Mam wrażenie, że w dyskusji o obecnej hossie związanej ze sztuczną inteligencją często mieszamy dwie zupełnie różne rzeczy. Jedną jest pytanie, czy AI rzeczywiście zmieni gospodarkę i sposób funkcjonowania świata. Drugą – ile jesteśmy dzisiaj gotowi za tę zmianę zapłacić.
środa, 23 września 2026
Ile nas będzie kosztować kiedy pęknie bańka AI?
poniedziałek, 2 marca 2026
Wojna z Iranem i nerwowość rynków. Co naprawdę jest dziś w grze
Rynki finansowe nie lubią próżni informacyjnej, a jeszcze bardziej nie lubią wojen w miejscach, które decydują o przepływie energii. Dlatego wiadomości o eskalacji konfliktu między Iranem a koalicją USA i Izraela wywołały natychmiastową reakcję inwestorów na całym świecie. Jeszcze zanim pojawiły się pierwsze poważniejsze analizy, ceny ropy zaczęły rosnąć, indeksy giełdowe się cofnęły, a kapitał powoli przesuwał się w stronę aktywów uznawanych za bezpieczne.
Wbrew pierwszym wrażeniom problemem nie jest jednak sama produkcja ropy w Iranie. Znacznie ważniejsze jest coś innego – geografia.
Iran leży przy jednym z najważniejszych punktów globalnego handlu energią. Cieśnina Ormuz, wąski pas wody między Iranem a Półwyspem Arabskim, jest w praktyce główną bramą eksportową dla producentów ropy z całej Zatoki Perskiej. Każdego dnia przepływa tędy blisko jedna piąta światowej podaży ropy naftowej, a także ogromne ilości gazu LNG i produktów petrochemicznych.
To właśnie dlatego rynki reagują tak nerwowo. Nawet niewielkie zakłócenie transportu w tym miejscu może mieć globalne konsekwencje.
Pierwsze godziny po eskalacji konfliktu przyniosły dokładnie taki scenariusz, jakiego spodziewali się analitycy. Ceny ropy gwałtownie wzrosły, a baryłka Brent w krótkim czasie podrożała o kilkanaście procent, osiągając najwyższy poziom od ponad roku. Jednocześnie na światowych giełdach pojawiła się wyraźna fala spadków, szczególnie w sektorach wrażliwych na koszty energii, takich jak transport czy linie lotnicze.
Inwestorzy zaczęli robić to, co w takich sytuacjach robią niemal zawsze – ograniczać ryzyko. Kapitał zaczął przepływać do złota i dolara, a spółki energetyczne i zbrojeniowe znalazły się po drugiej stronie rynkowej barykady, notując wzrosty w momencie, gdy większość rynku spadała. ()
Nie jest to zresztą pierwszy raz, gdy rynki reagują w ten sposób. Od dziesięcioleci napięcia na Bliskim Wschodzie wywołują bardzo podobną sekwencję wydarzeń. Najpierw rośnie cena ropy, później pojawia się obawa o inflację, a na końcu inwestorzy zaczynają zadawać pytanie, czy banki centralne będą w stanie prowadzić łagodniejszą politykę pieniężną.
W obecnej sytuacji największą niewiadomą pozostaje to, jak bardzo konflikt rozleje się na infrastrukturę energetyczną i transportową regionu. W ostatnich dniach pojawiły się informacje o atakach na tankowce oraz o wstrzymywaniu transportu przez część firm żeglugowych, co dodatkowo zwiększyło napięcie na rynku energii.
W takich warunkach nawet niewielkie zakłócenie podaży może mieć bardzo duże znaczenie. Region Zatoki Perskiej odpowiada bowiem za ponad jedną czwartą globalnej produkcji ropy. Jeśli eksport z tego obszaru zacznie się kurczyć, skutki mogą być odczuwalne nie tylko na stacjach paliw, ale również w inflacji i tempie wzrostu gospodarki światowej.
Na razie rynki zdają się wyceniać raczej napięcie niż pełnoskalowy kryzys. Spadki na giełdach są zauważalne, ale nie mają charakteru panicznego. Oznacza to, że inwestorzy zakładają scenariusz ograniczonego konfliktu, w którym transport ropy zostaje utrzymany, choć pod większą presją i przy wyższych kosztach.
