Mam wrażenie, że w dyskusji o obecnej hossie związanej ze sztuczną inteligencją często mieszamy dwie zupełnie różne rzeczy. Jedną jest pytanie, czy AI rzeczywiście zmieni gospodarkę i sposób funkcjonowania świata. Drugą – ile jesteśmy dzisiaj gotowi za tę zmianę zapłacić.
środa, 23 września 2026
Ile nas będzie kosztować kiedy pęknie bańka AI?
wtorek, 22 września 2026
Złoty pod presją. Rating, dług i coraz mniej argumentów za polską walutą
Moody’s obniżył rating Polski z A2 do A3. To pierwsza taka decyzja tej agencji od ponad dwóch dekad. Jednocześnie perspektywa ratingu została zmieniona z negatywnej na stabilną, co jest istotnym zastrzeżeniem – nie mamy więc do czynienia z sygnałem, że Polska nagle stała się niewiarygodnym dłużnikiem. Problem jest bardziej prozaiczny: tempo pogarszania się finansów publicznych zaczyna być dla inwestorów coraz trudniejsze do ignorowania.
Moody’s zwraca uwagę przede wszystkim na utrzymujące się wysokie deficyty, rosnące koszty obsługi długu oraz wydatki na obronność, ochronę zdrowia, inwestycje publiczne i programy społeczne. Agencja prognozuje, że deficyt sektora finansów publicznych wyniesie około 7 proc. PKB zarówno w 2026, jak i 2027 roku, a dług publiczny wzrośnie z 59,7 proc. PKB w 2025 roku do 68,9 proc. w 2027 roku. Jednocześnie Moody’s nie zakłada załamania polskiej gospodarki – prognozuje wzrost PKB o 3,7 proc. w tym roku i 3,2 proc. w przyszłym.
I właśnie to jest chyba najciekawsze w całej historii. Polska nie ma obecnie problemu z brakiem wzrostu gospodarczego. Problem polega na tym, że przy całkiem przyzwoitym wzroście gospodarczym państwo nadal potrzebuje bardzo dużo pieniędzy. Jeżeli gospodarka rośnie, a mimo to deficyt pozostaje w okolicach 7 proc. PKB, trudno mówić o odbudowywaniu fiskalnych „buforów bezpieczeństwa”.
Minister finansów Andrzej Domański przekonuje, że sytuacja jest stabilna i że decyzja Moody’s nie znalazła istotnego odzwierciedlenia ani w kursie złotego, ani na rynku polskich obligacji. To częściowo prawda – sam moment ogłoszenia decyzji nie wywołał gwałtownego załamania notowań. Trzeba jednak pamiętać, że rynek finansowy nie musi reagować spektakularnie na pojedynczą decyzję agencji ratingowej. Część informacji może być już wcześniej uwzględniona w cenach aktywów.
A złoty i tak ma obecnie kilka problemów jednocześnie.
Według tabeli NBP z 21 września euro kosztowało średnio 4,3545 zł, a dolar 3,7931 zł. To nie są jeszcze poziomy, które można nazwać jakimś dramatycznym załamaniem polskiej waluty, ale kierunek z ostatnich tygodni jest wyraźnie mniej korzystny dla złotego.
Jednym z powodów jest polityka amerykańskiego Fedu. Rezerwa Federalna podniosła we wrześniu stopy procentowe o 25 pkt bazowych, do przedziału 3,75–4 proc. To pierwsza podwyżka od 2023 roku. W tym samym czasie stopa referencyjna NBP wynosi 3,75 proc. W efekcie podstawowa stopa procentowa w USA jest już wyższa niż w Polsce, co zmienia relację atrakcyjności obu walut.
Dla złotego to nie jest dobra wiadomość. Przez długi czas jednym z argumentów przemawiających za polską walutą były relatywnie wysokie stopy procentowe. Jeżeli ten argument zaczyna znikać, inwestorzy mogą coraz uważniej patrzeć na ryzyko związane z polskim rynkiem.
Do tego dochodzi ropa. Jeżeli wysokie ceny surowca utrzymają się przez dłuższy czas, mogą ponownie zwiększać presję inflacyjną. To szczególnie niewygodna sytuacja dla RPP: z jednej strony gospodarka potrzebuje warunków sprzyjających wzrostowi, z drugiej droższa energia może utrudniać dalsze obniżanie inflacji.
Jest jeszcze jeden element układanki – rynek obligacji. Wysoki deficyt oznacza konieczność emitowania dużej ilości długu. A im większa podaż obligacji, tym większe znaczenie ma cena, jakiej za ich zakup oczekują inwestorzy. Jeżeli żądają wyższej rentowności, rośnie koszt finansowania państwa. Powstaje więc mechanizm, który sam może pogarszać sytuację: większy deficyt oznacza więcej długu, większy dług oznacza większe koszty odsetkowe, a większe koszty odsetkowe utrudniają ograniczenie deficytu.
Nie oznacza to oczywiście, że Polska stoi przed kryzysem zadłużeniowym. To byłoby zdecydowanie zbyt daleko idące stwierdzenie. Polska nadal ma dostęp do rynków finansowych, relatywnie silną gospodarkę i własną walutę, a Moody’s utrzymał rating na poziomie inwestycyjnym i nadał mu stabilną perspektywę. Sama agencja zakłada również, że w kolejnych latach nastąpi konsolidacja fiskalna i stabilizacja relacji długu do PKB.
Tyle że dla złotego nie liczy się wyłącznie pytanie, czy Polska jest wypłacalna. Liczy się również to, jak atrakcyjna jest polska waluta w porównaniu z dolarem czy euro. A tutaj argumentów jest obecnie mniej niż jeszcze kilka miesięcy temu.
Moody’s daje nam więc raczej ostrzeżenie niż diagnozę katastrofy. Rating spadł, ale perspektywa jest stabilna. Gospodarka rośnie, ale finanse publiczne pozostają napięte. Stopy w Polsce są relatywnie niskie, podczas gdy Fed właśnie rozpoczął cykl ich podnoszenia. Ropa pozostaje czynnikiem ryzyka dla inflacji. A państwo musi pożyczać coraz więcej pieniędzy.
