wtorek, 7 sierpnia 2018

Dochód gwarantowany - moja opinia

Przeczytałem ostatnio, że rząd Ontario wycofał się z pilotażowego projektu dotyczącego eksperymentu z tzw. dochodem gwarantowanym. Pomyślałem sobie, że chyba powinienem napisać co ja o tym myślę, bo w różnych kręgach temat jest dyskutowany, ma swoich zajadłych przeciwników i zwolenników, etc.

Generalnie w dwóch słowach co to jest ta koncepcja dochodu gwarantowanego - chodzi o to, że wymyślono, że może by tak wypłacać ludziom dochód na pewnym stałym poziomie niezależnie od tego czy pracują czy nie bo może od tego staną się bardziej kreatywni, twórczy itd.

Co ja o tym myślę? Jestem przeciwny. Z kilku powodów.

Powód pierwszy - filozoficzny
Chodzi o to, że moim zdaniem jest czymś głęboko nieuczciwym dawać jednym za darmo coś co inni muszą wypracować własną pracą. Co więcej, uważam, że to jest dyskryminacja ludzi, którzy pracują. Oczywiście ktoś powie, że w teorii wszyscy na świecie powinni dostawać taki dochód gwarantowany, ale... Tak nie jest to po pierwsze, po drugie niektóre kraje chciałyby płacić więcej a inne mniej, stosownie do "kosztów życia" - etc. Moim zdaniem przechodzenie na ręczne sterowanie jest gorsze niż pozostawienia rynkowi tego co powinien robić czyli wyceny pracy. Z resztą jest ona i tak mocno zaburzona przez przepisy z jednej i dominująca pozycję dużych pracodawców z drugiej strony. lepiej popracować nad tym aby prawo pracy uelastycznić i ułatwić zatrudnianie (ale i zwalnianie) ludzi. Ale to temat na inną dyskusję. Generalnie moim zdaniem dawanie komuś czegoś "za nic" jest nieuczciwe. No i właśnie - teraz mamy pewne formy dochodu gwarantowanego, które moim zdaniem też tak należy postrzegać. Sorry. Poza zapewnieniem minimum socjalnego dla osób które nie mogą lub nie mają skąd wziąć na chleb nie widzę potrzeby sprawiać że za siedzenie w domu przed telewizorem ktoś miałby pobierać pieniądze.

Powód drugi - skąd to wziąć
No z podatków, które płacą ci wstrętni kapitaliści - powiecie. Tylko, że prawda jest taka, że w większości to źródłem podatków jest jednak opodatkowanie pracy, czyli zabrać bogatym i rozdać biednym. Tak samo nieuczciwe jak progresywna skala podatkowa.

Powód trzeci - zaburzenia
Moim zdaniem to zaburza relacje na rynku pracy bo ci co dostaną taki dochód, jeżeli zdecydują się pracować to być może za niższą stawkę niż gdyby go nie mieli. Zrobią tym lepiej przedsiębiorcom i wypchną z rynku tych, którzy gwarantowanego dochodu nie mają. To nie zadziała.

I na koniec. Nie uważam by idea dochodu gwarantowanego miała cokolwiek wspólnego ze sprawiedliwością społeczną i wyrównywaniem szans. Jest to opaczne pojmowanie pojęcia sprawiedliwość i równość. Zabieranie (podatki) jednym by dać drugim jest niesprawiedliwe. Dawanie jednym więcej niż drugim też. Sprawiedliwość i równość moim zdaniem polega na ustanawianiu praw w przestrzeganiu których wszyscy są równi i mają takie same kryteria oceny, a nie na tym aby na siłę kogoś promować (bo jest innego koloru, rasy, religii, nosi okulary, jeździ rowerem, wózkiem, etc.).

wtorek, 31 lipca 2018

Jak KNF nadzoruje rynek

Kolejny wpis z cyklu "dlaczego tak jest jak jest" - w poprzednim wpisie pisałem o funkcjonowaniu firm w środowisku kiepskiego prawa. teraz do tego kolejna cegiełka to kiepscy urzędnicy realizujący to kiepskie prawo. Weźmy na przykład KNF, którego poczynania w kontekście nadzoru nad rynkiem krytykowałem nie jeden raz. W kontekście afery GetBacku okazuje się, że funkcjonowanie na regulowanym rynku nie daje żadnej rękojmi. Z resztą nie tylko o Get Backu mowa, bo firm, które nie wykupiły obligacji w aurze podejrzanych działań ich zarządów jest więcej. 

