Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą świat. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 września 2026

Ile nas będzie kosztować kiedy pęknie bańka AI?

Mam wrażenie, że w dyskusji o obecnej hossie związanej ze sztuczną inteligencją często mieszamy dwie zupełnie różne rzeczy. Jedną jest pytanie, czy AI rzeczywiście zmieni gospodarkę i sposób funkcjonowania świata. Drugą – ile jesteśmy dzisiaj gotowi za tę zmianę zapłacić.


Jeremy Grantham, jeden z najbardziej znanych obserwatorów rynkowych baniek, od lat zwraca uwagę na ten problem. Jego argument jest dość przewrotny: największe bańki w historii wcale nie musiały powstawać wokół bezwartościowych pomysłów. Wręcz przeciwnie. Kolej, elektryczność, samochód, radio czy internet były technologiami, które rzeczywiście zmieniły świat. Problem polegał na tym, że inwestorzy potrafili wycenić ich przyszłe znaczenie znacznie wcześniej, niż pojawiły się odpowiadające tym wycenom zyski.

I właśnie tutaj Grantham dostrzega podobieństwo do obecnego boomu na AI.

Pojawia się nowa technologia, inwestorzy zaczynają wierzyć, że tym razem będzie inaczej, rosną ceny akcji, rośnie dostępność finansowania, pojawia się coraz więcej pieniędzy, które z kolei podnoszą ceny jeszcze bardziej. W pewnym momencie wzrost cen sam zaczyna być argumentem za dalszym wzrostem.

Najbardziej interesujące jest jednak to, że zdaniem Granthama bańka nie musi oznaczać, że stojąca za nią technologia jest fikcją. Wręcz przeciwnie – może powstać właśnie dlatego, że technologia jest prawdziwa i rzeczywiście przełomowa.

To znamy z historii. Kolej rzeczywiście zmieniła świat, ale inwestycje kolejowe doprowadziły również do ogromnych spekulacji. Internet rzeczywiście zmienił świat, ale nie oznaczało to, że każda spółka internetowa z końca lat 90. była warta tyle, ile wyceniał ją rynek. Podobny mechanizm może działać w przypadku sztucznej inteligencji. Jestem przekonany, że tak właśnie będzie.

Oczywiście obecna sytuacja różni się od bańki internetowej. Największe firmy technologiczne generują dziś ogromne przychody i zyski, a ich przewaga technologiczna jest realna. Nie mamy więc prostego powtórzenia roku 1999. Nie oznacza to jednak, że nie można za dobre aktywa zapłacić zbyt dużo. Nie oznacza to także, że wszyscy w równym stopniu produkują czy przepalają pieniądze.

I chyba właśnie tutaj znajduje się sedno argumentacji Granthama. Można jednocześnie uważać, że AI jest technologiczną rewolucją i że część spółek związanych z AI jest przewartościowana. Te dwa stwierdzenia wcale się nie wykluczają.

Im większa i bardziej oczywista jest przełomowa technologia, tym łatwiej zacząć dyskontować w cenach akcji nie tylko jej obecne znaczenie, ale również przyszłe sukcesy, które dopiero mają nastąpić. Granica między inwestowaniem w przyszłość, a kupowaniem tej przyszłości po cenie, która już ją uwzględnia, robi się wtedy wyjątkowo cienka.

Nie wiem oczywiście, czy obecna hossa zakończy się krachem porównywalnym z 1929 czy 2000 rokiem. Tego nie wie również Grantham. Jego ostrzeżenie można jednak potraktować jako interesującą lekcję z historii: rewolucyjna technologia nie chroni inwestora przed przepłaceniem za udział w tej rewolucji. Mamy w rękach rewolucyjną technologię i aberracją byłoby oczekiwać, że historia potoczy się tym razem zupełnie inaczej.

Nie chodzi więc o to, czy AI zmieni świat. To wydaje się coraz mniej dyskusyjne. Pytanie brzmi raczej: ile z tego przyszłego świata zostało już dzisiaj zapisane w cenach aktywów.

poniedziałek, 2 marca 2026

Wojna z Iranem i nerwowość rynków. Co naprawdę jest dziś w grze

 Rynki finansowe nie lubią próżni informacyjnej, a jeszcze bardziej nie lubią wojen w miejscach, które decydują o przepływie energii. Dlatego wiadomości o eskalacji konfliktu między Iranem a koalicją USA i Izraela wywołały natychmiastową reakcję inwestorów na całym świecie. Jeszcze zanim pojawiły się pierwsze poważniejsze analizy, ceny ropy zaczęły rosnąć, indeksy giełdowe się cofnęły, a kapitał powoli przesuwał się w stronę aktywów uznawanych za bezpieczne.

Wbrew pierwszym wrażeniom problemem nie jest jednak sama produkcja ropy w Iranie. Znacznie ważniejsze jest coś innego – geografia.

Iran leży przy jednym z najważniejszych punktów globalnego handlu energią. Cieśnina Ormuz, wąski pas wody między Iranem a Półwyspem Arabskim, jest w praktyce główną bramą eksportową dla producentów ropy z całej Zatoki Perskiej. Każdego dnia przepływa tędy blisko jedna piąta światowej podaży ropy naftowej, a także ogromne ilości gazu LNG i produktów petrochemicznych. 

To właśnie dlatego rynki reagują tak nerwowo. Nawet niewielkie zakłócenie transportu w tym miejscu może mieć globalne konsekwencje.

Pierwsze godziny po eskalacji konfliktu przyniosły dokładnie taki scenariusz, jakiego spodziewali się analitycy. Ceny ropy gwałtownie wzrosły, a baryłka Brent w krótkim czasie podrożała o kilkanaście procent, osiągając najwyższy poziom od ponad roku. Jednocześnie na światowych giełdach pojawiła się wyraźna fala spadków, szczególnie w sektorach wrażliwych na koszty energii, takich jak transport czy linie lotnicze. 

Inwestorzy zaczęli robić to, co w takich sytuacjach robią niemal zawsze – ograniczać ryzyko. Kapitał zaczął przepływać do złota i dolara, a spółki energetyczne i zbrojeniowe znalazły się po drugiej stronie rynkowej barykady, notując wzrosty w momencie, gdy większość rynku spadała. ()

Nie jest to zresztą pierwszy raz, gdy rynki reagują w ten sposób. Od dziesięcioleci napięcia na Bliskim Wschodzie wywołują bardzo podobną sekwencję wydarzeń. Najpierw rośnie cena ropy, później pojawia się obawa o inflację, a na końcu inwestorzy zaczynają zadawać pytanie, czy banki centralne będą w stanie prowadzić łagodniejszą politykę pieniężną.

W obecnej sytuacji największą niewiadomą pozostaje to, jak bardzo konflikt rozleje się na infrastrukturę energetyczną i transportową regionu. W ostatnich dniach pojawiły się informacje o atakach na tankowce oraz o wstrzymywaniu transportu przez część firm żeglugowych, co dodatkowo zwiększyło napięcie na rynku energii. 

W takich warunkach nawet niewielkie zakłócenie podaży może mieć bardzo duże znaczenie. Region Zatoki Perskiej odpowiada bowiem za ponad jedną czwartą globalnej produkcji ropy. Jeśli eksport z tego obszaru zacznie się kurczyć, skutki mogą być odczuwalne nie tylko na stacjach paliw, ale również w inflacji i tempie wzrostu gospodarki światowej. 

