piątek, 17 maja 2019

Czy "ziema trzyma cenę" - jak to jest ze wzrostem cen działek?

Zastanawiam się ostatnio nad tematem cen działek budowlanych. Funkcjonuje taki popularny mit, że 'ziemia trzyma cenę', 'ziemi więcej nie będzie', więc 'działki mogą tylko drożeć'. Czy aby na pewno? No więc po pierwsze działka działce nie równa i wszelkie uogólnienia i uśrednienia biorą w łeb w konfrontacji z daną konkretną lokalizacją i nieruchomością. To sąsiedztwo, położenie, uzbrojenie, plan miejscowy determinuje cenę działki w większym stopniu niż średnie trendy rynkowe. A jak determinuje? Czy tylko "w górę"? Wydaje mi się, że nie, bo niekorzystna zabudowa w sąsiedztwie może zbić cenę działki. Wystarczy uciążliwy zakład przemysłowy, jakiś warsztat czy budynek zasłaniający widok. 

Widzimy, że nie jest więc tak prosto. 

Kolejna rzecz, która przychodzi mi do głowy to mit o ograniczonej liczbie działek. Znowu - to zależy od lokalizacji. Pojedyncza niezabudowana parcela w centrum miasta jest dobrem rzadkim. Ale na obrzeżach zazwyczaj działek jest wiele i chyba nie zawsze jest tak, że nic do kupienia się nie daje znaleźć. Co więcej, jeśli słyszałem, że w planach zagospodarowania przestrzennego jest zwykle dużo ziemi na cele budowlane i to na takim poziomie, że jakby je wszystkie zabudować to mielibyśmy w Polsce nadmiar mieszkań. Jeśli to prawda, to działki budowlane nie są tak ograniczonym zasobem jakby się mogło wydawać. Owszem, te konkretne w dobrym położeniu czy ładnym otoczeniu tak, ale nie wszystkie ogólnie rzecz ujmując. 

Jaki z tego wniosek? Otóż nabieram przekonania, że trzymanie ziemi tylko dlatego, że liczymy na wzrost jej ceny w czasie może być błędem. Może się bowiem okazać, że wzrost tej konkretnej działki będzie mniejszy niż byśmy sobie tego życzyli. Jeżeli trzymamy działkę tylko dlatego, że liczymy na wzrost ceny, ale naszych oczekiwań nie opieramy na niczym poza przekonaniami o trendach rynkowych możemy się zawieść. Co innego, jeżeli wiemy, że działka ma potencjał bo wiemy, że ma dobre położenie i przewidujemy korzystne zmiany na podstawie innych przesłanek. Ale czasem warto się zastanowić czy nie poprosić rzeczoznawcy o wycenę i ocenę co do tego jak się zmienia cena ziemi w okolicy, ile nowych działek budowlanych powstaje z przekształcenia ziemi rolnej i czy ta podaż nie powoduje przypadkiem, że nie ma najmniejszego sensu trzymanie ziemi jeżeli nie zamierzamy się sami na niej budować.

Ciekaw jestem jakie jest Wasze zdanie.


środa, 8 maja 2019

Chiny dorzucają do skarbca

Chiny mają specyficzny sposób raportowania swoich oficjalnych rezerw złota. Wygląda to tak, że przez kilka lat nic nie raportują, a potem jakby budzili się ze snu i zaczynają wypuszczać na rynek jakieś informacje o dokupieniu złota do rezerw, po czym nagle ogłaszają, że "w sumie to przez ostatnie lata  zwiększyli rezerwy o np. sześćset ton.

Prawidłowość, która daje się zaobserwować jest taka, że kiedy Rosja przegania Chiny pod względem zgromadzonych rezerw, wkrótce potem pojawia się informacja o tym, że uległy one zwiększeniu.

Aktualnie mamy do czynienia z kolejnym epizodem tego "wyścigu". Rosja dorzuca do skarbca całą praktycznie własną produkcję i co roku zwiększa rezerwy i kilkadziesiąt ton. Chiny zostały nieprzegonione już w Q4 2017 roku i rok później w Q3 2018 zaczęły raportować zwiększanie swoich rezerw. Oficjalnie w skarbcu w Pekinie jest już ponad 1900 ton i już piąty miesiąc z rzędu zaraportowały wzrost rezerw złota. 

Tyle jeżeli chodzi o informacje oficjalne. Nieoficjalnie mówi się, że od lat Chiny kupują za pośrednictwem różnych instytucji duże ilości złota i nie można wykluczyć, że wkrótce znowu zaraportują, że faktyczne ich rezerwy zostały zwiększone o ileś setek ton. 

