Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fundusze inwestycyjne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fundusze inwestycyjne. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 maja 2025

inPZU Bitcoin – nowy fundusz replikujący cenę bitcoina od PZU

 TFI PZU zapowiedziało wprowadzenie do swojej oferty funduszu inPZU Bitcoin, który od 28 sierpnia 2025 r. ma zapewnić inwestorom „czystą” ekspozycję na najpopularniejszą kryptowalutę świata. Produkt zastąpi w portfelu TFI PZU dotychczasowy inPZU Akcje Sektora Zrównoważonej Gospodarki Wodnej, stając się pierwszym na polskim rynku funduszem zgodnym z unijną dyrektywą UCITS, co – według PZU – gwarantuje podwyższony poziom ochrony osób inwestujących.

Historia bitcoina jest ściśle związana z globalnym kryzysem finansowym lat 2007–2009, który obnażył słabości tradycyjnego systemu bankowego i pośrednio zainspirował powstanie zdecentralizowanej waluty cyfrowej. Pierwszy blok łańcucha bitcoina (genesis block) pojawił się w styczniu 2009 r., a od tamtej pory aktywo to przechodziło liczne wzloty i upadki – od początkowego nieufnego podejścia analityków i faktycznych strat w wyniku ataków hakerskich, po stopniową akceptację instytucji finansowych i regulatorów. Przełomowym momentem był start amerykańskich ETF-ów na bitcoina na początku 2024 r., które otworzyły zagranicznym inwestorom drogę do cyfrowych aktywów przez tradycyjne platformy maklerskie.

Nowy fundusz TFI PZU działać będzie jako indeksowy, dążąc do wiernego odzwierciedlenia Bloomberg Bitcoin Index. Co najmniej 80% jego portfela stanowić będą instrumenty ETC i ETP, których wartość bazowa opiera się na fizycznych zasobach bitcoina, a pozostała część może być ulokowana w zabezpieczone depozyty i płynne papiery wartościowe. Minimalna pierwsza wpłata wynosi symboliczne 100 zł, a roczna opłata za zarządzanie ustalona jest na poziomie 0,5%. Fundusz wyceniany jest w złotych, z pełnym zabezpieczeniem walutowym, co eliminuje ryzyko kursowe.

Decyzja PZU wpisuje się w globalne trendy: poza amerykańskimi ETF-ami rośnie zainteresowanie kryptowalutami wśród rządów i banków centralnych (np. plany strategicznej rezerwy BTC w USA czy rozważana alokacja części rezerw Czech), a w Unii Europejskiej w życie wszedł już pakiet regulacji MiCA, zwiększających przejrzystość tego rynku. Z perspektywy masowych inwestorów fundusz inPZU Bitcoin stanowi wygodny i formalnie bezpieczny kanał do tego aktywa, bez konieczności samodzielnego zakładania portfela kryptograficznego czy angażowania się w ryzykowne giełdy.

Nie wiem czy dla klientów, którzy zainwestują w te fundusze, to dobrze czy źle. Mam takie przemyślenie, że już nie jeden raz zdarzało się tak, że w szczycie mody jakiegoś rynku/branży czy aktywa powstawać zaczynały ‘fundusze dla masowego klienta’ inwestujące w ten segment. Potem się to kończyło tym, że to wszystko upadało. Z resztą znamienne jest, że w bitcoinowy ma być przekształcony fundusz Zrównoważonej Gospodarki Wodnej…



poniedziałek, 20 stycznia 2020

Dlaczego Polacy nie lokują oszczędności w funduszach?

Trafiłem na artykuł na blogu Subiektywnie o Finansach na temat jak w tytule. Przyznam się, że sam od wielu lat nie trzymam oszczędności w funduszach inwestycyjnych. Już parę lat temu zraziły mnie do nich słabe wyniki i wysokie koszty zarządzania.
Najgorsze są prowizje - kiedy trzeba zapłacić kilka procent z góry za "sprzedaż" to traci się na dzień dobry. Eldorado dla banków które pośredniczą i TFI które na tym zarabiają. Najważniejszy jest marketing a nie rezultaty.
Poza tym  w ostatnich latach fundusze zaliczyły kilka wtopek...

Autor na blogu twierdzi, że zarządzający funduszami nie umieją opowiadać historii o długoterminowym oszczędzaniu w fundusze. Ja twierdzę, że opowiadają niestworzone historie i obiecują gruszki na wierzbie, tworzą produkty tylko po to aby zakosić prowizję ze sprzedaży a potem przekształcają w inny fundusz, z lepszym wykresem (w tył). 

poniedziałek, 28 stycznia 2019

W czyim interesie działa KNF?

Niejednokrotnie na blogu krytykowałem instytucję i działania Komisji Nadzoru Finansowego. Wielokrotnie zastanawiałem się dlaczego działa ona w sposób, który w wielu przypadkach nie przynosi wcale korzyści uczestnikom rynku. Pisałem o tym w kontekście afery GetBack (Czy państwo zdaje egzamin w przypadku nadużyć na rynkach kapitałowych, czy ogólnie w gospodarce? - afera GetBack), w kontekście kryptowalut (Jak KNF nadzoruje rynek), rejestrów ostrzeżeń (Rola KNF), czy w końcu tendencji odwracania się inwestorów od rynku giełdowego (Inwestorzy indywidualni odwracają się od giełdy ).

 

Ostatnio przeczytałem w Pulsie Biznesu artykuł o tym jak to KNF postanawia "zreformować" zasady rozliczania się TFI z dystrybutorami. Artykuł ten kazał mi po raz kolejny zacząć się zastanawiać w czyim interesie działa ten urząd? Rzecz w dużym skrócie i bez wchodzenia w szczegóły sprowadza się do tego, że KNF podważyła dotychczasowy sposób rozliczania się za dystrybucję jednostek funduszy z takimi platformami jak Supermarket Funduszy Inwestycyjnych mBanku (SFI). Konsekwencją może być w ostateczności zniknięcie tej formy dystrybucji, w której klient nie jest obciążany za zakup jednostek. 

Niby chodzi o to, że płacenie z pieniędzy klientów (pobieranych w formie opłaty za zarządzanie) za dystrybucję jest nieuczciwe. Tyle, że likwitacja takiej formy rozliczeń i w konsekwencji dystrybucji spowoduje, że darmowe platformy funduszowe znikną i klienci będą skazani na kupowanie jednostek płacąc i za zarządzanie i za dystrybucję. Czyli DROŻEJ! 

Nijak nie mogę zrozumieć jak dla klienta miałoby być lepiej kupować drożej niż taniej. 

Rzecz jasna nie ma na rynku żadnej alternatywy w postaci możliwości zakupu jednostek bez opłaty dystrybucyjnej nawet bezpośrednio w TFI. Rzecz jasna też, możliwość korzystania z platformy takiej jak SFI zachęcała klientów do zawierania transakcji, zwiększała elastycznośc no i niwelowała lukę tych kilku procent opłaty pobieranej za sam zakup jednostki. 

Umówmy się, że kilka procent opłaty to dużo. Na tyle dużo, że może nie jet to uzasadnione w czasach kiedy zakup jednostki TFI jest automatycznie procesowany i księgowanym przez systemu komputerowe. Ale też na tyle dużo, żeby przywrócenie tej opłaty odgoniło od rynku kolejnych małych inwestorów. 

Jaki interes dla mnie dać się oskubać "upfront" z trzech procent inwestycji, skoro szanse, że ją odrobię na obecnym zmierzłym rynku są takie sobie?

Mało komu będzie chciało się ponosić opłaty za dostęp do takiej platformy jak SFI (nawet jeżeli będą na poziomie tylko 0,3% wartości portfela rocznie) więc kolejne rzesze inwestorów z rynku odejdą. 

Nie wiem w czyim to jest interesie. Klientów? Nadzoru? Funduszy? Giełdy?


wtorek, 22 stycznia 2019

Inwestycje alternatywne - podstawy

Na początek należałoby zapewne wyjaśnić samo pojęcie Inwestycji alternatywnych.

Czym są inwestycje alternatywne?

Uznaje się za nie wszystkie rodzaje inwestycji poza tymi tradycyjnymi opartymi o rynek finansowy, czyli akcje, obligacje bądź gotówkę. Grupa ta jest bardzo szeroka i zawierają się w niej zarówno inwestycje w kryptowaluty, metale szlachetne, obrazy, samochody kolekcjonerskie jak i nieruchomości czy venture capital.

Inwestycje alternatywne nie zaliczają się do tak zwanych tradycyjnych form inwestowania. Są one specyficzne poprzez charakter samej inwestycji, aktywa będące jej przedmiotem, specyfikę, itd. Obejmują one zakup dzieł sztuki, przedmiotów kolekcjonerskich, znaczków, monet, inwestycje w sport, etc.

Główna korzyść związana takimi inwestycjami, to przede wszystkim zmniejszenie korelacji wartości z ruchami na rynkach finansowych, zmniejszenie zmienności wahań portfela, skuteczniejsza dywersyfikacja oraz wykorzystanie niskiej korelacji z innymi, tradycyjnymi klasami aktywów. Na przykład inwestycje w dzieła sztuki są w mniejszym stopniu skorelowane z rynkami finansowymi niż różne rodzaje aktywów na tych właśnie rynkach. Takie inwestycje charakteryzują się zazwyczaj wyższa barierą wejścia i niższą płynnością (choć nie zawsze).

Niektórzy do inwestycji alternatywnych zaliczają także fundusze hedgingowe, fundusze private equity i fundusze funduszy. Ja wolałbym inna definicję. Za inwestycje alternatywne proponowałbym uznać zatem inwestycje w inne klasy aktywów nisko skorelowane z rynkami finansowymi. Pod tym względem inwestycje w ziemię i nieruchomości można byłoby zaliczyć właśnie do inwestycji alternatywnych. Złoto zaś stałoby gdzieś na granicy.


Ale czy wszystkie inwestycje alternatywne są dostępne jedynie dla wielkich inwestorów? Otóż nie. Wprawdzie dzieła sztuki mogą kosztować i miliony dolarów, ale czasem da się kupić dzieło jakiegoś perspektywicznego artysty w przystępnej cenie.

Innym przykładem mogą być monety kolekcjonerskie na których w roku 2007 można było sporo zarobić, a rozważnie lokując w nie oszczędności myślę, że będzie to możliwe także w przyszłości. Podobnie walory filatelistyczne. Także tutaj uważnie dobierając przedmiot inwestycji można nieźle zarobić. Przykładem są znaczki wycofane z obiegu, posiadające błędy czy rzadkie okazy wydane w niewielkim nakładzie. Inne przykłady to antyki, sztuka, stare rękopisy, mapy, wina (tak, tak niektórzy inwestują w wina)...