Na razie rynki zdają się wyceniać raczej napięcie niż pełnoskalowy kryzys. Spadki na giełdach są zauważalne, ale nie mają charakteru panicznego. Oznacza to, że inwestorzy zakładają scenariusz ograniczonego konfliktu, w którym transport ropy zostaje utrzymany, choć pod większą presją i przy wyższych kosztach.

Jednocześnie w tle pojawia się scenariusz znacznie bardziej niepokojący. Gdyby cieśnina Ormuz została faktycznie zablokowana lub gdyby ataki na tankowce stały się powszechne, światowa gospodarka mogłaby w krótkim czasie znaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości. W takim wariancie analitycy nie wykluczają wzrostu cen ropy powyżej 100 dolarów za baryłkę, co oznaczałoby nowy impuls inflacyjny dla wielu gospodarek. 

Historia pokazuje, że właśnie taki mechanizm najczęściej przenosi konflikty regionalne na poziom globalny. Wojny rzadko wpływają bezpośrednio na rynki finansowe. Zwykle robią to poprzez energię, transport i inflację.

Dlatego dzisiejsza sytuacja na rynkach jest w gruncie rzeczy zakładem o jedno pytanie: czy konflikt pozostanie lokalny, czy zacznie zaburzać przepływ energii na świecie.

Jeżeli transport ropy z regionu Zatoki Perskiej zostanie utrzymany, obecne wstrząsy mogą z czasem okazać się jedynie epizodem podwyższonej zmienności. Jeżeli jednak infrastruktura energetyczna regionu stanie się celem konfliktu, rynki finansowe mogą dopiero zaczynać reagować na wydarzenia, których pełne skutki zobaczymy dopiero za kilka miesięcy.

piątek, 10 października 2025

Chiński szantaż metalami ziem rzadkich 2.0 - zapowiadała się ciekawa dekada… mamy ciekawe czasy

 Kiedy w październiku 2010 roku pisałem tekst „Chiński szantaż metalami ziem rzadkich”, kończyłem go zdaniem: „Zapowiada się ciekawa dekada przed nami…”. Wtedy był to komentarz publicystyczny, ale z mocnym przeczuciem, że rozpoczął się proces, który wcześniej czy później przyniesie globalne skutki. Piętnaście lat później analizuję bieżące wydarzenia i widzę, jak tamte ostrzeżenia właśnie stają się rzeczywistością.

Już rok wcześniej, w 2009 roku, w artykule „Światowe wojny ekonomiczne” pisałem, że globalne konflikty coraz rzadziej przybierają formę klasycznych wojen, a coraz częściej rozgrywają się w sferze gospodarki — poprzez surowce, kontrolę eksportu, walutę i technologie. Wtedy wydawało się to Science Fiction. Dziś to po prostu codzienność.

By Peggy Greb, US department of agriculture - http://www.ars.usda.gov/is/graphics/photos/jun05/d115-1.htm, Public Domain, Link

Chiny właśnie ogłosiły nowy system licencyjny na eksport pięciu kluczowych pierwiastków ziem rzadkich: holmu, erbu, tulu, europu i iterbu. Do tego wprowadzają licencje również na eksport produktów zawierających te pierwiastki oraz technologii przetwarzania. Zmiany wchodzą w życie 8 listopada 2025 roku. Zgodnie z opublikowanymi zasadami wnioski związane z zastosowaniami wojskowymi mają być odrzucane automatycznie, a więc de facto Pekin uzyskuje możliwość decydowania, kto i w jakim zakresie będzie mógł korzystać z tych strategicznych surowców i powiązanych z nimi technologii. Nie jest to już zwykłe ograniczenie eksportowe — to mechanizm selektywnej kontroli i nacisku.

Sytuacja jest poważna, bo Chiny kontrolują około 90% światowego przetwarzania metali ziem rzadkich. Nawet jeśli inne kraje dysponują pewnymi złożami, nie posiadają zdolności przemysłowych, które pozwoliłyby na uniezależnienie się od Chin w krótkim czasie. W przypadku Niemiec aż 92% importowanych magnesów pochodzi właśnie z Chin. Uzależnienie jest więc faktem, a Pekin doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

To wszystko nie wydarzyło się z dnia na dzień. Piętnaście lat temu pisałem, że ograniczenia eksportowe mogą być wstępem do bardziej agresywnej strategii gospodarczej. I właśnie tak się stało. Najpierw Chiny zdominowały rynek tanim eksportem, skutecznie wypychając konkurencję z USA, Australii czy Europy. Przez lata utrzymywały swoją pozycję monopolisty, podczas gdy Zachód przyglądał się biernie i odkładał inwestycje w alternatywy. Gdy kontrola była już faktem, Pekin stopniowo wprowadzał ograniczenia — najpierw kwotowe, potem jakościowe, a dziś przyszedł czas na pełną kontrolę licencyjną, w której to chińskie władze decydują, kto może mieć dostęp do surowców i w jakim zakresie. Tym samym kontrola nad rynkiem została przekształcona w instrument bezpośredniego nacisku geopolitycznego.

To, co obserwujemy, jest czystą postacią wojny ekonomicznej. Chiny nie muszą niczego otwarcie ogłaszać ani nikomu grozić. Sama konstrukcja systemu handlu metalami ziem rzadkich daje im potężną dźwignię strategiczną. W praktyce Pekin zyskał narzędzie do wpływania na tempo i kierunek rozwoju zaawansowanych gałęzi przemysłu — od sektora zbrojeniowego po półprzewodniki, technologie kosmiczne i energetykę. Państwa Zachodu znajdują się dziś w sytuacji, przed którą ostrzegałem w 2010 roku: uzależnione od jednego dostawcy i pozbawione krótkoterminowej alternatywy.

W ostatnich miesiącach pojawiły się w Europie i USA liczne deklaracje dotyczące dywersyfikacji dostaw i inwestycji w przetwarzanie metali ziem rzadkich poza Chinami. Trwają projekty związane z recyklingiem i uruchamianiem własnych zdolności produkcyjnych. W Polsce również pojawiają się zapowiedzi dotyczące surowców krytycznych. Ale to wszystko dzieje się dopiero teraz, gdy Pekin wykonał ruch, który był do przewidzenia od ponad dekady. Zachód przespał czas, w którym mógł zbudować realne alternatywy.

Gdy w 2009 roku pisałem o wojnach ekonomicznych, wydawało się to publicystyczną przesadą. Gdy w 2010 roku opisywałem chińską strategię na rynku metali ziem rzadkich, wielu traktowało to jako akademicką prognozę. Dziś nie jest to ani teoria, ani spekulacja — to twarda rzeczywistość gospodarcza i geopolityczna, z którą muszą się zmierzyć wszystkie państwa rozwinięte.

To nie jest nowy kryzys. To konsekwentnie realizowany plan. I to dokładnie ten sam, który był opisywany tutaj piętnaście lat temu.

czwartek, 3 kwietnia 2025

Trump Economic World War - światowa wojna ekonomiczna rozpoczęta?

 Pamiętacie mój wpis sprzed 16 lat o Światowych wojnach ekonomicznych? Tak oto wydaje mi się, że wkraczamy w kolejną fazę eskalacji tego konfliktu. To co robi administracja USA pod przywództwem Donalda Trumpa to odpalenie coraz bardziej "gorącej" fazy działań na tym polu.

Ameryka przez dekady opierała swój dobrobyt na konsensusie polegającym na tym, że jest z jednej strony gwarantem światowego ładu i wolnego handlu, a z drugiej beneficjentem tegoż wolnego handlu, dzięki czemu może w sposób swobodny produkować pieniądze i kupować za nie dobra na całym świecie.