Tymczasem urząd nadzoru działa opieszale, nieskutecznie i mam wrażenie, że pozoruje działania.

Czasem te działania są wręcz kuriozalne. Czytam sobie artykuł o giełdzie kryptowalut BitBay, na której handluje się między innymi bitcoinem.

W wywiadzie były prezes i szef rady nadzorczej Sylwester Suszek opowiada jak to firma, która starała się działać w  oparciu o niedoskonałe prawo, ale jak najbardziej legalnie, została wpisana na listę ostrzeżeń publicznych a potem zaproszona do konsultacji nad przepisami. W sumie Amber Gold też był wpisany na listę ostrzeżeń - co ta lista w ogóle daje.

Najpierw kilka lat KNF nie podejmuje żadnych działań, potem nie wiadomo czemu wpisuje firmę na listę ostrzeżeń a potem zaprasza do konsultacji nad nowymi przepisami. Bez sensu. Pytanie za co urzędnicy biorą pieniądze. 

Co ciekawe dla urzędników pojęcie zdrowy rozsądek nie istnieje a zabicie nowej rozwijającej się branży nie stanowi żadnego problemu. Przykre jest czytanie takich historii: "KNF, działając w imię bezpieczeństwa klientów i ich finansów, przez pewien okres prawie zablokował możliwość spłat naszych wierzytelności wobec nich".

Co lepsze kiedy upadła giełda Bitcurex to nie widziałem przed jej upadkiem i w okolicy nikogo z KNF.

Koniec końców jest taki, że niepoważne firmy oszukują klientów bezkarnie, a poważne wynoszą się z Polski.

czwartek, 26 lipca 2018

Dlaczego jest tak jak jest?

W kontekście pewnej refleksji nad wtorkowym wpisem i po przeczytaniu w paru miejscach o tym jak urzędnicze absurdy gonią absurd i wyciskają czas i energie z gospodarki, zacząłem się zastanawiać dlaczego tak jest?

Mam wrażenie, że odpowiedź jest wieloaspektowa i niestety polityczna. Po pierwsze, mamy bardzo złą jakość prawa stanowionego w Polsce. Jeżeli chodzi o prawo stanowione dla gospodarki to uchwalają je zazwyczaj ludzie, którzy nie kalali się prowadzeniem biznesu czy zarabianiem pieniędzy. Politycy mają też manierę "wiedzenia lepiej" i gardzenia wszelakimi poradami ekspertów. W konsekwencji mamy niespójne prawo, które daje mnóstwo pola do wykorzystywania przez przestępców, czy interpretacji przez urzędników.

W tym systemie prawnym poruszają się dwa rodzaje bytów. Byt pierwszy to międzynarodowe koncerny, i duże polskie firmy, które przekroczyły pewną masę krytyczną i które stać na kancelarie prawne i podatkowe. One stosują optymalizację podatków, potrafią lawirować w gąszczu przepisów, nie jest im straszny PIP czy Urząd Skarbowy. Generalnie urzędnicy nic im nie mogą zrobić bo te firmy są odpowiednio "opapierkowane". Byt drugi, to mali przedsiębiorcy, którzy często nie znają dobrze prawa, działają intuicyjnie i starają się jak mogą konkurować i zarabiać. Oni nie są w stanie albo nie umieją wyłożyć kasy na kancelarie doradcze i zabezpieczyć się przed najazdem urzędników. Oni tez najczęściej padają ofiarą urzędniczych absurdów. 

Zarówno jeden jak i drugi rodzaj przedsiębiorców ponosi koszty funkcjonowania w środowisku kiepskiego prawa, którego dochodzenie w sądzie jest długotrwałe i obarczone wieloma problemami. Zarówno jeden jak i drugi ma z tego tytułu straty. Jedni na prawników, a inni na nadmierne podatki, kary, grzywny czy stracony czas.