W takiej sytuacji złoty może mieć problem z odzyskaniem dawnej przewagi. I chyba właśnie to jest dziś najważniejsze pytanie: nie czy polskiej walucie grozi nagłe załamanie, ale czy ma ona wystarczająco dużo argumentów, aby inwestorzy nadal chcieli trzymać kapitał właśnie w złotych.
poniedziałek, 2 marca 2026
Wojna z Iranem i nerwowość rynków. Co naprawdę jest dziś w grze
Rynki finansowe nie lubią próżni informacyjnej, a jeszcze bardziej nie lubią wojen w miejscach, które decydują o przepływie energii. Dlatego wiadomości o eskalacji konfliktu między Iranem a koalicją USA i Izraela wywołały natychmiastową reakcję inwestorów na całym świecie. Jeszcze zanim pojawiły się pierwsze poważniejsze analizy, ceny ropy zaczęły rosnąć, indeksy giełdowe się cofnęły, a kapitał powoli przesuwał się w stronę aktywów uznawanych za bezpieczne.
Wbrew pierwszym wrażeniom problemem nie jest jednak sama produkcja ropy w Iranie. Znacznie ważniejsze jest coś innego – geografia.
Iran leży przy jednym z najważniejszych punktów globalnego handlu energią. Cieśnina Ormuz, wąski pas wody między Iranem a Półwyspem Arabskim, jest w praktyce główną bramą eksportową dla producentów ropy z całej Zatoki Perskiej. Każdego dnia przepływa tędy blisko jedna piąta światowej podaży ropy naftowej, a także ogromne ilości gazu LNG i produktów petrochemicznych.
To właśnie dlatego rynki reagują tak nerwowo. Nawet niewielkie zakłócenie transportu w tym miejscu może mieć globalne konsekwencje.
Pierwsze godziny po eskalacji konfliktu przyniosły dokładnie taki scenariusz, jakiego spodziewali się analitycy. Ceny ropy gwałtownie wzrosły, a baryłka Brent w krótkim czasie podrożała o kilkanaście procent, osiągając najwyższy poziom od ponad roku. Jednocześnie na światowych giełdach pojawiła się wyraźna fala spadków, szczególnie w sektorach wrażliwych na koszty energii, takich jak transport czy linie lotnicze.
Inwestorzy zaczęli robić to, co w takich sytuacjach robią niemal zawsze – ograniczać ryzyko. Kapitał zaczął przepływać do złota i dolara, a spółki energetyczne i zbrojeniowe znalazły się po drugiej stronie rynkowej barykady, notując wzrosty w momencie, gdy większość rynku spadała. ()
Nie jest to zresztą pierwszy raz, gdy rynki reagują w ten sposób. Od dziesięcioleci napięcia na Bliskim Wschodzie wywołują bardzo podobną sekwencję wydarzeń. Najpierw rośnie cena ropy, później pojawia się obawa o inflację, a na końcu inwestorzy zaczynają zadawać pytanie, czy banki centralne będą w stanie prowadzić łagodniejszą politykę pieniężną.
W obecnej sytuacji największą niewiadomą pozostaje to, jak bardzo konflikt rozleje się na infrastrukturę energetyczną i transportową regionu. W ostatnich dniach pojawiły się informacje o atakach na tankowce oraz o wstrzymywaniu transportu przez część firm żeglugowych, co dodatkowo zwiększyło napięcie na rynku energii.
W takich warunkach nawet niewielkie zakłócenie podaży może mieć bardzo duże znaczenie. Region Zatoki Perskiej odpowiada bowiem za ponad jedną czwartą globalnej produkcji ropy. Jeśli eksport z tego obszaru zacznie się kurczyć, skutki mogą być odczuwalne nie tylko na stacjach paliw, ale również w inflacji i tempie wzrostu gospodarki światowej.
Na razie rynki zdają się wyceniać raczej napięcie niż pełnoskalowy kryzys. Spadki na giełdach są zauważalne, ale nie mają charakteru panicznego. Oznacza to, że inwestorzy zakładają scenariusz ograniczonego konfliktu, w którym transport ropy zostaje utrzymany, choć pod większą presją i przy wyższych kosztach.
Jednocześnie w tle pojawia się scenariusz znacznie bardziej niepokojący. Gdyby cieśnina Ormuz została faktycznie zablokowana lub gdyby ataki na tankowce stały się powszechne, światowa gospodarka mogłaby w krótkim czasie znaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości. W takim wariancie analitycy nie wykluczają wzrostu cen ropy powyżej 100 dolarów za baryłkę, co oznaczałoby nowy impuls inflacyjny dla wielu gospodarek.
Historia pokazuje, że właśnie taki mechanizm najczęściej przenosi konflikty regionalne na poziom globalny. Wojny rzadko wpływają bezpośrednio na rynki finansowe. Zwykle robią to poprzez energię, transport i inflację.
Dlatego dzisiejsza sytuacja na rynkach jest w gruncie rzeczy zakładem o jedno pytanie: czy konflikt pozostanie lokalny, czy zacznie zaburzać przepływ energii na świecie.
Jeżeli transport ropy z regionu Zatoki Perskiej zostanie utrzymany, obecne wstrząsy mogą z czasem okazać się jedynie epizodem podwyższonej zmienności. Jeżeli jednak infrastruktura energetyczna regionu stanie się celem konfliktu, rynki finansowe mogą dopiero zaczynać reagować na wydarzenia, których pełne skutki zobaczymy dopiero za kilka miesięcy.
czwartek, 3 kwietnia 2025
Trump Economic World War - światowa wojna ekonomiczna rozpoczęta?