Wydaje się, że ta epoka odchodzi do lamusa. Jaki będzie efekt zobaczymy, ale już od dawna wydawało się, że status quo jest nie do utrzymania na dłuższą metę. USA w rywalizacji z Chinami potrzebuje odbudować bazę przemysłową, a do tego potrzebne są pieniądze, które nie powinny "wyciekać za granicę". Krótkoterminowo odbywa się to kosztem rozwalenia wypracowanych przez dekady i zoptymalizowanych łańcuchów dostaw, które profitowały finansjerę z Wall Streeet. Oto dlaczego giełda świeci na czerwono.

Tylko, że tak jak na każdej wojnie, tak i na ekonomicznej, są przegrani i są wygrani. Ktoś zarobi na tym, że strumienie pieniędzy przekierują się w inną stronę.


niedziela, 9 marca 2025

Gdzie zaprowadzi nas wojna handlowa Trumpa?

 Globalna wojna handlowa zapoczątkowana przez Donalda Trumpa to nie tylko seria drastycznych posunięć w sferze ceł, ale przede wszystkim sygnał zmiany w światowym porządku gospodarczym. W ciągu ostatnich miesięcy, wprowadzając 25-procentowe cła na towary z Meksyku i Kanady – z wyjątkiem kanadyjskich surowców energetycznych, które obciążone są jedynie 10-procentową stawką – a także podwyższając taryfy na towary chińskie, administracja amerykańska rozpoczęła coś, co można nazwać prawdziwą wojną celną. Takie posunięcia, choć mające na celu odbudowę amerykańskiej gospodarki i zmniejszenie deficytu handlowego, niesie ze sobą ogromne konsekwencje dla całego świata.

Trzeba przyznać, że patrząc wstecz, potęga USA po drugiej wojnie światowej opierała się w dużej mierze na znoszeniu barier handlowych. Globalizacja, która wtedy zapoczątkowała niebywały wzrost gospodarczy, stała się fundamentem współpracy międzynarodowej. Dlatego niezwykle dziwne wydaje się, że dzisiaj, w dobie, gdy globalizacja posunęła si
ę być może za daleko, stawia się cła nawet na towary pochodzące z najbliższych sojuszników, takich jak Kanada. Czy w tym działaniach kryje się przemyślana strategia, czy raczej celowe błądzenie i miotanie się w poszukiwaniu winnych? Trudno jednoznacznie stwierdzić, ale już teraz widoczne są pierwsze efekty – chaos w łańcuchach dostaw, wzrost cen i niepewność rynkowa, które zdają się przeczyć dotychczasowemu trendowi liberalizacji handlu.

W Stanach Zjednoczonych presja inflacyjna nabiera tempa. Wyższe koszty importowanych towarów przekładają się na ceny w sklepach, co w połączeniu z zakłóceniami w globalnych łańcuchach dostaw powoduje, że konsumenci zaczynają odczuwać skutki protekcjonistycznej polityki na własnej skórze. Firmy, szczególnie te z sektorów motoryzacyjnego czy elektronicznego, zmuszone są do podnoszenia cen swoich produktów, co tylko potęguje obawy o dalszy wzrost inflacji i opóźnienie ewentualnych obniżek stóp procentowych przez Fed. Niepewność wśród inwestorów, którzy zamiast inwestować w akcje, kierują swoje środki ku obligacjom czy złotu, dodatkowo komplikuje sytuację na rynkach finansowych.

Efekty tej wojny celnej rozchodzą się jednak daleko poza granice USA. Państwa takie jak Kanada, Meksyk czy Chiny już zapowiadają odwetowe taryfy, a Unia Europejska, choć nie jest bezpośrednio objęta najwyższymi stawkami, nie pozostaje bierna. Wprowadzanie ceł na import amerykańskich towarów oraz możliwość eskalacji sporów handlowych powodują, że globalne łańcuchy dostaw zaczynają tracić na spójności. Dla krajów europejskich, których gospodarki opierają się na silnych relacjach handlowych z USA, efekt domina może być znaczący. W Europie, gdzie sektor motoryzacyjny generuje biliony euro PKB i zatrudnia miliony osób, niepewność handlowa odbija się negatywnie na wycenach spółek oraz perspektywach inwestycyjnych.

Sytuacja Polski, choć na pierwszy rzut oka wydaje się mniej dotknięta bezpośrednimi cełami (bezpośredni eksport do USA stanowi zaledwie kilka procent ogólnej wymiany handlowej), również nie pozostaje bez konsekwencji. Jako członek Unii Europejskiej, Polska doświadcza efektów spowolnienia wzrostu gospodarczego i spadku zamówień wynikających z ogólnoeuropejskiej recesji wywołanej konfliktem handlowym. Problemy europejskich gigantów motoryzacyjnych, których zakłady często funkcjonują na terenach Polski, mogą prowadzić do dalszych komplikacji w sektorze przemysłowym, co w konsekwencji odbije się na rynku pracy i inwestycjach.

Osobiście uważam, że obserwujemy moment zwrotny, który może przyspieszyć proces deglobalizacji. To ironiczne, że kraj, który zbudował swoją potęgę właśnie na zasadzie znoszenia barier i otwarciu się na światowy rynek, teraz decyduje się na protekcjonistyczne posunięcia, nakładając cła nawet na tak bliskich partnerów jak Kanada. Można się zastanawiać, czy polityka ta ma jasno określony cel, czy raczej jest wynikiem chaotycznego miotania się w poszukiwaniu krótkoterminowych korzyści politycznych, które mogą przynieść więcej szkody niż pożytku w dłuższej perspektywie.

Patrząc na przyszłość, wojna celna może oznaczać poważne zaburzenia w światowym handlu. Konsumenci będą płacić więcej, a firmy – zwłaszcza te zależne od globalnych łańcuchów dostaw – mogą zmagać się z rosnącymi kosztami produkcji. Niepewność co do dalszych posunięć administracji amerykańskiej sprawia, że inwestorzy będą ostrożni, co może prowadzić do dalszych spadków na giełdach. Rynki walutowe również mogą zostać zrewidowane, gdyż kraje dotknięte odwetowymi cłami mogą odczuwać presję na osłabienie swoich walut.

Dla Unii Europejskiej i Polski kluczowe będzie znalezienie równowagi między ochroną własnych interesów a koniecznością utrzymania otwartości handlowej. UE, która od lat promowała integrację i liberalizację rynku, musi teraz stawić czoła wyzwaniom związanym z deglobalizacją. Polska, choć stosunkowo niewielkim graczem na arenie międzynarodowej, może odczuć pośrednie skutki globalnego spowolnienia i wzrostu inflacji, co z kolei wpłynie na konkurencyjność krajowej gospodarki. W obliczu takich wyzwań konieczne będą przemyślane decyzje zarówno ze strony polityków, jak i przedsiębiorców, którzy będą zmuszeni do adaptacji do nowego, mniej przewidywalnego porządku światowego.

Obserwujemy bowiem, jak bardzo rynek globalny uległ transformacji – z systemu otwartej współpracy międzynarodowej przechodzimy w kierunku coraz bardziej protekcjonistycznych rozwiązań, które mogą w dłuższej perspektywie zaszkodzić nie tylko pojedynczym gospodarkom, ale całemu systemowi światowej wymiany handlowej. Warto się zastanowić, czy ta zmiana jest nieuniknionym etapem ewolucji globalnej gospodarki, czy raczej chwilowym odruchem, który w efekcie przyniesie więcej strat niż zysków.