Wielkie firmy nie płaca w Polsce tyle podatków ile by mogły bo wyprowadzają zyski za granicę. Zajmują one rynek małym firmom. Małe firmy coraz częściej podejmują zaś decyzję o zamknięciu działalności albo wyniesieniu się za granicę (znam coraz więcej takich przypadków). Jest pewnym aktem heroizmu prowadzić biznes w Polsce. 

Problem w tym, że większość wzrostu gospodarczego tworzą małe firmy, ale wsparcie dla nich jest fasadowe a nie faktyczne. Małe firmy najbardziej potrzebują aby im nie przeszkadzać rosnąć i gromadzić kapitału. Czyli potrzebują aby urzędnicy zostawili je w spokoju. Tymczasem to one są najczęściej celem kontroli, uciążliwych sprawdzeń, czy wynikającej z nieogarnięcia urzędników i niespójności przepisów udręki.

Mam jednak wrażenie, że głos tyg przedsiębiorców nie jest reprezentowany politycznie. Podobnie jak tych młodych specjalistów, których dochody są obciążane coraz większymi podatkami. Oni generalnie abdykowali trochę z roli wyborców i pozwalają dochodzić do władzy ludziom kompletnie nie reprezentującym ich interesów. W takiej sytuacji nie będzie lepiej, tylko gorzej. W starzejącym się społeczeństwie grozi nam socjalistyczna gerontokracja i kolejna fala emigracji. tym razem nie będzie to emigracja za pracą - tej w Polsce jest sporo. Będzie to emigracja rodzimych biznesów i rodzimego kapitału, który uciekać będzie do krajów, w których prowadzenie interesów będzie normalne.

wtorek, 24 lipca 2018

Jak to będzie na emeryturze?

Nie raz zastanawiałem się co pokolenie obecnych trzydziestolatków pomyśli sobie kiedy przejdzie na emeryturę. Przedsmak mogli poczuć niedawno kiedy dostali z ZUS listy z "prognozą". Niejedna osoba może doznała przerażenia. Bo fakty są takie, że dla przeciętnie zarabiających emerytury będą bardzo niskie. Nawet dla tych, którzy są w grupie 1% najlepiej zarabiających będą one niskie, ale ci przynajmniej mają z czego odłożyć. Większość osób zarabia jednak poniżej średniej krajowej i oni niestety nie mają z czego zaoszczędzić. Temat oszczędzania na emeryturę jest modny na blogach finansowych, ale wydaje mi się, że wiele osób ma po prostu tak niski dochód rozporządzalny, że poczynienie istotnych oszczędności jest fatamorganą.

Zastanawia mnie jeszcze jeden aspekt. Bardzo wiele osób pracuje na własnej działalności gospodarczej. Takie mamy państwo, że wypycha ludzi z umów o pracę na działalność. Wynika to z faktu, że efektywna stopa podatkowa dla osób pracujących jest bardzo wysoka, a elastyczność rynku pracy niska. Problem polega na tym, że politycy chyba sobie wyobrażają, że wszyscy przedsiębiorcy to krezusi tymczasem bardzo wielu zarabia na swojej działalności na prawdę przeciętnie. Na dokładkę zarabia przeciętnie, a składki emerytalne płaci jeszcze niższe. Do tego dochodzi polityka "małego zusu", który powoduje, że takie osoby na działalności gospodarczej nie odkładają praktycznie nic na swoją emeryturę. To jest w pewien sposób krótkowzroczne. Nie każda działalność gospodarcza pozwoli zarabiać także po wejściu w wiek emerytalny. Wielu z tych samozatrudnionych nie odkłada też żadnych oszczędności bo po prostu też im nie starcza. 

W konsekwencji kiedyś dojdzie do sytuacji, że do ZUSu będzie zgłaszać się coraz większa grupa osób, które będą miały głodowe (autentycznie głodowe) emerytury. Co wtedy zrobia politycy? Pewnie będą ustanawiać świadczenia czy emerytury socjalne, finansowane z podatków tych co jeszcze zostali na rynku pracy czy w biznesie. 

Nie podoba mi się ten obraz. Podobnie jak nie podoba mi się obraz kolejnych podatków czy obowiązkowych składek. Mam przeczucie, że podnoszenie obciążeń podatkowych nie przyspieszy wzrostu i nie pozwoli nam się wyrwać z pułapki w której wzrost gospodarczy nie wystarczy żeby zbudować rezerwy i kapitał na pokrycie przyszłych kosztów emerytur. 