Pamiętacie mój wpis sprzed 16 lat o Światowych wojnach ekonomicznych? Tak oto wydaje mi się, że wkraczamy w kolejną fazę eskalacji tego konfliktu. To co robi administracja USA pod przywództwem Donalda Trumpa to odpalenie coraz bardziej "gorącej" fazy działań na tym polu.
Ameryka przez dekady opierała swój dobrobyt na konsensusie polegającym na tym, że jest z jednej strony gwarantem światowego ładu i wolnego handlu, a z drugiej beneficjentem tegoż wolnego handlu, dzięki czemu może w sposób swobodny produkować pieniądze i kupować za nie dobra na całym świecie.
Wydaje się, że ta epoka odchodzi do lamusa. Jaki będzie efekt zobaczymy, ale już od dawna wydawało się, że status quo jest nie do utrzymania na dłuższą metę. USA w rywalizacji z Chinami potrzebuje odbudować bazę przemysłową, a do tego potrzebne są pieniądze, które nie powinny "wyciekać za granicę". Krótkoterminowo odbywa się to kosztem rozwalenia wypracowanych przez dekady i zoptymalizowanych łańcuchów dostaw, które profitowały finansjerę z Wall Streeet. Oto dlaczego giełda świeci na czerwono.
Tylko, że tak jak na każdej wojnie, tak i na ekonomicznej, są przegrani i są wygrani. Ktoś zarobi na tym, że strumienie pieniędzy przekierują się w inną stronę.
niedziela, 9 marca 2025
Gdzie zaprowadzi nas wojna handlowa Trumpa?
Globalna wojna handlowa zapoczątkowana przez Donalda Trumpa to nie tylko seria drastycznych posunięć w sferze ceł, ale przede wszystkim sygnał zmiany w światowym porządku gospodarczym. W ciągu ostatnich miesięcy, wprowadzając 25-procentowe cła na towary z Meksyku i Kanady – z wyjątkiem kanadyjskich surowców energetycznych, które obciążone są jedynie 10-procentową stawką – a także podwyższając taryfy na towary chińskie, administracja amerykańska rozpoczęła coś, co można nazwać prawdziwą wojną celną. Takie posunięcia, choć mające na celu odbudowę amerykańskiej gospodarki i zmniejszenie deficytu handlowego, niesie ze sobą ogromne konsekwencje dla całego świata.
Trzeba przyznać, że patrząc wstecz, potęga USA po drugiej wojnie światowej opierała się w dużej mierze na znoszeniu barier handlowych. Globalizacja, która wtedy zapoczątkowała niebywały wzrost gospodarczy, stała się fundamentem współpracy międzynarodowej. Dlatego niezwykle dziwne wydaje się, że dzisiaj, w dobie, gdy globalizacja posunęła si
ę być może za daleko, stawia się cła nawet na towary pochodzące z najbliższych sojuszników, takich jak Kanada. Czy w tym działaniach kryje się przemyślana strategia, czy raczej celowe błądzenie i miotanie się w poszukiwaniu winnych? Trudno jednoznacznie stwierdzić, ale już teraz widoczne są pierwsze efekty – chaos w łańcuchach dostaw, wzrost cen i niepewność rynkowa, które zdają się przeczyć dotychczasowemu trendowi liberalizacji handlu.
W Stanach Zjednoczonych presja inflacyjna nabiera tempa. Wyższe koszty importowanych towarów przekładają się na ceny w sklepach, co w połączeniu z zakłóceniami w globalnych łańcuchach dostaw powoduje, że konsumenci zaczynają odczuwać skutki protekcjonistycznej polityki na własnej skórze. Firmy, szczególnie te z sektorów motoryzacyjnego czy elektronicznego, zmuszone są do podnoszenia cen swoich produktów, co tylko potęguje obawy o dalszy wzrost inflacji i opóźnienie ewentualnych obniżek stóp procentowych przez Fed. Niepewność wśród inwestorów, którzy zamiast inwestować w akcje, kierują swoje środki ku obligacjom czy złotu, dodatkowo komplikuje sytuację na rynkach finansowych.
Efekty tej wojny celnej rozchodzą się jednak daleko poza granice USA. Państwa takie jak Kanada, Meksyk czy Chiny już zapowiadają odwetowe taryfy, a Unia Europejska, choć nie jest bezpośrednio objęta najwyższymi stawkami, nie pozostaje bierna. Wprowadzanie ceł na import amerykańskich towarów oraz możliwość eskalacji sporów handlowych powodują, że globalne łańcuchy dostaw zaczynają tracić na spójności. Dla krajów europejskich, których gospodarki opierają się na silnych relacjach handlowych z USA, efekt domina może być znaczący. W Europie, gdzie sektor motoryzacyjny generuje biliony euro PKB i zatrudnia miliony osób, niepewność handlowa odbija się negatywnie na wycenach spółek oraz perspektywach inwestycyjnych.
Sytuacja Polski, choć na pierwszy rzut oka wydaje się mniej dotknięta bezpośrednimi cełami (bezpośredni eksport do USA stanowi zaledwie kilka procent ogólnej wymiany handlowej), również nie pozostaje bez konsekwencji. Jako członek Unii Europejskiej, Polska doświadcza efektów spowolnienia wzrostu gospodarczego i spadku zamówień wynikających z ogólnoeuropejskiej recesji wywołanej konfliktem handlowym. Problemy europejskich gigantów motoryzacyjnych, których zakłady często funkcjonują na terenach Polski, mogą prowadzić do dalszych komplikacji w sektorze przemysłowym, co w konsekwencji odbije się na rynku pracy i inwestycjach.
Osobiście uważam, że obserwujemy moment zwrotny, który może przyspieszyć proces deglobalizacji. To ironiczne, że kraj, który zbudował swoją potęgę właśnie na zasadzie znoszenia barier i otwarciu się na światowy rynek, teraz decyduje się na protekcjonistyczne posunięcia, nakładając cła nawet na tak bliskich partnerów jak Kanada. Można się zastanawiać, czy polityka ta ma jasno określony cel, czy raczej jest wynikiem chaotycznego miotania się w poszukiwaniu krótkoterminowych korzyści politycznych, które mogą przynieść więcej szkody niż pożytku w dłuższej perspektywie.
