niedziela, 29 grudnia 2013

Koniec

Coś co ma początek ma tez koniec, koniec, który jest zazwyczaj czasem retrospektywnego przeglądu wydarzeń, które miały miejsce pomiędzy początkiem a końcem. Zapraszam więc na retrospektywny przegląd najciekawszych rzeczy, które pojawiły się na bogu w 2013 roku.

Rok 2013 nie był zdecydowanie dobrym rokiem dla obligacji korporacyjnych problemy pojawiały się wielokrotnie począwszy od stycznia i skończywszy w grudniu.

Rok 2013 można z powodzeniem nazwać także rokiem Bitcoina. Przesłanki, że rodzi się bańka mieliśmy już w lutym. Od samego początku byłem (i jestem) ostrożny, czemu dałem wyraz tutaj. Nadal uważam, że "gospodarka bitcoinowa' jest oparta a tak kruchych podstawach, że jednym posunięciem rządy zainteresowanych krajów mogą ją wyłączyć w dwie minuty. Mieliśmy z resztą pewien przedsmak. Później do tematu nie wracałem, ale jak ktoś śledzi media to wie, że była hossa, potem zamknięcie Silk Road, ograniczenia w wymienialności w Chinach i duże wahania kursu. Sam bitcoin przebił się do świadomości sprzątaczek i mleczarzy więc niechybnie bańka w pełni.

Rok 2013 był rokiem okradania obywateli przez rządy. Najpierw mieliśmy "syndrom cypryjski" i powód do przemyśleń "co byłoby gdyby rząd zawinął nam 10% oszczędności". Czy mielibyśmy jak żyć nie mając dostępu do pieniędzy? Przy okazji uświadomiliśmy sobie, że depozyty w bankach to iluzja posiadania. Uświadomiliśmy sobie, że iluzją jest także wartość pieniądza, jeżeli można go drukować bo przypomnieliśmy sobie historię inflacji w Republice Weimarskiej. Uświadomiliśmy sobie także, że iluzją jest przekonanie, że oszczędzając jakieś pieniądze w OFE to są one "nasze". Ich naszość brutalnie uświadomił nam niedawno rząd zabierając połowę (prezydent podpisał ustawę wczoraj). 

Rok 2013 był rokiem korekty na złocie, które po 13 latach zrostu doznało bolesnych (dla niektórych bardzo bolesnych) spadków. Zaczęło się złotym wodospadem, który trwa do dziś. Po drodze Allegro wyłączyło możliwość handlu zlotem i srebrem asekurancko chroniąc się przed powtórkami ubiegłorocznych afer.

Rok 2013 był także naznaczony zjawiskiem government shutdown w USA - niezwykle ciekawym do obserwacji.


Co czeka nas w 2014? Poczekajmy kilka dni, to się okaże...

czwartek, 12 grudnia 2013

IKZE jako ubezpieczenie od utraty pracy

Niektórzy zapewne wiedzą, a ci którzy nie wiedzą, to mają okazję się dowiedzieć, że istnieje coś takiego jak Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE). Jest to konstrukcja nieco zbliżona do IKE, ale nie do końca. Różni się od IKE przede wszystkim tym, że można uzyskać korzyść podatkową odpisując (do pewnego limity) wpłaty na IKZE od dochodu przed opodatkowaniem. Przesuwamy wtedy moment podatkowy na bliżej nieokreślony punkt w przyszłości kiedy to tenże podatek zostanie przy wypłacie z IKZE pobrany. Drugą istotną różnicą jest fakt, że nie można dokonać częściowego zwrotu. Można bowiem przed osiągnięciem wieku emerytalnego dokonać wyłącznie zwrotu całkowitego dopisując uzyskany w ten sposób dochód do dochodu za dany rok.

Dodajmy, że oferta IKZE nie jest zbyt szeroka, jeżeli chodzi o instytucje je oferujące, niemniej jest kilkanaście takich, które coś takiego mają w swojej ofercie. Jaki był mój wybór o tym dalej.