Generalną zasada która wyłania się z powyższego jest fakt, że to nie ilość pieniędzy przeznaczona do zainwestowania jest najważniejsza w tego typu inwestycjach. Tutaj (z racji niewielkiej liczby analiz dostępnych publicznie i specyfiki danego rynku) najistotniejsza jest dogłębna wiedza o przedmiocie inwestycji. Nie znając się na filatelistyce czy numizmatyce, albo obrazach trudno będzie o korzystne lokowanie w tych dziedzinach swojego kapitału.

 

Inwestycje w metale szlachetne

Tak jak już wspomniałem inwestowanie w metale ma pewne cechy inwestycji alternatywnych w tym sensie, że są one w mniejszym stopniu skorelowane z sytuacją na rynkach finansowych. Złoto jest wręcz znanym od wielu lat hedge antyinflaycjnym. W związku z tym, że wiele pisze się o złocie jako tym metalu szlachetnym, w którym warto lokować swoje inwestycje nie będę tutaj skupiał się na tym zagadnieniu. Odsyłam do innych opracowań, natomiast chciałbym poniżej przedstawić krótką charakterystykę takich metali jak srebro, platyna, pallad w kontekście inwestycyjnym.

 

SREBRO

Srebro od zarania dziejów było wykorzystywane na cele monetarne. Po odejściu od jego wykorzystania do celów bicia monety podstawowym zastosowaniem pozostało zastosowanie go w jubilerstwie i przemyśle. Wykorzystywane jest także do celów inwestycyjnych, jednak z naszej polskiej perspektywy jest znacznie mniej atrakcyjne niż złoto, ze względu na obłożenie go podatkiem VAT w całej Unii Europejskiej. Ponadto marże nakładane na inwestycyjne sztabki czy monety srebrne potrafią sięgnąć 100% ceny spot, co czyni taką inwestycję mało opłacalną. W końcu srebro jest dwa do trzech razy bardziej niestabilne od złota. Oznacza to na ogół znacznie bardziej dynamiczne wzrosty, ale i znaczne spadki, nie rzadko rzędu 30%. Wynika to z płytkości rynku i faktu, że większość wydobycia srebra pozyskuje się przy okazji wydobycia rudy innych metali (miedź, cynk).
Inwestorzy zainteresowani zakupem srebra do celów inwestycyjnych mogą nabyć (podobnie jak w przypadku złota) sztabki i monety. Jeżeli zakładamy inwestycję w wartość kruszcu a nie wartość numizmatyczną to odradzam na cele inwestycyjne wszelkie wynalazki typu monety kolekcjonerskie (chyba że kupowane poniżej ceny spot srebra). Podobnie rzecz ma się ze srebrnym złomem (sztućce służą raczej do spożywania posiłków a nie do inwestycji). Generalnie jeżeli inwestować w cokolwiek to tak, aby można było to potem zbyć po godziwej cenie.
Podobnie jak w przypadku złota istnieją także specjalistyczne fundusze inwestujące w ten metal i powiązane z nim aktywa, ale niestety nie znam żadnych dostępnych w Polsce.

 

PLATYNA

Innym metalem szlachetnym, który cieszy się zainteresowaniem inwestorów jest platyna. Jest to jeden z najrzadziej występujących na ziemi metali, którego producentami jest zaledwie klika krajów (78% produkcji platyny pochodzi z RPA, 13% z Rosji, a 5% z USA i Kanady), a który wraz z wynalezieniem katalizatorów samochodowych zyskał spore zapotrzebowanie przemysłowe. Platyna ma pewną cechę, która czyni ja interesującą dla inwestora - jest trudno dostępna. Jest niestety przez to droga, co z kolei stawia ją poza zasięgiem przeciętnych małych inwestorów. Ta trudna dostępność platyny sprawiły, że nigdy w historii nie był wykorzystywany na cele monetarne.
Z najbardziej znanych platynowych monet lokacyjnych wymienić można amerykańskiego Platinum Eagle, kanadyjskiego platynowego Maple Leaf oraz platynową australijską Koalę. Dostępne są także platynowe sztabki.

 

PALLAD

Na końcu dochodzimy do palladu, najmniej chyba znanego z metali szlachetnych, który może być przedmiotem zainteresowania inwestorów. W zasadzie jest to metal przemysłowy, a nie szlachetny. ze względu na swą rzadkość występowania jest jednak przedmiotem zainteresowania inwestorów. Pallad stosuje się w dentystyce, przemyśle chemicznym i elektronicznym. Coraz większym polem zastosowań palladu jest produkcja katalizatorów do silników diesla. Największym producentem jest rosyjski Norilsk Nickel Group (surowiec ten otrzymuje jako efekt uboczny swej podstawowej działalności jaką jest produkcja niklu.). Znaczna produkcja palladu pochodzi także z RPA. Inwestycja w pallad może przybrać formę zakupu monet lub sztabek. Są one równie trudno dostępne jak platynowe i ze względu na nietypowość, trochę cierpią z powodu niskiej płynności.

 

Numizmatyka

Numizmatyka to alternatywny sposób inwestowania i dywersyfikacji portfela inwestycyjnego. Monety kolekcjonerskie są ciekawym sposobem lokowania pieniędzy. Należy pamiętać jednak, że taka inwestycja powinna być sposobem na dywersyfikację naszych oszczędności, a raczej nie powinna być główna inwestycją. Poza tym inwestycje w monety wymagają pewnej dawki wiedzy na temat przedmiotu inwestycji.

Przede wszystkim numizmaty stanowią przedmiot inwestycji ze względu na rzadkość swojego występowania. Monety z przeszłych lat, które są w dobrym stanie zachowania i zachowały się w niewielkiej liczbie egzemplarzy mogą osiągać na aukcjach bardzo wysokie ceny.

Sztandarowym przykładem inwestowania w polskie monety kolekcjonerskie jest złota moneta o nominale 200 zł XIII konkurs pianistyczny im. Fryderyka Chopina. Moneta ta została wybita w nakładzie 500 sztuk w roku 1995. W tamtym okresie można ją było kupić w cenie emisyjnej 780 zł. Dzisiaj ta moneta kosztuje około 40000 złotych. Często wymieniana jest także moneta o nominale 20 zł Szlak Bursztynowy, która w dniu emisji kosztowała 57 zł a po spadku cen z poziomu 3000 zł kosztowała potem 1800 zł.

Te dwa powyższe przykłady to najlepsze rodzynki inwestycyjne z tego rynku i trzeba się liczyć z faktem, że takich monet już pewnie nie będzie. Jednak okazje się zdarzają cały czas. Niemniej jednak lata 2008-2010 były bardzo trudne dla osób inwestujących w monety. Ze względu na wysokie nakłady większość wyemitowanych w tym okresie monet osiągnęła ceny poniżej emisyjnych. Załamanie pociągnęło za sobą także inne walory (wielu inwestorów zmuszonych było wyprzedać się ze zgromadzonych monet). Na tę sytuację nałożyło się ogólne załamanie na rynkach finansowych (chociaż generalnie twierdzi się, że rynek numizmatyczny jest odwrotnie skorelowany z giełdą to rok 2008 pokazał, że rządzi się on swoimi prawami i cyklami). Także sposób sprzedaży monet kolekcjonerskich zmieniony przez NBP w latach 2009-2010 sprawił, że znaczna część marży z potencjalnego wzrostu cen nowoemitowanych monet przepłynęła do NBP. Te zawirowania dotknęły w różnym stopniu segmenty monet starych, złotych czy srebrnych.

I w 2008 roku zdarzały się przecież okazje. W listopadzie 2008, z okazji 90 rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę został wydany między innymi banknot kolekcjonerski i złota moneta o nominale 50 zł. Moneta kosztowała w dniu emisji 370 zł i ze względu na mały nakład nie każdemu udało się ją kupić. Wkrótce potem jej cena skoczyła do poziomu 900 zł za sztukę. Banknot kolekcjonerski o nominale 10 zł był jeszcze lepszą inwestycją. W dniu emisji kosztował 15 zł za sztukę a po miesiącu 50-55 zł. Jest to kolejne uzasadnienie dla tezy, że aby odnieść w inwestycjach alternatywnych sukces trzeba dobrze orientować się w rynku.

W przypadku wszystkich monet najważniejszy jest nakład. Im niższy nakład tym wyższy potencjał wzrostu. W przypadku monet złotych, na cenę wpływa tez wartość zawartego w monecie kruszcu. Dodatkowo istotne są także walory estetyczne czy przynależność do serii.
Tak więc monety kolekcjonerskie mogą być inwestycją, nawet całkiem niezłą, pod warunkiem, że są odpowiednio dobrane o odpowiednich nakładach, w dobrych stanach zachowania i przechowywane w odpowiednich warunkach.

Warto mieć jednak na uwadze, że na numizmatyce trzeba się znać. Aby ocenić potencjał inwestorski danej monety trzeba wiele wiedzieć o tym kiedy była wyprodukowana, w jakim nakładzie i ile egzemplarzy się zachowało. Trzeba mieć też duża wiedzę aby być w stanie odróżnić od siebie warianty tej samej monety.

Na temat inwestycji w złoto przeczytasz we wpisie "Inwestowanie w złoto fizyczne".

Złote monety kolekcjonerskie - wartość kolekcjonerska i wartość kruszcu

Szczególny przypadek inwestycji w monety kolekcjonerskie to zakup monet złotych. Złote monety kolekcjonerskie są droższe niż cena samego metalu. Otóż wartość tych monet powiększa wartość numizmatyczna czy też kolekcjonerska stanowiąca niejako marżę za rzadkość i stan zachowania monety.

Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, że wartość numizmatyczna tych monet podlega wahaniom nie do końca zależnym od cen złota. Bo kiedy temat monety staje się popularny, a sama moneta rzadka to jej wartość numizmatyczna rośnie szybciej. Szybciej może także spadać kiedy moda na daną monetę przeminie. Przykładem może być moneta złota "90 rocznica odzyskania niepodległości" o nominale 50zł. jej cena emisyjna wynosiła 370zł ale ze względu na niski nakład (8800szt) prawie natychmiast stała się niedostępna. Jej cena szybko skoczyła do 1000zł aby po kilku miesiącach spaść do około 700zł.

Jak pokazują analizy jeżeli chodzi o korelację ceny kruszcu i ceny monety kolekcjonerskiej to - bywa różnie. Bardzo różnie i czasem nawet bez jakiejkolwiek korelacji. Oczywiście cena takiej monety nie spadnie raczej poniżej ceny kruszcu bo szybko zostałaby wykupiona i przetopiona, ale wartość numizmatyczna waha się czasem dramatycznie.

Jaki z tego wniosek dla inwestora? Uważnie dobierać monety. Bo ryzyko związane ze zmiennością ich wartości jest zdecydowanie większe niż w przypadku sztabek. W zasadzie kupując złote monety kolekcjonerskie kupuje się strukturę złożoną z ceny złota i wartości numizmatycznej. Pierwsza stanowi dolne zabezpieczenie inwestycji, a druga podlega zmianom i może generować większy zysk.