Jednocześnie w tle pojawia się scenariusz znacznie bardziej niepokojący. Gdyby cieśnina Ormuz została faktycznie zablokowana lub gdyby ataki na tankowce stały się powszechne, światowa gospodarka mogłaby w krótkim czasie znaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości. W takim wariancie analitycy nie wykluczają wzrostu cen ropy powyżej 100 dolarów za baryłkę, co oznaczałoby nowy impuls inflacyjny dla wielu gospodarek.
Historia pokazuje, że właśnie taki mechanizm najczęściej przenosi konflikty regionalne na poziom globalny. Wojny rzadko wpływają bezpośrednio na rynki finansowe. Zwykle robią to poprzez energię, transport i inflację.
Dlatego dzisiejsza sytuacja na rynkach jest w gruncie rzeczy zakładem o jedno pytanie: czy konflikt pozostanie lokalny, czy zacznie zaburzać przepływ energii na świecie.
Jeżeli transport ropy z regionu Zatoki Perskiej zostanie utrzymany, obecne wstrząsy mogą z czasem okazać się jedynie epizodem podwyższonej zmienności. Jeżeli jednak infrastruktura energetyczna regionu stanie się celem konfliktu, rynki finansowe mogą dopiero zaczynać reagować na wydarzenia, których pełne skutki zobaczymy dopiero za kilka miesięcy.
piątek, 10 października 2025
Chiński szantaż metalami ziem rzadkich 2.0 - zapowiadała się ciekawa dekada… mamy ciekawe czasy
Kiedy w październiku 2010 roku pisałem tekst „Chiński szantaż metalami ziem rzadkich”, kończyłem go zdaniem: „Zapowiada się ciekawa dekada przed nami…”. Wtedy był to komentarz publicystyczny, ale z mocnym przeczuciem, że rozpoczął się proces, który wcześniej czy później przyniesie globalne skutki. Piętnaście lat później analizuję bieżące wydarzenia i widzę, jak tamte ostrzeżenia właśnie stają się rzeczywistością.
Już rok wcześniej, w 2009 roku, w artykule „Światowe wojny ekonomiczne” pisałem, że globalne konflikty coraz rzadziej przybierają formę klasycznych wojen, a coraz częściej rozgrywają się w sferze gospodarki — poprzez surowce, kontrolę eksportu, walutę i technologie. Wtedy wydawało się to Science Fiction. Dziś to po prostu codzienność.
Chiny właśnie ogłosiły nowy system licencyjny na eksport pięciu kluczowych pierwiastków ziem rzadkich: holmu, erbu, tulu, europu i iterbu. Do tego wprowadzają licencje również na eksport produktów zawierających te pierwiastki oraz technologii przetwarzania. Zmiany wchodzą w życie 8 listopada 2025 roku. Zgodnie z opublikowanymi zasadami wnioski związane z zastosowaniami wojskowymi mają być odrzucane automatycznie, a więc de facto Pekin uzyskuje możliwość decydowania, kto i w jakim zakresie będzie mógł korzystać z tych strategicznych surowców i powiązanych z nimi technologii. Nie jest to już zwykłe ograniczenie eksportowe — to mechanizm selektywnej kontroli i nacisku.
Sytuacja jest poważna, bo Chiny kontrolują około 90% światowego przetwarzania metali ziem rzadkich. Nawet jeśli inne kraje dysponują pewnymi złożami, nie posiadają zdolności przemysłowych, które pozwoliłyby na uniezależnienie się od Chin w krótkim czasie. W przypadku Niemiec aż 92% importowanych magnesów pochodzi właśnie z Chin. Uzależnienie jest więc faktem, a Pekin doskonale zdaje sobie z tego sprawę.