Wojna handlowa Trumpa to zatem nie tylko polityczne posunięcie, ale także sygnał, że światowy system handlowy stoi u progu radykalnych przemian. Czas pokaże, czy protekcjonistyczne działania przyczynią się do odbudowy gospodarki amerykańskiej, czy też staną się katalizatorem długotrwałych problemów dla całego świata. Na pewno jednak już teraz nie można mówić o powrocie do dawnej epoki bez barier – współczesny świat handlu jest znacznie bardziej skomplikowany, a konsekwencje takich decyzji będą odczuwalne przez wiele lat.

poniedziałek, 4 kwietnia 2022

Gdzie można założyć konto w zagranicznym banku online?

Przez ostatni czas starałem się rozpoznać temat możliwości założenia konta za granicą. Nie ukrywam, że wydarzenia wojny w Ukrainie skłoniły mnie do tych poszukiwań. Kiedyś, jeszcze przed Brexitem, miałem konto w Wielkiej Brytanii, ale niestety już jest to niemożliwe. Postanowiłem zatem ponownie zrobić rekonesans gdzie można założyć konto bankowe za granicą online i oto co znalazłem:

1. Aion Bank

Aion Bank działa w Polsce na podstawie zezwolenia wydanego przez belgijski nadzór finansowy, poprzez swój oddział w Polsce. Depozyty są zatem gwarantowane przez instytucję belgijską. Cała obsługa, zakładanie konta i korzystanie odbywa się jednak w języku polskim. Bank oferuje konto, rachunki walutowe, kartę wielowalutową i obsługę przez aplikację mobilną. Proces zakładania konta można przeprowadzić całkowicie online. Niestety nie ma nic za darmo, najtańsza opłata za korzystanie z produktów w tzw. planie "light" kosztuje 19,99zł miesięcznie.

Strona banku: https://aion.eu

2. Revolut

Revolut jest znanym fintechem, a od pewnego czasu także działa w oparciu o licencję bankową Revolut Bank UAB na Litwie. W związku z tym pieniądze na koncie w Revolut są gwarantowane przez nadzór litewski.

Strona: https://www.revolut.com

3. Dukascopy Bank

Znalazłem takie coś - bank w Szwajcarii, który umożliwia założenie konta online. Ciekawostka, nieprawdaż? Któż z nas by nie chciał mieć konta w Szwajcarskim banku? Dukascopy Bank SA ma swoją siedzibę w Genewie i depozyty gwarantowane są tam do wysokości 100 tysięcy franków. Część strony internetowej jest nawet dostępna po polsku i zgodnie z zawartymi na niej informacjami, obywatele naszego kraju mogą tam założyć konto. Zakładanie konta odbywa się online z wykorzystaniem aplikacji na telefon i wideoidentyfikacji. Prowadzenie konta jest darmowe, są jednak dwa "ale". Po pierwsze do konta nie dostaniemy karty. Po wybuchu wojny w Ukrainie bank przechodzi jakieś perypetie z wydawcą kart (domyślam się, że Visa) i temat kart zniknął ze strony. Pojawiły się jakieś oskarżenia o otwieranie kont dla obywateli kraju agresora. Drugie "ale" to bardzo wyraźna afiliacja banku do krypto, co dla mnie jest pewnym sygnałem ostrożnościowym. Wolałbym a by te dwie domeny były wyraźnie rozgraniczone, bank to bank. Dukascopy tymczasem emituje jakieś swoje własne tokeny, nie wiadomo po co... Przebolałbym to jeszcze, ale brak karty do konta jest zdecydowanie bardziej kłopotliwy.

Strona: https://www.dukascopy.bank/

4. Bunq

Bunq to bank w Holandii. Depozyty gwarantuje tam zatem nadzór holenderski. Konto zakładamy i obsługujemy przez aplikację. Obklejone jest to wszystko pewnym eko PR, ale nie to jest najważniejsze. Strona jest dostępna po angielsku, a za konta płaci się... cóż różnie. Jest takie za darmo, ale bez karty bankomatowej ani nawet wirtualnej. Najtańsze zaś z kartą kosztuje 2,99EUR za miesiąc, ale za wypłaty z bankomatów zapłacimy prowizję. Nic dodać nic ująć, bank i tyle.

Strona: https://www.bunq.com/

5. Nuri

Nuri to fintech, który pośredniczy obsługując klientów swoją aplikacją, ale outsourcując obsługę kont to Solarisbank AG. Możemy zatem za darmo założyć rachunek, do którego dostaniemy kartę bankomatową, który będzie prowadzony przez Solarisbank, obsługiwany za pośrednictwem Nuri i gwarantowany do 100 tysięcy EUR przez niemiecki nadzór bankowy. Nuri też niestety bawi się w afiliację z krypto i to mnie zraża, niestety też z racji tego, że jest pośrednikiem cierpi na tym obsługa klienta. Kiedy wszystko działa to działa, ale jak coś jest nie tak, to niestety (czytałem komentarze i opinie w intrenecie) zaczynają się problemy i odbijanie piłeczki. Cóż, tak bywa, jeśli chcemy coś za darmo...

Strona: https://nuri.com

6. Vivid

Vivid to kolejny fintech korzystający z outsourcingu usług bankowych w Solarisbank AG. Mamy zatem podobną konstrukcję i zbliżone ryzyka jak powyżej. Standardowe konto z kartą dostaniemy za darmo. Otwieranie odbywa się przez aplikację.  Podobnie jak powyżej Vivid bawi się w krypto, trading, etfy i inne takie, co dla niektórych może być zaletą, a dla innych wadą. 

Strona: https://vivid.money/

7. N26

N26 jest niemieckim bankiem, który przez pewien czas umożliwiał Polakom zakładanie kont online. Niestety obecnie nie ma takiej możliwości, jeżeli chodzi o standardowe darmowe konto. Z informacji na stronie banku wynika, że można zapisać się na listę i będzie się powiadomionym, kiedy taka możliwość powróci. Natomiast na stronie banku jest informacja, że od 28 marca jest możliwość otwarcia kont premium (płatnych). Kosztują one w zależności od planu 4,90 EUR za miesiąc lub 16,90 EUR za miesiąc. Odsyłam na stronę banku po szczegóły porównania ich funkcjonalności.

Strona banku (dostępna po angielsku): https://n26.com/en-eu

8. Konta "nie online" 

Oprócz powyższych istnieje też możliwość założenia rachunku w różnych bankach zagranicznych w formule "nie online", nie jest to jednak tematem tego artykułu, nie będę się zatem rozwodził nad tym jakie to banki i na jakich zasadach można w nich otworzyć konto.


Czy ktoś zna jeszcze jakieś inne banki za graniczą pozwalające zakładać konta online dla Polaków? Napiszcie w komentarzach.

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Brytyjczycy na własnej skórze zaczynają odczuwać skutki brexitu

 Nie minął jeszcze miesiąc od formalnego wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, a Brytyjczycy coraz bardziej zaczynają odczuwać na co się zdecydowali. Wyrosły bariery celne, eksplodowała ilość biurokracji i formalności, dodatkowe opóźnienia na granicach, utrudnienia w handlu i najnormalniej w świecie rozpad powiązań biznesowych. Nawet wysłanie paczki z lub do UK zaczyna przypominać cyrk Monty Pythona. Nie sposób znaleźć jednoznaczne informacje, pełno jest absurdów w stylu papierkologii, pojawiają się dodatkowe koszty i opóźnienia. Dochodzi to tego, że każdy na myśl "Wielka Brytania" ma już serdecznie dosyć. 