 

Srebrne monety kolekcjonerskie jako inwestycja?

Rozważając możliwość dokonania inwestycji w srebro można także uwzględnić możliwość zakupu kolekcjonerskich monet srebrnych jako sposobu na inwestycję w ten metal. Pisałem już o tym w kontekście numizmatyki ogólnie. Niestety nie jest tak różowo. Otóż ceny srebrnych monet kolekcjonerskich są absolutnie oderwane od ceny zawartego w nich kruszcu. Kształtowane są przez wielkość nakładu, walory estetyczne, etc. ale nie przez zawartość metalu. Owszem zdarza się, że cena takiej monety spadnie na tyle, że zrówna się z wartością zawartego w niej srebra, wtedy rzeczywiście dla inwestora szukającego okazji może to być atrakcyjny zakup, ale też niekoniecznie. Rynek numizmatyczny rządzi się bowiem swoimi prawami. Rynek numizmatyczny przeżywał swój rozkwit w latach 2006-2007. Później w związku z rosnącymi nakładami monet emitowanych przez NBP i ze zmianami w sposobie ich dystrybucji, szanse na zarobienie na nowo emitowanych monetach stały się znikome. Zdarzało się, że ceny nowo wypuszczonych numizmatów spadały na rynku wtórnym poniżej ceny emisyjnej. Dlatego też lokowanie funduszy w numizmaty należy rozpatrywać w zupełnie osobnej kategorii od lokowania w metale szlachetne.

 

Lokata w monety Nordic Gold

Innym ciekawym pomysłem był zakup monet 2zł Nordic Gold emitowanych przez NBP do 2014 roku. Istota pomysłu sprowadzała się do zakupu woreczków menniczych (ze względu na to, że w woreczku znajduje się 50 szt. monet) monet Nordic Gold. NBP tował 2zł monety Nordic Gold jako monety okolicznościowe. W kasie NBP można je było wymienić po cenie nominalnej. Oznacza to, że przychodząc ze 100zł banknotem otrzymaliśmy worek 50 monet wart równo 100zł. Zasadnicza sprawa polegała bowiem na tym, że monety te są (nadal) prawnym środkiem płatniczym więc możemy iść do warzywniaka i kupić za nie cokolwiek (problem jednak, że sklepikarze nie znają tych monet, ale każdy bank ma już obowiązek je przyjąć).

Istota lokaty polega na tym, że wartość kolekcjonerska tych monet z roku na rok rośnie. Może nie rośnie w jakimś zastraszającym tempie, ale rośnie. A sama lokata jest bezpieczna o tyle, że w każdej chwili możemy odzyskać kwotę nominalną wsadzoną w te monety. Proste.
Oczywiście trudno jest oszacować w tym momencie jaki zysk nam przyniosą te monety. I w tym tkwi sęk. Pozytywem jest zaś dostępność i możliwość ich szybkiego upłynnienia, choćby po wartości nominalnej. W każdej chwili możemy iść do sklepu i je wydać.

Aktualnie NBP emituje nowe momenty okolicznościowe o nominale 5zł, które mogą pełnić tę samą funkcję inwestycyjno-płatniczą.

 

Znaczki

Przykładem inwestycji alternatywnej może być kupowanie selektywnie dobranych walorów filatelistycznych.

Przykładem jest seria znaczków "Ocaleli z zagłady" - z powodu błędu w jednym ze znaczków wszystkie arkusze tej emisji były na przełomie lutego i marca 2009 roku wycofywane z obiegu. Kto zdążył kupić, lub ma znajomości na poczcie mógł zaopatrzyć się w blok w cenie 35zł. Tymczasem na aukcjach internetowych cena bloku sięgała potem 130-150zł. Ponieważ większość znaczków tej emisji została jednak zniszczona i w jej miejsce wypuszczone zostały poprawione, to znaczki z błędem, które się ostały, stopniowo zyskują na wartości.

Selektywnie dobierane walory filatelistyczne mogą przynieść zysk z zainwestowanych w nie pieniędzy. Jednak aby dobrze wybrać należy kierować się znajomością dziedziny, orientacją na rynku i wyczuciem.

 

Pożyczki społecznościowe - warto się w to bawić?

Jakiś czas temu pojawił się pomysł "inwestowania" poprzez udzielanie pożyczek społecznościowych. Od samego początku byłem ostrożny względem takich wynalazków. Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda interesująco. Organizatorzy serwisów służących udzielaniu takich pożyczek zapewniają o wsparciu przy windykacji należności, o ubezpieczeniu pożyczek, etc.

Mnie zniechęciła na początku jedna kwestia - rozliczanie podatków. Generalnie dla mnie nieoczywiste jak miałbym się rozliczyć jako inwestor i jaka kwotę mógłbym w ten sposób pożyczyć innym, żeby nie zostało to potraktowane jako działalność gospodarcza.

Druga rzecz to wiarygodność pożyczkobiorców, praktycznie nieweryfikowalna. Domyślam się, że średnio rzecz biorąc niska. Jest to dosyć ryzykowna zabawa, przy niewielkim marży zysku. Jak można się po pewnym czasie funkcjonowania takich serwisów zorientować - generalnie we wszystkich tego typu przedsięwzięciach dużo jest opóźnień spłaty i pożyczek windykowanych. Sama windykacja zaś też jest problemem i niejednokrotnie jest nieopłacalna przy małej skali zaangażowanych środków. Mieliśmy po drodze także przygody z likwidacją serwisów, przez które udzielano takich pożyczek, gdzie udzielający ich zostawali porzuceni sami sobie.

Jednym słowem uważam tę dziedzinę za raczej zabawę i nie traktowałbym tego na poważnie jako sposobu inwestowania.

 

Fundusze inwestycji alternatywnych

Inwestujący na rynkach finansowych poszukują często możliwości selektywnego doboru rodzaju aktywów, w które lokują swoje pieniądze. Inwestycje alternatywne pozwalają na ulokowanie pieniędzy na rynkach, które przynajmniej zazwyczaj nie są skorelowane z "mainstreamowym" rynkiem finansowym. Problem polega na tym, że chcąc inwestować w rynek sztuki, filatelistyczny czy numizmatyczny trzeba mieć pokaźny zasób wiedzy o przedmiocie swojej inwestycji.
Cóż w takim przypadku może zrobić inwestor, który takiej wiedzy nie ma, a mimo to chciałby w pewien sposób zdywersyfikować ryzyko lokując pieniądze w nieco inny sposób? Szukając odpowiedzi na to pytanie zacząłem się zastanawiać czy na rynku polskim dostępne są fundusze inwestycyjne, które pozwoliłyby na zrealizowanie takiego założenia. Mówiąc krótko, zacząłem szukać funduszy inwestycyjnych, które inwestowałyby w aktywa na rynkach alternatywnych.
Przy funduszach inwestycyjnych, niezależnie od tego w jaki rodzaj aktywów inwestują należy pamiętać, że są one jedynie wehikułem służącym do dokonywania takich operacji finansowych. Są tak sprawne jak ich zarządzający i także są podatne na różnorakie ryzyka.

Po pewnym czasie poszukiwań okazało się, że na naszym rynku nie ma zbyt wielu funduszy spełniających założone kryteria, jeżeli już są to często adresowane są do osób dysponujących znacznie grubszym portfelem. Mam przy tym dużą nieufność do tego typu wehikułów. Nierzadko kreowane nie przez rzeczywistych znawców tematu, a przez bankowych marketingowców chcących zarobić na nieznajomości rzeczy u klientów. 

Płynność inwestycji w wino

Był tez okres kiedy pojawiało się sporo publikacji naganiających do zakupu "wina inwestycyjnego", można się więc zastanowić czy to ma jakikolwiek sens.

Po pierwsze czy wino byłoby inwestycją bezpieczną na czas kryzysu (mam na myśli taki prawdziwy kryzys)? Raczej nadawałoby się wyłącznie na napój niezależnie od rocznika, ale pieniędzy byśmy nie odzyskali.

Poza tym, jeśli ktoś kupuje, dajmy na to, skrzynkę licząc na wzrost ceny, to powinien się zastanowić co z nią później zrobić. Można wypić, ale do tego służą raczej "tańsze roczniki". Sprzedać? Tu się pojawia problem, bo trzeba mieć komu sprzedać... A jaki mamy rynek na wino inwestycyjne? Chyba mniej płynny niż zawartość butelek w naszej inwestycji...  Nie jest to więc segment, w który możne lokować dużą część portfela.

Inwestycje w brylanty?

Od jakiegoś czasu Internetowi dealerzy proponują jako jeden ze sposobów inwestowania zakup brylantów. O ile sam zakup kamieni szlachetnych może rzeczywiście być interesującym sposobem dokonania inwestycji alternatywnej, to po głębszym zastanowieniu widzę jeden podstawowy problem. W mojej opinii niestety rynek kamieni szlachetnych w Polsce jest stosunkowo płytki i trudno dostępny dla przeciętnych inwestorów.

O ile ze sprzedażą złota, srebra, monet czy znaczków większych problemów nie ma - można to zrobić nawet na allegro to w przypadku brylantów (podobnie jak z resztą innych inwestycji alternatywnych jak na przykład wina) możliwość sprzedania zakupionego kamienia jest mniejsza. Bo gdzie mielibyśmy się z takim kamieniem udać? Allego? Niewykluczone, ale wiedza niezbędna do oceny kamienia jest na tyle duża, że ten kanał jest wysoce ryzykowny dla kupujących i wątpię aby się rozwinął. Zostają jubilerzy, ale oni zaproponują nam ceny z dużym dyskontem. Zostaje ewentualna możliwość odsprzedaży dealerowi, ale dyskonto także będzie spore.
Jaki z tego wniosek? Jeżeli ktoś nie ma zapewnionego kanału zbytu i nie zna rynku brylantów, niech uważa.
Jest to z resztą powszechny problem wszystkich inwestycji alternatywnych. Ich płynność jest tym niższa im bardziej niszowy jest to rynek i im większa wiedza jest niezbędna do tego aby dokonywać takich inwestycji.

Ponadto warto wiedzieć, że rynek kamieni szlachetnych jest dosyć mocno zmanipulowany przez dużych graczy.

"Brylant pozostanie brylantem tylko wtedy, gdy jego wartość nie będzie podlegać wahaniom nawet w warunkach kryzysu. Obraz brylantu jako „wiecznej wartości” tworzony przez wiele dziesięcioleci, nie może się zdewaluować. Dlatego nie możemy dopuścić do spadku cen" te słowa wypowiedziane w 2008 roku Antwerpii przez ówczesnego prezesa koncernu Alrosa (35% światowego rynku) Siergieja Wybornowa doskonale oddaje stopień zmanipulowania rynku brylantów i diamentów.