Patrząc na przyszłość, wojna celna może oznaczać poważne zaburzenia w światowym handlu. Konsumenci będą płacić więcej, a firmy – zwłaszcza te zależne od globalnych łańcuchów dostaw – mogą zmagać się z rosnącymi kosztami produkcji. Niepewność co do dalszych posunięć administracji amerykańskiej sprawia, że inwestorzy będą ostrożni, co może prowadzić do dalszych spadków na giełdach. Rynki walutowe również mogą zostać zrewidowane, gdyż kraje dotknięte odwetowymi cłami mogą odczuwać presję na osłabienie swoich walut.
Dla Unii Europejskiej i Polski kluczowe będzie znalezienie równowagi między ochroną własnych interesów a koniecznością utrzymania otwartości handlowej. UE, która od lat promowała integrację i liberalizację rynku, musi teraz stawić czoła wyzwaniom związanym z deglobalizacją. Polska, choć stosunkowo niewielkim graczem na arenie międzynarodowej, może odczuć pośrednie skutki globalnego spowolnienia i wzrostu inflacji, co z kolei wpłynie na konkurencyjność krajowej gospodarki. W obliczu takich wyzwań konieczne będą przemyślane decyzje zarówno ze strony polityków, jak i przedsiębiorców, którzy będą zmuszeni do adaptacji do nowego, mniej przewidywalnego porządku światowego.
Obserwujemy bowiem, jak bardzo rynek globalny uległ transformacji – z systemu otwartej współpracy międzynarodowej przechodzimy w kierunku coraz bardziej protekcjonistycznych rozwiązań, które mogą w dłuższej perspektywie zaszkodzić nie tylko pojedynczym gospodarkom, ale całemu systemowi światowej wymiany handlowej. Warto się zastanowić, czy ta zmiana jest nieuniknionym etapem ewolucji globalnej gospodarki, czy raczej chwilowym odruchem, który w efekcie przyniesie więcej strat niż zysków.
Wojna handlowa Trumpa to zatem nie tylko polityczne posunięcie, ale także sygnał, że światowy system handlowy stoi u progu radykalnych przemian. Czas pokaże, czy protekcjonistyczne działania przyczynią się do odbudowy gospodarki amerykańskiej, czy też staną się katalizatorem długotrwałych problemów dla całego świata. Na pewno jednak już teraz nie można mówić o powrocie do dawnej epoki bez barier – współczesny świat handlu jest znacznie bardziej skomplikowany, a konsekwencje takich decyzji będą odczuwalne przez wiele lat.
wtorek, 4 czerwca 2024
Czy RPP wreszcie obniży stopy procentowe?
Dziś i jutro odbywa się czerwcowe posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej. Jutro po południu okaże się czy rada podejmie decyzję o obniżce stóp. Ostatnia obniżka była w październiku i od tego czasu topy nie uległy zmianie.
Niestety mamy cały czas podwyższoną inflację. Ekonomiści prognozują, że z tego powodu obniżki stóp raczej nie będzie. Inne banki centralne zaczęły już ciąć stopy, ale nie NBP. W polskiej gospodarce nadal mamy kombinację kilku czynników, które wpływają na wzrost konsumpcji - rynek pracy nadal jest silny, a wynagrodzenia rosną. Szykują się też wzrosty cen energii i VAT. Wpływa to na prognozy inflacji, która niestety nie chce spadać.
RPP komunikuje zatem od jakiegoś czasu, że nie specjalnie widzi możliwość obniżki stóp. Być może w dłuższej perspektywie, kiedy obniżki w innych bankach centralnych będą już większe, także RPP się zdecyduje?
piątek, 22 marca 2024
Czy dotknie nas klątwa centrów outsourcingowych?
Przez pewien okres niektóre duże miasta w Polsce chwaliły się szybkim rozwojem centrów outsourcingowych. Branża ta była błogosławieństwem dla polityków bo mogli z zadowoleniem chwalić się jak to w ich mieście kolejne otwierające się biura wchłaniają setki młodych wykształconych ludzi. Pamiętaliśmy wtedy dobrze dramat początku lat 2000 kiedy po studiach jechało się "na zmywak" bo nie było roboty w kraju.
Rozwinęły się więc w naszych metropoliach korporacje, które na setkach metrów kwadratowych wynajętych, w nowo wybudowanych biurowcach, otwierały kolejne "blobal business center" albo "shared service center", etc.
Politycy mogli się chwalić jak to branża outsourcingowa rośnie, ludzie mają pracę i miasta się rozwijają. Branża deweloperki biurowej też na tym trendzie urosła, nie ma co zaprzeczać.
Nikt tylko nie zwrócił uwagi na fakt, że te korporacje nie kupują tu infrastruktury tylk wynajmują powierzchnie biurowe. Niektóre z nich nawet nie miały stałych telefonów stacjonarnych, a cały sprzęt i wyposażenie leasingowały.
Pomyślałem sobie wtedy czy aby nie jest to ryzyko bo taka firma może zwinąć się w 1 dzień. Czym jest zwolnić ludzi i ogłosić zamknięcie biura? To nie to samo co likwidacja fabryki i demontaż linii produkcyjnej. Nie ma bariery wyjścia w postaci kosztów likwidacji. Po prostu zamykamy biuro, anulujemy najem, zwalniamy ludzi i tyle.
Od jakiegoś czasu stopień pustostanów w powierzchniach biurowych np. w Krakowie zaczął rosnąć. Pomyślałem wtedy, że chyba zapotrzebowanie się skończyło, korporacje już nie rozrastają się i czy za chwilę nie spełni się czarny scenariusz o którym myślałem.