Taka konstrukcja sprawiła, że zacząłem analizować IKZE jako narzędzie do optymalizacji podatkowej i przy okazji  stworzenie pewnego rodzaju "ubezpieczenia" od utraty pracy. Pomyślałem bowiem, że osoba wpadająca przykładowo w stawkę 32% PIT, odniesie natychmiastową ulgę podatkową jeżeli swój nieopodatkowany dochód umieści na IKZE. Może w ten sposób przesunąć moment podatkowy na okres kiedy, dajmy na to, będzie miała niższe lub żadne dochody. Jeżeli na IKZE znajdzie się kwota mieszcząca się w pierwszej stawce podatkowej (poniżej 85 tyś zł) i nie będzie wtedy innych dochodów, to całkowity zwrot z IKZE w takim roku, będzie opodatkowany tyko stawką 18%. Uzyska się tym samym korzyść równą różnicy w stawkach opodatkowania.

Oczywiście ryzykujemy, że kiedyś w przyszłości stawki podatkowe będą wyższe, ale w takim przypadku zawsze można się z IKZE ewakuować wcześniej zanim wejdą one w życie. Nie ma też sensu trzymać tam więcej niż limit dla pierwszej stawki podatkowej. Z resztą uzbieranie owych 85 tysięcy przy obecnym limicie wpłat wynoszącym na dziś około 4200zł zajmie nam  ... 20 lat.

Sensowne zatem wydaje się by osoba wpadająca w drugą stawkę podatkową budowała sobie "ubezpieczenie od utraty pracy" właśnie na IKZE, z założeniem wycofania tych środków w okresie zmniejszonych lub żadnych dochodów.

Szczególnie interesujące może to być w przypadku małżonków rozliczających się łącznie  i planujących dziecko. Na IKZE żony można bowiem wpłacić przed zajściem w ciążę pewne kwoty pieniędzy odliczając je od wspólnego dochodu przed opodatkowaniem. W trakcie zaś urlopu wychowawczego, kiedy dochód kobiety  ciąży jest zerowy, można te pieniądze wycofać opodatkowując je po korzystniejszej stawce. Nie wiem czy równie skutecznie zadziała to w przypadku rozliczających się osobno - trzeba policzyć.

Zastrzegam przy tym, że wpierw trzeba sobie zrobić symulację w oparciu o swoje własne dochody i przewidywania aby móc określić czy taka operacja się nam opłaci.

Zająłem się zatem poszukiwaniem produktu, który pozwalałby na kontrolę posiadanych w takiej formie oszczędności a jednocześnie nie generował zbędnych kosztów. Jedyne sensowne IKZE jakie znalazłem prowadzone jest przez ING TFI. Mamy możliwość wyboru i późniejszego przesuwania środków pomiędzy funduszami inwestycyjnymi o zróżnicowanej strategii. Nie ma przy tym opłat dystrybucyjnych ani żadnych kosztów stałych jak w przypadku polis na życie, gdzie pobierane są stałe opłaty i prowizje za zarządzanie samą polisą i od każdej wpłaty.

środa, 11 grudnia 2013

Kiepski debiut Energi

Dzisiejszy debiut na giełdzie akcji Energa S.A. będzie zapewne traumą dla wszystkich, którzy zapisali się na akcje z zamiarem powtórzenia sukcesów PKP Cargo i Newagu. Niestety tym razem (podobnie jak w przypadku debiutów innych spółek energetycznych np. Tauronu czy PGE) akcje zamiast rosnąć zaczęły spadać.


W tym momencie są jakieś 5,82% poniżej ceny emisyjnej co jest zapewne bolesnym doświadczeniem

wtorek, 10 grudnia 2013

Czyżby zbliżalo się moje rozstanie z mBankiem?

Jak zapewne wszyscy już dawno wiedzą mBank od jakiegoś pół roku promuje swój nowy internetowy serwis transakcyjny. Od stycznia planuje przymusowo zmigrować do niego pierwszą grupę klientów wyłączając im dostęp do starego serwisu. 