W stosunku do brylantów jestem zdecydowanie sceptyczny. O ile złoto czy srebro miało w swojej historii epizody monetarne i są powszechnie uznawane za nośnik wartości, o ile srebro i platyna mają swoje zastosowania przemysłowe, to brylanty są tylko piękne. Nie zaprzeczam, piękno tych kamieni jest urzekające, ale to wszystko. Są i owszem jakimś nośnikiem wartości, ale ich cena jest pochodną manipulacji, tylko i wyłącznie.

Wspomniałem, że inwestując w kamienie szlachetne trzeba mieć zapewniony rynek zbytu. Doskonale rozumieją to zarówno De Beers jak i Alrosa, bo w obliczu kryzysowego spadku popytu po prostu zamknęły kopalnie. W 2008 r zakupy na rynku amerykańskim spadły o ponad połowę, wydobycie zmniejszono, ale nie ograniczyło to strat koncernów wydobywczych. jak widać na Brylantach nie zawsze i nie każdemu uda się zarobić. Skoro popyt w ciągu roku może spaść o połowę i jedynym ratunkiem dla cen jest wstrzymanie wydobycia to jaki jest potencjał tego rynku?

 

Inwestycje w whisky

Niedawno pojawiła się kolejna możliwość alternatywnego inwestowania. Tym razem chodzi o inwestycje w whisky.
Usługa oferowana przez jedną z firm private investment jest oparta na współpracy z World Whisky Index i polega na fizycznym zakupie butelek lub beczek tego trunku. Zakupiona przez inwestora whisky jest ubezpieczona do poziomu jej wartości rynkowej i przechowywana w profesjonalnym magazynie w Amsterdamie. Minimalna kwota inwestycji w whisky wynosi 25 tysięcy złotych. Rekomendowany czas inwestycji to 3-5 lat. Dzięki dostępowi do platformy World Whisky Index, inwestorzy mają możliwość zbycia części lub całości portfela w dowolnym momencie.
Kwestia ma się podobnie jak z winem. Whisky jest towarem luksusowym i służy raczej do celów konsumpcyjnych.

 

Inwestowanie w sztukę czy kolekcjonowanie sztuki?

Ciekawą dziedziną inwestycji alternatywnych, szczególnie dla tych posiadających spore zasoby wolnej gotówki jest inwestowanie w dzieła sztuki. Podstawowym zagadnieniem w tym wypadku wydaje się być odpowiedź na pytanie, czy inwestowanie w sztukę może i powinno być jednocześnie kolekcjonowaniem dzieł sztuki z pobudek estetycznych. Inaczej - czy możemy być inwestorem jeżeli posiadamy emocjonalny i estetyczny stosunek do dzieła?

Moim zdaniem emocje są złym doradcą. Owszem dzieła sztuki, także te inwestycyjne, powinny zaspokajać nasze poczucie estetyki, ale kupowanie i sprzedawanie ich pod wpływem emocji (a o te przy estetycznym kontakcie z dziełem nietrudno) jest złym pomysłem.

Cytując wypowiedź z wywiadu z Andrzejem Koźmińskim, który ukazał się kiedyś w prasie:
"Istnieje, moim zdaniem mylne, przekonanie, że dzieła sztuki są dobrą lokatą pieniędzy. (...) Jeśli ktoś kupuje dzieła sztuki jako kolekcjoner - to znaczy kupuje to, co mu serce dyktuje, przeciętny przyrost cen w dłuższym czasie nie jest wyższy od przychodów pochodzących z lokat bankowych. (...) Owszem, na tym można zarobić pieniądze, jeśli ktoś zawodowo się tym zajmuje, kupuje i sprzedaje w odpowiednich momentach albo bez reszty poświęci się temu jako prywatny inwestor."
Ja się z tą opinią bez reszty zgadzam. Zatem dla przyjemności kupujmy sobie dzieła sztuki aby zaspokoić uczucia estetyczne. A inwestycyjnie tylko wtedy jeżeli zajmujemy się tym, lub chcemy się tym zająć profesjonalnie.

Inwestycje w udziały 

Ostatnio pojawiła się kolejna możliwość inwestycji typu venture capital w formie crowdfundingu udziałowego. Kolejny rodzaj inwestycji, którego specyfiki trzeba się nauczyć.

Produkty strukturyzowane

Niektórzy uznają także, że różne rodzaje produktów strukturyzowanych - typu certyfikaty na jakieś egzotyczne towary to też rodzaj inwestycji alternatywnej. jestem ostrożny co do tego, aczkolwiek dla porządku wspominam.

Bitcoin

Czy bitcoin jest inwestycją alternatywną? Chyba tak. Potrzeba wiedzy aby go zrozumieć i nie do końca jest skorelowany z rynkami finansowymi. Więcej o Bitcoinie poczytacie tu.

Płynność inwestycji alternatywnych

Gwoli podsumowania należy na koniec zaznaczyć, że jednym z istotnych aspektów każdej inwestycji jest możliwość odzyskania zainwestowanego w nią kapitału. Należy zatem pamiętać, że inwestycje alternatywne cechują się zwykle niższym poziomem płynności niż tradycyjne. Ten niższy poziom płynności wynika z faktu, że albo rynki dla danych aktywów są płytkie, albo ograniczona jest liczba kupujących, albo rządzą się one specyficznymi prawami.

W przypadku dzieł sztuki można powiedzieć, że szybka sprzedaż po atrakcyjnej cenie jest raczej wykluczona. Można nasze dzieło wystawić na aukcję, ale te są organizowane w określonych terminach i im więcej jest ono warte tym mniejsza liczba potencjalnych nabywców. Ewentualna sprzedaż przez galerię, czy antykwariat także wiąże się z oczekiwaniem na nabywcę i z zapłaceniem prowizji.

Znacznie bardziej płynny jest rynek nieruchomości, ale także tu (szczególnie w czasie kryzysu) sprzedaż może trwać nawet kilka miesięcy i nie zawsze będzie możliwość uzyskania satysfakcjonującej nas ceny.

Jeżeli chodzi o walory numizmatyczne czy filatelistyczne to istnieje dosyć szeroki rynek tego typu przedmiotów. Można je sprzedawać na aukcjach internetowych lub w sklepach specjalistycznych. Aukcje są szybkie i zwykle ilość transakcji tam zawieranych gwarantuje sprzedanie naszego przedmiotu. niemniej jednak, im droższy przedmiot będziemy sprzedawać tym dłużej będzie trzeba czekać na nabywcę. Z kolei sklepy mogą nasze przedmioty brać w komis lub odkupić, jednak często ceny przez nie proponowane są mniej atrakcyjne niż na aukcjach.

Dlatego też planując dokonania inwestycji w alternatywne aktywa lub rynki należy mieć na uwadze możliwość szybkiego wycofania się z niego i upłynnienia naszych aktywów.

Ten artykuł rzecz jasna nie wyczerpuje tematu. W zakres inwestycji alternatywnych można zaliczyć także dzieła sztuki, pamiątki, pocztówki, fotografie, autografy - o tych i innych typach inwestycji pisze wiele portali, polecam z tego wszystkiego lekturę pracy magisterskiej Zbigniewa Ostrowskiego "Inwestycje alternatywne jako forma dywersyfikacji portfela inwestycyjnego w dobie światowego kryzysu finansowego" tekst dostępny poniżej:



Tekst stanowi przeredagowaną kompilację artykułów ukazujących się na blogu w latach 2009-2011
Tekst przeredagowany i zaktualizowany w roku 2019

czwartek, 30 sierpnia 2018

REITy PPK ale co z reformą OFE?

Plany rządu związane z umożliwieniem tworzenia w Polsce funduszy inwestujących w nieruchomości, były już raz ogłaszane i potem wstrzymywane. Prace nad REITami mają spory poślizg, ale  chyba rząd jednak ma parcie na ostateczne wprowadzenie do polskiego systemu prawnego czegoś takiego jak Firmy Inwestujące w Najem Nieruchomości (FINN) - kiedy to nastąpi nie wiemy.

Rząd tymczasem ogłosił, że na finiszu są prace nad powołaniem Pracowniczych Programów Kapitałowych. W dużym skrócie - rząd "zmusi" pracowników do odkładania w kolejnym wcieleniu OFE. Mówi się, że mają to być programy dobrowolne, ale z tego co wiem mechanizmy wypisywania się z nich ma być maksymalnie utrudniony. Moim zdaniem będzie coś a'la OFE biz - pytanie tylko, kto przy okazji zarobi. 



Będąc już przy OFE warto przypomnieć, że na początku lipca tego roku miała wejść w życie reforma OFE, którą Morawiecki zapowiadał szumnie w 2016 roku. Według ówczesnych zapowiedzi OFE miały przekazać z pozostałych im jeszcze po kradzieży przez państwo zasobów  wartość 75% aktywów na prywatne konta emerytalne Polaków (IKE i IKZE), a pozostałe 25% do Funduszu Rezerwy Demograficznej (FRD). Potem OFE zostałyby przekształcone w fundusze inwestycyjne polskich akcji, a PTE zarządzające teraz OFE stałyby się TFI.

Nic się jednak w temacie nie działo i chyba nic się nie stanie.  W samym rządzie zdania dotyczące tego jak podskubać resztę OFE były podzielone, przestraszono się także spadków giełdy, która dobrze nie ciągnie w ostatnich latach. Obawiam się jednak, że istnieje ryzyko, że reszta oszczędności w OFE też zostanie po prostu znacjonalizowana w całości.

Pytanie czy Polacy nauczeni tym co się stało z OFE będą chcieli się w ogóle w nowy wynalazek pod tytułem PPK pakować. Ja niespecjalnie mam na to jakąkolwiek ochotę.


wtorek, 8 maja 2018

Afera GetBack zatacza coraz szersze kręgi?

Mamy od niedawna na tapecie aferę na rynku finansowym, która niewykluczone, że okaże się drugim po Amber Goldzie spektakularnym wybuchem. Mam na myśli historię spółki GetBack, o której zacząłem pisać w poprzednim wpisie.

Otóż czytałem dziś artykuł Bartłomieja Godusławskiego  na temat tego jakich dziwnych i  "nieszablonowych" chwytów imali się przedstawiciele GetBacku aby uwikłać "w temat" władze Polskiego Funduszu Rozwoju, PKO BP czy nawet samego premiera. Cytując wspomniany artykuł "Nasi rozmówcy przekonują, że głównym celem mógł być Mateusz Morawiecki. Chodziło o uwikłanie państwa w sprawę, która już wtedy wydawała się nie do uratowania.". Czytam dalej o jakiś kopertach do rąk własnych, których przezornie nie odebrano i zaczynam się zastanawiać na ile cała afera jeszcze się rozkręci. 