A teraz przeczytałem to:
https://krakow.naszemiasto.pl/plaga-masowych-zwolnien-w-krakowskich-korporacjach-na/ar/c1-9652949
Kolejne firmy zamykają biura i zwalniają setki osób.
Czy ten scenariusz się już realizuje? Na razie jeszcze rynek pracy pewnie będzie w stanie wchłonąć zwalnianych pracowników, ale czy nie mamy teraz właśnie momentu przegięcia? Czy wobec wzrostu kosztów pracy w Polsce (nie ukrywajmy się korporacje w Polsce zatrudniały dobrze wykształconych, ale nisko płatnych pracowników), za chwilę nie będziemy świadkiem trendu "zwijania się" tych centrów outsourcingowych?
Obawiam się jak to wpłynie na perspektywy pracy młodych ludzi po studiach, a w dalszej perspektywie np. na rynek nieruchomości.
Nie wiem jakie będą scenariusze, ale widzę tu ogromne ryzyko, które jeśli nie będzie się rozwijać gospodarka oparta o bardziej osadzony w kraju przemysł, to będzie boleć.
poniedziałek, 4 marca 2024
Niesprawiedliwości podatkowe
O podatkach napisano wiele. Wiele też było i jest dyskusji nad tym, że skala podatkowa Podatku PIT jest taka a nie inna. Zarówno ci bardziej zamożni, jak i mniej zamożni uważają, że jest niesprawiedliwa. Bogatsi chcieliby liniowego PIT, a ubożsi większej kwoty wolnej i większej progresywności.
Ale zostawmy na chwilę na boku podatek PIT.
Czy ktoś się zastanawiał w ogóle czy VAT jest sprawiedliwy? Można powiedzieć, że tak bo przecież każdy płaci tyle samo przy zakupach. Ale zastanówmy się. Wykonajmy takie ćwiczenie myślowe.
Kowalski jest niewiele zarabiającym, żeby nie powiedzieć ubogim. W zasadzie, żyje od pierwszego do pierwszego. Ciężko pracuje i daje radę, ale wydaje praktycznie całość swoich dochodów. Przy każdych zakupach płaci VAT. Od rachunków za gaz, prąd, chleb, masło, mleko - wszędzie płaci vat. Z jego dochodów między co najmniej kilkanaście procent średnio idzie tylko na ten podatek.
Malinowski ma firmę, zarabia dużo. jest w stanie odkładać 30% swoich dochodów. Zatem konsumpcja na którą wydaje pozostałe 70% jest obłożona VAT. Udział jego dochodu, od którego płaci podatek VAT jest jednak mniejszy gdyż czasem udaje mu się "wrzucić w koszty" jakąś fakturę. Tak kupił telefon komórkowy, tak opłaca abonament za internet i komórkę, rozlicza część paliwa i leasing auta, poza tym "na fakturę" kupił jeszcze laptopa dla córki (oficjalnie do biura) i tablet dla syna (oficjalnie do firmy).
No to co VAT jest sprawiedliwy?
Albo to weźmy podatek PIT od pracy szewca czy wynajmu mieszkania na ryczałcie. Szewc 8,5%, wynajmujący 8,5%
Albo popatrzmy na to tak.
Milion złotych na lokacie - odsetki opodatkowane są podatkiem "Belki" 19%.
Milion złotych w mieszkaniu na wynajem - przychód z najmu opodatkowany ryczałtem 8,5%.
Pewnie można by wymieniać więcej takich porównań.
czwartek, 12 października 2023
Ceny nieruchomości wzrosły, rosną i będą rosły
Od jakiegoś czasu obserwujemy bezprecedensowy wzrost cen nieruchomości. Moim zdaniem nakładają się tu dwa czynniki. Po pierwsze inflacja, powodując spadek wartości pieniądza, wywołuje wzrost ceny aktywów trwałych takich jak mieszkania. Po drugie rząd dorzucił tryb "turbo" uruchamiając tzw. kredyt na 2% który w sposób dodatkowy stymuluje popyt. Jednocześnie podaż mieszkań jest nieelastyczna bo przecież deweloperzy nie wysypią z dnia na dzień worka z mieszkaniami. Proces inwestycyjny trwa więc wprowadzenie na rynek oferty mieszkań do sprzedaży jest poprzedzone wieloletnim procesem inwestycji.
Oddajmy jednak głos ekspertom. Analitycy nieruchomości od kilku miesięcy obserwują dwa zjawiska. Wzrastają ceny ofertowe mieszkań a jednocześnie spada liczba nowych ogłoszeń i ofert. Te które sa szybko są zgarniane z rynku.
Zaledwie mniej niż 10% ekspertów wyraża pogląd, że ceny spadną. Pozostali twierdzą, że wzrosną lub będą stabilne. Co istotne ceny rosną wszędzie (choć nie wszędzie w równym stopniu) i zarówno na rynku pierwotnym, jak i wtórnym.
Za chwilę do dwóch czynników, o których pisałem dojdzie trzeci. Oto zaczynają spadać stopy procentowe. Będzie to miało taki skutek, że odblokuje zdolność kredytową kolejnej grupy osób, która nie łapie się na kredyt 2%, ale która i tak rzuci się na kupowanie mieszkań.
Rzucą się na kupno dlatego, że mało prawdopodobne jest to, że ceny mieszkań jakoś spadną w dającej się ogarnąć perspektywie. Nie ma po temu przesłanek. Raczej samo spełniająca się przepowiednia o wzroście, podlanym polityką państwa.
Ceny nieruchomości rosną od lat bo cały czas mamy zaburzoną strukturę popytu i podaży. Popyt jest pompowany a to niskimi stopami a to programami rządowymi, a podaż ograniczana nieelastycznością procesu inwestycyjnego i wzrastającymi kosztami pracy i materiałów.
Analitycy szacują nawet, że średnie ceny transakcyjne mieszkań w perspektywie roku wzrosną o dalsze 10-15 procent.
poniedziałek, 7 marca 2022
Czarne łabędzie wojny
Mija już kilkanaście dni od rosyjskiej agresji na Ukrainę i chyba można już troszkę mniej emocjonalnie przejrzeć się sytuacji od strony jej wpływu na nasze finanse.