Zwolennicy Brexitu przekonywali, że uwolnienie się od biurokracji Unii Europejskiej spowoduje rozkwit i prosperity. Chciałbym to zobaczyć bo na razie biurokracji i kretyńskich regulacji jest więcej niż było, a poziom absurdów w handlu między UK a starym kontynentem rośnie a nie maleje. Ciekaw jestem jak sprawa będzie wyglądała za kilka lat i czy rzeczywiście gospodarka brytyjska (jak przepowiadali niektórzy) rozkwitnie.

Ciekaw jestem, ale szczerze to nie specjalnie mnie to jakoś obchodzi. Bo tak zastanawiając się nad tym jedyne produkt jaki mógłby mnie interesować to Marmite i Fishermen Friends. Znacie jakieś produkty brytyjskie bez których Europa sobie nie poradzi? No dobra, jeszcze szkocka Whisky, ale cheddar już można sprowadzić z Irlandii.

Pożyjemy zobaczymy.



piątek, 3 kwietnia 2020

Przemyślenia

Trudno się pisze o kryzysie w sytuacji kryzysu. Można relacjonować bieżące wydarzenia, albo znęcać się nad tymi, których kryzys zastał nieprzygotowanych. Wielu zastał zupełnie „z majtkami w dole” zarówno na poziomie polityków, rządów jak i przedsiębiorców – tych wielkich i małych.
Skalę zniszczeń będzie można ocenić dopiero kiedy opadną wody.

Niektórzy byli lepiej przygotowani. W większości są to ci, którzy od lat byli przekonani, że obecny system finansowy to taniec na linie i upadek może być bolesny.  Tacy biznesowi przedpiersi, z których wielu się śmiało.

Nie wierzę w nowe teorie monetarne, według których wyjście z każdego kryzysu prowadzi przez dług. Gdybyśmy jako gospodarka nie mieli zadłużenia byłoby nam dziś łatwiej znieść kryzys właśnie dlatego że można by się zadłużyć a bazą do tego byłyby oszczędności.

Wydaje mi się że kryzys obecny będzie głębszy niż tylko gospodarczy. On będzie kryzysem kulturowym i politycznym, a wyłoni się z niego nowy porządek świata. Sądzę, że USA wyjdą z tego kryzysu mocno osłabione, a Chiny wzmocnione. Kryzys ujawni słabości liberalnej demokracji i mocne strony pastw autorytarnych. Być może upadną nie tylko banki, ale i rządy.

Gospodarczo mamy coś gorszego chyba niż wojna światowa bo wojna napędza niektóre sektory gospodarki, a ten kryzys zatrzymał wszystko. To jakby samochód rozpędzony, który zderzył się ze ścianą. Nie wiem czy nie doprowadzi on do pewnego przewartościowania paradygmatu ciągłego wzrostu. Na pewno zaś doprowadzi do dewaluacji walut papierowych i być może wzrostu roli złota. Mamy potężny dodruk waluty, tyle tylko, że nie wiadomo czy on się na coś zda kiedy upadają już firmy i ludzie lądują na bruku. Może wyłoni się z tego chaosu nowy światowy pieniądz oparty na złocie?

Przez brak przygotowań naszej zachodniej cywilizacji do zagrożeń epidemicznych. Przez krótkoterminowe myślenie doprowadziliśmy do sytuacji kiedy jedynym lekarstwem na chorobę jest śpiączka i amputacja.

Pęka solidarność międzynarodowa. Rozpadają się sojusze, każdy patrzy na siebie i swój interes. UE się rozpada i nie wiem czy przetrwa ten kryzys.  Silni wyjdą z niego silniejsi. Słabi osłabieni. Kto był silny to się okaże.

poniedziałek, 23 marca 2020

Co robić w sytuacji kryzysu?

Kryzys już mamy. Może być większy. Jestem pewien, że kryzys będzie znacznie większy niż w 2008 roku. Co robić?

Jedyne co robić to przemyśleć swoje położenie i przygotować się. Jeżeli mamy jakąś poduszkę finansową/oszczędności to dobrze. Jeżeli nie mamy, to źle ale jeszcze nie tragicznie.

Ja bym nie panikował, ale starałbym się tak czy siak zwiększyć płynność finansową i oszczędności. Zrezygnujmy z planowanych zakupów, remontów, czy wydatków. Przygotujmy się, że mogą być problemy z zatrudnieniem. Dla niektórych one już następują, innych dotkną w najbliższych miesiącach. Warto przeanalizować soje koszty życia. W czasach dobrobytu zapewne dotknęła j inflacja i zaczęliśmy wydawać więcej niż kiedyś dlatego, że zaczęło nam się powodzić. Być może z pewnych wydatków można będzie zrezygnować, albo zastąpić je wydatkami mniejszymi na jakieś ekwiwalentne, ale tańsze produkty czy usługi.

Ja to bym wakacji nie planował. W tej sytuacji moim zdaniem jest to narażanie się na nieprzewidziane okoliczności, bo o ile nawet ceny w tym roku będą atrakcyjne, to nie wiadomo co wydarzy się w lecie.

Warto zwiększyć ilość gotówki i oszczędności. Trzeba gromadzić pieniądze bo może się okazać, że za chwilę będziemy potrzebować oszczędności. Kto jeszcze nie stracił pracy ma szansę wdrożyć pilny program oszczędnościowy. 

Monitorujmy wydatki.

Jeżeli mamy jakieś inwestycje w toku przemyślmy, ale bez paniki opcje co z nimi zrobić. Nie zawsze warto je przerywać czy sprzedawać. Być może za 8-10 miesięcy będą wyceniane wyżej. Wszystko zależy od tego ile płynności bieżącej nam potrzeba.

Czy kupować waluty? Nie umiem odpowiedzieć, co będzie, więc nie wiem na ile się umocnią do złotówki. Wszystko jest teraz bardzo rozchwiane, najłatwiej powiedzieć, że złoto i waluty to trzeba było kupować wcześniej. Zależy też na ile jesteśmy zadłużeni w walutach. 

Na pewno będzie sporo upadłości i zwolnień. Przyjdzie wzrost bezrobocia i to ze względu na padnięcie małych i średnich przedsiębiorstw jak i ze względu na to, że siądzie popyt. Sądzę, że kryzys nie będzie jednowymiarowy jak w 2008 roku - wtedy zaczął się w sferze finansowej. Teraz czeka nas kryzys wieloaspektowy, stagnacja połączona z inflacją i bezrobociem. 

Tak się zastanawiam czy z tego kryzysu Chiny nie wyjdą wzmocnione a liberalne kapitalizmy zachodu zdewastowane, a stare imperia osłabione i wycieńczone. Zobaczymy za dekadę.


poniedziałek, 9 marca 2020

Panika na rynkach

Piątkowa sesja giełdowa w USA i dzisiejsze otwarcie na parkietach w Europie to "krew na rynkach". Na giełdy rozszerza się panika związana z koronawirusem. W zasadzie spodziewałem się tego. Spodziewam się niestety też czegoś znacznie gorszego bo dopiero wypłyną dane o tym jaki będzie miało wpływ na gospodarkę zamknięcie całej prowincji w Chinach czy połowy Włoch.

Marti mnie kondycja włoskich banków, które już przed kryzysem wirusowym były słabe i podatne na szoki. Teraz kryzys medyczny i panika przewali się w kryzys bankowy, potem padnie jakiś bank niemiecki i katastrofa większa niż w 2008 murowana.

Nie chcę być złym prorokiem, ale chyba realizuje się scenariusz o którym była mowa już dawno, że kolejny kryzys musi nadejść. Banki centralne zaś wystrzelały się z pieniędzy bo już nic nie da drukowanie skoro gospodarka spowalnia realnie. 