Teraz gospodarka rośnie, mamy taką fazę cyklu, ale obciążenia podatkowe nie są kierowane na pobudzenie rozwoju. Patrząc uczciwie to mam wrażenie, że wielkie pomysły, strategie i projekty pro-rozwojowe przypominają bardziej "Misia" Barei. Żaden z promowanych przez rząd programów nie ruszył na poważnie, z resztą sama konstrukcja tych projektów sprzyja przepalaniu pieniędzy a nie ich kreowaniu. 

Złudzenia o tym, że będziemy mieli w Polsce drugą dolinę krzemową przy obecnym nastawieniu polityków i rządu do przedsiębiorców, inwestycji, prawa, czy podatków pozostaną mrzonką. Żaden centralnie sterowany program rządowy tego nie zmieni. Co najwyżej najedzą się przy nim i napoją rzesze partyjnych zaufanych działaczy i konsultantów. Do podtrzymania i pobudzenia wzrostu gospodarczego trzeba mieć warunki polegające na tym, że przedsiębiorca nie może się bać ryzykować, musi mieć pewność przepisów prawa, szybkość działania sądów i administracji, spójność systemu podatkowego i obciążenia dające się znieść. U nas w zależności od branży brakuje jednego lub kilku elementów, a reformy mamy fasadowe. Wymiana kadry w sądach czy prokuraturze nie zmieni tego, że przepisy są konstruowane tak, że cwaniak i złodziej radzi sobie w ich gąszczu lepiej niż uczciwy przedsiębiorca czy pracownik. Tymczasem jakość stanowionego prawa nie rośnie.

Smutno się zrobiło na koniec i politycznie, choć nie planowałem. 


To na koniec - jedna jedyna recepta mi przychodzi do głowy. Nie dajmy się karmić złudzeniami tylko myślmy i działajmy za siebie.

środa, 11 lipca 2018

Jak zaufać bankowi, który ... nie działa?

Zapewne nie jeden raz każdemu korzystającemu z bankowości internetowej zdarzyło się, że nie mógł zalogować się do banku. Czasem bywa tak, że serwis transakcyjny teoretycznie działa, ale nie można wykonać jakiejś operacji bo "coś się psuje". O gorszych wpadkach banków i przygodach różnych użytkowników z bankowością elektroniczną nie wspominam. Można sobie poczytać w sieci - jest tego sporo. 

Rzecz w tym, że to czym dziś jest interfejs bankowości elektronicznej, to subsytut otwartych drzwi placówki bankowej. Kiedyś w przypadku kłopotów banku ustawiała się przed nim kolejka ludzi chcących wypłacić pieniądze. Dziś ... pada interfejs bankowości elektronicznej.

Nawet nie posuwając się do tak skrajnych przykładów, to generalnie obietnica marketingowa, którą słyszymy od banków jest taka, że możemy korzystać z ich usług gdzie chcemy i kiedy chcemy. Tymczasem kiedy interfejs strony internetowej pada jesteśmy odcięci i bezradni. Generalnie zwykle zdarza się to (prawo Murphy'ego) kiedy najbardziej potrzebujemy, najbardziej się spieszymy i w ogóle jesteśmy pod ścianą, w dżungli, na końcu świata, etc. W innych przypadkach drobna awaria po nas spływa, ale w takiej skrajnej sytuacji stajemy przed dylematem, czy bankowi można zaufać skoro nie jest w stanie zapewnić sprawnego działania swoich systemów?

Odnoszę tymczasem wrażenie, że złożoność tych systemów zaczyna banki i instytucje finansowe trochę przerastać. Mieliśmy ostatnio awarię Revoluta, wczoraj (i dziś chyba też) Aliora, co rusz to jakiś bank ma "kłopoty techniczne"... pytanie czy są w stanie zapanować nad technologią, czy ich to nie przerasta. Bo wrażenie jest takie, że zaczyna przerastać. A klientów korzystających z elektronicznych kanałów dostępu nie będzie mniej tylko więcej. Jak mają zatem zaufać instytucjom finansowym, którym powierzają swoje pieniądze? Może KNF powinien się zainteresować tematem przed wystąpieniem jakiś większych systemowych problemów, a nie jak zwykle po fakcie?


-->