Czy ta wojna była/jest czarnym łabędziem, którego nikt się nie spodziewał? Cóż dla niektórych być może, ale dla niektórych, co bardziej zainteresowanych tematem geopolityki zapewne nie aż tak bardzo. Wprawdzie do ostatniej chwili wszyscy łudzili się, że nie wybuchnie, ale ciemne chmury zbierały się już od miesięcy. Czy można się było przygotować?
Co rozważniejsi już dano temu wiedzieli, że na sytuacje ekstremalne przygotowywać się trzeba. Na pewno posiadając poduszkę finansową można czuć się bezpieczniej. Jak widzimy konflikt zbrojny za naszą wschodnią granicą wpływa bardzo silnie na gospodarkę na wielu polach.
Najbardziej widoczne i odczuwalne w bezpośredni sposób są skokowe zmiany cen paliw. Objęcie sankcjami rosji z jej dostawami ropy ma wpływ na wzrost jej cen na rynkach światowych. Generalnie każdy konflikt zbrojny generuje wzrost cen ropy, a ten w w szczególności. Odczuwamy to tankując na stacjach. Ten wpływ przełoży się zapewne na dalszy wzrost inflacji. Niestety trzeba się przygotować, że ten rok będzie trudny pod tym względem.
Domyślam się, że jutro RPP podniesie stopy procentowe. Na pewno odczują to posiadacze kredytów w złotówkach, ich raty znowu wzrosną. Oszczędzający na lokatach pewnie nie odczują wzrostu oprocentowania w jakiś zauważalny sposób.
Prawdopodobnie czekają nas dalsze zwyżki cen energii. Ropa to jedno, ale mamy jeszcze gaz, który zapewne też będzie drożał. Trudno przewidzieć jak się rozwinie sytuacja, ale przyszła zima można być pod tym względem nerwowa, chyba, że USA i sojusznicy podejmą jakieś działania związane z importem LNG aby zniwelować szok w Europie.
Szokiem dla niektórych na teraz na pewno są wzrosty cen walut. Ktoś, kto nie miał żadnej poduszki finansowej w walucie, a nie daj Boże ma jeszcze kredyt walutowy może mieć wiele nieprzespanych nocy. Frank jest najdroższy w historii, Euro również bije rekordy. Jaki z tego wniosek? Spokojniej śpią ci, którzy zabezpieczyli się posiadając w walucie część swoich oszczędności.
W związku z kryzysem uchodźczym trzeba przygotować się na duże koszty gospodarcze. Na pewno w krótkim i średnim terminie dla naszej gospodarki będzie to obciążenie. Z drugiej strony napływ uchodźców z Ukrainy to też napływ rąk do pracy. Jak najszybsze zalegalizowanie ich pobytu i prawa do legalnej pracy może sprawić, że w gospodarce ten szok zostanie trochę zrekompensowany uzupełnieniem braków pracowników, które odczuwały niektóre branże. Niestety będzie to sektorowe, ze względu na demografię ruchu uchodźczego (kobiety z dziećmi przyjeżdżają, mężczyźni jadą na front). Dla branż takich jak budownictwo czy transport pozyskanie rąk do pracy może okazać się jeszcze trudniejsze niż w poprzednich latach.
Być może szok gospodarczy i walutowy zostanie w średnim terminie trochę złagodzony kiedy zaczną do Polski napływać fundusze na pomoc humanitarną i gospodarczą z zachodu. Być może UE odblokuje też fundusze strukturalne co pozwoliłby wreszcie na większy napływ euro do polski i skompensowało osłabienie złotego.
Złoto pokazuje, że jest polisą ubezpieczeniową na trudne czasy. Cena złota bije rekordy zarówno w dolarach jak i w złotówkach. Ktoś, kto mając na uwadze bezpieczeństwo swojego portfela ulokował część oszczędności w złocie może teraz obserwować jak ich wartość rośnie. Inna sprawa, że złoto jest zawsze wygodną lokatą na okoliczności wojny. Patrząc na sytuację uchodźców, którzy przyjeżdżają do Polski z jedną walizką widać w jak trudnej są sytuacji. Mając ze sobą hrywny nie są w stanie sprzedać ich po dobrym kursie.
Wniosek z tego jest taki. Mając dolary, euro i złoto można wyjechać i przynajmniej uratować ze sobą część majątku. ktoś kto uciekał z Ukrainy z jedną monetą złotą w portfelu ważącą 31 gramów jest w stanie dziś przeżyć za nią przez miesiąc na dobrym poziomie. Ktoś kto uciekał z portfelem papierowych pieniędzy już ma gorzej, a jeżeli te pieniądze to hrywny to niestety ale jest w jeszcze trudniejszej sytuacji.
wtorek, 18 maja 2021
Nowy Ład - co o nim sądzę?
Nie przeanalizuję wszystkiego, ale skupię się na jednym aspekcie.
Od dawna nurtowało mnie pytanie czy samozatrudniony przedsiębiorca mający miesięcznie dochód 11tyś płacący co miesiąc ryczałtową składkę zdrowotna 381,81zł choruje mniej niż pracownik etatowy, który zarabiając brutto dwa razy mniej płaci od swojego dochodu składkę w wysokości 427,14zł? Czy jeśli ten przedsiębiorca złamie rękę albo będzie miał wypadek to jego leczenie będzie tańsze?
Ta nierówność systemu opłacania składki zdrowotnej to przejaw jednego z wielu aspektów tego jak nie właściwie i niesprawiedliwie skonstruowany jest system podatkowo składkowy w naszym kraju. Powoduje to, że efektywnie przedsiębiorcy eksploatują system opieki zdrowotnej na koszt pracowników etatowych.