Mam wrażenie, że mamy na rynkach paniczną wyprzedaż czego się da żeby zamykać lewarowane pozycje. Traci wszystko. Metale szlachetne się trzymają bo w zasadzie jako jedyne mają szansę się trzymać, wszystko inne w dół (z rożnych względów).

Co można zrobić? Chyba na przygotowania teraz jest za późno. Kto nie zredukował długu i nie zapakował części kapitału w złoto będzie teraz obgryzał paznokcie.

Obawiam się stagflacji.

wtorek, 3 marca 2020

Epidemia a recesja

Czy epidemia koronawirusa doprowadzi do globalnej recesji? Moim zdaniem, jak i zdaniem wielu ekspertów już tak jest, że rozprzestrzenianie się wirusa na świecie doprowadza już do spowolnienia i recesji. Dlaczego?



Przede wszystkim rozprzestrzenianie się wirusa wymusza stosowanie środków zapobiegawczych. Zainteresowani, którzy śledzą wydarzenia, zapewne oglądali filmy z Chin, które ukazują puste ulice i wymarłe miasta. Powoli zaczyna się to robić też we Włoszech. Ma to bezpośredni wpływ na produkcję przemysłową. 

Świat mamy zglobalizowany. Mamy łańcuchy logistyczne rozpięte po całym świecie, które powodują, że brak dostępności jednego komponentu paraliżuje produkcję na drugim końcu świata. Wiele takich łańcuchów logistycznych ma początek lub zahacza o Chiny. mamy zatem wstrzymaną produkcję i stojące bezczynnie fabryki w Chinach. Brak półproduktów stamtąd będzie np. skutkował brakami w produkcji leków w Europie kiedy w fabrykach europejskich zaczną kończyć się zapasy półproduktów. Mamy problemy w dostępie do niektórych komponentów elektronicznych. Za chwilę to samo może być z produkcją z Włoch czy innych krajów takich jak Korea.

Żadna ilość wydrukowanych przez banki centralne pieniędzy nie pomoże w tym przypadku bo to nie brak pieniędzy powoduje przestoje w fabrykach, ale inne czynniki (dostępność pracowników i komponentów). Ograniczenia w przemieszczaniu się ludności paraliżują handel detaliczny i przemysł rozrywkowy. Także turystyka i linie lotnicze zaczynają odczuwać cierpienie.

Tak więc jestem przekonany, że obecna sytuacja epidemiologiczna na świecie będzie miała negatywny wpływ na gospodarkę. Na pewno w danych będzie widoczne spowolnienie wzrostu PKB lub w niektórych krajach spadek PKB. To jak dalece zajdzie problem zależy też od zakresu epidemii. Jeżeli sytuacja epidemiologiczna dotknie USA będzie to zdecydowanie negatywne.

wtorek, 14 stycznia 2020

Co nas czeka w gospodarce

Trafiłem dziś na trzy interesujące artykuły w Obserwatorze Finansowym. Skłoniły mnie one (a może fakt, że wszystkie trzy zbiegły się w czasie) do pewnej refleksji. To co nas czeka nie wygląda różowo.



O co chodzi? Otóż stan w jakim znajduje się światowa gospodarka przypomina sytuację narkomana, w którego dla poprawienia samopoczucia pompuje się kolejne porcje narkotyku. Banki centralne nie mają już najmniejszego problemu z monetyzacją kolejnych miliardów dolarów długu. Co więcej, stan ten został uznany, za tak normalny, że wszyscy przechodzą do porządku dziennego nad informacją, że światowy dług w relacji do PKB rósł w 2019 w najszybszym tempie od 2016 roku, podczas gdy wzrost gospodarczy spadł do najniższego poziomu od kryzysu finansowego z lat 2008 – 2009, a na koniec III kwartały 2019 światowy dług osiągnął rekordowe 322% PKB.

Znajdujemy się w sytuacji gospodarczej, która przypomina jako żywo tę w którą już wcześniej wkroczyła Japonia. W latach 90 wpadła ona w pułapkę powolnego wzrostu, deflacji i niskich stóp. Aby wyleczyć gospodarkę rząd i bank centralny rozpoczęli pompowanie pieniędzy na rynek. Pomimo upływu prawie trzech dekad niewiele to zmieniło. W 2012 roku zadłużenia sięgnęło 230% PKB. Obecnie gospodarka nadal się nie rozwija, a bank centralny skupuje na rynku aktywa za nowo wygenerowane pieniądze.

Japonia cierpi z powodu starzenia się społeczeństwa i spadku popytu wywołanym demografią. Na problem ten zaczyna cierpieć cały tzw. zachodni świat. Mniejsza liczba pracowników to też mniejszy wzrost gospodarczy. Mamy spiralę spadku PKB. Pozostałe kraje "zachodnie" dopiero wkroczą w etap na którym znajduje się Japonia.

Zmiany demograficzne z jednej strony zmieniają podaż pracy i wpływają na efektywność pracochłonnych sektorów gospodarki, z drugiej wpływają na strukturę popytu.

Prognozuje się, że spadek wzrostu PKB na całym świecie będzie stałym zjawiskiem. Zmiany te wiążą się z tym, że stopy procentowe będą stale niższe. Także wzrostu działu technologii w wytwarzaniu PKB będzie większy. Moim zdaniem doprowadzi to do jeszcze większych nierówności w dystrybucji dochodów narodowych pomiędzy bogatych a biednych i jeszcze większego rozwarstwiania się bogatych dotychczas społeczeństw zachodu.

Artykuły:

czwartek, 26 września 2019

Czy upadek Thomasa Cooka rozleje się na inne branże?

Spotkałem się kiedyś ze stwierdzeniem, że kryzys zazwyczaj zaczyna się w najmniej oczekiwanej branży gospodarki, w firmach, które nikogo wcześniej nie interesowały i dlatego zaskakuje wszystkich. Ostatnie domino upadłości, które zapoczątkowało biuro turystyczne Thomas Cook, a które rozlało się na jego spółki zależne, w tym polskiego Neckermana, sprawiło, że zacząłem się zastanawiać czy ta upadłość nie rozleje się na inne sektory gospodarki w Europie.


Zwróćmy uwagę, że upadłość każdego dużego podmiotu dotyka finansowo także inne, które nie otrzymają zapłaty za wystawione faktury i zrealizowane usługi. Dla niektórych firm może to być podcięcie nóg i skutkować problemami finansowymi. Takie duże biuro turystyczne jak Thomas Cook miało relacje biznesowe z tysiącami hoteli na całym świecie, liniami lotniczymi, pośrednikami, agentami, firmami przewozowymi i w końcu bankami u których pożyczało pieniądze, których już nie odda. Zawaliła się cała struktura, w tym ich niemiecka spółka i polskie biuro. 

Co ciekawe problemy zaczynają odczuwać także konkurenci upadłych biur bo korzystali np. z czarterów Thomasa Cooka, w których wykupywali miejsca dla swoich pasażerów (teraz muszą zapłacić za nowe bilety albo oddać turystom pieniądze). Wiele hoteli, które hurtowo sprzedawały Thomasowi Cookowi pokoje zostało teraz z niezapłaconymi fakturami. Standardowo biuro płaciło hotelom 90 dni po wymeldowaniu turysty, może to oznaczać dla hoteli straty za prawie cały sezon wakacyjny! Dla niektórych może być to ruiną i będą upadać. Problemy hoteli to także problemy dla klientów innych biur. Niewykluczone też że zrażeni problemami klienci biur podroży będą mniej chętni w najbliższych miesiącach wykupywać nowe wycieczki co pogłębi kryzys w branży. Kryzys w branży turystycznej dotknie na pewno kraje morza Śródziemnego, takie jak Grecja czy Hiszpania co na pewno nie przyczyni się do rozwoju ich gospodarki. W samej Grecji szacuje się straty na ponad pół miliarda dolarów. 