To wszystko nie wydarzyło się z dnia na dzień. Piętnaście lat temu pisałem, że ograniczenia eksportowe mogą być wstępem do bardziej agresywnej strategii gospodarczej. I właśnie tak się stało. Najpierw Chiny zdominowały rynek tanim eksportem, skutecznie wypychając konkurencję z USA, Australii czy Europy. Przez lata utrzymywały swoją pozycję monopolisty, podczas gdy Zachód przyglądał się biernie i odkładał inwestycje w alternatywy. Gdy kontrola była już faktem, Pekin stopniowo wprowadzał ograniczenia — najpierw kwotowe, potem jakościowe, a dziś przyszedł czas na pełną kontrolę licencyjną, w której to chińskie władze decydują, kto może mieć dostęp do surowców i w jakim zakresie. Tym samym kontrola nad rynkiem została przekształcona w instrument bezpośredniego nacisku geopolitycznego.
To, co obserwujemy, jest czystą postacią wojny ekonomicznej. Chiny nie muszą niczego otwarcie ogłaszać ani nikomu grozić. Sama konstrukcja systemu handlu metalami ziem rzadkich daje im potężną dźwignię strategiczną. W praktyce Pekin zyskał narzędzie do wpływania na tempo i kierunek rozwoju zaawansowanych gałęzi przemysłu — od sektora zbrojeniowego po półprzewodniki, technologie kosmiczne i energetykę. Państwa Zachodu znajdują się dziś w sytuacji, przed którą ostrzegałem w 2010 roku: uzależnione od jednego dostawcy i pozbawione krótkoterminowej alternatywy.
W ostatnich miesiącach pojawiły się w Europie i USA liczne deklaracje dotyczące dywersyfikacji dostaw i inwestycji w przetwarzanie metali ziem rzadkich poza Chinami. Trwają projekty związane z recyklingiem i uruchamianiem własnych zdolności produkcyjnych. W Polsce również pojawiają się zapowiedzi dotyczące surowców krytycznych. Ale to wszystko dzieje się dopiero teraz, gdy Pekin wykonał ruch, który był do przewidzenia od ponad dekady. Zachód przespał czas, w którym mógł zbudować realne alternatywy.
Gdy w 2009 roku pisałem o wojnach ekonomicznych, wydawało się to publicystyczną przesadą. Gdy w 2010 roku opisywałem chińską strategię na rynku metali ziem rzadkich, wielu traktowało to jako akademicką prognozę. Dziś nie jest to ani teoria, ani spekulacja — to twarda rzeczywistość gospodarcza i geopolityczna, z którą muszą się zmierzyć wszystkie państwa rozwinięte.
To nie jest nowy kryzys. To konsekwentnie realizowany plan. I to dokładnie ten sam, który był opisywany tutaj piętnaście lat temu.
czwartek, 3 kwietnia 2025
Trump Economic World War - światowa wojna ekonomiczna rozpoczęta?
Pamiętacie mój wpis sprzed 16 lat o Światowych wojnach ekonomicznych? Tak oto wydaje mi się, że wkraczamy w kolejną fazę eskalacji tego konfliktu. To co robi administracja USA pod przywództwem Donalda Trumpa to odpalenie coraz bardziej "gorącej" fazy działań na tym polu.
Ameryka przez dekady opierała swój dobrobyt na konsensusie polegającym na tym, że jest z jednej strony gwarantem światowego ładu i wolnego handlu, a z drugiej beneficjentem tegoż wolnego handlu, dzięki czemu może w sposób swobodny produkować pieniądze i kupować za nie dobra na całym świecie.
Wydaje się, że ta epoka odchodzi do lamusa. Jaki będzie efekt zobaczymy, ale już od dawna wydawało się, że status quo jest nie do utrzymania na dłuższą metę. USA w rywalizacji z Chinami potrzebuje odbudować bazę przemysłową, a do tego potrzebne są pieniądze, które nie powinny "wyciekać za granicę". Krótkoterminowo odbywa się to kosztem rozwalenia wypracowanych przez dekady i zoptymalizowanych łańcuchów dostaw, które profitowały finansjerę z Wall Streeet. Oto dlaczego giełda świeci na czerwono.
Tylko, że tak jak na każdej wojnie, tak i na ekonomicznej, są przegrani i są wygrani. Ktoś zarobi na tym, że strumienie pieniędzy przekierują się w inną stronę.
niedziela, 9 marca 2025
Gdzie zaprowadzi nas wojna handlowa Trumpa?
