wtorek, 7 lipca 2026

Złoto trochę odbija

Po kilku tygodniach korekty złoto ponownie wzrosło powyżej 4100 dolarów za uncję. Głównym impulsem były słabsze od oczekiwań dane z amerykańskiego rynku pracy, które zwiększyły oczekiwania na łagodniejszą politykę Rezerwy Federalnej. W efekcie osłabił się dolar, a notowania złota szybko odrobiły część wcześniejszych strat.

Eksperci podkreślają jednak, że obecne odbicie nie oznacza jeszcze powrotu do trwałego trendu wzrostowego. Poziom 4000 dolarów za uncję okazał się silnym wsparciem, ale kolejne próby wzrostu spotykają się z realizacją zysków przez część inwestorów. Dodatkowo fundusze ETF nadal ograniczają swoje zaangażowanie w złoto, co pokazuje, że szeroki napływ kapitału na rynek jeszcze nie nastąpił.

Najbliższe tygodnie będą w dużej mierze zależeć od danych makroekonomicznych z USA. Jeśli gospodarka będzie wyraźnie spowalniać, a Fed zacznie sygnalizować możliwość obniżek stóp procentowych, złoto może ponownie testować wyższe poziomy. Z kolei utrzymująca się inflacja i restrykcyjna polityka banku centralnego mogą ograniczać potencjał dalszych wzrostów.

Niezależnie od krótkoterminowych wahań, długoterminowe fundamenty pozostają korzystne. Banki centralne, w tym Narodowy Bank Polski, konsekwentnie zwiększają rezerwy złota, traktując je jako element dywersyfikacji oraz zabezpieczenie przed ryzykiem geopolitycznym i osłabieniem walut. To sprawia, że złoto nadal pozostaje jednym z najważniejszych aktywów ochronnych w portfelach inwestorów.

poniedziałek, 2 marca 2026

Wojna z Iranem i nerwowość rynków. Co naprawdę jest dziś w grze

 Rynki finansowe nie lubią próżni informacyjnej, a jeszcze bardziej nie lubią wojen w miejscach, które decydują o przepływie energii. Dlatego wiadomości o eskalacji konfliktu między Iranem a koalicją USA i Izraela wywołały natychmiastową reakcję inwestorów na całym świecie. Jeszcze zanim pojawiły się pierwsze poważniejsze analizy, ceny ropy zaczęły rosnąć, indeksy giełdowe się cofnęły, a kapitał powoli przesuwał się w stronę aktywów uznawanych za bezpieczne.

Wbrew pierwszym wrażeniom problemem nie jest jednak sama produkcja ropy w Iranie. Znacznie ważniejsze jest coś innego – geografia.

Iran leży przy jednym z najważniejszych punktów globalnego handlu energią. Cieśnina Ormuz, wąski pas wody między Iranem a Półwyspem Arabskim, jest w praktyce główną bramą eksportową dla producentów ropy z całej Zatoki Perskiej. Każdego dnia przepływa tędy blisko jedna piąta światowej podaży ropy naftowej, a także ogromne ilości gazu LNG i produktów petrochemicznych. 

To właśnie dlatego rynki reagują tak nerwowo. Nawet niewielkie zakłócenie transportu w tym miejscu może mieć globalne konsekwencje.

Pierwsze godziny po eskalacji konfliktu przyniosły dokładnie taki scenariusz, jakiego spodziewali się analitycy. Ceny ropy gwałtownie wzrosły, a baryłka Brent w krótkim czasie podrożała o kilkanaście procent, osiągając najwyższy poziom od ponad roku. Jednocześnie na światowych giełdach pojawiła się wyraźna fala spadków, szczególnie w sektorach wrażliwych na koszty energii, takich jak transport czy linie lotnicze. 

Inwestorzy zaczęli robić to, co w takich sytuacjach robią niemal zawsze – ograniczać ryzyko. Kapitał zaczął przepływać do złota i dolara, a spółki energetyczne i zbrojeniowe znalazły się po drugiej stronie rynkowej barykady, notując wzrosty w momencie, gdy większość rynku spadała. ()

Nie jest to zresztą pierwszy raz, gdy rynki reagują w ten sposób. Od dziesięcioleci napięcia na Bliskim Wschodzie wywołują bardzo podobną sekwencję wydarzeń. Najpierw rośnie cena ropy, później pojawia się obawa o inflację, a na końcu inwestorzy zaczynają zadawać pytanie, czy banki centralne będą w stanie prowadzić łagodniejszą politykę pieniężną.

W obecnej sytuacji największą niewiadomą pozostaje to, jak bardzo konflikt rozleje się na infrastrukturę energetyczną i transportową regionu. W ostatnich dniach pojawiły się informacje o atakach na tankowce oraz o wstrzymywaniu transportu przez część firm żeglugowych, co dodatkowo zwiększyło napięcie na rynku energii. 

W takich warunkach nawet niewielkie zakłócenie podaży może mieć bardzo duże znaczenie. Region Zatoki Perskiej odpowiada bowiem za ponad jedną czwartą globalnej produkcji ropy. Jeśli eksport z tego obszaru zacznie się kurczyć, skutki mogą być odczuwalne nie tylko na stacjach paliw, ale również w inflacji i tempie wzrostu gospodarki światowej. 

Na razie rynki zdają się wyceniać raczej napięcie niż pełnoskalowy kryzys. Spadki na giełdach są zauważalne, ale nie mają charakteru panicznego. Oznacza to, że inwestorzy zakładają scenariusz ograniczonego konfliktu, w którym transport ropy zostaje utrzymany, choć pod większą presją i przy wyższych kosztach.

Jednocześnie w tle pojawia się scenariusz znacznie bardziej niepokojący. Gdyby cieśnina Ormuz została faktycznie zablokowana lub gdyby ataki na tankowce stały się powszechne, światowa gospodarka mogłaby w krótkim czasie znaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości. W takim wariancie analitycy nie wykluczają wzrostu cen ropy powyżej 100 dolarów za baryłkę, co oznaczałoby nowy impuls inflacyjny dla wielu gospodarek. 

Historia pokazuje, że właśnie taki mechanizm najczęściej przenosi konflikty regionalne na poziom globalny. Wojny rzadko wpływają bezpośrednio na rynki finansowe. Zwykle robią to poprzez energię, transport i inflację.

Dlatego dzisiejsza sytuacja na rynkach jest w gruncie rzeczy zakładem o jedno pytanie: czy konflikt pozostanie lokalny, czy zacznie zaburzać przepływ energii na świecie.

Jeżeli transport ropy z regionu Zatoki Perskiej zostanie utrzymany, obecne wstrząsy mogą z czasem okazać się jedynie epizodem podwyższonej zmienności. Jeżeli jednak infrastruktura energetyczna regionu stanie się celem konfliktu, rynki finansowe mogą dopiero zaczynać reagować na wydarzenia, których pełne skutki zobaczymy dopiero za kilka miesięcy.

-->