Warto w tym kontekście dodać, że w ubiegłym roku Polska zwiększyła swoje rezerwy złota o ok. 26 ton do 128 ton.

Żródło wykresu: https://www.gold.org/goldhub/data/monthly-central-bank-statistics

wtorek, 16 kwietnia 2019

No więc już wiemy jak rząd chce rozmontować OFE

Premier Morawiecki zapowiedział "prywatyzację" OFE. Ma to być kropka nad i i dokończenie demontażu drugiego filara emerytalnego. Pomysł jest błyskotliwy w swoim wykonaniu bo oczywiście polega na tym, żeby wyciągnąć do budżetu kasę od przyszłych emerytów.


Rzecz w tym, że środki w OFE były nieopodatkowane podatkiem dochodowym. rząd zapowiada, że każdy będzie miał do wyboru dwa warianty: przeniesienie środków na IKE i opodatkowanie ich 15% prowizją, albo przeniesienie do ZUS bez prowizji. Oczywiście w obu wariantach rząd zmierza do położenia łapy na min 15% a max 100% oszczędności emerytalnych. Nie łudźmy się bowiem - środki zapisane na subkoncie w ZUS nie mają żadnego pokrycia. ZUS wydaje na bieżąco wszystko to co do niego wpływa, nic nie gromadzi.

Gdyby więc ktoś postanowił, że jednak środki z OFE mają trafić na jego IKE (to jest wszystko tak mgliście nadal opisane, że nie wiadomo co będzie jeżeli ktoś nie ma IKE, a co jeśli ma ale np. w formie rachunku oszczędnościowego, albo obligacji, nic nie wiadomo) to będzie musiał zapłacić podatek/prowizje 15% 

Rząd więc pozyska do budżetu 15% od razu. Te 15% nie będzie zarabiać na naszą emeryturę (od niej zapłacilibyśmy podatek w przyszłości) więc w przyszłości nasze oszczędności emerytalne będą mniejsze.

Błyskotliwe. Po co rząd się ma martwic przyszłością emerytów, którzy zostaną nimi za kilkanaście lat? Lepiej zabrać i przejeść te pieniądze teraz dając np. trzynastki obecnym emerytom.

Chętnie zobaczę konkretny projekt ustawy, który ma wprowadzać te zmiany. To co najbardziej mnie interesuje to czy będę mógł te pieniądze z IKE zabrać i zainwestować po swojemu. Mam kilka pomysłów, które zapewne przyniosą mi lepszą stopę zwrotu na emeryturze niż zostawianie tych pieniędzy w rękach spółdzielni finansistów i rządu. Nie wierzę bowiem, że ktoś jeszcze nie połasi się na te oszczędności.

Obecnie formalnie rzecz biorąc jest możliwe wypłacenie pieniędzy po likwidacji IKE. Oczywiście dalej nie jest jasne jak miałoby to wyglądać w kwestiach podatkowych bo to co można przeczytać w artykułach prasowych jest nieźle namieszane.

A jak to się skończy dla giełdy? Wydaje mi się, że raczej źle.Ten kapitał z giełdy wypłynie, nie ma innej opcji.

czwartek, 11 kwietnia 2019

USA otwiera nowy front w wojnie z Chinami

Od dawna, USA identyfikują Chiny jako swojego strategicznego adwersarza. Stany Zjednoczone zorientowały się bowiem, że pozostawione w status quo Chiny w ciągu następnych dwudziestu lat przejmą dominującą opozycję ekonomiczną i militarną na świecie. Imperium amerykańskie postanowiło więc wypowiedzieć Chinom wojnę na wielu frontach ta wojna już trwa i ma wymiar nie tylko militarny ale przede wszystkim ekonomiczny. Mamy więc sankcje ekonomiczne, mamy oskarżenia o szpiegostwo przemysłowe, naciski na sojuszników aby wyrugować z rynku firmę Huawei. Mamy rosnące napięcie i działania militarne obu stron na morzu południowochińskim. mamy mapiulacje walutowe i zarzucanie drugiej stronie tegoż samego.

Wiele razy pisałem na blogu (tu i tu), że przyszłe konflikty nie będą toczyć się w sferze wyłącznie militarnej, ale także ekonomicznej. Współczesna myśl strategiczna o nowym typie wojny (ekonomicznej, cybernetycznej, militarnej) traktuje poważnie już od lat. Takie wojny toczą się na Ukrainie i winnych częściach świata. Warto w tym kontekście poczytać książki i posłuchać wykładów dr. jacka Bartosiaka - można tam znaleźć wiele mądrych spostrzeżeń.