Bo że afera jest to już nie mam żadnych wątpliwości. Mamy bowiem ewidentnie przekredytowaną spółkę, która stała się kontenerem na wierzytelności odkupione od banków między innymi z grupy Idea Banku i Getinu. Czy cały proces miał na celu zdjęcie z bilansów banków wierzytelności, przerzucenie ich do spółki finansowanej przez obligacje sprzedawane w dużej mierze inwestorom indywidualnym a następnie sprzedanie całej spółki? KNF do pewnego momentu na to przyzwalał. Mieliśmy więc transfer funduszy od grupy mniej zorientowanych do bardziej zorientowanych, a w drugą stronę transfer pakietów wierzytelności o jakości trudnej do określenia. Jakoś nie wiem dlaczego ale przypomina mi to modus operandi banksterów z Wall Street przed kryzysem 2008 roku.

Co gorsza na spółkach z grupy Idea Banku i Getin Banku cieniem kładą się oskarżenia o misselling papierów Get Backu. Żeby jeszcze doprawić ten sos, to mamy wysyp fantastycznych rekomendacji dla tej spółki, który chmara analityków wydawała przed debiutem (który nota bene był hojnie opłacony przez zainteresowaną spółkę). Czy to jest tak, że KNF po prostu zbyt późno zorientował się, że mamy do czynienia ze spółka, która jest nadmiernie zlewarowana? Czy ktoś chciał wpakować kogoś na minę (KNF bankierów, bankierzy klientów)?

Co lepsze jak czytamy na BusinessInsiderze "w ubiegłym roku jeden z inwestorów zwrócił się do KNF z zapytaniem o obligacje GetBacku. W odpowiedzi Komisja poinformowała go, że nie sprawuje nadzoru nad prywatnymi ofertami papierów wartościowych". mamy więc kolejny przykład "skuteczngo działania" KNF. Szczerze, nie znalazłem dotąd przykładów rzeczywiście uzasadniających istnienie tej instytucji.

Przecież jeszcze nie tak dawno temu mieliśmy debiut giełdowy spółki, która teraz nie jest w stanie albo nie chce pokazać raportu rocznego. Jej notowania są zawieszone co zabetonowało posiadane przez indywidualnych inwestorów akcje i obligacje, które są teraz de facto warte równe ZERO ZŁOTYCH. Szanse na jakiś sensowny układ z wierzycielami są też moim zdaniem równe ZERO skoro spółka proponuje spłatę w ramach układu w tym roku zaledwie około 1 % zobowiązań.

Kryzys dotknie nie tylko posiadaczy bezpośrednich, którzy nabyli akcje lub obligacje GetBacku, ale także posiadaczy jednostek funduszy inwestycyjnych, które zainwestowały w te papiery jako instytucje. Kto sprytniejszy ratował się wypychając te papiery do innego portfela tak jak zrobił to Quercus TFI (po to aby nie stracić wiarygodności) inni przecenili jednostki i stracili ich klienci (Trigon TFI). Są jeszcze fundusze emerytalne... Ilu jeszcze klientów instytucji, regulowanego bądź co bądź, rynku będzie poszkodowanych?

To jest z resztą coś co odróżnia tę historię od Amber Golda - tamten funkcjonował na pewnej ziemi niczyjej, pomiędzy przepisami prawa i nikt nie chciał lub nie mógł go skontrolować. Tutaj mamy aferę ze spółką notowaną na GPW, kontrolowaną przez KNF, w której papiery inwestowały kontrolowane i podlegające przepisom fundusze a wierzytelności spółka ta kupowała od banków. Czy to sprawi, że ta afera się rozleje, czy też zostanie skutecznie zakopana pod dywanem?

Ciekawie brzmi w tym kontekście hasło z logo firmy "Razem wygramy z każdym długiem"...


wtorek, 21 lutego 2017

Zapraszam na mojaforsa.pl - wpis o funduszach

Zapraszam na bloga mojaforsa.pl do lektury wpisu na temat rodzajów funduszy inwestycyjnych. Mam nadzieję, że z pożytkiem szczególnie dla osób nowych "w temacie".

piątek, 10 lipca 2015

Inwestowanie z głową (wpis gościnny)

W końcu przyszedł ten moment – decydujemy się na wejście na rynek kapitałowy. Nie jesteśmy milionerami, nasze oszczędności są na razie niezbyt imponujące, ale wobec mizernych odsetek, które proponują dzisiaj banki, nasza decyzja jest nieodwołalna. Pieniądze muszą zarabiać!

 


Aby nasze działania były w pełni racjonalne, sporządzamy listę naszych celów inwestycyjnych. Warto poświęcić temu dużo czasu i wszystko dokładnie przemyśleć. Oczywiście każdy debiutant na rynku kapitałowym ma własne priorytety, warto jednak sięgnąć do klasyki. A klasyczna lista celów przedstawia się następująco.
  • Po pierwsze, zachowanie kapitału według jego wartości nabywczej. To oznacza utrzymanie początkowej, zainwestowanej wartości nominalnej kapitału oraz zwiększanie jego wartości co najmniej o stopę inflacji, czyli uzyskanie wynagrodzenia za zaangażowany kapitał na poziomie średniego, wiekowego wynagrodzenia kapitału, tj. dodatkowe 3% ponad inflację;
  • Po drugie, określamy sobie poziom ryzyka, czyli dopuszczalną zmienność wartości portfela, którą jesteśmy w stanie zaakceptować. Wskazujemy wysokość rocznej straty, na jaką możemy się zgodzić biorąc pod uwagę naszą sytuację finansową. Określając poziom ryzyka, wyznaczymy jednocześnie oczekiwane zyski, jakie spodziewamy się osiągnąć w ciągu roku.
  • Po trzecie, określimy dopuszczalne klasy aktywów i instrumentów finansowych, w które chcemy zainwestować nasze oszczędności. Mogą to być na przykład akcje polskie, akcje innych rynków, dług skarbowy, opcje walutowe, metale, surowce, nieruchomości, itd.
Lista możliwości jest oczywiście znacznie dłuższa. „To być może najważniejsza kwestia. Wybierając klasy aktywów klient faktycznie ustala profil ryzyka i oczekiwaną stopę zwrotu – tłumaczy Andrzej Miszczuk, Główny Strateg F-Trust, jednej z największych firm dystrybucyjnych na polskim rynku. F-Trust ma w swojej ofercie ponad 1000 funduszy inwestycyjnych. – Jeśli klient decyduje się na wyższe ryzyko, to ma prawo oczekiwać wyższej stopy zwrotu. Do instrumentów, które dają wysokie stopy zwrotu – ale też wiążą się z podwyższonym ryzykiem – należą między innymi akcje, opcje, marżowe transakcje walutowe, handel surowcami”.

Po ustaleniu naszych celów inwestycyjnych, pora przejść do wyboru strategii inwestycyjnej. „W niemal każdej wybranej strategii powinniśmy oprzeć się na trzech, zgodnych z wyliczonymi poprzednio celami inwestycyjnymi, fundamentach – przekonuje Andrzej Miszczuk, który od ponad dwudziestu lat zajmuje się inwestycjami na rynku kapitałowym, a przez wiele lat pracował w szwajcarskiej firmie inwestycyjnej Capital, wówczas jednej z największych tego typu na świecie i współpracował z inwestorami indywidualnymi i instytucjonalnymi w niemal całej Europie Zachodniej. – Pierwszy fundament ma pomóc w zachowaniu kapitału, drugi podnieść jego wartość, a trzeci powinien prowadzić nas do znacznego wzrostu kapitału”.

Po kolei. Pierwszy fundament to inwestycje w instrumenty dłużne lub akcje z solidnymi dywidendami. Dochód z długu w postaci odsetek lub dochód z akcji w postaci dywidend będą powiększały wartość naszego kapitału. Drugi fundament jest budowany na bazie dochodu i wzrostu kapitału. Pragniemy stworzyć tutaj wynagrodzenie dla zainwestowanego kapitału oraz podnieść jego wartość poprzez inwestycje w akcje solidnych, trwałych i rosnących spółek. Najlepiej jeśli takie spółki płacą dywidendy. Jeszcze lepiej, jeśli te dywidendy są wysokie. Trzeci fundament ma nas doprowadzić do satysfakcjonującego, czyli znacznego wzrostu kapitału. Tutaj możemy inwestować w akcje spółek wzrostowych, sektory i kraje o dużym potencjale wzrostu, a także w spółki cykliczne. Ta cześć zainwestowanego kapitału będzie podlegała sporym wahaniom. Mamy nadzieję, że najczęściej będą to wahania w górę, ale powinniśmy być realistami gotowymi także na okresowe korekty.

Jeśli konstrukcja naszego portfela oprzemy na trzech wymienionych wyżej fundamentach, to dokonamy pierwszej dywersyfikacji. A dywersyfikacja to najważniejsze, absolutnie priorytetowe słowo w inwestowaniu na rynku kapitałowym. To dzięki dywersyfikacji nasze inwestycje są bezpieczniejsze, to dzięki dywersyfikacji możemy spać spokojniej. Dywersyfikacja przebiega według kryterium ryzyka inwestycyjnego. Wielkość każdego fundamentu w całości portfela może być bardzo różna w różnych okresach – może zmieniać się od kilku do kilkudziesięciu procent. Zmiana będzie następowała w zależności od celu, do którego zmierzamy – pragniemy bardziej chronić kapitał, czy podnosić wartość portfela lub generować dochody.

Również każdy z fundamentów może, a nawet powinien, być wewnętrznie zdywersyfikowany. „Wyobraźmy sobie, że naszym najważniejszym celem jest ochrona kapitału. Wówczas będziemy dywersyfikowali inwestycje między dług skarbowy kilku krajów lub kilku dużych, mocnych spółek – tłumaczy Michał Górczewski, Główny Analityk F-Trust. – Ale możemy też działać odwrotnie, pójść na pełne ryzyko, bo chcemy nasz zysk zmaksymalizować. Inwestujemy wszystkie pieniądze w jedną spółkę, bo mamy przekonanie, że w najbliższych miesiącach lub latach będzie ona dawała najwyższą stopę zwrotu. Przestrzegam przed tak ryzykownym działaniem, bo na rynku kapitałowym tylko z perspektywy historycznej możemy być pewni, jaka spółka była najlepsza. Decyzje inwestycyjne podejmujemy w oczekiwaniu na przyszłe zmiany cen i wyników, a tej przyszłości nie jesteśmy pewni. Zawsze istnieją ryzyka, przed którymi warto się chronić. Dlatego zalecam raczej kupno akcji kilku różnych firm lub, jeszcze lepiej, kilka różnych funduszy akcyjnych”.