Globalna wojna handlowa zapoczątkowana przez Donalda Trumpa to nie tylko seria drastycznych posunięć w sferze ceł, ale przede wszystkim sygnał zmiany w światowym porządku gospodarczym. W ciągu ostatnich miesięcy, wprowadzając 25-procentowe cła na towary z Meksyku i Kanady – z wyjątkiem kanadyjskich surowców energetycznych, które obciążone są jedynie 10-procentową stawką – a także podwyższając taryfy na towary chińskie, administracja amerykańska rozpoczęła coś, co można nazwać prawdziwą wojną celną. Takie posunięcia, choć mające na celu odbudowę amerykańskiej gospodarki i zmniejszenie deficytu handlowego, niesie ze sobą ogromne konsekwencje dla całego świata.
Trzeba przyznać, że patrząc wstecz, potęga USA po drugiej wojnie światowej opierała się w dużej mierze na znoszeniu barier handlowych. Globalizacja, która wtedy zapoczątkowała niebywały wzrost gospodarczy, stała się fundamentem współpracy międzynarodowej. Dlatego niezwykle dziwne wydaje się, że dzisiaj, w dobie, gdy globalizacja posunęła si
ę być może za daleko, stawia się cła nawet na towary pochodzące z najbliższych sojuszników, takich jak Kanada. Czy w tym działaniach kryje się przemyślana strategia, czy raczej celowe błądzenie i miotanie się w poszukiwaniu winnych? Trudno jednoznacznie stwierdzić, ale już teraz widoczne są pierwsze efekty – chaos w łańcuchach dostaw, wzrost cen i niepewność rynkowa, które zdają się przeczyć dotychczasowemu trendowi liberalizacji handlu.
W Stanach Zjednoczonych presja inflacyjna nabiera tempa. Wyższe koszty importowanych towarów przekładają się na ceny w sklepach, co w połączeniu z zakłóceniami w globalnych łańcuchach dostaw powoduje, że konsumenci zaczynają odczuwać skutki protekcjonistycznej polityki na własnej skórze. Firmy, szczególnie te z sektorów motoryzacyjnego czy elektronicznego, zmuszone są do podnoszenia cen swoich produktów, co tylko potęguje obawy o dalszy wzrost inflacji i opóźnienie ewentualnych obniżek stóp procentowych przez Fed. Niepewność wśród inwestorów, którzy zamiast inwestować w akcje, kierują swoje środki ku obligacjom czy złotu, dodatkowo komplikuje sytuację na rynkach finansowych.
Efekty tej wojny celnej rozchodzą się jednak daleko poza granice USA. Państwa takie jak Kanada, Meksyk czy Chiny już zapowiadają odwetowe taryfy, a Unia Europejska, choć nie jest bezpośrednio objęta najwyższymi stawkami, nie pozostaje bierna. Wprowadzanie ceł na import amerykańskich towarów oraz możliwość eskalacji sporów handlowych powodują, że globalne łańcuchy dostaw zaczynają tracić na spójności. Dla krajów europejskich, których gospodarki opierają się na silnych relacjach handlowych z USA, efekt domina może być znaczący. W Europie, gdzie sektor motoryzacyjny generuje biliony euro PKB i zatrudnia miliony osób, niepewność handlowa odbija się negatywnie na wycenach spółek oraz perspektywach inwestycyjnych.
Sytuacja Polski, choć na pierwszy rzut oka wydaje się mniej dotknięta bezpośrednimi cełami (bezpośredni eksport do USA stanowi zaledwie kilka procent ogólnej wymiany handlowej), również nie pozostaje bez konsekwencji. Jako członek Unii Europejskiej, Polska doświadcza efektów spowolnienia wzrostu gospodarczego i spadku zamówień wynikających z ogólnoeuropejskiej recesji wywołanej konfliktem handlowym. Problemy europejskich gigantów motoryzacyjnych, których zakłady często funkcjonują na terenach Polski, mogą prowadzić do dalszych komplikacji w sektorze przemysłowym, co w konsekwencji odbije się na rynku pracy i inwestycjach.