Dołóżmy do tego fakt, że wiele banków europejskich jest takiej sobie w kondycji (najlepszy dowód to wola sprzedaży mBanku przez Commarzbank, który ma kłopoty) to zadane przeze mnie na wstępie pytanie nie wydaje się zupełnie oderwane od rzeczywistości.

Sądzę, że warto w najbliższych miesiącach obserwować dane z gospodarek europejskich pod tym kątem. 

czwartek, 19 września 2019

Szwajcarski Bank Narodowy na razie nie obniży bardziej stóp procentowych

Niektórzy czekali na dzisiejszy dzień z napięciem. Po tym jak amerykańska rezerwa Federalna obniżyła stopy o 0,25pb spodziewano się, że dziś SNB także obniży (już ujemne) stopy procentowe. Dałoby to trochę ulgi kredytobiorcom frankowym, którzy przynajmniej od strony odsetek mieliby lżej pomimo drogiego franka.

Niestety dziś SNB nie obniżył bardziej stóp. Pozostaną one na tym samym poziomie co dotychczas, tj. minus 0,75%. W oświadczeniu bank podkreślił jednak, że pozostaje w gotowości do interwencji na rynku walutowym w razie gdyby była taka potrzeba. Jak czytamy dale, zdaniem SNB sytuacja na rynku walutowym (w związku z napięciami politycznymi i "wojną handlową") jest nadal "delikatna" i frank szwajcarski jest przewartościowany. Ciąży to nieco gospodarce szwajcarskiej, która rozwija się powoli.

Jednocześnie na uwagę zasługuje zdanie mówiące o tym, że środowisko niskich stóp procentowych stało się (jak to ujęli w komunikacie) "bardziej okopane" - czyli niskie/ujemne stopy zostaną z nami (zdaniem bankowców z SNB) na dłużej. SNB zrewidował także w dół swoje prognozy wzrostu gospodarczego w związku z napięciami światowymi.


poniedziałek, 9 września 2019

Banki centralne nie przewidują aby rezerwy złota miały maleć

Natrafiłem ostatnio na interesujące znalezisko. Przeglądając zasoby danych na stronie World Gold Council dotarłem do wyników badania, które zostało przeprowadzone wśród banków centralnych na świecie. Przepytano 150, odpowiedziało 39 - jedno pytanie i udzielone odpowiedzi przykuły moją uwagę.



Oto, żaden z banków, który brał udział w badaniu nie spodziewa się aby globalnie rezerwy złota w bankach centralnych miały maleć. Ta odpowiedź unaocznia zmianę która dokonała się od czasu kiedy przez dekady banki centralne pozbywały się tego "barbarzyńskiego reliktu" minionych epok. Symbolicznie zakończenie tej epoki to koniec obowiązywania ostatniej umowy CBGA (Central Bank Gold Agreement) regulującej ilość sprzedawanego przez banki centralne złota, która nie zostanie przedłużona bo... banki przestały złoto sprzedawać a zaczęły je skupować.

poniedziałek, 2 września 2019

Strefa euro się zawali?

Natknąłem się niedawno na interesujący artykuł opisujący tezy Markusa Kralla - niemieckiego ekonomisty, który przewiduje, że koniec 2020 roku może przynieść załamanie systemu bankowego Niemiec i zawalenie się strefy euro. Jego tezy na pierwszy rzut oka mogą wydać się mocno alarmistyczne i kontrowersyjne, ale moim zdaniem jest to jeden ze scenariuszy, który może należy brać pod uwagę. Może niekoniecznie zmaterializuje się on w całej swojej rozciągłości, ale na pewno jego elementy mogą dać się nam we znaki.

Cóż twierdzi Markus Krall? Po pierwsze, to o czym sam już niejednokrotnie pisałem, zerowe stopy podtrzymują przy życiu biznesy, które w normalnych warunkach rynkowych nigdy nie miałyby szans powodzenia i działania na rynku, gdyby kapitał kosztował tyle ile powinien. Wzrost stóp czy też wahnięcie rynkowe może wyrzucić te firmy z rynku.

Dochody banków spadają a kiedy dojdą do granicy bólu może nastąpić ograniczenie dostępności kredytu. Niewydolne przedsiębiorstwa, które finansowały się tanim i łatwo dostępnym pieniądzem upadną a to pociągnie za sobą słabsze banki i rozwali system bankowy, finansowy i pojawi się bezrobocie.

EBC sięgnie po jedyny dostępny mu instrument i będzie próbował gasić problem drukując pieniądze co wygeneruje inflację, osłabi euro i może nawet doprowadzić do jego upadku.

Nie sposób nie zauważyć, że coś się dzieje takiego, że podskórnie przeczuwamy nadchodzący kryzys. Złoto idzie w górę, frank też, nieruchomości też, z niemieckiej gospodarki napływają coraz gorsze dane, Brexit za pasem, wojna handlowa USA-Chiny rozgorzewa. Oprocentowanie 10 letnich obligacji Konfederacji Szwajcarskiej wynosi już prawie minus jeden procent! Na razie polska gospodarka ma się dobrze, ale czy będzie odporna na wstrząsy na świecie?

Jak się zabezpieczyć? Cóż. Zmniejszyć długi, odłożyć rezerwy. Wiele lat temu kiedy zaczynałem pisać tego bloga postulowałem lokowanie swoich oszczędności w złoto. Kto posłuchał wtedy i kupował gdy kosztowało on o 3500zł za uncję teraz jest prawie 70% do przodu. Są jeszcze nieruchomości, ale kupowane z głową, po dobrej cenie (nie przepłacając u dewelopera) albo waluty inne niż euro (frank, dolar). Poza tym wg Kralla złotówka przetrwa kryzys więc może właśnie aktywa denominowane w złotówkach?

Krall jest między innymi autorem książki pt. "Der Draghi Crash" niestety wydanej jedynie po niemiecku (wydanej w 2017 roku), w której krytykuje politykę zerowych stóp procentowych EBC i wskazuje jak prowadzi ona do erozji funduszy banków i utrudnia analizę ryzyka portfeli kredytowych. Wskazuje, że system bankowy w Europie jest źle zarządzany i podatny na katastrofę, brakuje w nim setek miliardów euro kapitału a obciąża go ponad 1000 miliardów euro złych kredytów.

poniedziałek, 12 sierpnia 2019

Wojna handlowa USA-Chiny buja rynkiem walutowym

Frank szwajcarski umocnił się w ciągu ostatnich miesięcy o ponad 5%. Chodzą słuchy, że Szwajcarski bank Narodowy próbował nieskutecznie w ubiegłym tygodniu osłabiać franka. Złoto zanotowało niedawno nowe rekordy cenowe. Na rynku walutowym mamy dużą zmienność i niepewność.  Jest to pokłosie niepewnej sytuacji w odniesieniu do tego jak potoczy się handlowe starcie USA-Chiny. Prezydent Trump straszy i chyba osiąga pewien cel, mianowicie zasiewa niepewność co do tego na ile opłacać się będzie działać na chińskim rynku, przez co coraz więcej koncernów zaczyna rozważać przeniesienie swojej produkcji z Chin do Wietnamu, czy wręcz z powrotem do państw "zachodnich". Nie bez znaczenia jest też wzrost płac w Chinach, który pewnie będą próbowali kompensować osłabieniem juana. 