Inwestycje na rynku kapitałowym często wiążą się również z ryzykiem walutowym. Nie dotyczy ono tylko tych klientów, którzy inwestują w aktywa jednego kraju, w walucie kraju, w którym żyją i pracują. Tymczasem zakres dostępnych inwestycji wybiega zdecydowanie poza jeden kraj i jedną walutę. „Polscy inwestorzy mogą i nawet powinni korzystać z możliwości inwestycyjnych w Azji, Ameryce czy Afryce. Istnieją obszary wzrostu gospodarczego dużo lepsze niż w Polsce czy Europie” – przekonuje Andrzej Miszczuk. I wie co mówi, w ofercie F-Trust klienci znajdą operujące na całym świecie fundusze takich globalnych gigantów, jak BlackRock, Franklin Templeton, Fidelity, Schroders, ale także polskich TFI, w tym Caspara lub Quercusa.

Ale chcąc, aby cały świat pracował dla nas, musimy się liczyć z ryzykiem walutowym. Pamiętajmy jednak, że ryzyko to jest obciążone możliwością straty, ale przede wszystkim jest to okazja do osiągnięcia sporego zysku. Inwestycje w dolarach USA mogą rosnąć, mierzone dolarami, ale mogą też przynosić straty, gdy przeliczymy ich wartość według kursu dnia bieżącego. Na przykład ceny akcji amerykańskich wzrosną w okresie naszej inwestycji o 5%, ale dolar straci do złotówki 6%. Mamy wówczas, po przeliczeniu na złotówki, stratę netto wielkości 1%.

Stratom walutowym można dość łatwo zaradzić zabezpieczając kursy walutowe na inwestycjach w obcych walutach. To tzw. hedgowanie walut. Innym sposobem jest kupowanie funduszy zahedgowanych do złotego. Robimy to wówczas, gdy nasza waluta referencyjna (waluta, w której mierzymy rezultaty inwestycyjne) jest mocniejsza i ma szanse wzmacniać się do waluty, w której inwestujemy – tłumaczy Michał Górczewski. – W przeciwnym wypadku należy cieszyć się, że mamy możliwość inwestowania w obce waluty, bo wartość takich inwestycji będzie rosła w walucie referencyjnej nawet wówczas, gdy ceny akcji będą spadać”.

Warto pamiętać, że kursy walutowe to także odrębny obszar inwestowania. Rynki walutowe są najbardziej płynnymi i największymi rynkami finansowymi. Trzeba jednak mieć na uwadze, że są to rynki spekulacyjne. Inwestowanie długoterminowe oparte wyłącznie na instrumentach walutowych (spekulacje walutowe) nie należą do bezpiecznych ścieżek inwestycyjnych – na tych rynkach można zarobić spore kwoty używając relatywnie małego kapitału, ale można też stracić niejedną koszulę. Wskazane są natomiast takie transakcje walutowe, które mają charakter ochronny. Jest to szczególnie istotne w krótkich okresach inwestycyjnych i przy silnych ruchach kursów walutowych.

Autor artykułu
Artykuł został przygotowany przez Andrzeja Miszczuka, Głównego Stratega F-Trust, www.f-trust.pl

czwartek, 2 kwietnia 2015

Wpisy sprzed lat - kwiecień: SKOKi, metale szlachetne i obligacje

Jak co miesiąc przypominam wpisy, które na blogu pojawiły się dawniej. Może będą użyteczne dla czytelników, którzy na bloga zaglądają dopiero od niedawna:

środa, 28 maja 2014

Czy można ufać "doradcom" bankowym?

Nie wiem jak to jest, ale za każdym razem kiedy jestem w banku osobiście coś załatwić, jestem świadkiem "grillowania" jakiegoś klienta przez bankowego "doradcę". 

Na wstępie rozprawię się z pojęciem "doradcy klienta" - jest to mistyfikacja. Ten ktoś kto siedzi po przeciwnej stronie reprezentując bank ma za zadanie sprzedawać produkty finansowe. Z doradzaniem ma to niewiele wspólnego bo konflikt interesów jest tu ewidentny.

Tak więc byłem wczoraj świadkiem rozmowy, kiedy "bankowiec" namawiał klientów na obligacje. Klienci chcieli lokatę, on ich namawiał, ci zaś wyznali, że nie chcą żadnych obligacji bo mieli już fundusze obligacji i na nich stracili. Na co ten "doradca/sprzedawca", że to nie możliwe bo obligacje to przecież "są bezpieczne jak..." tu nie dosłyszałem ale nie ma to istotnego znaczenia. 

Pomyślałem sobie że takie grillowanie klienta nie jest do końca uczciwe bo:
- na obligacjach można stracić nawet 100% zainwestowanego kapitału jak ich emitent nie wykupi
- na funduszach obligacji też można stracić, szczególnie jeżeli taki fundusz inwestuje w obligacje korporacyjne
- nie można w żaden sposób porównywać obligacji z lokatą pod względem bezpieczeństwa środków, co między wierszami "doradcy" próbują robić. 

Konkluzja jest taka, że nie można ufać "doradcom"... to smutne niestety.

PS. Taki artykuł czytałem ostatnio o tym "procederze" - polecam lekturę.

czwartek, 12 grudnia 2013

IKZE jako ubezpieczenie od utraty pracy

Niektórzy zapewne wiedzą, a ci którzy nie wiedzą, to mają okazję się dowiedzieć, że istnieje coś takiego jak Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE). Jest to konstrukcja nieco zbliżona do IKE, ale nie do końca. Różni się od IKE przede wszystkim tym, że można uzyskać korzyść podatkową odpisując (do pewnego limity) wpłaty na IKZE od dochodu przed opodatkowaniem. Przesuwamy wtedy moment podatkowy na bliżej nieokreślony punkt w przyszłości kiedy to tenże podatek zostanie przy wypłacie z IKZE pobrany. Drugą istotną różnicą jest fakt, że nie można dokonać częściowego zwrotu. Można bowiem przed osiągnięciem wieku emerytalnego dokonać wyłącznie zwrotu całkowitego dopisując uzyskany w ten sposób dochód do dochodu za dany rok.

Dodajmy, że oferta IKZE nie jest zbyt szeroka, jeżeli chodzi o instytucje je oferujące, niemniej jest kilkanaście takich, które coś takiego mają w swojej ofercie. Jaki był mój wybór o tym dalej.

Taka konstrukcja sprawiła, że zacząłem analizować IKZE jako narzędzie do optymalizacji podatkowej i przy okazji  stworzenie pewnego rodzaju "ubezpieczenia" od utraty pracy. Pomyślałem bowiem, że osoba wpadająca przykładowo w stawkę 32% PIT, odniesie natychmiastową ulgę podatkową jeżeli swój nieopodatkowany dochód umieści na IKZE. Może w ten sposób przesunąć moment podatkowy na okres kiedy, dajmy na to, będzie miała niższe lub żadne dochody. Jeżeli na IKZE znajdzie się kwota mieszcząca się w pierwszej stawce podatkowej (poniżej 85 tyś zł) i nie będzie wtedy innych dochodów, to całkowity zwrot z IKZE w takim roku, będzie opodatkowany tyko stawką 18%. Uzyska się tym samym korzyść równą różnicy w stawkach opodatkowania.

Oczywiście ryzykujemy, że kiedyś w przyszłości stawki podatkowe będą wyższe, ale w takim przypadku zawsze można się z IKZE ewakuować wcześniej zanim wejdą one w życie. Nie ma też sensu trzymać tam więcej niż limit dla pierwszej stawki podatkowej. Z resztą uzbieranie owych 85 tysięcy przy obecnym limicie wpłat wynoszącym na dziś około 4200zł zajmie nam  ... 20 lat.

Sensowne zatem wydaje się by osoba wpadająca w drugą stawkę podatkową budowała sobie "ubezpieczenie od utraty pracy" właśnie na IKZE, z założeniem wycofania tych środków w okresie zmniejszonych lub żadnych dochodów.

Szczególnie interesujące może to być w przypadku małżonków rozliczających się łącznie  i planujących dziecko. Na IKZE żony można bowiem wpłacić przed zajściem w ciążę pewne kwoty pieniędzy odliczając je od wspólnego dochodu przed opodatkowaniem. W trakcie zaś urlopu wychowawczego, kiedy dochód kobiety  ciąży jest zerowy, można te pieniądze wycofać opodatkowując je po korzystniejszej stawce. Nie wiem czy równie skutecznie zadziała to w przypadku rozliczających się osobno - trzeba policzyć.

Zastrzegam przy tym, że wpierw trzeba sobie zrobić symulację w oparciu o swoje własne dochody i przewidywania aby móc określić czy taka operacja się nam opłaci.

Zająłem się zatem poszukiwaniem produktu, który pozwalałby na kontrolę posiadanych w takiej formie oszczędności a jednocześnie nie generował zbędnych kosztów. Jedyne sensowne IKZE jakie znalazłem prowadzone jest przez ING TFI. Mamy możliwość wyboru i późniejszego przesuwania środków pomiędzy funduszami inwestycyjnymi o zróżnicowanej strategii. Nie ma przy tym opłat dystrybucyjnych ani żadnych kosztów stałych jak w przypadku polis na życie, gdzie pobierane są stałe opłaty i prowizje za zarządzanie samą polisą i od każdej wpłaty.

środa, 12 września 2012

Idea TFI na raty

Klienci funduszy Idea TFI mają podstawy do zmartwień, a klienci Idea Premium szczególnie. Od lipca powiem fundusz wstrzymał umorzenia jednostek, po tym jak okazało się, że utopił sporo kasy w obligacje upadających spółek budowlanych. Teraz w porozumieniu z KNF ogłoszono, że fundusz do marca przyszłego roku będzie dokonywał umorzeń jednostek "na raty" dokonując redukcji zleceń.

Niestety taka sytuacja podtrzymuje moje niechętne ostatnimi czasy nastawienie do funduszy inwestycyjnych, które są "workami" na pieniądze, w których niestety nie widać co się z tymi pieniędzmi dzieje i jak są zarządzane.

Tym bardziej nie zgadzam się ze stwierdzeniem z tego artykułu, że: "Fundusze inwestycyjne są jedną z bezpieczniejszych form lokowania oszczędności. Nie mogą bowiem zbankrutować. " No właśnie co z tego, skoro możemy stracić mnóstwo pieniędzy, co z resztą autor artykułu przyznaje w kolejnym zdaniu "Ale nie dają gwarancji, że cokolwiek zarobimy. Ba, możemy nawet stracić, i to całkiem sporo". Nie są zatem bezpieczną formą inwestowania i trzeba zdawać sobie z tego sprawę, szczególnie kiedy nam "konsultant/naganiacz" będzie sadził takie stwierdzenia, że nie mogą zbankrutować, albo że są bezpieczne bo inwestują w obligacje.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Czy rozumiemy w co inwestujemy?