Osobiście uważam, że obserwujemy moment zwrotny, który może przyspieszyć proces deglobalizacji. To ironiczne, że kraj, który zbudował swoją potęgę właśnie na zasadzie znoszenia barier i otwarciu się na światowy rynek, teraz decyduje się na protekcjonistyczne posunięcia, nakładając cła nawet na tak bliskich partnerów jak Kanada. Można się zastanawiać, czy polityka ta ma jasno określony cel, czy raczej jest wynikiem chaotycznego miotania się w poszukiwaniu krótkoterminowych korzyści politycznych, które mogą przynieść więcej szkody niż pożytku w dłuższej perspektywie.
Patrząc na przyszłość, wojna celna może oznaczać poważne zaburzenia w światowym handlu. Konsumenci będą płacić więcej, a firmy – zwłaszcza te zależne od globalnych łańcuchów dostaw – mogą zmagać się z rosnącymi kosztami produkcji. Niepewność co do dalszych posunięć administracji amerykańskiej sprawia, że inwestorzy będą ostrożni, co może prowadzić do dalszych spadków na giełdach. Rynki walutowe również mogą zostać zrewidowane, gdyż kraje dotknięte odwetowymi cłami mogą odczuwać presję na osłabienie swoich walut.
Dla Unii Europejskiej i Polski kluczowe będzie znalezienie równowagi między ochroną własnych interesów a koniecznością utrzymania otwartości handlowej. UE, która od lat promowała integrację i liberalizację rynku, musi teraz stawić czoła wyzwaniom związanym z deglobalizacją. Polska, choć stosunkowo niewielkim graczem na arenie międzynarodowej, może odczuć pośrednie skutki globalnego spowolnienia i wzrostu inflacji, co z kolei wpłynie na konkurencyjność krajowej gospodarki. W obliczu takich wyzwań konieczne będą przemyślane decyzje zarówno ze strony polityków, jak i przedsiębiorców, którzy będą zmuszeni do adaptacji do nowego, mniej przewidywalnego porządku światowego.
Obserwujemy bowiem, jak bardzo rynek globalny uległ transformacji – z systemu otwartej współpracy międzynarodowej przechodzimy w kierunku coraz bardziej protekcjonistycznych rozwiązań, które mogą w dłuższej perspektywie zaszkodzić nie tylko pojedynczym gospodarkom, ale całemu systemowi światowej wymiany handlowej. Warto się zastanowić, czy ta zmiana jest nieuniknionym etapem ewolucji globalnej gospodarki, czy raczej chwilowym odruchem, który w efekcie przyniesie więcej strat niż zysków.
Wojna handlowa Trumpa to zatem nie tylko polityczne posunięcie, ale także sygnał, że światowy system handlowy stoi u progu radykalnych przemian. Czas pokaże, czy protekcjonistyczne działania przyczynią się do odbudowy gospodarki amerykańskiej, czy też staną się katalizatorem długotrwałych problemów dla całego świata. Na pewno jednak już teraz nie można mówić o powrocie do dawnej epoki bez barier – współczesny świat handlu jest znacznie bardziej skomplikowany, a konsekwencje takich decyzji będą odczuwalne przez wiele lat.
poniedziałek, 4 kwietnia 2022
Gdzie można założyć konto w zagranicznym banku online?
Przez ostatni czas starałem się rozpoznać temat możliwości założenia konta za granicą. Nie ukrywam, że wydarzenia wojny w Ukrainie skłoniły mnie do tych poszukiwań. Kiedyś, jeszcze przed Brexitem, miałem konto w Wielkiej Brytanii, ale niestety już jest to niemożliwe. Postanowiłem zatem ponownie zrobić rekonesans gdzie można założyć konto bankowe za granicą online i oto co znalazłem:
1. Aion Bank
Aion Bank działa w Polsce na podstawie zezwolenia wydanego przez belgijski nadzór finansowy, poprzez swój oddział w Polsce. Depozyty są zatem gwarantowane przez instytucję belgijską. Cała obsługa, zakładanie konta i korzystanie odbywa się jednak w języku polskim. Bank oferuje konto, rachunki walutowe, kartę wielowalutową i obsługę przez aplikację mobilną. Proces zakładania konta można przeprowadzić całkowicie online. Niestety nie ma nic za darmo, najtańsza opłata za korzystanie z produktów w tzw. planie "light" kosztuje 19,99zł miesięcznie.