Bez wątpienia mamy do czynienia ze starciem, które będzie się rozwijać i eskalować raczej niż wygaszać. mamy po jednej stronie podupadające mocarstwo a po drugiej aspirujące do globalnej gry jak równy z równym. Dość powiedzieć, że już dziś PKB Chin w relacji do USA jest większe niż przed wybuchem II wojny światowej było PKB w sumie Niemiec i Japonii.


poniedziałek, 5 sierpnia 2019

"Rzeczpospolita między lądem a morzem. O wojnie i pokoju" - Jacek Bartosiak

Przeczytałem kolejną książkę autorstwa dr. jacka Bartosiaka, a mianowicie "Rzeczpospolita między lądem a morzem. O wojnie i pokoju".


Książka niekoniecznie w temacie czysto ekonomicznym, aczkolwiek... piszę o niej dlatego, że aby mieć wzgląd na swoje finanse trzeba budować pewną "świadomość sytuacyjną" także w wymiarze scenariuszy wojennych. Książka traktuje o geopolitycznych uwarunkowaniach, którym podlega Polska i o tym jak może działać w ramach tych uwarunkowań. Opisuje tez pewne scenariusze potencjalnej konfrontacji. Dlatego też uważam, że lektura tej książki jest wartościowa także dla tych, którzy na co dzień zajmują się biznesem i ekonomią. Dlaczego? Dlatego że po pierwsze uzyskają zrozumienie gdzie i kiedy jesteśmy, a po drugie odmitologizują pewne aksjomaty (o niezwyciężonej Rosji, czy dobrym Wuju Samie, albo NATO co to nas obroni). 

Być może niektórzy po lekturze tej książki zaczną opracowywać indywidualne scenariusze ewakuacji swojego kapitału na wypadek wojny? W każdym razie aby nie być zaskoczonym różnymi scenariuszami rozwoju warto przeczytać tę książkę i zrozumieć miejsce geopolityczne, w którym znajduje się nasz kraj i uwarunkowania, którym podlega.

Uzupełnieniem tej książki niech będzie wykład:


"Rzeczpospolita między lądem a morzem. O wojnie i pokoju" Jacek Bartosiak
Analiza geopolityczna położenia i scenariuszy dla Polski
Wydawca: Zona Zero
Data wydania: 2018
ISBN: 9788395019364
"Rzeczpospolita między lądem a morzem. O wojnie i pokoju" Jacek Bartosiak
Analiza geopolityczna położenia i scenariuszy dla Polski
Date published: 05/08/2019
5

piątek, 14 czerwca 2019

Wojna handlowa a łańcuchy dostaw

Przeczytałem niedawno interesujący artykuł na stronie Geopolitical Futures. Podjęto w nim temat tego w jaki sposób potencjalna wojna handlowa i cła na linii USA-Chiny wpłyną na gospodarki obu tych państw. Artykuł zwraca uwagę na interesujący fakt. Otóż towary importowane z Chin są wykorzystywane w mnóstwie różnych miejsc łańcuchów logistycznych produktów wytwarzanych w USA. Brak dostępu do jakiegoś elementu, który stanowi relatywnie niewielką wartość, może wywołać nieproporcjonalnie większe skutki w skutek zakłócenia procesu dostaw i produkcji na późniejszych etapach. 

Przykładowo jakiś materiał, który wykorzystywany jest do produkcji różnych towarów, kiedy przestanie być dostępny będzie wymagał znalezienia substytutu, przestawienia łańcucha dostaw, złożenia zamówień, przeliczenia cenników, przezbrojenia maszyn albo wręcz wstrzymania produkcji w oczekiwaniu na realizacje wcześniej wymienionych czynności. Może się stać tak nawet jeżeli jest to śrubka za 10 centów, bo zamówienie nowej partii śrubek o odpowiednich parametrach, w wystarczającej ilości i odpowiedniej cenie może wymagać np. kilku tygodni. To są realne straty dla gospodarki. 

Problem w tym, że sieć łańcuchów logistyczno-produkcyjnych w dużej gospodarce takiej jak amerykańska jest tak złożona,że nie sposób jej zamodelować. Nie sposób zatem przewidzieć w którym miejscu i jakie pojawią się zakłócenia. Oczywiście niektóre można wychwycić, ale nie wszystkie. Podobny problem mają Brytyjczycy z oceną wpływu Brexitu na gospodarkę. Nie sposób przeanalizować wszystkich łańcuchów produkcyjnych i oszacować związanych z ich przerwaniem kosztów. 

Ten sam importowany zza granicy produkt może być wykorzystywany w różnych gałęziach przemysłu do różnych celów. W niektórych z nich będzie posiadał łatwe do znalezienia substytuty, w innych będzie niezastąpionym ogniwem, którego przerwanie będzie wymagało zmiany całej technologii wytwarzania finalnego wyrobu.



Analiza potencjalnego konfliktu handlowego USA-Chiny i jego wpływu na gospodarki obu stron może więc niedoszacowywać wpływu jaki np. sankcje czy cła wywołają na gospodarkę USA. Może się zatem okazać, że to USA odczuje je bardziej niż Chiny bo więcej zakłóceń związanych z dostępnością czy ceną sprowadzanych zza granicy produktów, wywołanych zostanie po stronie amerykańskiej.

czwartek, 11 kwietnia 2019

USA otwiera nowy front w wojnie z Chinami

Od dawna, USA identyfikują Chiny jako swojego strategicznego adwersarza. Stany Zjednoczone zorientowały się bowiem, że pozostawione w status quo Chiny w ciągu następnych dwudziestu lat przejmą dominującą opozycję ekonomiczną i militarną na świecie. Imperium amerykańskie postanowiło więc wypowiedzieć Chinom wojnę na wielu frontach ta wojna już trwa i ma wymiar nie tylko militarny ale przede wszystkim ekonomiczny. Mamy więc sankcje ekonomiczne, mamy oskarżenia o szpiegostwo przemysłowe, naciski na sojuszników aby wyrugować z rynku firmę Huawei. Mamy rosnące napięcie i działania militarne obu stron na morzu południowochińskim. mamy mapiulacje walutowe i zarzucanie drugiej stronie tegoż samego.

Wiele razy pisałem na blogu (tu i tu), że przyszłe konflikty nie będą toczyć się w sferze wyłącznie militarnej, ale także ekonomicznej. Współczesna myśl strategiczna o nowym typie wojny (ekonomicznej, cybernetycznej, militarnej) traktuje poważnie już od lat. Takie wojny toczą się na Ukrainie i winnych częściach świata. Warto w tym kontekście poczytać książki i posłuchać wykładów dr. jacka Bartosiaka - można tam znaleźć wiele mądrych spostrzeżeń.

Skoro więc na moim blogu raz na pięć lat powraca temat światowych wojen ekonomicznych, to nie może być inaczej i teraz. Oto Stany Zjednoczone otwierają w Światowej Organizacji handlu kolejny front przełamywania obecnego status quo na niekorzyść Chin. Jako, że Państwo Środka korzystało z uprzywilejowanego statusu kraju rozwijającego się, toteż Stany Zjednoczone dążą do pozbawienia ich tego przywileju.

Ambasador USA przy WTO, zapowiadał, że „zdolny jest zakłócać pracę WTO, jeśli pozwoli to na konieczną reformę organizacji”, USA konsekwentnie blokują zapełnianie wakatów po kończących kadencje sędziach Organu Rozstrzygającego Spory WTO. USA chcą w ten sposób wymusić reformę WTO w sposób korzystny dla siebie, czyli pozbawiając Chiny uprzywilejowanego statusu.




-->