Obserwując sytuację Amber Golda i innych firm, które miały lub mają problemy finansowe zaczynam się zastanawiać, czy to nie jest tak, że wielu ludzi nie zastanawia się nawet czy rozumiem to w co inwestują swoje pieniądze. Przykładowo takie lokaty strukturyzowane są tak skomplikowanehttp://przeglad-finansowy.blogspot.com/2009/05/moja-opinia-o-produktach.html, że zrozumienie tego o jak działa taki instrument może zająć wiele godzin. Myślę, że wiele osób gdyby zrozumiała istotę takich produktów nie zainwestowałoby w nie pieniędzy.

Podobnie rzecz ma się z firmami oferującymi złoto w korzystnej cenowo dostawie terminowej. Pewnie wielu klientów gdyby wiedziało jak ryzykowny jest model biznesowy takiej transakcji nie zdecydowałoby się na nią.

Warren Buffet podobno powiedział, że nie inwestuje w przedsięwzięcia, których modelu biznesowego nie rozumie. Tak więc uzupełniając to co pisałem o zdrowym rozsądku w ostatnim wpisie - zastanówmy się czy to w co chcemy zainwestować jest dla nas zrozumiałe. czy wiem jak dana firma zamierza osiągnąć obiecywany zysk/rabat? jeżeli to jest zbyt skomplikowane aby to zrozumieć to coś tu śmierdzi.

wtorek, 17 lipca 2012

Problemy Idea Premium TFI

Na rynku jest nerwowo. Nie tak dawno pisałem o problemach i nerwach klientów HYATHa, teraz wypadałoby zmienić sentyment do funduszy inwestycyjnych na negatywny. Nie mam jednak takiego "wskaźnika sentymentu" dla funduszy, bo te są czymś w rodzaju worka, do którego wrzucić można wszystko.

"Może wypadałoby kupić złoto i zakopać w ogródku? Może potrzeba byłoby sciślejszego nadzoru? tylko cóż on pomoże w sytuacji kiedy rynki zmieniają się na całym świecie w sposób anomalny? To co wczoraj było bezpieczną inwestycją dziś jest parzącym w ręce gorącym kartoflem. receptą na to zostaje tylko jedno rozwiazanie. DYWERSYFIKACJA."
Okazało się to prorocze, bo złoto zabezpieczyło kapitał, a w przypadku funduszy mamy znowu kolejny gorący kartofel. Otóż fundusz Idea Premium zawiesił dokonywanie wypłat z funduszu na dwa tygodnie. (patrz także: tutaj i tutaj) Stało się to po tym kiedy okazało się, że posiada obligacje upadłych/upadających firm budowlanych. Wcześniej dzięki posiadaniu tych papierów potrafił pochwalić się ponadprzeciętnymi zyskami, ale teraz w sytuacji kiedy firmy upadają może okazać się, że jego aktywa stracą sporo na wartości.

Jaki mam zatem problem z funduszami? Otóż okazuje się, że fundusze, które określają same siebie jako bezpieczne (np. fundusze pieniężne i gotówkowe) są zapakowane w obligacje korporacyjne! Czyli inwestują w aktywa, które przypisane są do zupełnie innej kategorii ryzyka i płynności! Przykład podał Maciej Samcik nie tak dawno temu więc nie będę go przepisywał. rzecz jest w tym, że polityka informacyjna i klasyfikacja funduszy ze względu na ryzyko, w mojej opinii, szwankuje. Problem w tym, że aby dokopać się do tego w co tak na prawdę inwestuje dany fundusz, trzeba nieraz wykonać pracę iście detektywistyczną.

Wracając jednak do sedna - co takiego zgrzeszyło Idea TFI? Otóż w dokumencie opisującym politykę inwestycyjną funduszu jest co prawda napisane, że "zakłada inwestycje do 100% aktywów w krótkoterminowe instrumenty dłużne emitowane przez podmioty inne niż Skarb Państwa", ale już kawałek dalej stoi "Fundusz charakteryzuje się wysokim poziomem bezpieczeństwa oraz płynnością
– dostęp do zgromadzonych środków już następnego dnia wyceny po złożeniu zlecenia odkupienia.
" Jak to jest z tą płynnością widać teraz. Co lepsze, w tym samym dokumencie, poziom ryzyka inwestycyjnego określono jako "niski"... dobre sobie.

Jak tu wierzyć Towarzystwom Funduszy Inwestycyjnych?

czwartek, 29 marca 2012

Komu zostawiasz swoje pieniądze na przechowanie?

Przeczytałem sobie ostatnio pewien artykuł, który wpisał się w moją własną refleksję nad  stanem świadomości ludzi, którzy składają swoje oszczędności w różnorakich 'firmach finansowych". Mam na myśli tutaj już nie kwestię odróżniania banków od SKOKów, czy tego czy ktoś jest na liście ostrzeżeń KNF, ale o zwykły zdrowy rozsądek. 

Niestety prawdą jest, że ludzie bardzo często dają się nabierać na wędkę wysokich odsetek, praktycznie nie zdając sobie sprawy o ryzyku. Przecież każdy powinien mieć świadomość tego, że wysoka stopa zwrotu z jakiejkolwiek inwestycji to premia za ryzyko. trochę odbiegam tu od głównego nurtu, o którym chciałem pisać - wysokie odsetki jako premia za ryzyko są obecne także w wielu produktach na "regulowanym rynku" - czy to będą fundusze inwestycyjne czy obligacje korporacyjne.

Sednem sprawy jest jednak to, że ludzie lokują swoje oszczędności w różnej maści firmach, o których działalności nie ma nikt zielonego pojęcia, oprócz tego, że oferują wysokie odsetki. Nie wiadomo jaki procent takich konstruktów jak Amber Gold, Finroyal, Auvesta czy Mizar Profit to piramidy finansowe. Faktem jednaj jest, że oferowana stopa zwrotu powinna zapalić czerwoną lampkę.

Zupełnie jednak nie rozumiem ludzi, którzy biorą na siebie ryzyko, zostawiając pieniądze w firmach, które są zarejestrowane za granicą. 

Amber Gold przynajmniej ma siedzibę zarejestrowana w Polsce więc jakby przyszło co do czego to można by się z nimi sądzić na polskim prawie. Tymczasem pozostali - cóż. Podpisując umowę z Mizar Profit podpisujemy ją z podmiotem amerykańskim, w przypadku Auvesta czy Sutor Banku są to podmioty niemieckie. Wprawdzie po drodze jest polski pośrednik, ale on tylko przekazuje papierki - od niego trudno nam będzie dochodzić roszczeń. Kto będzie się sądził z Mizarem na prawach stanu Delaware, albo z niemieckimi firmami korzystając z niemieckich prawników? Koszty takiego sporu pewnie przerosłyby niejedne oszczędności zostawione w tych firmach.

Ja nie mówię że to oszuści, czy coś takiego. Ja tylko zwracam uwagę na ryzyko. jak już ktoś przykładowo chce inwestować w złoto to znaczy, ze antycypuje pewne perturbacje. Tymczasem wchodząc w "kontrakt" z firmą zagraniczną, bierze na siebie jeszcze innego rodzaju ryzyka prawne.

Podpisując umowy przez pośrednika z firmą zagraniczna narażamy się na ryzyko, że w przypadku problemów nie będzie do kogo nawet skierować pozwu. Pamiętajcie o tym kiedy zastanawiacie się, komu powierzyć swoje oszczędności.

PS. W zasadzie sprawa zawierania umowy z podmiotem zagranicznym dotyczy w podobnym stopniu także Bullionvault i Goldmoney, z tym, że w przypadku tych dwóch firm można im przyznać punkty za dużo większą przejrzystość.

PS2. Tutaj przykład jakie są skutki tego o czym właśnie piszę. Polecam lekturę ku przestrodze,

PS3. Tutaj znajdziesz NAJNOWSZY WPIS NA TEMAT AMBER GOLD

piątek, 17 czerwca 2011

Własny program systematycznego oszczędzania

Ostatnio wielu moich znajomych jest natrętnie napastowanych przez sprzedawców usług finansowych (nazywających siebie "doradcami finansowymi") aby zainwestować w plany systematycznego oszczędzania. Swoją opinię na ten temat wyraziłem już kiedyś, dosyć jasno. Według mnie każdy produkt w którym zobowiązujemy się wpłacać przez 15 lat 100zł miesięcznie, od których potrąca się nam prowizje przy każdej możliwej okazji, gwarantuje tylko sumę już po odjęciu prowizji i w przypadku wycofania się z inwestycji po kilku latach zabiera kilkadziesiąt procent wpłaconego kapitału - jest niewarty zainteresowania. Wtajemniczeni rozpoznają ostatnio oferowane im produkty...

Kalkulator i trzy minuty obliczeń rozwiewają wszystkie wątpliwości. Niezależnie jak bardzo atrakcyjne wykresy rysuje nam sprzedawca, zadajmy sobie pytanie "co zrobię za 10 lat jak będę chciał przed terminem wycofać swoje pieniądze, nie będę mógł dalej wpłacać, a oni mi powiedzą, że potrącą mi 65% z zainwestowanego kapitału"? Koniec dyskusji.

Nie o tym chciałem, ale o tym, że taki plan systematycznego oszczędzania możemy zrobić sobie sami. Bez kosztów i bez problemów z wycofaniem pieniędzy. Jak? Poniżej przykład pewnej strategii, która może przydać się osobom na początku nie obeznanym z rynkami kapitałowymi.

Wystarczy, że będziemy na konto oszczędnościowe odkładali 100 złotych miesięcznie. Tak samo jak w proponowanym nam planie. W ten sposób w ciągu roku uzbieramy 1200zł. Niewiele. Dlatego przez pierwsze dwa-trzy lata nie warto zawracać sobie głowę inwestycjami w fundusze - lepiej ten czas poświęcić na doszkolenie się i śledzenie. 

Po jakimś czasie - powiedzmy po dwóch -trzech latach tak zaoszczędzane pieniądze wpłacamy na długoterminową lokatę i zostawiamy jako fundusz awaryjny. Dalej odkładamy 100zł miesięcznie, ale tym razem połowę środków przeznaczamy na konto oszczędnościowe, a drugą połowę na zakup funduszy inwestycyjnych. Aby nie płacić prowizji od zakupu, można w tym celu wykorzystać platformę taką jak Supermarket Funduszy Inwestycyjnych mBanku. Jest na niej dostępnych kilka funduszy lokujących w obligacje, dla których minimalna pierwsza wpłata wynosi 100zł a minimalna kolejna 50zł. W ten sposób w ciągu roku kupujemy jednostek takiego funduszu obligacji za około 600zł. Dlatego piszę o funduszach obligacji, że stanowią one stosunkowo (jednak nie stuprocentowo) bezpieczny sposób inwestowania. Wybierzmy jeden, np. analizując co kupuje (czy tylko obligacje skarbowe czy też inne papiery) i jakie osiągał stopy zwrotu.