Strona banku: https://aion.eu
2. Revolut
Revolut jest znanym fintechem, a od pewnego czasu także działa w oparciu o licencję bankową Revolut Bank UAB na Litwie. W związku z tym pieniądze na koncie w Revolut są gwarantowane przez nadzór litewski.
Strona: https://www.revolut.com
3. Dukascopy Bank
Znalazłem takie coś - bank w Szwajcarii, który umożliwia założenie konta online. Ciekawostka, nieprawdaż? Któż z nas by nie chciał mieć konta w Szwajcarskim banku? Dukascopy Bank SA ma swoją siedzibę w Genewie i depozyty gwarantowane są tam do wysokości 100 tysięcy franków. Część strony internetowej jest nawet dostępna po polsku i zgodnie z zawartymi na niej informacjami, obywatele naszego kraju mogą tam założyć konto. Zakładanie konta odbywa się online z wykorzystaniem aplikacji na telefon i wideoidentyfikacji. Prowadzenie konta jest darmowe, są jednak dwa "ale". Po pierwsze do konta nie dostaniemy karty. Po wybuchu wojny w Ukrainie bank przechodzi jakieś perypetie z wydawcą kart (domyślam się, że Visa) i temat kart zniknął ze strony. Pojawiły się jakieś oskarżenia o otwieranie kont dla obywateli kraju agresora. Drugie "ale" to bardzo wyraźna afiliacja banku do krypto, co dla mnie jest pewnym sygnałem ostrożnościowym. Wolałbym a by te dwie domeny były wyraźnie rozgraniczone, bank to bank. Dukascopy tymczasem emituje jakieś swoje własne tokeny, nie wiadomo po co... Przebolałbym to jeszcze, ale brak karty do konta jest zdecydowanie bardziej kłopotliwy.
Strona: https://www.dukascopy.bank/
4. Bunq
Bunq to bank w Holandii. Depozyty gwarantuje tam zatem nadzór holenderski. Konto zakładamy i obsługujemy przez aplikację. Obklejone jest to wszystko pewnym eko PR, ale nie to jest najważniejsze. Strona jest dostępna po angielsku, a za konta płaci się... cóż różnie. Jest takie za darmo, ale bez karty bankomatowej ani nawet wirtualnej. Najtańsze zaś z kartą kosztuje 2,99EUR za miesiąc, ale za wypłaty z bankomatów zapłacimy prowizję. Nic dodać nic ująć, bank i tyle.
Strona: https://www.bunq.com/
5. Nuri
Nuri to fintech, który pośredniczy obsługując klientów swoją aplikacją, ale outsourcując obsługę kont to Solarisbank AG. Możemy zatem za darmo założyć rachunek, do którego dostaniemy kartę bankomatową, który będzie prowadzony przez Solarisbank, obsługiwany za pośrednictwem Nuri i gwarantowany do 100 tysięcy EUR przez niemiecki nadzór bankowy. Nuri też niestety bawi się w afiliację z krypto i to mnie zraża, niestety też z racji tego, że jest pośrednikiem cierpi na tym obsługa klienta. Kiedy wszystko działa to działa, ale jak coś jest nie tak, to niestety (czytałem komentarze i opinie w intrenecie) zaczynają się problemy i odbijanie piłeczki. Cóż, tak bywa, jeśli chcemy coś za darmo...
Strona: https://nuri.com
6. Vivid
Vivid to kolejny fintech korzystający z outsourcingu usług bankowych w Solarisbank AG. Mamy zatem podobną konstrukcję i zbliżone ryzyka jak powyżej. Standardowe konto z kartą dostaniemy za darmo. Otwieranie odbywa się przez aplikację. Podobnie jak powyżej Vivid bawi się w krypto, trading, etfy i inne takie, co dla niektórych może być zaletą, a dla innych wadą.
Strona: https://vivid.money/
7. N26
N26 jest niemieckim bankiem, który przez pewien czas umożliwiał Polakom zakładanie kont online. Niestety obecnie nie ma takiej możliwości, jeżeli chodzi o standardowe darmowe konto. Z informacji na stronie banku wynika, że można zapisać się na listę i będzie się powiadomionym, kiedy taka możliwość powróci. Natomiast na stronie banku jest informacja, że od 28 marca jest możliwość otwarcia kont premium (płatnych). Kosztują one w zależności od planu 4,90 EUR za miesiąc lub 16,90 EUR za miesiąc. Odsyłam na stronę banku po szczegóły porównania ich funkcjonalności.