Do tego dochodzą podatki liniowe, odliczenia (wrzucanie w koszty), odliczanie VAT. Nie ma się co dziwić, że tak silna jest presja w przechodzeniu na (de facto fikcyjne) samozatrudnienie.
Jak więc ocenić pomysł obecnego rządu z planowanym w "Nowym Ładzie" reformą? Cóż. Ja nie lubię obecnej władzy i tego nie ukrywam, ale ta sytuacja wymagała zmiany już od dawna. Jest logicnzie niezrozumiałym takie preferowanie działalności gospodarczej przy jednoczesnym dociskaniu kolanem pracowników zatrudnionych na umowę o pracę.
Być może po wprowadzaniu zapowiadanych zmian spadnie presja na przechodzenie na samozatrudnienie, co niejednokrotnie jest fikcją (co to za działalność gospodarcza, która prowadzona jest na takich samych warunkach jak dotychczasowa umowa o prace) tylko ma na celu optymalizację podatkową?
Oczywiście podniesie się zaraz szereg głosów, że to niszczy polską przedsiębiorczość, polski biznes, etc. Tylko niech mi ktoś poda logiczne argumenty za tym żeby zarbiający więcej właściciel sieci hoteli (jednoosobowa działalność gospodarcza) płacił niższą składkę niż jego pracownik na recepcji?
Racją jest to, że należy zmniejszyć degresywność systemu podatkowego. Problem, który widzę to gwałtowność planowanych zmian i ich negatywny wpływ na dochody samorządów. czas by ten program rozbierać jeszcze na czynniki pierwsze, ale daleko mi jest od jednoznacznych ocen.
piątek, 2 kwietnia 2021
Dlaczego złotówka słabnie? Wczoraj poznaliśmy odpowiedź
Wczoraj poznaliśmy odpowiedź na pytanie dlaczego złotówka słabnie. Jak ma być silna waluta w kraju rządzonym przed debili i nieudaczników, którzy nie są w stanie zorganizować porządnie akcji szczepień, kłamią i oszukują swoich obywateli, a potem tłumaczą się jak głupi Jasio, który stłukł cioci wazon?
Po pierwsze nie kupuję tłumaczeń związanych z wczorajszym chaosem szczepionkowym. Nic w tej historii nie trzyma się tzw. "kupy", ani tym bardziej logiki i sensu. Niezależnie jednak od tego, to nawet jeśli te tłumaczenia byłyby prawdziwe to i tak znaczy, że rząd mamy marny i wszyscy już to widzą. Sądzę też że wszyscy robiąc świąteczne zakupy widzą jak pusto im w portfelach zostaje czy to z powodu drożyzny czy z powodu inflacji. Dobrze się mają tylko pokolenia krewnych i znajomych prezesa.
No więc mamy zaufanie do państwa, które ostatnio spada w rejony ujemne. Na prawdę szczerze współczuję tym, co je jeszcze mają bo to oznacza, ze są niestety nieuleczalnie chorzy na głupotę i ciemnotę, która karze im postrzegać rzeczywistość taką jaka jest.
Tak więc jak mają mieć zagraniczni inwestorzy zaufanie to tergo partackiego rządu, w którym banda nieudaczników rządzi tak, że wygrywa banda cwaniaków? No nie będą mieli. Chyba, że banda zagranicznych cwaniaków wyczuje, że może zrobić te rządzącą bandę debili w balona i pokręcić wałki. No na te durne tłumaczenia i malowanie trawy na zielono poważni inwestorzy się nie nabiorą.
No więc kiedy ciemny lud kupuje te wszystkie brednie i naiwne tłumaczenia serwowane im przez rządzącą bandę, to nic w tym kraju lepsze nie będzie. Czemu więc złotówka ma być mocniejsza?
Troli na usługach rządzącej mafii zapraszam do komentowania. Niech wpisują w komentarzach co im to państwo dobrego dało, może uda się z tego ulepić jakąś narrację, którą kupi jakiś naiwniak. Miłego hejtowania, wesołych Świąt.
poniedziałek, 25 stycznia 2021
Brytyjczycy na własnej skórze zaczynają odczuwać skutki brexitu
Nie minął jeszcze miesiąc od formalnego wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, a Brytyjczycy coraz bardziej zaczynają odczuwać na co się zdecydowali. Wyrosły bariery celne, eksplodowała ilość biurokracji i formalności, dodatkowe opóźnienia na granicach, utrudnienia w handlu i najnormalniej w świecie rozpad powiązań biznesowych. Nawet wysłanie paczki z lub do UK zaczyna przypominać cyrk Monty Pythona. Nie sposób znaleźć jednoznaczne informacje, pełno jest absurdów w stylu papierkologii, pojawiają się dodatkowe koszty i opóźnienia. Dochodzi to tego, że każdy na myśl "Wielka Brytania" ma już serdecznie dosyć.
Zwolennicy Brexitu przekonywali, że uwolnienie się od biurokracji Unii Europejskiej spowoduje rozkwit i prosperity. Chciałbym to zobaczyć bo na razie biurokracji i kretyńskich regulacji jest więcej niż było, a poziom absurdów w handlu między UK a starym kontynentem rośnie a nie maleje. Ciekaw jestem jak sprawa będzie wyglądała za kilka lat i czy rzeczywiście gospodarka brytyjska (jak przepowiadali niektórzy) rozkwitnie.
Ciekaw jestem, ale szczerze to nie specjalnie mnie to jakoś obchodzi. Bo tak zastanawiając się nad tym jedyne produkt jaki mógłby mnie interesować to Marmite i Fishermen Friends. Znacie jakieś produkty brytyjskie bez których Europa sobie nie poradzi? No dobra, jeszcze szkocka Whisky, ale cheddar już można sprowadzić z Irlandii.
Pożyjemy zobaczymy.
środa, 13 stycznia 2021
Co nas czeka w 2021 roku?
