 roku. Posiadanie jakiegokolwiek (z drobnymi wyjątkami – do 5 uncji i z wyjątkiem monet kolekcjonerskich) złota, czy certyfikatów na złoto przez jakiekolwiek instytucje i osoby fizyczne w USA miało być karalne.

Złoto, które na mocy dekretu obywatele mieli potulnie oddać rządowi, skupowane było po około 20 dolarów za uncję. 30 stycznia 1934 roku, rząd USA odebrał Rezerwie Federalnej, także jej zasoby złota na mocy „The Gold Reserve Act”. Podniesiono także cenę złota do 35 USD za uncję i po takiej cenie wydano Rezerwie Federalnej certyfikaty na złoto, które znalazło się w ręku Departamentu Skarbu. Obywatele, którzy wcześniej sprzedali rządowi złoto po 20 USD za uncję, zostali obrabowani z ponad 40% siły nabywczej swojego kapitału.

Rabunek w cieniu wojny

Powyższy przykład to jednak jedna z łagodniejszych wersji rabunku złota, jakie miały miejsce w historii. Znacznie bardziej drastycznie odbywało się to w czasie drugiej wojny światowej.

Na początku wszystko odbywało się w białych rękawiczkach. W 1938 roku kilka dni po anschlusie Austrii zlikwidowano tamtejszy bank narodowy, a jego 80 ton złota przekazano do Reichsbanku. Rząd Czechosłowacji próbował ratować swoje rezerwy przed podobnym losem, więc w 1938 roku wysłał swoje rezerwy do Londynu. Niemcy podnieśli tymczasem argument, że Praga powinna im przekazać część rezerw złota jako opłatę za tę część waluty, która została na mocy protokołu z Monachium przejęta wraz z anektowanym Krajem Sudeckim. Anglicy złoto wydali i w ten sposób w Niemieckie ręce trafiło kolejne 20,5 tony złota. W 1939 roku na żądanie Banku Czech i Moraw, Londyn formalnie zwrócił 74 tony złota na rzecz Pragi, skąd zostało następnie przejęte przez III Rzeszę. Rząd Niemiecki nie transportował fizycznie złota z Londynu, ale zamienił się złotem ze skarbca Londyńskiego z bankami Holandii i Belgii, które, następnie w 1940 roku zajął. Na szczęście Polsce po wrześniowej agresji udało się wywieźć 75 ton złota z rezerw Banku Polskiego.


W 1940 roku Niemcy zaatakowali  Luksemburg, Holandię, Belgię i Francję. Złoto z banku Holandii, którego nie udało się wcześniej ewakuować do Londynu i Nowego Jorku zostało przejęte. Złoto banku Belgii po zajęciu Francji zostało oddane Niemcom przez Bank of France. Tylko część udało się przez Londyn ewakuować do USA. Natomiast Francuzom udało się w ostatniej chwili opróżnić skarbiec banku Francji w Paryżu i wywieźć część złota francuskiego do Kanady i USA. Także część belgijskiego złota i złoto należące do Polski szczęśliwie opuściły Francję. Trzecia Rzesza przejęła także rezerwy złota Węgier, Jugosławii, Grecji i Norwegii (50 ton). W 1943 roku Niemcy przejęli także złoto Włoskie. Nawet to, które udało się wywieźć do Szwajcarii, także ostatecznie zostało przez nich „odzyskane”.

Rabunek dokonywany przez Niemców był systematyczny i zorganizowany, następował także w obozach koncentracyjnych. SS zabierało złoto i waluty osobom wysyłanym do obozów, a ofiarom komór gazowych wyrywano złote zęby. Ekspertyzy przeprowadzone po wojnie wskazały, że część złota znajdująca się w skarbcach szwajcarskich banków zawiera domieszki rtęci, która mogła pochodzić wyłącznie z plomb dentystycznych usuniętych ofiarom masowego mordu.