Strona banku (dostępna po angielsku): https://n26.com/en-eu
8. Konta "nie online"
Oprócz powyższych istnieje też możliwość założenia rachunku w różnych bankach zagranicznych w formule "nie online", nie jest to jednak tematem tego artykułu, nie będę się zatem rozwodził nad tym jakie to banki i na jakich zasadach można w nich otworzyć konto.
Czy ktoś zna jeszcze jakieś inne banki za graniczą pozwalające zakładać konta online dla Polaków? Napiszcie w komentarzach.
poniedziałek, 25 stycznia 2021
Brytyjczycy na własnej skórze zaczynają odczuwać skutki brexitu
Nie minął jeszcze miesiąc od formalnego wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, a Brytyjczycy coraz bardziej zaczynają odczuwać na co się zdecydowali. Wyrosły bariery celne, eksplodowała ilość biurokracji i formalności, dodatkowe opóźnienia na granicach, utrudnienia w handlu i najnormalniej w świecie rozpad powiązań biznesowych. Nawet wysłanie paczki z lub do UK zaczyna przypominać cyrk Monty Pythona. Nie sposób znaleźć jednoznaczne informacje, pełno jest absurdów w stylu papierkologii, pojawiają się dodatkowe koszty i opóźnienia. Dochodzi to tego, że każdy na myśl "Wielka Brytania" ma już serdecznie dosyć.
Zwolennicy Brexitu przekonywali, że uwolnienie się od biurokracji Unii Europejskiej spowoduje rozkwit i prosperity. Chciałbym to zobaczyć bo na razie biurokracji i kretyńskich regulacji jest więcej niż było, a poziom absurdów w handlu między UK a starym kontynentem rośnie a nie maleje. Ciekaw jestem jak sprawa będzie wyglądała za kilka lat i czy rzeczywiście gospodarka brytyjska (jak przepowiadali niektórzy) rozkwitnie.
Ciekaw jestem, ale szczerze to nie specjalnie mnie to jakoś obchodzi. Bo tak zastanawiając się nad tym jedyne produkt jaki mógłby mnie interesować to Marmite i Fishermen Friends. Znacie jakieś produkty brytyjskie bez których Europa sobie nie poradzi? No dobra, jeszcze szkocka Whisky, ale cheddar już można sprowadzić z Irlandii.
Pożyjemy zobaczymy.
piątek, 3 kwietnia 2020
Przemyślenia
poniedziałek, 23 marca 2020
Co robić w sytuacji kryzysu?

poniedziałek, 9 marca 2020
Panika na rynkach
wtorek, 3 marca 2020
Epidemia a recesja

wtorek, 14 stycznia 2020
Co nas czeka w gospodarce

Artykuły:
- https://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/makroekonomia/demografia-i-technologia-wyjasniaja-sekularna-stagnacje-i-nie-tylko/
- https://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/makroekonomia/japonia-to-bardziej-wzor-niz-ostrzezenie/
- https://www.obserwatorfinansowy.pl/dispatches/swiatowy-dlug-osiagnal-rekordowe-322-proc-pkb/
czwartek, 26 września 2019
Czy upadek Thomasa Cooka rozleje się na inne branże?

czwartek, 19 września 2019
Szwajcarski Bank Narodowy na razie nie obniży bardziej stóp procentowych

poniedziałek, 9 września 2019
Banki centralne nie przewidują aby rezerwy złota miały maleć
poniedziałek, 2 września 2019
Strefa euro się zawali?

poniedziałek, 12 sierpnia 2019
Wojna handlowa USA-Chiny buja rynkiem walutowym

poniedziałek, 5 sierpnia 2019
"Rzeczpospolita między lądem a morzem. O wojnie i pokoju" - Jacek Bartosiak

Uzupełnieniem tej książki niech będzie wykład:
piątek, 14 czerwca 2019
Wojna handlowa a łańcuchy dostaw
czwartek, 11 kwietnia 2019
USA otwiera nowy front w wojnie z Chinami














