Mam wrażenie, że w dyskusji o obecnej hossie związanej ze sztuczną inteligencją często mieszamy dwie zupełnie różne rzeczy. Jedną jest pytanie, czy AI rzeczywiście zmieni gospodarkę i sposób funkcjonowania świata. Drugą – ile jesteśmy dzisiaj gotowi za tę zmianę zapłacić.
Jeremy Grantham, jeden z najbardziej znanych obserwatorów rynkowych baniek, od lat zwraca uwagę na ten problem. Jego argument jest dość przewrotny: największe bańki w historii wcale nie musiały powstawać wokół bezwartościowych pomysłów. Wręcz przeciwnie. Kolej, elektryczność, samochód, radio czy internet były technologiami, które rzeczywiście zmieniły świat. Problem polegał na tym, że inwestorzy potrafili wycenić ich przyszłe znaczenie znacznie wcześniej, niż pojawiły się odpowiadające tym wycenom zyski.
I właśnie tutaj Grantham dostrzega podobieństwo do obecnego boomu na AI.
Pojawia się nowa technologia, inwestorzy zaczynają wierzyć, że tym razem będzie inaczej, rosną ceny akcji, rośnie dostępność finansowania, pojawia się coraz więcej pieniędzy, które z kolei podnoszą ceny jeszcze bardziej. W pewnym momencie wzrost cen sam zaczyna być argumentem za dalszym wzrostem.
Najbardziej interesujące jest jednak to, że zdaniem Granthama bańka nie musi oznaczać, że stojąca za nią technologia jest fikcją. Wręcz przeciwnie – może powstać właśnie dlatego, że technologia jest prawdziwa i rzeczywiście przełomowa.
To znamy z historii. Kolej rzeczywiście zmieniła świat, ale inwestycje kolejowe doprowadziły również do ogromnych spekulacji. Internet rzeczywiście zmienił świat, ale nie oznaczało to, że każda spółka internetowa z końca lat 90. była warta tyle, ile wyceniał ją rynek. Podobny mechanizm może działać w przypadku sztucznej inteligencji. Jestem przekonany, że tak właśnie będzie.
Oczywiście obecna sytuacja różni się od bańki internetowej. Największe firmy technologiczne generują dziś ogromne przychody i zyski, a ich przewaga technologiczna jest realna. Nie mamy więc prostego powtórzenia roku 1999. Nie oznacza to jednak, że nie można za dobre aktywa zapłacić zbyt dużo. Nie oznacza to także, że wszyscy w równym stopniu produkują czy przepalają pieniądze.
I chyba właśnie tutaj znajduje się sedno argumentacji Granthama. Można jednocześnie uważać, że AI jest technologiczną rewolucją i że część spółek związanych z AI jest przewartościowana. Te dwa stwierdzenia wcale się nie wykluczają.
Im większa i bardziej oczywista jest przełomowa technologia, tym łatwiej zacząć dyskontować w cenach akcji nie tylko jej obecne znaczenie, ale również przyszłe sukcesy, które dopiero mają nastąpić. Granica między inwestowaniem w przyszłość, a kupowaniem tej przyszłości po cenie, która już ją uwzględnia, robi się wtedy wyjątkowo cienka.
Nie wiem oczywiście, czy obecna hossa zakończy się krachem porównywalnym z 1929 czy 2000 rokiem. Tego nie wie również Grantham. Jego ostrzeżenie można jednak potraktować jako interesującą lekcję z historii: rewolucyjna technologia nie chroni inwestora przed przepłaceniem za udział w tej rewolucji. Mamy w rękach rewolucyjną technologię i aberracją byłoby oczekiwać, że historia potoczy się tym razem zupełnie inaczej.
Nie chodzi więc o to, czy AI zmieni świat. To wydaje się coraz mniej dyskusyjne. Pytanie brzmi raczej: ile z tego przyszłego świata zostało już dzisiaj zapisane w cenach aktywów.

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz
Komentarze na blogu są moderowane. Zastrzegam sobie prawo do zablokowania komentarza bez podania przyczyn. Komentarze zawierające linki wyglądające na reklamowe lub pozycjonujące - nie będą publikowane.