Aby ukryć proceder rabunku złota i „wyprać” zrabowany kruszec Niemcy jeszcze przed wojną zawyżali swoje rezerwy. Przetapiali także złoto zrabowane z banków centralnych łącznie ze zlotem zrabowanym ofiarom holokaustu i produkowali sztaby antydatowane np. datą 1938 roku aby nadać im pozory legalności. Następnie złoto przez Turcję było upłynniane z przeznaczeniem na cele prowadzenia wojny. Ostrożne szacunki mówią, że naziści w czasie wojny zrabowali około 1038 ton złota.

Nie tylko Niemcy rabowali złoto na podbitych terytoriach. także armia Cesarstwa Japonii miała za zadanie zająć rezerwy złota. W 1937 roku Japonia najechała Chiny zajmując ze stolicy w Nankinie 6600 ton złota, wartego dziś 275 miliardów dolarów. Po zajęciu Filipin głównym celem rabunku były zachodnie banki, których aktywa w złocie zostały przejęte przez Yokohama Specie Bank oraz Bank of Taiwan, w których udziały miały rodzina cesarska oraz rząd Japonii. Część zrabowanych skarbów była wykorzystywana na potrzeby finansowania wojny, część była ukrywana. Istnieją legendy mówiące o tym, że znaczna część skarbów zrabowanych przez Japończyków nie została do dziś odnaleziona, albo że była i jest wykorzystywana przez organizacje przestępcze do finansowania nielegalnych działań. Padają przy tym także oskarżenia, że już po wygranej wojnie w przejęcie zrabowanych łupów po cichu zaangażowany był rząd USA.  Padają oskarżenia, że wielu z tych odnalezionych skarbów nie ujawniano, tylko przeznaczano na finansowanie tajnych operacji rządu USA.

Żetony Aramco


Swoją drogą sposób wykorzystywania złota przez USA był swego czasu bardzo specyficzny.

Oto tuż przed zakończeniem wojny w 1944 roku powstała firma Arabian American Oil Co. (Aramco). Celem było prowadzenie wydobycia ropy na Półwyspie Arabskim. Początkowo jej właścicielem byli amerykanie i firma zobligowana była do płacenia królestwu Arabii Saudyjskiej 3 miliony ówczesnych dolarów w zamian za prowadzenie wydobycia. Do 1945 roku Saudyjczycy pozwalali Aramco płacić royalities w papierowych dolarach, ale w końcu zażądali aby płatności były wnoszone w złocie. Na przeszkodzie stał jednak dekret Roosevelta z 1933 roku, który zakazywał obywatelom i przedsiębiorstwom amerykańskim posiadania złota. USA stanęłoby przed perspektywą odcięcia od saudyjskiej ropy. Aramco zwróciło się więc do rządu USA o pomoc w rozwiązaniu problemu.  W odpowiedzi rząd USA zlecił wykonanie 91 120 złotych krążków. Koszt kruszcu i bicia dysków pokryło Aramco.


Nie były to jednak monety, nie posiadały one oznaczenia nominału ani nazwy waluty. Były to w istocie sztabki złota o kształcie krążków z wybitą wagą, oznaczeniem próby i nazwą mennicy.

Na awersie widnieje godło z oznaczeniem "U.S. Mint Philadelphia - U.S.A.", zaś na rewersie stempel prostokątny z napisem "Gross Weight-493.1 Grains, Net Weight 452.008333 GR, Fineness 916 2/3.". Zawierają one 0,9416 uncji kruszcu, posiadają średnicę 30mm i zostały wykonane ze stopu o próbie tj. 0,9167. W 1947 roku wyprodukowano dodatkową partię 121 364 mniejszych dysków złotych o wadze 123,27 grains czyli zawierających 0,235 uncji kruszcu.

Część z nich została w 1951 roku przebita na saudyjskie złote suwereny. Sporo tych „monet” wywieziono do Indii i przetopiono na sztaby, które później sprzedano. Na rynku pojawiają się oferty sprzedaży egzemplarzy, wiele z nich jednak to falsyfikaty, które w pewnym okresie były produkowane w Libanie, a które ze względu na rosnącą wartość numizmatyczną istniejących egzemplarzy, zaczęły pojawiać się na rynku.

Tego typu historii związanych ze złotem jest co niemiara, być może znacie jeszcze inne? Zapraszam do pisania w komentarzach.

-->