W ten sposób odkładamy przez, powiedzmy, kolejne dwa lata. W tym momencie na lokacie i na koncie oszczędnościowym mamy już parę tysięcy złotych i kolejny 1200zł w funduszu obligacji. Zakładam także, że doszkoliliśmy się trochę z inwestowania i można zacząć wpływać na ryzykowniejsze wody.

Zmieniamy zatem przeznaczenie naszych 100zł miesięcznie. Przestajemy odkładać na konto oszczędnościowe. Zgromadzone na nim pieniądze lokujemy na najlepszych dostępnych lokatach, które aktualnie znajdujemy na rynku. Z naszej stówy, 50zł nadal kierujemy do wybranego funduszu obligacji. Dla pozostałych 50zł szukamy kolejnego funduszu - tym razem proponowałbym jakiś fundusz zrównoważony. Jest kilka takich w SFI, które można dokupywać za 50zł. Taki fundusz generuje większe ryzyko, ale zbudowaliśmy już poduszkę finansową w postaci lokat i funduszu obligacji. Nasze inwestycje teraz - ponieważ 100% odkładanych środków idzie do funduszy - musimy śledzić bardziej uważnie. 

Przyjmijmy strategię taką, że w przypadku spadków naszego funduszu o 20% zaczynamy się zastanawiać czy dalej do niego wpłacać. Zauważmy, że 20% z zakładanych na dwa lata środków, które zamierzamy do niego włożyć to... około 200-300zł. Nie jest to aż tak bolesna strata, której nie dałoby się przełknąć, mając kilka tysięcy na lokatach - czyż nie?

Zakładamy, że mijają lata, a my z czasem np. co rok lub dwa przekierowujemy strumień naszych oszczędności do mniej lub bardziej ryzykownych rodzajów funduszy. Można np. po kilku latach gromadzenia środków w funduszu obligacji przekierować swoje 50zł miesięcznie do funduszu akcji. Obserwujemy rynek i jeśli sądzimy, że koniunktura przez kilka lat będzie raczej dobra możemy podjąć pewne ryzyko.

Za każdym razem wchodząc do jakiegoś funduszu obliczamy maksymalną stratę w horyzoncie dwóch lat jaką możemy ponieść. Z biegiem czasu, jeśli fundusz rośnie, przesuwamy taki próg wyjścia z inwestycji w górę. Nigdy nie przesuwamy w dół jeżeli spada! Jeżeli coś się dzieje i zaczynamy przekraczać nasz próg strat - zawieszamy wpłaty do tego funduszu, i dajemy sobie czas na przemyślenie, wracając z odkładaniem do bezpieczniejszych funduszy, czy nawet na konto oszczędnościowe. Taka strategia nazywana jest "kroczący stop-loss" i fajnie opisana jest tutaj. Może trzeba będzie podjąć decyzję o zmianie funduszu, albo wybrać inny a tamten zostawić i już do niego nie wpłacać nowych środków. Nie podam jednej recepty bo jej nie ma, ale zdrowy rozsądek i zimna głowa - to nas uratuje od głupich decyzji. 

Zasadą jest że budujemy swoistą piramidę, w której bazę stanowią bezpieczne oszczędności, których jest najwięcej. Im wyżej piramidy, tym bardziej ryzykowne inwestycje i tym (stosunkowo) jest mniej środków zaangażowanych w te ryzykowne aktywa. Cały czas oszczędzamy i przez cały czas oszczędzania kierujemy strumieniem swoich oszczędności w ten sposób aby budować tę piramidę równomiernie. Jeżeli zauważymy, że baza (czyli bezpieczne oszczędności) jest za mała w stosunku do tych bardziej ryzykownych (np. fundusze akcyjne zyskały tak bardzo, że pomimo iż wpłaciliśmy tam mniej oszczędności, są już równe naszym oszczędnościom) - dostosowujemy strukturę piramidy. Albo przekierowujemy nasze oszczędności tam gdzie jej struktura wymaga uzupełnienia, albo realizujemy część zysków i lokujemy je bezpiecznie. Z biegiem czasu jest coraz więcej pieniędzy i coraz więcej możliwości zarządzania nimi.



Podsumowując:
  • regularnie co miesiąc odkładamy stałą kwotę,
  • budujemy piramidę oszczędności zaczynając od podstawy czyli najbardziej bezpiecznych aktywów,
  • sterujemy strumieniem naszych oszczędności rozsądnie dywersyfikując ryzyko np. między dwa fundusze do których wpłacamy w danym czasie,
  • analizujemy nasze "progi strat" i albo zawieszamy wpłaty do danego funduszu, albo wychodzimy z inwestycji albo przesuwamy "próg strat" w górę (nigdy w dół!),
  • realizujemy zyski aby utrzymać stabilną strukturę piramidy (kierujemy zyski z ryzykownych oszczędności do bardziej bezpiecznych).
Myślę że to podejście może dać na początek pewne wyobrażenie o tym jak to ma działać. Wbrew pozorom nie jest to bardzo skomplikowane i pracochłonne, a obserwowanie wymiernych zysków daje satysfakcję z oszczędzania. Najważniejsze są konsekwencja i zdrowy rozsądek. No i oczywiście w międzyczasie, edukujemy się w temacie inwestowania. 

Powodzenia!

czwartek, 27 stycznia 2011

Investor Gold FIZ - w co inwestuje?

W subskrypcji bądź na giełdzie dostępne są certyfikaty inwestycyjne Investor Gold FIZ. Wspominałem o nim tutaj pisząc przy okazji o funduszach złota. Wbrew wrażeniu, które można byłoby odnieść na pierwszy rzut oka fundusz ten nie inwestuje w złoto bezpośrednio, lecz pośrednio. Zapewnia zatem pewną ekspozycję na rynek metali szlachetnych, ale samego złota w jego księgach nie ma. 

Widać to z resztą jak wyczytamy się w opis jego strategii inwestycyjnej: "Fundusz Investor Gold FIZ daje możliwość inwestowania w metale szlachetne. Strategia oparta jest o stałą ekspozycję na rynek metali szlachetnych, głównie złota. (...) Podstawę portfela stanowią wystandaryzowane instrumenty pochodne, których cena zależy bezpośrednio lub pośrednio od ceny rynkowej złota, a także srebra, platyny i palladu. Dodatkowo fundusz może lokować środki w akcje spółek, które działają w branży poszukiwania, rozwoju i eksploatacji złóż metali szlachetnych oraz złóż polimetalicznych, w których złoto, srebro, platyna i pallad stanowią istotną część."

Upewnijmy się zatem w księgach w co inwestował fundusz w trzecim kwartale ubiegłego roku (na podstawie sprawozdania za 3 kwartał 2010, późniejszych niestety jeszcze nie ma):
  • Akcje spółek wydobywczych - 20,18%
  • Pochodne (kontrakty na złoto, srebro i waluty) - (wychodzi mi, że stanowią 23,9% aktywów, aczkolwiek ze sprawozdania to nie wynika wprost)
  • Depozyty gotówkowe - 55,92%
Jeżeli chodzi o akcje spółek to wygląda na to, że są to przede wszystkim firmy wydobywcze notowane na giełdach w USA i Kanadzie. Większość tych papierów jest jednak aktualnie wyceniana poniżej ceny nabycia. 

Kluczowym źródłem wzrostu wartości aktywów funduszu są zatem operacje na kontraktach na metale (złoto i srebro). Należy mieć świadomość, że pozycje na kontraktach są lewarowane i poza tym, według niektórych istnieje realne ryzyko, że liczba kontraktów na Comexie może nie znaleźć pokrycia w fizycznym metalu, co doprowadzić może do znacznych turbulencji rynkowych.

To tak gdyby ktoś szukał funduszu inwestującego bezpośrednio w złoto fizyczne - niestety na polskim rynku takiej oferty nie ma.

czwartek, 22 lipca 2010

Apropos funduszy rynku pieniężnego

W dzisiejszym Parkiecie ukazał się interesujący artykuł a propos funduszy rynku pieniężnego. Polecam lekturę.

środa, 6 stycznia 2010

Ranking funduszy inwestycyjnych

Na wstępie zaznaczę, że sam żadnego rankingu funduszy robić nie zamierzam bo przerasta to możliwości każdego pojedynczego człowieka. Chciałem wrzucić dwa liki, które mogą stanowić pewne wskazówki starającym się wybrać coś dla siebie.
Wszystkim zastanawiającym się nad wyborem funduszu proponuję zapoznać się z tym wpisem. Poza tym pamiętajmy, że fundusz jest jedynie wehikułem, który inwestuje w pewne aktywa bazowe. Wypadałoby przynajmniej posiąść przed dokonaniem inwestycji zrozumienie tego czym te aktywa bazowe są i jak mogą się zachować.

sobota, 22 sierpnia 2009

Jak nie kupować funduszy inwestycyjnych?

Historia będzie z życia wzięta. Zostałem zapytany przez kogoś czy posiadane przez tę osobę fundusze inwestycyjne należałoby już sprzedać czy jeszcze poczekać bo może odrobią straty z zeszłego roku. Po dłuższej rozmowie doszedłem w końcu, że pytający zainwestował nie (jak sądził) w fundusze inwestycyjne, ale w ubezpieczeniowe fundusze kapitałowe. Co więcej do niezupełnie potrafił określić jakie, wiedział tylko, że były to akcyjne fundusze kupione na szczycie hossy w 2007 roku i straciły połowę wartości. Jakby tego było mało, konstrukcja tego produktu uniemożliwiała wycofanie całości kapitału przed upływem 5 lat od zakupu.

Na koniec dowiedziałem się, że sprzedawca zapewniał, że na tych funduszach nie można stracić, a kupujący kompletnie nie zna się na inwestowaniu.

Morał? Jest to idealny przykład jak nie należy kupować funduszy inwestycyjnych i jakichkolwiek innych produktów inwestycyjnych.

Po kolei:
  1. Nie ma funduszy i produktów na których nie można stracić (może oprócz lokat i obligacji skarbowych, ale co do tego niektórzy też się nie zgodzą),
  2. Na funduszach można bardzo dużo stracić,
  3. Jak ktoś jest chciwy i ma pecha to straci,
  4. Jak ktoś się nie zna na inwestowaniu to na funduszach - tym bardziej straci,
  5. Jeżeli sprzedawca zapewnia, że na pewno nie można stracić to nie słuchajmy go dalej i uciekajmy,
  6. Jeśli ktoś się nie zna na inwestowaniu niech nie kupuje funduszy, żadnych!
  7. Żeby kupować fundusze trzeba znać i rozumieć rynek na którym dany fundusz inwestuje, albo przynajmniej być w stanie szybko ciąć straty,
  8. Produkt z którego nie można szybko uciec w przypadku rosnących strat, to zły produkt.

-->