W przypadku banku stricte internetowego, serwis transakcyjny jest podstawowym i często jedynym kanałem kontaktu z bankiem, nie ma więc potrzeby tłumaczyć dlaczego i jak bardzo jest on ważny. Niestety opinie na temat nowego interfejsu (w tym moja) nie są zbyt pochlebne. Generalnie przeszkadza niezbyt intuicyjny (szczególnie dla klientów którzy ponad dziesięć lat korzystali ze starego) układ informacji, zbyt wiele graficznych fajerwerków spowalniających i przeszkadzających, nadmiar poupychanych wszędzie "gier", "facebooków" i wyskakujących promocji. To co było kiedyś prostym (nawet bardzo prostym) ale przejrzystym interfejsem, zostało w imię "ergonomii" (?) i "grywalizacji" zmienione w coś do czego trudno się przekonać.

Co ciekawe nie jest to wyłącznie moje osobiste odczucie. Sam zdziwiłem się kiedy przeczytałem, że 51% użytkowników, którzy sprawdzali nowy serwis jest z niego niezadowolona i nie chce z niego korzystać. Tylko 18% użytkowników deklaruje, że nowy serwis im się spodobał i korzysta wyłącznie z niego. Można powiedzieć, że to siła przyzwyczajenia, a lepsze jest wrogiem dobrego. Można powiedzieć, że z czasem klienci się przestawią i docenią to co zaserwowali im specjaliści z mBanku. Można powiedzieć, że teraz klienci tego nie rozumieją, ale pokochają jak się ich na siłę do nowego serwisu zmigruje. Owszem, można. Tylko jakoś mocno przypomina mi to casus "New Coke" - ogłaszany jedną z największych wtop marketingowych w historii. Próba wprowadzenia nowego smaku zamiast starej i znanej konsumentom Coca Coli stała się przedmiotem narzekań, złości, furii i protestów ze strony klientów, pod których naciskiem producent musiał przywrócić na rynek stary produkt. 

Czy teraz też będziemy świadkami protestów? Nie sądzę. Raczej wydaje mi się, że zniechęceni zmianami klienci dostaną w ten sposób impuls do poszukiwania nowego banku dla nich. Ci, którzy dotychczas czuli się komfortowo korzystając ze starego interfejsu, narzekali wprawdzie na ofertę produktową, ale używali mBanku siłą przyzwyczajenia. Teraz, zmuszeni do nauczenia się nowego interfejsu mogą zacząć rozglądać się za alternatywami, a tych na rynku nie brakuje.

W czasach kiedy powstawał mBank, był on rewolucyjnym konceptem. Oderwanie bankowości od placówek i zaoferowanie klientom dostępu do konta wyłącznie przez internet było czymś nowatorskim. Wtedy niewiele banków miało w ogóle swoje serwisy internetowe. Do tego na początku mBank kusił wysokim oprocentowaniem. Zebrał w ten sposób grupę klientów młodych, wykształconych, zapoznanych z nowymi technologiami, którą ze sobą związał dokładając potem takie produkty jak Supermarket Funduszy Inwestycyjnych czy eMakler. Potem nieco jednak obrósł w tłuszcz, podobnie z resztą jak jego pierwsi klienci przekraczający dziś trzydziestkę. Zajęci pracą zawodową nie poświęcali czasu na szukanie nowego banku, choć ten który był - przestał być już tak atrakcyjny. Działała jednak siła przyzwyczajenia. Dziś ta ostatnia nić zostaje zerwana - czy zmusi ona tę grupę klientów do podniesienia się z krzesła i poszukania innej oferty?

Mnie zmusza. Kiedy przeczytałem dziś, że mBank planuje od stycznia przymusowo przenieść część klientów do nowego serwisu i wyłączyć im stary, pomyślałem sobie "najwyższy czas poszukać czegoś nowego". Skoro mam się uczyć obsługi mojego banku na nowo, to równie dobrze mogę się tego uczyć z innym bankiem z inną - może lepszą ofertą?
-->