Skoro więc na moim blogu raz na pięć lat powraca temat światowych wojen ekonomicznych, to nie może być inaczej i teraz. Oto Stany Zjednoczone otwierają w Światowej Organizacji handlu kolejny front przełamywania obecnego status quo na niekorzyść Chin. Jako, że Państwo Środka korzystało z uprzywilejowanego statusu kraju rozwijającego się, toteż Stany Zjednoczone dążą do pozbawienia ich tego przywileju.

Ambasador USA przy WTO, zapowiadał, że „zdolny jest zakłócać pracę WTO, jeśli pozwoli to na konieczną reformę organizacji”, USA konsekwentnie blokują zapełnianie wakatów po kończących kadencje sędziach Organu Rozstrzygającego Spory WTO. USA chcą w ten sposób wymusić reformę WTO w sposób korzystny dla siebie, czyli pozbawiając Chiny uprzywilejowanego statusu.




piątek, 5 kwietnia 2019

Brexitowe cyrki

Nie wiem czy zauważyliście, ale od tygodnia Wielka Brytania już powinna być poza Unią Europejską. To co się aktualnie dzieje, niemożność podjęcia jakiejkolwiek decyzji przez brytyjski parlament, to spektakl istnej żenady i braku odpowiedzialności za życie zwykłych ludzi i biznesu. Tak jak przewidywałem mamy rosnącą niepewność i chaos, który na gospodarce odbija się negatywnie. Pamiętam jak w czerwcu 2016 roku napisałem: "Czekają nas teraz co najmniej dwa, jak nie cztery lata zamieszania, niepewności i nerwowych ruchów.". Moje proroctwo się sprawdziło... niestety.

To się niestety nie może dobrze skończyć dla gospodarki i się nie kończy. Karmieni niepewnością przedsiębiorcy wstrzymują inwestycje albo robią zapasy (które generują koszty). Ostatecznie wzrost gospodarczy w Wielkiej Brytanii już jest niższy niż byłby gdyby tego zamieszania z berxitem nie było. Jak podaje Gazeta: "eksperci z S&P Global Ratings uważają, że niemal zaraz po referendum brexitowym (23 czerwca 2016 r.) brytyjska gospodarka zeszła na niższą "trajektorię" wzrostową. W ich opinii, na koniec 2018 r. gospodarka Wielkiej Brytanii byłaby o 2,4-3,4 proc. większa, gdyby referendum zakończyło się innym rezultatem."

Krzywa wzrostu gospodarczego w Wielkiej Brytanii zmniejszyła swoje nachylenie, co oznacza, ze gospodarka rozwija się wolniej.


Powyższe wyliczenia nie są odosobnione, także Golman Sachs czy Bank of England oszacowali, że brytyjska gospodarka traci tygodniowo od 600 do 800 mln funtów z powodu brexitu, który jeszcze nie nastąpił!

Problem w tym, że nikt chyba na wyspach nie dokonał dotąd rzetelnej analizy wszystkich powiązań gospodarczych z kontynentem, w które wpleciona jest gospodarka brytyjska. Począwszy od importu żywności, po przetwarzanie dóbr, które granicę brytyjsko unijną przekraczają na róznych etapach produkcji po kilka razy, etc.

Im bliżej daty brexitu tym mocniej widać w danych ograniczanie wydatków inwestycyjnych i wzrost cen. Firmy tworzą plany awaryjne, ograniczaną operacje, gromadzą gotówkę i zapasy, starają się zwiększyć płynność.


Podobnie gospodarstwa domowe ograniczyły konsumpcję (z powodu rosnących cen), jednak inaczej niż firmy, te przejadały swoje oszczędności.

najgorsze jest to, że nie wiemy ani kiedy ani czy w ogóle ten serial się zakończy. Normalnie rzecz ujmując powinno być tak, że na rok, do 6 miesięcy przed planowanym brexitem firmy i zwykli obywatele dostają do ręki podpisany pakier przepisów i umów, które mają zacząć obowiązywać. W ten sposób byłaby szansa na dostosowanie się. W przeciwnym razie, każda gwałtowna zmiana zawsze będzie niosła za sobą koszty gospodarcze i społeczne.

Źródłowy raport S&P dostępny jest tutaj.
-->