Tak się zastanawiam od pewnego czasu nad tym z czym przyjdzie się nam zmierzyć w nadchodzącym roku. Prognozowanie bywa trudne, ale spróbujmy. Za rok zobaczymy czy się sprawdziło.
Po pierwsze inflacja. Tego już doświadczamy ale się nasili. Powodów jest kilka. Bank centralny "drukuje" pieniądze, obniża też cenę kredytu (mamy realnie ujemne stopy) co powoduje napływ pieniędzy do gospodarki. Na razie ten nawis jeszcze nie wylewał się na konsumpcję tylko w nieruchomości, ale któregoś dnia wyleje się na ceny innych artykułów. Ma to jeszcze inny aspekt, oróż niejawnie, ale polityka państwa zmierza do zeszmacenia złotówki, co przełoży się na wzrost cen ze względu na wpływ kursu waluty na ceny paliw. W końcu mamy wzrost kosztów wszystkiego (energii, radzenia sobie z Covidem, etc). W końcu po otwarciu gospodarki ceny wzrosną skokowo bo przedsiębiorcy (gastronomia, turystyka) będą chcieli zrekompensować sobie utracone w wyniku lockdownu przychody. Mamy też nowe podatki takie jak np. opłaty energetyczne czy podatek cukrowy, każdy to jakoś tam odczuje w portfelu.
Po drugie bezrobocie. Jest i będzie ono ukryte bo po pierwsze pracę tracą ci, którzy nigdy umowy o prace nie mieli (b2b, umowy cywilne) po drugie nikomu kto nie miał umowy o pracę nie opłaca się rejestrować w pośredniaku. Więc bezrobocie i bieda wzrośnie, ale nie będzie widoczne w statystykach. To się przełoży na spadek konsumpcji w segmencie towarów i usług droższych, a wzrost popytu na tańsze produkty i usługi. Przykładowo np. w branży fryzjerskiej już widać, że w salonach premium obroty spadły bardziej niż w lowcost.
Nacjonalizacja. Różne pomysły na ratowanie sektorów gospodarki w efekcie mogą spowodować, że w niektórych branżach będziemy mieli kolejne nacjonalizacje. Oczywiście pokusa naszych rządzących jest coraz większa bo to daje wiele stołków do obsadzenia i władzę, bo pieniądze to władza.
Będzie w końcu odbicie. Ono przyjdzie, tylko, że nie wszyscy go doczekają, a benefity z niego czerpać będą różni w różnym stopniu.
Sądzę, że coraz trudniej będzie oszczędzać bezpiecznie (obligacje, lokaty), dla wielu ostatecznie zostaną nieruchomości, ale sensownie zarobią na nich tylko ci, którzy się na tym znają i mają zaufane kipy remontowe.
poniedziałek, 28 grudnia 2020
Podsumowanie 2020 roku
Zbliża się do końca ten dziwny rok, w którym wiele rzeczy stanęło na głowie. Myślę, że wszyscy mamy go już trochę dosyć i z radością wkroczymy w nowy, z nadzieją, że będzie lepszy.
Moja aktywność blogowa zmalała przez ten okres, między innymi ze względu na to, że zmiana sposobu funkcjonowania i pracy nie nastrajała do wpisów. Z resztą przyglądanie się gospodarce (w sferze mikro i makro wokół mnie) stawało się coraz bardziej frustrujące i smucące.
Jeden z wątków, który przewijał się na blogu był temat słabo oprocentowanych lokat i rosnącej inflacji. Mieliśmy i mamy z tym styczność cały czas, niewiele się w tym względzie zmieniło. Najlepiej to podsumowuje wpis z listopada o tym ile jest warte 500+
Już w lutym zaczęło się zauważać wpływ pandemii koronawirusa na gospodarkę.
Marzec był miesiącem chaosu, paniki na rynkach i przemyśleń o tym jak się zabunkrować na kryzys. Pisałem wtedy "Warto zwiększyć ilość gotówki i oszczędności. Trzeba gromadzić pieniądze bo może się okazać, że za chwilę będziemy potrzebować oszczędności. Kto jeszcze nie stracił pracy ma szansę wdrożyć pilny program oszczędnościowy. " Myślę, że niejeden kto wtedy posłuchał tej rady dziś ma przynajmniej jakieś zaskórniaki na czarną godzinę. Jeśli jeszcze ktoś ma zaskórniaki w złocie, tak jak to rozważałem w kwietniu, może się czuć bezpieczniej.
Zastanawiam się czy mój wpis z czerwca o nowej normalności jest aktualny, chyba coraz bardziej...
Napisałem też recenzje książek:
środa, 25 listopada 2020
Ile jest warte 500+
Nie jeden raz pisałem na łamach tego bloga o tym jak wartość naszych pieniędzy jest zjadana przez inflację. Nie jeden raz także pisałem o tym, że dla rządzących jest to doskonały interes bo obiecane i przyznane jeszcze kilka lat temu świadczenia, w dzisiejszych pieniądzach są już znacznie mniej warte.
Chyba wszyscy idąc do sklepu odczuwamy fakt, że koszyk - choć waży tyle samo, to kosztuje coraz więcej. Widać to wyraźnie kiedy się przyjrzymy ile warte jest dziś świadczenie 500+
Otóż okazuje się, że przez cztery lata inflacja zjadła już z niego prawie 50 złotych! Inflacja w Polsce jest 10 razy wyższa niż średnia unijna.
O ile jeszcze płace też rosną to świadczenia takie jak 500+ już nie. Wszyscy ci, którzy naiwnie myśleli, że z rządowego datku będzie się dało utrzymać mogą być w błędzie. 500+ to nadal 500 zł, ale kupimy za to coraz mniej. W kwietniu inflacja sięgnęła ponad 3% i nadal jest mniej więcej na tym samym poziomie

środa, 15 lipca 2020
Słabe prognozy gospodarcze

piątek, 3 kwietnia 2020
Przemyślenia
poniedziałek, 23 marca 2020
Co robić w sytuacji kryzysu?








